Dodaj do ulubionych

Potrzebne mi jaja ze stali...

24.01.11, 04:55
...obawiam się jednak, że ich nie mam.
W skrócie: oboje jesteśmy tuż przed trzydziestką; w związku małżeńskim od trzech lat, wcześniej mieszkaliśmy ze sobą rok. Dzieci brak. Co może być istotne, to fakt, iż jesteśmy parą od końca podstawówki czyli prawie pół naszego życia - nie chcę tego tutaj roztrząsać czy to dobrze czy źle, tak się potoczyły nasze losy i już. Że ją kocham to poczułem tak uczciwie gdzieś w drugiej połowie liceum. Do łóżka poszliśmy po raz pierwszy jak mieliśmy jakieś osiemnaście lub dziewiętnaście lat, nie pamiętam dokładnie. Tyle spraw technicznych, teraz zaczyna się historia... dramatyczna i ciekawa? Ależ skąd! Nudna i całkiem podobna do wielu tutaj już opisywanych, żeby nie powiedzieć: standardowa.

Związek nasz zaczął się rozpadać niedługo po ślubie. Nie sądzę, aby sam ślub był przyczyną, to raczej koincydencja. Zaszło parę dramatycznych dla nas wydarzeń, o których chyba nie ma potrzeby pisać, bo nie to jest istotą mojego problemu (zawsze mogę później rozwinąć ten temat jeśli będzie trzeba). Dość, że jakieś półtora roku temu, któregoś dnia usłyszałem od żony zupełnie spokojnie powiedziane: "nie kocham cię".

Po mojej pierwszej nieco histerycznej reakcji i próbach ratowania małżeństwa z pomocą psychologa (wyrzucone pieniądze), rozum podpowiada, że trzeba się rozwieść, że to jednak nie jest ta kobieta. W tej chwili żona odmawia jakiejkolwiek współpracy w temacie naprawy małżeństwa. Jedyny sygnał jaki od niej dostaję to "nie chcę mieć z tobą nic wspólnego, zostaw mnie samą". Obrączki nie chce nosić (co jest dla mnie upokarzające), jeśli chodzi o jakąkolwiek bliskość to nie daje się choćby przytulić, że nie wspomnę o seksie. Nie czuję, żebym był ważny w jej życiu. Do tego doszły karczemne wręcz awantury do których prowokują ją najmniejsze drobiazgi. Z tego powodu trzy miesiące temu wyprowadziłem się, choć do końca tego nie chciałem. Nie chcę używać sformułowania, że mnie wyrzuciła z domu bo to była nasza wspólna decyzja, nie mniej jednak podjęta pod jej silną presją. Teraz żona nie chce słyszeć o jakimkolwiek wspólnym zamieszkaniu, denerwują ją nawet moje telefony.

Wszystko wskazuje na to, że małżeństwo już jest pogrążone i jedyne co pozostaje to wziąć rozwód. Moja żona nie złożyła pozwu rozwodowego i na tyle na ile ją znam to wiem, że tego nie zrobi. Sam wiem, że to małżeństwo już nie istnieje, zachowanie żony jest jednoznaczne.

Problem mój polega na tym, że nie mam odwagi aby po męsku walnąć pięścią w stół i wziąć rozwód. Cały czas mam nadzieję, że może za miesiąc się poprawi i będzie lepiej. Oczywiście od roku jest status quo. Jestem zupełnie jak żona uzależniona od męża-alkoholika, która nie wyobraża sobie życia bez nałogowo pijącego męża i łudzi się, że "on się na pewno zmieni". Z tym, że ja jestem uzależniony od swojej żony, która mnie po prostu nie kocha, do tego dochodzi standardowy w takich sytuacjach lęk przed samotnością.

Całe to moje małżeńskie szambo wykańcza mnie psychicznie, żona jest wszak kobietą, z którą spędziłem pół życia, razem dorastaliśmy, razem przeżywaliśmy różne etapy życia człowieka jak matura, pierwsze wakacje, studia, pierwszy samochód... Miewam napady depresji z tego powodu, na szczęście nie codziennie. Rozum podpowiada aby się jak najszybciej ewakuować z tej chorej sytuacji, jednak brakuje mi tzw. jaj aby to zrobić.

Skąd w takiej jak moja sytuacji wziąć tę niezbędną dawkę mikstury pewności siebie, męskiej odwagi i optymizmu aby ratować siebie przed toksycznym związkiem? Bo na naprawę małżeństwa to ja sam już powoli tracę nadzieję gdy patrzę na negatywne nastawienie żony.
Obserwuj wątek
    • z_mazur Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 08:00
      Popracuj nad pewnością siebie. Może psychoterapia, ale nie nastawiona na naprawianie małżeństwa, tylko taka która pomoże Ci stanąć na nogi.

      Znajdź sobie pasję, coś co Cie pochłonie i pomoże oderwać się myślami od żony.

      Spotkaj się parę razy z jakimiś innymi kobietami. To poprawi Twoją samoocenę i zobaczysz, że świat składa się z innych ludzi, a nie tylko Twojej żony.

      I najważniejsze, przez jakiś czas zero kontaktów z żoną. Żadnych telefonów, mejli i sms'ów. Dobrze by było wytrzymać przynajmniej miesiąc bez kontaktu. Jeśli żona skontaktuje się w jakiejś sprawie, to rozmawiaj z nią czysto technicznie, żadnego poruszania kwestii dotyczących waszej bezpośredniej relacji. Potrzebujecie (a w zasadzie, Ty potrzebujesz) złapać trochę dystansu.

      W skrócie dla kobiety nie ma nic bardziej odrzucającego niż mężczyzna, który nie może bez niej żyć. Więc musisz pokazać, że potrafisz żyć bez niej. To nie gwarantuje, że pomiędzy wami się poprawi, ale przynajmniej nie pogorszy sytuacji, a Tobie na pewno pomoże.
      • altz Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 08:06
        > W skrócie dla kobiety nie ma nic bardziej odrzucającego niż mężczyzna, który ni
        > e może bez niej żyć.
        Głupie to, ale coś w tym chyba jest. smile

        Jeśli żona nie chce, czuje się nieszczęśliwa, to wołami jej nie zmusisz do terapii małżeńskiej.
        I pamiętaj, fajnych i wolnych kobiet jest masa, tylko nie można siedzieć na miejscu, a trzeba je poznawać. Wolnych wartościowych mężczyzn jest dużo mniej.
        • dar.ja Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 08:18
          altz napisał:

          > > W skrócie dla kobiety nie ma nic bardziej odrzucającego niż mężczyzna, kt
          > óry ni
          > > e może bez niej żyć.
          > Głupie to, ale coś w tym chyba jest. smile

          Mam wrażenie, że na facetów działa to dokładnie tak samosmile
          Troche tak jak z dzieckiem. Kiedy je gonisz - ucieka. Gdy przestaniesz gonić - wraca samo.
        • puzzle33 Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 12:42
          Nie wiem, jak to wyliczyłeś; wolna i wartośiowa byłam ja jedna, a paru panów lokowało się na tym samym poziomiesmile
      • errormix Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 08:24
        z_mazur napisał:

        > W skrócie dla kobiety nie ma nic bardziej odrzucającego niż mężczyzna, który ni
        > e może bez niej żyć. Więc musisz pokazać, że potrafisz żyć bez niej. To nie gwa
        > rantuje, że pomiędzy wami się poprawi, ale przynajmniej nie pogorszy sytuacji,
        > a Tobie na pewno pomoże.
        >

        Święte słowa. Poznałem je z autopsji. Podpisuję się pod tym obiema rękami.
      • marcepanna Mazury 18.05.11, 23:26
        Facet napisał że był u psychoterapety ale to kasa wyrzucona w błoto
        Czytaj uważniej
    • errormix Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 08:19
      Tak, to prawda, jaja ci potrzebne. Ale skoro sam przed sobą przyznajesz, że jesteś od niej uzależniony to nie ze stali, ale co najmniej z tytanu.

      Rok, kiedy żona nie utrzymuje praktycznie z tobą kontaktu i nie nie wykazuje chęci, by wspólnie naprawić w związku to co się popsuło to dużo. Sam to przeżyłem, więc w pewien sposób wiem co czujesz i jak wygląda teraz twoje życie.

