blaszany.dzwoneczek
12.09.10, 19:05
Blisko pięć miesięcy po tym moim pierwszym końcu świata i nie wiem czy jestem choć pół kroku dalej.
Staram się dbać o siebie, znajdować czas na swoje zainteresowania, marzenia, plany. Zaczęłam wreszcie dostrzegać swój udział w końcu mojego związku, ale nadal nie potrafię wyjść z roli ofiary - kobiety zdradzonej, porzuconej. Tak jak zawsze cieszą mnie drobiazgi - spacer z psem, drobne sukcesy zawodowe, to, że potrafię się rano uśmiechać do siebie w lustrze. Uświadomiłam sobie, jak wiele mogę dać drugiej osobie i jak wiele tych moich zachwytów i zdziwień chcę z kimś dzielić. Czuję się jednocześnie silna - bo przeszłam pierwszą rozpacz i szarpanie wszystkich wokoło za rękaw z pytaniem "dlaczego?" - i słaba - bo czuję się bardzo samotna. Zawsze miałam bardzo mało ludzi wokół siebie - prócz tych w kontaktach zawodowych - ale teraz mam wrażenie, że się to pogłębiło. Podobno poczucie niedostosowania, wyobcowania to cecha ludzi niedojrzałych, a ja często tak się czuję. Potrzebuję bliskości, a w przestrzeni na nią przeznaczonej nie ma miejsca, bo siedzi tam wciąż ktoś, z kim być razem nie mogę.