czlowiek-na-torze
24.01.11, 04:55
...obawiam się jednak, że ich nie mam.
W skrócie: oboje jesteśmy tuż przed trzydziestką; w związku małżeńskim od trzech lat, wcześniej mieszkaliśmy ze sobą rok. Dzieci brak. Co może być istotne, to fakt, iż jesteśmy parą od końca podstawówki czyli prawie pół naszego życia - nie chcę tego tutaj roztrząsać czy to dobrze czy źle, tak się potoczyły nasze losy i już. Że ją kocham to poczułem tak uczciwie gdzieś w drugiej połowie liceum. Do łóżka poszliśmy po raz pierwszy jak mieliśmy jakieś osiemnaście lub dziewiętnaście lat, nie pamiętam dokładnie. Tyle spraw technicznych, teraz zaczyna się historia... dramatyczna i ciekawa? Ależ skąd! Nudna i całkiem podobna do wielu tutaj już opisywanych, żeby nie powiedzieć: standardowa.
Związek nasz zaczął się rozpadać niedługo po ślubie. Nie sądzę, aby sam ślub był przyczyną, to raczej koincydencja. Zaszło parę dramatycznych dla nas wydarzeń, o których chyba nie ma potrzeby pisać, bo nie to jest istotą mojego problemu (zawsze mogę później rozwinąć ten temat jeśli będzie trzeba). Dość, że jakieś półtora roku temu, któregoś dnia usłyszałem od żony zupełnie spokojnie powiedziane: "nie kocham cię".
Po mojej pierwszej nieco histerycznej reakcji i próbach ratowania małżeństwa z pomocą psychologa (wyrzucone pieniądze), rozum podpowiada, że trzeba się rozwieść, że to jednak nie jest ta kobieta. W tej chwili żona odmawia jakiejkolwiek współpracy w temacie naprawy małżeństwa. Jedyny sygnał jaki od niej dostaję to "nie chcę mieć z tobą nic wspólnego, zostaw mnie samą". Obrączki nie chce nosić (co jest dla mnie upokarzające), jeśli chodzi o jakąkolwiek bliskość to nie daje się choćby przytulić, że nie wspomnę o seksie. Nie czuję, żebym był ważny w jej życiu. Do tego doszły karczemne wręcz awantury do których prowokują ją najmniejsze drobiazgi. Z tego powodu trzy miesiące temu wyprowadziłem się, choć do końca tego nie chciałem. Nie chcę używać sformułowania, że mnie wyrzuciła z domu bo to była nasza wspólna decyzja, nie mniej jednak podjęta pod jej silną presją. Teraz żona nie chce słyszeć o jakimkolwiek wspólnym zamieszkaniu, denerwują ją nawet moje telefony.
Wszystko wskazuje na to, że małżeństwo już jest pogrążone i jedyne co pozostaje to wziąć rozwód. Moja żona nie złożyła pozwu rozwodowego i na tyle na ile ją znam to wiem, że tego nie zrobi. Sam wiem, że to małżeństwo już nie istnieje, zachowanie żony jest jednoznaczne.
Problem mój polega na tym, że nie mam odwagi aby po męsku walnąć pięścią w stół i wziąć rozwód. Cały czas mam nadzieję, że może za miesiąc się poprawi i będzie lepiej. Oczywiście od roku jest status quo. Jestem zupełnie jak żona uzależniona od męża-alkoholika, która nie wyobraża sobie życia bez nałogowo pijącego męża i łudzi się, że "on się na pewno zmieni". Z tym, że ja jestem uzależniony od swojej żony, która mnie po prostu nie kocha, do tego dochodzi standardowy w takich sytuacjach lęk przed samotnością.
Całe to moje małżeńskie szambo wykańcza mnie psychicznie, żona jest wszak kobietą, z którą spędziłem pół życia, razem dorastaliśmy, razem przeżywaliśmy różne etapy życia człowieka jak matura, pierwsze wakacje, studia, pierwszy samochód... Miewam napady depresji z tego powodu, na szczęście nie codziennie. Rozum podpowiada aby się jak najszybciej ewakuować z tej chorej sytuacji, jednak brakuje mi tzw. jaj aby to zrobić.
Skąd w takiej jak moja sytuacji wziąć tę niezbędną dawkę mikstury pewności siebie, męskiej odwagi i optymizmu aby ratować siebie przed toksycznym związkiem? Bo na naprawę małżeństwa to ja sam już powoli tracę nadzieję gdy patrzę na negatywne nastawienie żony.