      Ale ja mam lepiej, bo się rozwiodłem i wiele znaków zapytania, jakie wcześniej nie dawały mi spokoju, teraz już zniknęło. Teraz jestem mądrzejszy.

      Też wierzyłem, że jej przejdzie, że potrzeba czasu, że skoro ja spędziłem z nią większość mojego życia, że ten kryzys mnie wewnętrznie zabija, a mimo tego nadal ją kocham i nigdy się z nią nie rozwiodę, to ona przecież musi kochać mnie i też nie chce rozwodu, że to tylko "kolejny trudny okres".

      Ale dziś, z perspektywy faceta, który to wszystko ma za sobą mogę odważnie powiedzieć pewne rzeczy wprost.

      Ale to co powiem ci się nie spodoba. Bo jeśli kobieta przez rok jasno pokazuje ci, że nie chce mieć z tobą nic wspólnego, to tak jest. I koniec. I wiele nie zdziałasz.

      Też rozpaczałem, też płakałem, też szukałem za wszelką cenę wyjścia z impasu. Ale w końcu odpuściłem. Całkowicie. Bo mi wydawało się, że ja próbuję małżeństwo ratować, a faktycznie coraz bardziej się upokarzałem. Przed sobą. Coraz bardziej przesuwałem granice wytrzymałości, coraz częściej ją przed sobą samym usprawiedliwiałem, z każdym dniem chciałem jej coraz więcej wybaczać. Aż w końcu nie dałem rady. Pokonała mnie jej obojętność, jej chłód, jest upór, złość, mściwość.

      Zagrałem więc wg jej scenariusza. Na jej milczenie odpowiedziałem milczeniem, dałem wolną rękę we wszystkim, odciąłem się. Chociaż wcześniej o wszystko bym się założył, że się nie rozwiodę, złożyłem pozew. Uznałem, że rok przerwy w życiorysie to zbyt dużo, by wszystko mogłoby być jeszcze tak jak kiedyś.

      Dzisiaj, z perspektywy czasu, żałuję tylko jednego. Tego, że tak długo byłem bezradny, tak długo nic nie robiłem, że pozwoliłem sam sobie na to by "żywić" się nadzieją, ułudą. Że tak długo ona "żywiła" się moją bezsilnością.

      Strach przed samotnością jest wielki. I uzasadniony. Bo ta samotność po rozwodzie będzie. tylko głupcy i ci, którzy mają już kogoś na boku sądzą, że rozwód załatwia wszystkie problemy. Po rozwodzie to czego się bałeś pojawi się ze zdwojoną siłą. Do tego dojdą myśli czy dobrze zrobiłeś, czy wykorzystałeś wszystkie możliwości, czy można to było zrobić inaczej, czy gdybyś poczekał jeszcze rok, to może by się wszystko ułożyło.

      Ale takie myśli zawsze przychodzą. Dlatego najważniejsza w tym wszystkim jest decyzja.

      Twoja decyzja.

      Jak zrobisz, tak będzie.
      • czlowiek-na-torze Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 18:23
        errormix napisał:

        > Ale to co powiem ci się nie spodoba. Bo jeśli kobieta przez rok jasno pokazuje
        > ci, że nie chce mieć z tobą nic wspólnego, to tak jest. I koniec. I wiele nie z
        > działasz.

        Jestem tego świadom. Mój rozum funkcjonuje prawidłowo i każe mi się rozwieść. Cały czas jednak nie mam na to odwagi i karmię się głupią nadzieją, że wszystko się naprawi - oto mój problem! Nienawidzę siebie gdy jestem takim tchórzem!

        > Też rozpaczałem, też płakałem, też szukałem za wszelką cenę wyjścia
        > z impasu. Ale w końcu odpuściłem. Całkowicie. Bo mi wydawało się, że
        > ja próbuję małżeństwo ratować, a faktycznie coraz bardziej się upokarzałem.
        > Przed sobą. Coraz bardziej przesuwałem granice wytrzymałości, coraz częściej > ją przed sobą samym usprawiedliwiałem, z każdym dniem chciałem jej coraz
        > więcej wybaczać.

        Chłopie, nawet nie wiesz jak bardzo podobna jest moja sytuacja, izomorficzna wręcz! Ja jeno nie dotarłem jeszcze do etapu odpuszczenia. Boję się, że na to zabraknie mi tych tytułowych jaj.

        > Zagrałem więc wg jej scenariusza. Na jej milczenie odpowiedziałem
        > milczeniem, dałem wolną rękę we wszystkim, odciąłem się.

        Pewnie będę musiał i ja w ten sposób postąpić. Dzięki za Twój komentarz, jest cenny!
        • agynez.ltd Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 22:54
          "Jestem tego świadom. Mój rozum funkcjonuje prawidłowo i każe mi się rozwieść. Cały czas jednak nie mam na to odwagi i karmię się głupią nadzieją, że wszystko się naprawi - oto mój problem! Nienawidzę siebie gdy jestem takim tchórzem!"

          Twój mózg nie funkcjonuje prawidłowo. Przecież to on żyje nadzieją, że wszystko się naprawi!!!
          To twoja podświadomość Ci mówi, że to koniec. Że dobrze już nie będzie, że było Ci z nią źle i czas to skończyć. Posłuchaj siebie. Wyłącz mózg z jego urojeniami.
          Ja też się łudziłam i oszukiwałam sama siebie. I chciałam zalać go swoją miłością. No masakra jakaś ogólnie. Ale też odpuściłam.
          Odpuść. Będzie dobrze. Zobaczysz.
      • 44bromba Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 25.01.11, 18:58
        > Dzisiaj, z perspektywy czasu, żałuję tylko jednego. Tego, że tak długo byłem be
        > zradny, tak długo nic nie robiłem, że pozwoliłem sam sobie na to by "żywić" się
        > nadzieją, ułudą.

        Nie traktuj tego roku jak straconego i nie żałuj, ten rok złudzeń był potzrebny, żebyś wiedział na tysiąc procent, że zrobiłeś wszystko, żeby ratować małżeństwo. Zrobiłeś co mogłeś, nie masz sobie co zarzucać. Myślę, że taka szybka decyzja spowodowała by to, ze ciągle byś myślał, ze nie dałeś Wam szansy.
    • hanyszka Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 11:18
      Sam siebie świetnie zdiagnozowałeś.
      Pół życia z jednym człowiekiem.
      A teraz strach przed utratą czegoś tak doskonale znanego.
      Rozwód to kwestia bardziej techniczna i chyba nie o nią tu tylko chodzi. Mnóstwo ludzi kończy związki, odkleja się emocjonalnie od dawnych partnerów, znajduje sobie nowych, wcale nie dążąc przy tym do prawnego uregulowania tej sytuacji. Moi rodzice rozwiedli sie po 15 latach niebycia razem (każde miało nowego partnera) i to tylko z powodu nacisku na to kobiety mojego ojca.
      Mnie się wydaje, że Ty się boisz żyć od nowa, bez niej, na własny rachunek. Rozwód jest tylko kropką nad i.
      Error tu kiedyś napisał o tym, że najpierw jest przekonanie, że "ja" to "my", a potem - że ja to ja, a ona/on to ona/on. Zrozumienie i przyjęcie tego jest niezbędne, by sie oderwać od byłego partnera. Dla mnie było smile.
      Życzę powodzenia.
      ----------
      Vimes wędrował smętnie po zatłoczonych ulicach, czując się jak jedyna marynowana cebulka w sałatce owocowej.
    • malamelania Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 11:43
      Niektóre rady udzielone autorowi w tym wątku zdumiewają.
      "Spotykaj się z innymi kobietami, tyle ich chodzi po świecie..."
      Przecież facet jest żonaty. I trudno z powyższego opisu zrozumieć, o co chodzi jego zonie. Gdyby chciała rozwodu, zrobiłaby coś w tym kierunku. Póki co, wypchnęła z domu faceta, bo znudziła jej się jego facjata. Ale do zwrócenia wolności jeszcze od tego daleko.
      W dodatku trudno udowodnić, kto tu kogo opuścił - to mąż wyprowadził się od żony. Chyba, że dysponuje dowodami na to, że walczył o to małżenstwo. O takie dowody zwykle trudno.
      Nie wiadomo, czy żona nie wykorzysta jego romansów przeciwko niemu w sadzie.
      Nie wiadomo, czy nie obarczy go winą za rozpad związku.
      Nie wiadomo, czy nie obudzi się w niej poczucie własności i nie zrobi afery jemu, albo obcej, bogu ducha winnej kobiecie.
      W dodatku trudno udowodnić, kto tu kogo opuścił - to mąż wyprowadził się od żony. Chyba, że dysponuje dowodami na to, że walczył o to małżenstwo. O takie dowody zwykle trudno.

