ubogikrewny
05.05.10, 16:22
Od 5 i pół roku nie mieszkam z żoną. 5 lat temu wniosłem o rozwód.
Żona nie zgodziła się, więc musiałem zmienić wniosek na taki, który
zakłada jej winę. Zaczęło sie wtedy: korowód świadków
powtarzających: pijak, utracjusz, damski bokser. I zadziwiający brak
dowodów na przestrzeni 20 lat związku: zero zgłoszeń na policji,
uczciwa praca przez cały czas. Żaden świadek nic nie widział, tylko
powtarzał, że tak mu opowiadała pozwana. Naiwnie wierzyłem, że na
takich bzdurach pozna się każdy i zamiast, podobnie jak strona
przeciwna obrzucać przeciwnika błotem, konsekwentnie odwoływałem się
do logiki sądu. Po roku i apelacjach zakończyło się separacją z
mojej winy. W czerwcu 2009 wniosłem znowu o rozwód bez orzekania o
winie. Jest maj 2010 roku i właśnie wracam z sądu, gdzie znowu
musiałem zmienić pozew na orzeczenie obopólnej winy. Znowu czeka
mnie obrzucanie błotem. Ale teraz jestem już mądrzejszy i też będę
rzucał, bo tylko to daje szansę na zakończenie martwego małżeństwa.
Tym razem sędzina jest jeszcze głupsza niż za pierwszym razem, choć
wydawało mi sie to wtedy i tak niesamowite. Na każdym kroku pouczała
kto tu rządzi, traktowała strony protekcjonalnie i wespół z
towarzyszącymi jej dwoma kobietami w postaci ławników, od samego
początku chciała ukarać zuchwałość płynącą z faktu, że śmiem
rozwodzić się z tak świętą kobietą. Tym razem dzieci małoletnich już
nie ma, a sędzina powtarza zachowania swej poprzedniczki nie tylko
wobec mnie, ale i mojej małżonki. Osoba, której się nawet nie chce
wyjść pomiędzy rozprawami z sali na papierosa, daje świadectwo o
swej bucie i poczuciu bezkarności. Jestem tym wszystkim już tak
znużony, że stąd tytuł tgo wpisu: DOŻYWOCIE.
Może ktoś mi coś podpowie w tej sprawie.
Słyszę o rozwodach innych, często jednorozprawowych i po prostu tym
ludziom zazdroszczę: własnego rozsądku, umiejętności porozumienia i
rozsądnych sędziów, którzy potrafią spostrzec małoduszną kobietę nie
mogącą pogodzić się z faktem, że ją facet zostawił.