doma791
28.09.10, 00:04
Witam,podczytuję Wasze forum od paru tygodni,i zauwazyłam jedno-że u większości z Was zdrada się przewija jako głowny powód rozpadu małżeństwa.
U mnie jest nieco inny powód i sie zastanawiam czy ze mną wszystko ok,skoro tylko tzw "różnice charakterologiczne" zadecydowały o mojej decyzji.Przyblizę Wam trochę moją historię-jestesmy ze sobą 10 lat, w tym 5 po slubie,mamy prawie 4letnią córcię.Maż zawsze był typem totalnego wygodnickiego lenia,to ja zawsze o wszystko dbała,trzymałam rękę na pulsie we wszystkich sprawach(opłaty,remonty mieszkania,wyjazdy na wakacje),kuźwa nawet mandaty za niego opłacałam i prace mu załatwiałam.Generalnie byłam "facetem w naszym związku".Zawsze był pracoholikiem,nigdy nie potrafił się nagiąc w sprawach opieki nad dzieckiem,to zawsze ja musiałam myśleć co i jak gdy niani cos wypadło.Jego opcja spędzania wolnego czasu polegała nie na spędzaniu go z nami,tylko na gniciu przed laptopem.Nigdy nie miałam w nim wsparcia,pomocy-zawsze wszystko sama,sama.Nieraz były kłotnie o te jego minimalistyczne wymagania zyciowe,o to że mi źle w takim układzie,ale zawsze kończyło się chwilową zmianą.
Od początku tego roku nastapił kryzys,mniej istotne co go spowodowało,ale bardzej jakie miało skutki:małż jeszcze bardziej niz dotąd rzucił się w wir pracy(wracał nawet i o 21-23ej),w imprezy(no standard po prostu-gdy sie pojawiają problemy to najlepiej od nich uciec),zacząl sie zacowywac jak gość hotelowy,jak dwudzuestoparoletni kawaler.Jakis czas mogłam to wszystko tolerowac,ale ileż można?Zaznaczam zdrady i innej panny na boku nie było i nie ma.
Moja frustracja zaczynała z tygodnia na tydzień osiągac apogeum,no i oddalilismy sie od siebie zupełnie,a uczucie zaczęło wygasac.Zrozumiałam że z niego typ egoistycznego Piotrusia Pana,który chyba nigdy nie dorośnie do małżeństwa,do ojcostwa.A że ze mnie silna i samodzielna kobieta to stwierdziłam że ileż się można męczyć,ze lepiej być samej,skoro to nie będzie się za wiele nie różniło niz to co mam teraz.Złozyłam pozew prawie 2 mce temu,kilka dni temu przyszło pismo ze rozprawa w połowie października.I zaczęłam miec dylematy:czy aby wszystko zrobiłam by to małżeństwo ratowac(dodam ze myslałam o terapii ale mąz nie chce o niej słyszec),ze masa facetów jest taka i mój nie jest jedynym wyjątkiem,że nie ma ludzi bez wad itp,że w sumie kumplowsko to nam się układa tyle ze małżeńsko gorzej.
Napiszcie proszę czy moje powody są jakies dziwne,czy z tym się da życ,czy kobiety zaciskaja zęby i dzielnie zyją z takimi wygodnickimi leniami?