      Nalezy wspomnieć rownież o moralnym aspekcie wykorzystania innych kobiet jako plastra na rany lub narzędzia do podbudowania nadwątlonego ego. No, ale wspomnianych rad udzielili, zdaje sie, panowie, więc trudno oczekiwac innego podejścia.
      • z_mazur Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 15:28
        Pomiędzy umówieniem się z koleżanką na kawę i spędzeniem z nią mile czasu, a romansem z nią, jest dosyć duża przestrzeń.
      • czlowiek-na-torze Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 18:13
        > Niektóre rady udzielone autorowi w tym wątku zdumiewają.
        > "Spotykaj się z innymi kobietami, tyle ich chodzi po świecie..."
        > Przecież facet jest żonaty.

        Na pewno nie pozwoliłbym sobie na nic więcej niż jakiś niezobowiązujący flirt "terapeutyczny" - wspólne wyjście na piwo czy na basen ale nic ponadto, na pewno nie będę chodził za rękę z nowo poznaną koleżanką ani się z nią całował, że o wskoczeniu razem do łóżka nie wspomnę. Choć oczywiście skłamałbym mówiąc, że nie chciałbym tego; nie mniej jednak uważam, że pewnych rzeczy dorosły mężczyzna nie robi i tyle. Wciąż jestem mężem, jakby to nie wyglądało; trzy lata temu przyrzekłem mojej żonie wierność i nikt mnie z tego przyrzeczenia nie zwolnił.

        > I trudno z powyższego opisu zrozumieć, o co chodzi
        > jego zonie. Gdyby chciała rozwodu, zrobiłaby coś w tym kierunku.

        No właśnie, to też podsyca moją niezdrową nadzieję - gdyby chciała się rozstać to już od roku bylibyśmy po rozwodzie z jej pozwu. Usłyszałem rok temu "nie kocham cię" - spokojnie, bez awantury, emocji, całkowicie na trzeźwo. Żona do teraz nie chce się jednoznacznie z tego wycofać. Znajduje kolejne powody, moje wady i przewinienia z dalekiej przeszłości będące przyczyną kryzysu. Gdy likwiduję taką wskazaną wadę, spełniam jej żądanie to ona wynajduje następne i tak w kółko od roku już, z tym, że przyczepia się coraz to mniejszych drobiazgów, tak absurdalnych, że aż wstyd mi pisać. Wycofuję się niczym bokser na ringu pod gradem ciosów. A liny coraz bliżej za moimi plecami...

        > Póki co, wypchnęła z domu faceta, bo znudziła jej się jego facjata. Ale do
        > zwrócenia wolności jeszcze od tego daleko. W dodatku trudno udowodnić, kto
        > tu kogo opuścił - to mąż wyprowadził się od żony

        Dotychczas mieszkaliśmy w mieszkaniu żony (nabyte przed ślubem, spadek) - to tak dodaję dla wyostrzenia obrazu. Przez ostatnie miesiące gdy mieszkaliśmy razem atmosfera z mojego punktu widzenia była piekielna - wracałem z pracy do domu zdenerwowany jak na jakiś egzamin, bo przeważnie czekała mnie karczemna awantura pod byle pretekstem. Sytuacja stawała się nie do zniesienia. W końcu za namową żony wyprowadziłem się do wynajętej kawalerki. To miało być odseparowanie się terapeutyczne, tymczasowe, jednak okazało się bardzo szybko, że żonie moja absencja bardzo odpowiada i ani myśli o ponownym wspólnym zamieszkaniu. Winny oczywiście jestem ja w całości...

        Zatem nie mieszkamy razem, seksu nie było już od roku mimo moich starań, nie mamy też już wspólnego budżetu... czy to czasem nie są trzy filary małżeństwa z punktu widzenia sądu?
        • burza4 Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 20:14
          Łatwiej ci będzie, jeśli przestaniesz dywagować, kto tu jest winien. Wg mnie nikt - żona wyrosła z tego związku, dusi się w nim - i niczego nie zdołasz naprawić. To tak, jakbyś nagle znalazł się w związku z obcą osobą. To nie jest ta sama dziewczyna, z którą byłeś na studniówce - to ktoś zupełnie inny, z innymi oczekiwaniami od życia, z innym nastawieniem. To, co kiedyś ją przyciągało przestało się liczyć.

          Nie łudź się, że brak wniosku o rozwód cokolwiek znaczy - znaczy tylko tyle, że boi się kłopotów, formalności, wyrzutów rodziny, opinii, reakcji znajomych itd. Pozew złożyłam po prawie roku od wyprowadzki - choć od razu wiedziałam, że za żadne skarby świata nie chcę wrócić. Potrzebowałam czasu na psychiczne odprężenie, bałam się sprawy w sądzie, rozstrząsania, kolejnych nieprzyjemności, odsuwałam to w czasie. Ale wiedzialam, że nie chcę z nim być.

          Niszczyliście siebie nawzajem, ani jej - ani tobie nie było razem dobrze. I nie ma co się łudzić, że coś się poprawi - nie cofniesz czasu i nie będziecie znowu zakochaną parą nastolatków.
        • malamelania Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 25.01.11, 12:25
          Do Człowieka-na torze
          Nie podaję w wątpliwość Twojej wersji wydarzeń smile napisałam tylko, jak MOGŁOBY to wygladać, gdyby żona miała chęć uzyskać rozwód z Twojej winy. I lepiej zacznij myślec o niej jak o przeciwniku, z ktorym przyjdzie Ci się zmierzyć w sądzie - przy okazji rozwodu z ludzi wychodzi podłość, o jakiej ich partnerom się nie sniło, mimo długoletniego wspólnego zycia.
          Zamiast się łudzić nadziejami, pomysl na chłodno, o co może jej chodzić i przycisnij ja w rozmowie, żądając decyzji. Będziesz przynajmniej wiedział, na czym stoisz.
          Twoja zona jest w sytuacji komfortowej - ma zmianę, jakiej potrzebowała, bez ponoszenia kosztow psychicznych i materialnych, jakie niesie ze sobą rozwód.
          A co masz Ty?
          • tully.makker Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 25.01.11, 12:41
            I lepiej zaczn
            > ij myślec o niej jak o przeciwniku, z ktorym przyjdzie Ci się zmierzyć w sądzie
            > - przy okazji rozwodu z ludzi wychodzi podłość, o jakiej ich partnerom się nie
            > sniło, mimo długoletniego wspólnego zycia.

            I co zachecasz go, zeby z neigo ta podlosc wyszla jako pierwsza?
            ja o swoim exie nie myslalam jako o przeciwniku, nie wiem, co on myslal, ale sadze, ze dzieki mojej postawie niezaogniania sytuacji rozwiedlismy sie kulturalnie, w porozumieniu w kwestiach dziecio-majatkowych.
            Przeraza mnie takie szczucie ludzi na siebie.
            • malamelania Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 25.01.11, 15:48
              Wyczytałas to, co chciałaś smile
              Do jakiej podłości zachęcam i w którym miejscu? Ja tylko pokazałam hipotetyczną możliwość - że obecne problemy mogą być wstępem do dużo poważniejszych, jesli do rozwodu dojdzie.
              Być może oprócz zmagania się z własną depresją, facet będzie musiał bronić dobrego imienia.
              Podkreślam: być może.....ale kto zaręczy, ze tak nie będzie?
              Aby rozwieść się kulturalnie, potrzeba woli obu stron. Póki nie wiadomo, jakie zamiary ma żona autora, trudno wyrokowac o mozliwych scenariuszach. Jeżeli rozwód będzie za porozumieniem stron, nikt nie będzie zaogniał sytuacji, bo i po co.
              Jeżeli żona spróbuje udowodnic winę męża (skąd pewność, że tak nie zrobi?), wtedy wykorzysta przeciwko niemu wszystko, co możliwe - również fakt, że się wyprowadził.
              A sądząc z opisu, nie jest to kobieta nastawiona na pokojowe rozwiązywanie konfliktów smile)
            • burza4 Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 25.01.11, 15:55
              tully.makker napisała:

              > I co zachecasz go, zeby z neigo ta podlosc wyszla jako pierwsza?

              A co jest podłego w zadbaniu o własny tyłek? są w faktycznej separacji, i na razie nikt nie wykonuje pierwszego kroku, taka sytuacja może trwać latami. Warto sobie uświadomić, że przeciąganie tego ma również określone konsekwencje finansowe.

              Nawiasem mówiąc - wspominałaś, że eksa miałaś przy rozwodzie w garści mając dowody jego winy, więc chyba nie do końca twoja postawa "niezaogniania" odgrała kluczową rolę w ustaleniu kwestii majątkowych? nie miał innego wyjścia, ot co.
    • puzzle33 Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 12:40
      Jaja ze stali - człowiek na torze - lokomotywa dziejów?
    • zmeczona100 Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 13:20

      Cały czas mam nadzieję, że może za miesiąc się poprawi i będzi
      > e lepiej.

      Jak najbardziej- może tak być. Na jakiś czas, potem wszystko wróci, tylko, że ze zdwojoną siłą. I tak znowu- do kolejnego miodowego miesiąca, tym razem już znacznie krótszego.

      Jaja jajami, ale na pewno potrzebujesz dobrych okularów- i to bynajmniej nie różowych.
      Przekroczyliście już granicę, za którą nie ma już Waszego małżeństwa. Ty zdajesz się tego nie dostrzegać- jednak nie ma to znaczenia. Może Wam się uda znowu dogadać, być razem, ale tej granicy nie udaje się z reguły przekroczyć w odwrotną stronę- formalny rozpad to i tak byłaby tylko kwestia czasu.

      Byłam w Twoim wieku, kiedy znalazłam się w Twoim położeniu. Z perspektywy mogę tylko tyle powiedzieć, że te kolejne 10 lat to był całkowicie zmarnowany przeze mnie czas. Przeciekły mi te lata przez palce, w swej naiwności oczekiwałam cudu, który nie miał szans żadnych, aby się stać. Szkoda nie tylko czasu, ale i zdrowia i zmarnowanych perspektyw, szans na ułożenie sobie życia z inna osobą.

      Nie ma leku na Twoją sytuację- no może oprócz czasu.
      Ja nie czekałabym ani dnia dłużej. Teraz taka mundra ze mnie babka wink
      • puzzle33 Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 14:39
        zmeczona100 napisała:

        > Byłam w Twoim wieku, kiedy znalazłam się w Twoim położeniu. Z perspektywy mogę
        > tylko tyle powiedzieć, że te kolejne 10 lat to był całkowicie zmarnowany przeze
        > mnie czas. Przeciekły mi te lata przez palce, w swej naiwności oczekiwałam cud
        > u, który nie miał szans żadnych, aby się stać. Szkoda nie tylko czasu, ale i zd
        > rowia i zmarnowanych perspektyw, szans na ułożenie sobie życia z inna osobą.
        Ano, ano...smile
    • plujeczka Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 15:42
      trwajac w takim związku zimnym, chłodnym i bez perspektyw skazujesz siebie na katorę a i drugiej stronie wiazesz ręce.terapia ? byc moze choć wielokrotnie pisałam ,ze ja w nia nie wierze bo do terapii podobnie jak do tanga trzeba dwojga.
      Boisz się samotnośc? to nic dziwnego kazdy z nas się tego boi ale trzeba wybrac mniejsze złochocby ta decyzja nas mocno "uwierała" Nie możesz z góry zakładać samotności do konca zycia wszak to rozwodnicy za kilka lat staja ponownie w szranki slubne i choć sa obciazeni przeszłością to jednak w wielu przypadkach w nowych zwiazkach dastają to o czym marzyli przez całe zycie i czego nie otrzymali w poprzednich zwiazkach.
      Musisz jasno okreslić sobie zadania nap rzyszłośc, pozew, rozwód, podział majatku i nowe zycie wszak nosisz spodne a nie ma nic gorszego niz facet bez jaj.Sam nie bedziesz za kilka lat mógł spojrzec sobie we własne odbicie w lustrze a jesli poznasz i znowu pokochasz to bedziesz sam sobie dziwił się ,że tak długo z dezycja o rozwodzie zwlekałes. ja należę do tego drugiego grona. I fakt jako kobieta "mam jaja" ale jakoś tam z obaczy przed nowym ( bo stare znałam) zwlekłam długo z decyzja o rozwodzie az wyprzedził mnie ex małzonek,.
      Dzisiaj jestem juz dość długo po rozwodzie i .....nie jest tak xle, jest inaczej ale dobrze i nie doskwiera mi samotnośc może tylko obawa o przyszłość i o ekonomie w naszym lraju co wiesz , ze jest trudne spedza mi sen z oczu ale czy z ex małzonkiem byłoby mi lzej? nie wiec nie żaluję niczego co do tej pory się stało ale żałuję ,że podobnie jak Ty tkwiłam w toksycznym zwiżki i zyciowym marażmie.teraz jest ok .
      Tobie zyczę wiecej odwagi i samozaparcia, odgoń od sibie te złe mysli, wyjdź do ludzi, przypomnij sobie swoje hobbi sprzed lat na które nie miałeś do tej pory checi i czasu bo "skolmlenie" o czyjeś uczucie nie jest niczym dobrym i upokarza, otepia spowalnia nasze reakcje, gubimy sie w gąszczach domysłów zamiast iśc do przodu.
    • xciekawax Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 16:40
      zawsze jestem troszke zaskoczona gdy czytam takie watki od faceta. Slysze tak wiele historii o facetach ktore robia takie paskudne numery swoim zonom, ze czasami nie mozna uwierzyc sa rodzinni mezczyzni ktorzy nie chca rozwodu itd...

      Mysle ze gdy milosci nie ma miedzy partnerami (a od niej nie ma), to jest Game OVer! chyba trzeba sie z tym pogodzic. Z perspektywy czasu mysle ze maz mnie juz dawno nie kochal - a ja sie meczylam czujac to, chociaz siebie oklamywalam ze to nieprawda, bo jak to: przeciez ja kocham, jestem dobra zona, sie smiejemy, kochamy itd... to on tez musi!

      Moze nie mozesz podjac decyzji gdyz jeszcze miarka sie nie brzebrala? Dla mnie sie przebrala gdy dowiedzialam sie o zdradzie. Ty tez bedziesz mial ten moment, kiedy juz nie bedziesz mogl sie oklamywac nadziejami.

      Tez bylam z mezem para od 17 roku zycia. Wiem jak to jest uzaleznic sie tak potwornie, gdyz nie znasz niczego innego. Ale wlasnie, nie znasz! I teraz bedziesz mial szanse sie przekonac kim naprawde jestes, co lubisz, itd.... czyli bedziesz mogl wyrosnac.
      • czlowiek-na-torze Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 21:28
        xciekawax napisała:

        > zawsze jestem troszke zaskoczona gdy czytam takie watki od faceta. Slysze tak
        > wiele historii o facetach ktore robia takie paskudne numery swoim zonom, ze cza
        > sami nie mozna uwierzyc sa rodzinni mezczyzni ktorzy nie chca rozwodu itd...

        No ale tak właśnie jest. Oczywiście, jak każdy "samiec-twój-wróg" oglądam się za krótkimi spódniczkami i nie pamiętam co do mnie mówiła koleżanka z pracy bo akurat miała bluzkę z głębokim dekoltem. Nie zmienia to jednak faktu, że takie wartości jak rodzina, wierność, szacunek i poczucie bezpieczeństwa domowego są dla mnie nadrzędne. To się po prostu nie wyklucza.

        > Mysle ze gdy milosci nie ma miedzy partnerami (a od niej nie ma), to jest Game
        > OVer! chyba trzeba sie z tym pogodzic. Z perspektywy czasu mysle ze maz mnie j
        > uz dawno nie kochal - a ja sie meczylam czujac to, chociaz siebie oklamywalam z
        > e to nieprawda, bo jak to: przeciez ja kocham, jestem dobra zona, sie smiejemy,
        > kochamy itd... to on tez musi!

        Oj, widzę, że losy ludzkie są podobne, bo analogia do moich odczuć jest dla mnie aż zbyt wyraźna. Cóż, zawsze to jakieś pocieszenie, że nie jestem jakimś wykolejeńcem i takie rzeczy się ludziom zdarzają.

        > Moze nie mozesz podjac decyzji gdyz jeszcze miarka sie nie brzebrala? Dla mnie
        > sie przebrala gdy dowiedzialam sie o zdradzie. Ty tez bedziesz mial ten moment,
        > kiedy juz nie bedziesz mogl sie oklamywac nadziejami.

        Jakbym miał te wspomniane stalowe jaja, to przebraniem miarki byłyby słowa "nie kocham cię" usłyszane od żony.

        > Tez bylam z mezem para od 17 roku zycia. Wiem jak to jest uzaleznic sie tak pot
        > wornie, gdyz nie znasz niczego innego. Ale wlasnie, nie znasz!

        Rozumiem, że żyjesz i masz się dobrze, czyli skoro Ty mogłaś to i ja dam radę. Dziękuję, jakoś mnie to odrobinkę pociesza, że ktoś przeżył to samo. Marna to pociecha prawdę mówiąc, ale zawsze lepsza niż jej brak.
        • xciekawax Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 21:58
          Czlowieku, ja gdybym miala stalowe jaja tez bym odeszla dawno temu. Wierz mi, bylam z tym czlowiekiem przez zle powody: balam sie zycia, chowalam sie za niego, lubilam miec opiekuna, wyreczal mnie z podejmowania decyzji dla mnie trudnych, balam sie samotnosci przez moje dziecinstwo, itd... itd..... bardzo siebie oklamywalam aby nie widziec prawdy - ze jestem z czlowiekiem ktory absolutnie mnie nie widzi jako kochana kobiete a jedynie jako obiekt.

          Teraz "latwo mi pisac" gdyz przerobilam bardzo duzo, uswiadomilam sobie wiele spraw o sobie i moim bylym zwiazku. Bardzo pomogl mi psycholog i psychoanaliza z nim, ale on jest bardzo dobry w tym co robi. Bylam z exem ponad 13 lat, a dowiedzialam sie o zdradzie tylko 5 miesiecy temu. Jestem o wiele szczesliwsza niz bylam przez ostatnie kilka lat, zmieniam swoje zycie, kroczek po kroczku. Dobrze mi. Nie tesknie do tamtego zycia, chociaz kiedys nie wyobrazalam sobie zycia bez niego. dodam wiecej, z "mezczyzny mojego zycia" stal sie w moich oczach blaznem. Zaluje tych lat, naprawde. Zaluje ze to stalo sie dopiero teraz, ze tak dlugo sie oklamywalam.

          Samotnosc nie jest latwa, czasami mam bardzo ciezkie dni. Jest to stresujace, dostalam dwie zmarszczki na czole, moze dostaje depresji, ale za nic nie zamienilabym swojego obecnego zycia na zycie w tamtym zwiazku.
    • triss_merigold6 Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 19:52
      Nie ratuj tego, nie ma sensu.
      Przechodzony związek, klasyka.
      • czlowiek-na-torze Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 21:32
        triss_merigold6 napisała:

        > Nie ratuj tego, nie ma sensu.

        Ależ ja to doskonale wiem i się zgadzam. Problem mój polega na braku odwagi a nie na niedostrzeganiu wypalenia związku.
    • burza4 Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 20:03
      Skąd wziąć siłę? iść na terapię, poukładać sobie to wszystko w głowie. Wiem, wiem - terapia wam nie pomogła. Ale to nie znaczy, że nie pomoże tobie.
      Z eks mężem też chodziliśmy do psychologa, po czym na indywidualnej wizycie usłyszałam, jak to z boku wygląda. Że mamy kompletnie inną wizję przysżłości, że to nie jest kwestia tego kto ma rację, ale tego, że nasze oczekiwania co do życia się kompletnie rozmijają.
      I to uderzyło mnie znacznie bardziej niż maglowanie tego we własnej głowie.

      Najtrudniej jest zrobić pierwszy krok, potem już leci.
      A to uzależnienie to też syndrom "jednego związku" - spędzając całe życie z jedną osobą zatraciłeś się tylko w jednej relacji. Nie patrz na wspomnienia z kolonii, zastanów się jak chcesz spędzić resztę życia.
      • xciekawax Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 22:00
        madrze napisane wink
        • pacio Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 24.01.11, 23:31
          a jak było z twoimi rodzicami?
          Dostałeś ten wzorzec i cudów nie ma...

          Trudno dawać komukolwiek rady jeżeli nie zna się podstaw. Każdy mniej więcej wie jak powinno być, jednakże to co zostało wyniesione z rodzinnego domu potrafi czasem bardzo silnie rzutować na związek. Wychodzimy z jakims bagażem, rodzice pakują nam walizkę a my z nią ruszamy w świat.....
    • gyubal_wahazar Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 25.01.11, 13:11
      Współczuję Ci, ale na własną prośbę się pogrążasz. W jej oczach jesteś frajerem, we własnych również. Jedyne co masz do uratowania, to resztki godności. Jeśli jej nie uratujesz, możesz się stoczyć chlając albo ćpając.

      Chcesz stracić szacunek u rodziny i wszystkich znajomych ? Bo o to właśnie się prosisz i niektórzy z nich pewnie już patrzą na Ciebie z politowaniem. Daj zdrowo w palnik, spal albo porąb dokładnie rzeczy które Ci się z nią kojarzą, wywal wszystkie numery telefonów, maile i nie wiem co tam jeszcze i zero (słownie : ZERO) jakichkolwiek kontaktów z nią i z jej znajomymi.

      Najlepiej byś zrobił wyjeżdżając gdzieś na dłużej. I tak jesteś w komfortowej sytuacji będąc młodym i nie mając z nią dziecka. Powodzenia !
    • tom-74 Może niekoniecznie rozwód... 25.01.11, 14:13
      Obserwuję ten wątek od pewnego czasu, widzę, że nadal masz nadzieję na uratowanie związku, ale też potrzeba Ci pewnej odskoczni, oderwania od problemów, zniesienia pewnych pęt moralnych, które nakłada na Ciebie przysięga małżeńska i... kubła zimnej wody dla Twojej żony, która chyba sama nie do końca wie, czego chce.
      Więc... Złóż Ty pozew, ale nie o rozwód a o separację.
      Teoretycznie będziecie nadal małżeństwem, więc zawsze istnieje możliwość zniesienia separacji, ale jeżeli nic się nie zmieni, lub co gorsza pójdzie w złą stronę, po kilku latach bez problemu otrzymasz rozwód.
      Może to nie jest doskonałe rozwiązanie, ale może Ci się uda uratować małżeństwo.
      Powodzenia.
      • altz Re: Może niekoniecznie rozwód... 25.01.11, 19:22
        Niezły pomysł o uznanie separacji. W końcu ona istnieje faktycznie.
        Może żona się naczytała wpisów na forum i wie już, że jest nieszczęśliwa?
        Skąd tyle agresji w kobietach i wzajemnego podjudzania?
        Panie walczą o związek, duszą się, żyją z psychopatą, w toksycznych związkach itp.
        Jakoś nie potrafią rozmawiać po ludzku. smile Gomułka wrócił! wink
      • gyubal_wahazar Re: Może niekoniecznie rozwód... 26.01.11, 22:56
        Szanuję Twój pogląd, ale nie umiem się z nim zgodzić. Co osiągnie tą separacją ? 5%-ową szansę reanimacji trupa jakim jest ten związek i 95%-ową pasma kolejnych złudzeń, cierpień i upokorzeń. Ma się doczekać zastania gacha w ich własnym łóżku, by dojrzeć do decyzji o rozwodzie ?

        To przy wrażliwości autora, kolejnym jego ruchem, może być bardzo długi ciąg alkoholowy lub narkotykowy, utrata pracy i stoczenie się. A to i tak wersja soft, bo nie da się wykluczyć targnięcia na życie.
        • czlowiek-na-torze Re: Może niekoniecznie rozwód... 27.01.11, 22:12
          gyubal_wahazar napisał:

          > Szanuję Twój pogląd, ale nie umiem się z nim zgodzić. Co osiągnie tą separacją
          > ? 5%-ową szansę reanimacji trupa jakim jest ten związek i 95%-ową pasma kolejny
          > ch złudzeń, cierpień i upokorzeń. Ma się doczekać zastania gacha w ich własnym
          > łóżku, by dojrzeć do decyzji o rozwodzie ?

          Związek w zasadzie od półtora roku istnieje jeno formalnie. Jak jeszcze mieszkałem z żoną to było jak z współlokatorką, teraz nawet nie mieszkamy razem, a żonę każda próba kontaktu z mojej strony wyprowadza z równowagi.

          > To przy wrażliwości autora, kolejnym jego ruchem, może być bardzo długi ciąg al
          > koholowy lub narkotykowy, utrata pracy i stoczenie się. A to i tak wersja soft,
          > bo nie da się wykluczyć targnięcia na życie.

          O to spokojna głowa; nigdy się nie upijam, narkotyków nie biorę. Żyć faktycznie na razie nie bardzo mi się chce, życie mnie nie cieszy od półtora roku. Ale samobójstwo zamierzam popełnić w sposób naturalny, to znaczy po prostu cierpliwie czekać na śmierć bo ona i tak prędzej czy później nastąpi, tego akurat mogę być pewien.
          • gyubal_wahazar Re: Może niekoniecznie rozwód... 27.01.11, 22:34
            Jeśli mimo Twojej wrażliwości, nie ruszyło Cię to na tyle, by nawet zdrowo popić, to na moje wygląda, że panujesz nad sytuacją, tylko mamisz się jakimiś złudnymi nadziejami.

            Wydaje mi się, że masz niską samoocenę, bo z wyższą, dawno chwyciłbyś bysia za rogi i miał już nową kobietę. Zrób coś, co samego Ciebie przekona, że jesteś coś wart (w dowolnej dyscyplinie), a wtedy podbudowane ego sprawi, że poczujesz się pewnie w kontakcie z kobietami i poderwiesz jakąś fajną dziewczynę. A wtedy skończy się Twój dół, bo będziesz miał kim zająć myśli. Powodzenia ! smile
      • czlowiek-na-torze Re: Może niekoniecznie rozwód... 27.01.11, 22:01
        tom-74 napisał:
        > Więc... Złóż Ty pozew, ale nie o rozwód a o separację.

        Pomysł nie jest całkiem zły, ale w moim przypadku raczej się nie sprawdzi. My tę separację mamy w praktyce już trzeci miesiąc, a że nie przyklepaną przed sąd to tylko tyle co brak papierka z pieczątką.

        Nic to nie pomaga prawdę mówiąc. Moja żona po kolei odcina jedną po drugiej nitki nas łączące... Malamelania napisała wcześniej: "Póki co, wypchnęła z domu faceta, bo znudziła jej się jego facjata." i to wygląda właśnie dokładnie tak.
        • e-stworek Re: Może niekoniecznie rozwód... 27.01.11, 22:34
          Człowieku!
          Pisałam Tobie strasznie długi list ale widać los tak chciał, że cholerna sesja wygasła.
          Szczerze? To nie chce mi się wylewać ponownie tego żalu ,który był zawarty w tamtym poście.
          Jedno co z niego Ci tu napiszę to słowo : PRZEPRASZAM .
          Przepraszam z całego serca Ciebie takich ja ty facetów ,których krzywdzą takie baby jak ja i twoja żona.

          Pozdrawiam
          I jak na robala porządnego przystało wracam pod swój kamień.
          • czlowiek-na-torze Re: Może niekoniecznie rozwód... 29.01.11, 23:14
            Nie wiem jak mam rozumieć to co piszesz. Wyczuwam tu jakąś kpinę, ale może jestem przewrażliwiony.
        • tom-74 Re: Może niekoniecznie rozwód... 28.01.11, 07:01
          Nie będę się bawił w analizę i pokazywania Ci różnych korzyści i możliwych kierunków rozwoju sytuacji. Zwrócę tylko uwagę na kilka kwestii.
          W chwili złożenia pozwu wykonujesz ruch. Może to zmusić drugą stronę do pokazania prawdziwych oczekiwań. Czyli po prostu do reakcji.
          Kolejna sprawa, to wyjście ze wspólnoty majątkowej. Jeżeli wcześniej nie podpisaliście intercyzy, pamiętaj, że nadal połowa tego co zarobisz jej się należy.
          I ostatnia sprawa. Po uzyskaniu separacji, nie będzie mogła zbierać na Ciebie haków i docelowo na sprawie rozwodowej udowodnić, ze to z Twojej przyczyny doszło do rozpadu (głównie chodzi mi o nowe znajomości). Nie będziesz musiał się kryć i będziesz mógł spokojnie budować swój nowy świat.
          Kobiety nie lubią facetów niezdecydowanych i biernych. Ty na razie taki jesteś.
          Z Twoich postów zrozumiałem, że na razie nie chcesz rozwodu, ale działać musisz.
          Decyzja należy TYLKO do Ciebie.
    • brak.slow Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 27.01.11, 00:17
      ja piernicze, gdzie są tacy faceci jak Ty?
      słuchaj, ludzie przestają się kochać po 3/5/10/20 latach, to się zdarza, a tym bardziej tym, którzy są w związku z jedną osobą całe zycie i to od szczenięcych lat. Po prostu nie mają porównania jak jest z innymi, czy kogoś można kochać bardziej, przeżyć coś więcej itd.
      Tak to jest jak się dzieciaki w związki bawią i przechodzą występujące w nich problemy, mówiąc sobie, że tak powinno być, a potem po 10 latach ślub i nagle doznają olśnienia- "to już tak do końca życia będzie?"
      Myślę, że jeśli kiedyś Cię kochała to takie coś ją dopadło, jeśli nie kochała, a była z Tobą, bo nikt inny się po drodze nie przytrafił, to tym bardziej wreszcie zrozumiała, że dłużej się tak nie da.
      Rozumiem, że cierpisz, to naturalne, ale wydaje mi się, że jesteś trochę zbyt "delikatny", kobiety lubią twardzieli, a nie facetów, którzy jęczą, płaczą, użalają się nad sobą i dają gnoić xx czasu a to właśnie robisz Ty. dajesz się gnoić.

      Rada jest prosta jak drut. Nie rób z siebie frajera, wyjedź gdzieś daleko- Indie, Ameryka Południowa, nie wiem, cokolwiek, przeżyj wspaniałą przygodę, przede wszystkim dla samego siebie. Aż ciekawa jestem jakby zareagowała na coś takiego-ty świetnie się bawiący, podróżujący, zamiast wydzwaniać i błagać ją o powrót.
      Po drugie załatw sobie chociaż separację- długo już razem nie mieszkacie, dlaczego miałbyś dzielić się z nią majątkiem za lata przeżyte osobno-do reszty zgłupiałeś?

      i pytanie całkiem serio- czy żona miała orgazmy z Tobą? czy wiesz jak wygląda szczytujaca kobieta? może udawała? może coś ją w tym waszym związku nie satysfakcjonowało, np w sferze seksualnej (pytam, bo moj pierwszy partner-bylismy razem 4 lata tez w bardzo mlodym wieku - byl naprawde kiepski w łóżku - i bylo to bardzo frustrujące. przyznam ze cierpialam z tego powodu. Dziś mam cichą nadzieję, że kobiety spotkane po naszym rozstaniu czegoś go nauczyły, albo on sam się czegoś nauczył. Wy natomiast jesteście dla siebie pierwszymi partnerami-śmiem przypuszczać.
      • czlowiek-na-torze Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 29.01.11, 23:25
        > Rozumiem, że cierpisz, to naturalne, ale wydaje mi się, że jesteś trochę zbyt "
        > delikatny", kobiety lubią twardzieli, a nie facetów, którzy jęczą, płaczą, użal
        > ają się nad sobą i dają gnoić xx czasu a to właśnie robisz Ty. dajesz si
        > ę gnoić.

        To prawda co piszesz. Płakałem, błagałem, użalałem się nad sobą, dawałem sobą pomiatać i zapędzić się w narożnik. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko to, że pracuję nad poprawą tej części siebie i jakoś mi to, co prawda powolutku, ale wychodzi.

        > Rada jest prosta jak drut. Nie rób z siebie frajera, wyjedź gdzieś daleko- Indi
        > e, Ameryka Południowa

        A może by tak dać pieniążki na ten wyjazd od Ameryki Południowej? Chętnie przyjmę. Na razie przez najbliższy rok mam na głowie spłacanie kredytu na remont mieszkania mojej żony.

        > i pytanie całkiem serio- czy żona miała orgazmy z Tobą? czy wiesz jak wygląda s
        > zczytujaca kobieta? może udawała? może coś ją w tym waszym związku nie satysfak
        > cjonowało, np w sferze seksualnej

        O, no tak, że też sam na to nie wpadłem! To moja wina, bo żona nie miała orgazmów za to ja miałem klapki na oczach i myślałem, że ona szczytuje naprawdę! Jakież to oczywiste, jakże ślepy byłem!

        Kpiny na bok! To nie tak wyglądało jak piszesz! Od ślubu to zawsze ja zabiegałem o seks i ja go inicjowałem. I proszę mi tu nie pisać, że kobietę trzeba przygotować dzień przed, że kwiaty, że nastrój, że gra wstępna, bo ja to wszystko do cholery ciężkiej wiem!
        • brak.slow Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 30.01.11, 23:04
          ok, może powinnam była napisać "wyjedź gdzieś, gdziekolwiek, zrób coś fajnego dla siebie", a nie kierować Cie w konkretne strony, nie wściekaj się tak od razu, zwłaszcza, że kasa wypływa bokiem i mogłaby akurat zostać przeznaczona na wyjazd.

          Jakie kpiny? pytałam zupełnie serio.
          Bądź taki ostry w relacji z nią, a nie z ludźmi na forum, którzy poświęcają swój czas, żeby Ci cos doradzić.
          • marcepanna Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 18.05.11, 23:46
            Właśnie

            Ja powiem tak: jak już dostałeś takiej manii że chcesz tylko od Stefanii to separacja sądowa a potem nie tyle wyjazd co właśnie skoncentrowanie się an zarabianiu kasy

            Jak się dorobisz prawdziwej kasy to kobiety same się zjawią a żona wróci na kolanach !

            A jeśli stanie się szmalownym gościem jest absolutnie niemożliwe (ja w to wątpię) to rozwód i odwyk od baby.
    • ag13ag13 Dla mnie nie o jaja chodzi 28.01.11, 16:41
      Jak w temacie. Najwidoczniej jeszcze nie dojrzales do podjecia decyzji, chociaz sam nazywasz juz rzeczy po imieniu. Jednym potrzeba roku czasu na dojrzenie do podjecia decyzji, innym dluzej, jeszcze innym nigdy...nie jest dane dojrzenie. Nie chodzi o jakies jaja, moc itp. Trzeba dojrzec. To jedna z powazniejszych decyzji w naszym zyciu, ktora rzutowac bedzie jeszcze przez lata na nasza przyszlosc. O mnie mozna powiedziec, ze jestem przebojowa i kobieta z jajami, ale bylam w niemocy az 5 lat i ciezko mi nazwac te lata straconymi, w ktorych dojrzewalam do rozwodu (inni mowia, ze gdzie diabel nie moze, tam trzeba mnie wyslac). Dzisiaj moge powiedziec, ze najwidoczniej tyle czasu mnie bylo trzeba. Az piec lat lub tylko piec lat. Dojrzalam, podjelam ostatnia probe...Dalam konkretny termin, bo mnie jak Tobie do konca zalezalo na roatowaniu zwiazku. Uznalam ten termin za bezwgledny, ostateczny. Nie zylam juz zludzeniami, ale chcialam byc pewna, ze wykorzystalam wszystkie mozliwosci. Powiedzialam: masz pol roku, jak chcesz byc ze mna to cos zrob, pokaz jak kochasz, a nie tylko o tym mow... bla bla bla. U mnie syt. ciut bardziej skomplikowana, chociaz to tez rzecz b. wzgledna, ale jest dziecko...moze dlatego tak dlugo czekalam...chociaz mysle, ze nie to byl powod, ale po prostu nie czulam sie na tyle silna, na tyle dojrzala i pewna podjecia decyzji, ze po prostu zwlekalam...czyniac co moglam w swoim przekonaniu, by malzenstwo jednak uratowac. Nie udalo sie. Glowa do gory. Nie biczuj sie niepotrzebnie. Wg mnie po prostu trzeba dojrzec, byc pewnym swoich decyzji, byc za nie odpowiedzialnym. Tyle chcialam napisac... Dla mnie dzialasz ok. Najwidoczniej ten czas jest Ci potrzebny smile Ja po 5 latach bylam juz zmeczona, ale do konca chcialam cos zmienic, naprawic...w koncu bedac juz wyczerpana dalam po prostu konkretny termin. Rozmow sie z zona, powiedz czego pragniesz, czego oczekujesz, jesli chcesz to zakonczyc, daj jej jakis czas, niech to bedzie pol roku, niech zrobi cos, Ty zrob cos, z Waszym zyciem. Jesli zadne z Was nic nie zrobi...masz jasna odp. Zadaj sobie jeszcze pytanie...czy po tym pol roku, jesli nic sie nie zmieni czy chcesz tak zyc do konca zycia...Ludzie ot tak sie nie zmieniaja...
      • jarkoni Rozwód 29.01.11, 11:08
        Człowieku_na_torze, rozumiem, że zbierasz i siły i myśli, ze ciągle masz nadzieję na powrót starego status quo, ale..
        Mam parę ale..
        Po pierwsze: znałem kilka małżeństw, w których znajomość rozpoczynała się w podstawówce/liceum, zazwyczaj były tam problemy po ślubie, parę rozwodów też było. Powód? Bardzo prozaiczny, dwie osoby będące od lat ze sobą, nie doświadczyły innych związków, nie miały innych partnerów, nie mają żadnego porównania. Wkraczają w dorosłe życie, ślub, praca, nowe znajomości. Czasem, albo i często, jest tak, że zauraczają się kimś nowo poznanym, albo poznają inne małżeństwa, gdzie jest inne podejście do zycia, inne priorytety, i zaczynają się zastanawiać dlaczego tak nie ma u nas..
        Po drugie: to nie jest do końca tak, że Ty nie masz jaj, taką masz już może konstrukcję psychiczną.. Ja też chcę, żeby wszystkim było dobrze i żeby panowała ogólna szczęśliwość na świecie.. Może poza tym, że ciągle liczysz na powrót do związku, to jeszcze nie chcesz składać pozwu rozwodowego, żeby nie być tym "agresorem".. Łatwiej by Ci było gdyby to Ona złożyła pozew. Odetchnąłbyś z ulgą, prawda?
        Po trzecie: "Si vis pacem para bellum " Myślisz racjonalnie o rozstaniu i rozwodzie, z racjonalnego punktu widzenia mózg podpowiada, że to nieuniknione..
        Więc szykuj się do wojny rozwodowej, tak, do wojny.
        Na szczęście nie macie dzieci.. Ale sądząc po zachowaniu Twojej żony wykorzysta wszystko przeciwko Tobie. Więzi ustały z Twojego powodu: od ponad dwóch lat wracałeś poirytowany z pracy, robiłeś jej wymówki, awantury również, nawet ją popchnąłeś parę razy.. Współżycie ustało półtora roku temu, Ty nie chciałeś..Krzyczałeś na nią, że źle wyglada, źle gotuje. źle sprząta..Nie chciałeś z nią nigdzie wychodzić.. Ona płakała po nocach i prosiła, żebyś ją kochał. Ty byłeś zimny jak lód i w końcu się wyprowadziłeś, choć ona błagała, żebyś został..
        Dlatego ona sobie życzy Twojej winy.
        Realne? Jak najbardziej. Ja tak miałem, a byłem w sytuacji analogicznej, tylko mieliśmy dwie córki.
        Sąd mojej żonie uwierzył, dlaczego ma nie uwierzyć Twojej?
        PS. Najgłupsza z możliwych rada, ale wierz mi, skuteczna: wyjdź do ludzi, poznaj kogoś, poznaj inne kobiety, e tam, flirtuj nawet, wracaj uśmiechnięty po takim spotkaniu do kawalerki..Zrzucaj powoli ten wieloletni garb, zobaczysz, że może być tylko lepiej..
        I oczywiście spróbuj się zawziąć i zero kontaktu z żoną. Zobaczysz, że ona się wcale nie zmartwi jak przestaniesz się w ogóle odzywać. A powinna, bo może coś Ci się stało..To też pewna weryfikacja..
        • czlowiek-na-torze Re: Rozwód 29.01.11, 23:12
          Moja nadzieja na naprawę małżeństwa już ledwo się tli i niedługo całkiem zgaśnie. Piszesz, że mam się szykować do wojny rozwodowej. Może jeszcze się nie szykuję, ale oswajam się z tą myślą. Konsultowałem się z przyjacielem, który jest prawnikiem, parę rzeczy mi naświetlił. Dałem żonie termin (dwa miesiące) na to aby mnie przekonała do pozostania z nią - jeśli w ogóle ona tego chce, bo ja w to szczerze wątpię gdy patrzę na jej czyny.

          Niepokoi mnie to co piszesz, że sąd uwierzył Twojej żonie. Myślałem, że sąd to instytucja, która podejmuje decyzje w oparciu od dowody a nie o wiarę we wzruszające historie żon-manipulantek.
          • pacio Re: Rozwód 30.01.11, 00:33
            Liczą się dowody i fakty, twarde dowody a nie na zasadzie że Hela słyszała coś. Co słyszała żuka w trawie jak na polanie leżała?
            Ciesz się że nie macie dzieci....
          • errormix Re: Rozwód 30.01.11, 00:39
            Zgadzam się w 100 procentach z tym co napisał jarkoni. U mnie było bardzo podobnie, ale żeby cię pocieszyć to powiem, że mojej ex sąd nie uwierzył smile
            • jarkoni Re: Rozwód 30.01.11, 11:58
              Mojej żonie sąd uwierzył z mojej, jak to nazwać, głupoty? Pewnie tak. Byłem po prostu w takim dole psychicznym, że poza pierwszą rozprawą nie stawiałem się na kolejne. Miała tam być moja pani adwokat, jak się później okazało była tam tylko jej asystentka.. No się okazało, że wyprowadziłem się sam, bo sam tak chciałem, a ona nie, że prawie 4letni brak współzycia to moja niechęć do seksu i parę innych kwiatków. Odwrócony ogonem kotek, ale cóż, nieobecni nie mają racji..
              Człowieku_na_torze, nie wiem, czy Twoja żona będzie podobnie perfidna, tylko ostrzegam i przestrzegam..
          • rybak Re: Rozwód 18.05.11, 11:59
            Ciekawe, że jest książka "Kobiety, które kochają za bardzo", a chyba nie ma analogicznej o facetach.
            Człowieku na torze: To już koniec. Nie ma już nic. Twoje małżeństwo nie istnieje, twoja żona cię nie kocha. A skoro dzieci nie ma - to nie ma tzw. dobra nadrzędnego, które powinieneś za wszelką cenę chronić. Nawet za cenę samego siebie. Ale i dla sądu nie ma przy tym żadnego powodu, by nie dał Ci rozwodu.

            Separacja to oczywiście jakiś sposób na wyjęcie z rąk twojej ex (im szybciej zaczniesz sam o niej tak mówić, tym lepiej dla ciebie) argumentów przeciw tobie na sprawie rozwodowej. Jeśli zechce ich użyć - a wnioskując z tego, że awantury robiła nieustające (zakładam, że istotnie niesprowokowane przez Ciebie) - to raczej na pewno zechce. Więc dobry prawnik to teraz dla ciebie podstawa.

            Ale na półśrodki nie licz - jak kobieta Cię nie chce, to nie. Jeśli wydaje Ci się, że jest źle - JEST GORZEJ! I już. Więc idź na ten rozwód i zgodnie z prawdą powiedz, jak było. Tyle że musisz odpowiedzieć na jedno pytanie zgodnie ze swoim sumieniem - gdy sąd Cię spyta: Czy kocha pan swoją żonę". A spyta.

            Jesteś młody jeszcze. Nie czekaj jak inni tu, należący do najbardziej pogardzanego przez niekochające baby gatunku uzależniających się emocjonalnie (w tym niżej podpisanywink), aż Ci stuknie piąty krzyżyk. Pamiętaj o jednym: nie za to ojciec syna bił, że ten grał, ale - że się odgrywał.

            Jest tyle różnych dróg na życie, każdy ma prawo wybrać źle. Ale nie ma co brnąć po zanikającej dróżce na bezdroża albo inne bagna. Jak się asfalt zmienia w szutrówkę, a szutrówka w gliniasty coraz węższy dukt, to powrotu tą drogą na autostradę NIGDY nie ma.
            Jest ZAWSZE jakieś paskudne mokradło, w którym ugrzęźniesz na amen i możesz w ogóle już nawet nie wrócić na szosę.
            Prościej tego wytłumaczyć nie umiem.
            No to powodzenia, wracam na piernatysmile
            rybak



            • czlowiek-na-torze Re: Rozwód 18.05.11, 15:25
              Oj, toś wyskoczył jak filip z konopii wink, bo ja już prawie dwa miesiące po rozwodzie jestem. Nie było tak strasznie. Jakoś powoli staję na nogi, niestety była żona rzuca mi pod te nogi kłody, ale jakoś daję radę.

              Życie jest cholerne.
              • rybak Re: Rozwód 18.05.11, 15:49
                A co to ja - Duch Święty?
                Jakoś nie zauważyłem, choć może oczy już nie te, byś się tym rozwodem chwalił.smile
                Ale jak widzę - poszło szybko - tak jak myślałem.
                No to lepszego życia!
                rybak
                A życie wcale nie jest cholerne. Jedyne jakie mamy.
                • czlowiek-na-torze Re: Rozwód 18.05.11, 16:22
                  rybak napisał:
                  > Jakoś nie zauważyłem, choć może oczy już nie te, byś się tym rozwodem chwalił.:

                  Bo chwalić się nie ma czym. Ale na forum na pisałem, o tu:

                  forum.gazeta.pl/forum/w,24087,123493579,123493579,Mezczyzna_uzywany_rocznik_1982_nie_bity_.html
                • mayenna Re: Rozwód 18.05.11, 16:23
                  rybak napisał:

                  > A co to ja - Duch Święty?

                  > A życie wcale nie jest cholerne. Jedyne jakie mamy.

                  Jak zobaczyłam Twój wpis to mi się pomyślało: wszelki duch...smile
                  Zycie jest pięknesmile
              • marcepanna Re: Rozwód 18.05.11, 23:51
                No proszę!

                I bardzo dobrze że się rozwiodłeś

                Czyli dorobienie się kasy jest niemożliwe, szkoda
    • zatracony72 farciarz 19.05.11, 08:46
      Jak ja bym chciał być w Twoim położeniu wink No a tak na serio to jesteś w świetnej sytuacji. Młody i co najważniejsze bezdzietny. Nie musisz się przejmować, że zniszczycie jeszcze komuś życie. Po prostu kończysz ten etap życia i zaczynasz nowy.
      Pomyśl. Ona Cię nie chce, jesteś dla niej nieważny, zbędny. Niepotrzebny w jej życiu jak śmieci, które codziennie wyrzuca do kontenera. Nie jesteś śmieciem, potrafisz funkcjonować bez niej i to znacznie, znacznie lepiej.
    • haalszka Re: Potrzebne mi jaja ze stali... 20.05.11, 05:04
      witaj
      było już nie raz na tym forum o osobach w twojej sytuacji. Dzieje się coś na co ty nie wyrażasz zgody. Jednak nie masz wpływu na jej uczucia i skoro ona juz decyzję podjęła to pozostaje ci akceptacja tej decyzji, ale to widać jeszcze nie twój czas.
      Mam znajomego, którego żona zakochała się w koledze z pracy. Do tego stopnia że zabrała dziecko i wyprowadziła się. Znajomy jęczał za nią niemiłosiernie, nie móc zrozumieć że tego zwiazku nie ma. nachodził ją, organizował święta, pomagał jak mógł. związek z kochankiem sioę rozpadł, wróciła. I co? tragedia. to już nie jest małżenstwo a on jęczy dalej. nie umie podjąć decyzji o rozwodzie, mieszkają dalej obok siebie.
      Dwoje smotnych, już nienawidzących się ludzi, ale on cały czas ma nadzieję.... i tak trwają w tym chorym swiecie już trzy lata...
      wiele jest osób w twojej sytuacji, nie ty pierwszy i nie ostatni. Nadejdzie czas kiedy walniesz ręką w stól i odejdziesz. Musisz tylko przepracować tą stratę, a kiedy to będzie zależy od ciebie.
      Powodzenia.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka