Rozstaliśmy się 3 lata temu. Z jego strony była paskudna zdrada, ja zaś poczułam ulgę, że wreszcie mogę go wystawić za drzwi bez wyrzutów sumienia. Byłam zmęczona naszym małżeństwem – wszystko było na mojej głowie. I nie mam tu na myśli tylko obowiązków domowych, ale po prostu zarabianie na całą naszą czwórkę, podtrzymywanie go w jego niezliczonych problemach (moje problemy musiałam rozwiązywać sama – nie raz usłyszałam słodkie ‘To są żadne problemy, posłuchaj o moich’

. Oczywiście rozwód nie rozwiązał żadnych jego problemów, a nawet je zwielokrotnił - ostatnio opowiadał mi o nich. Było to coś w stylu ‘jaki ja byłem głupi, przepraszam cię za wszystko, to wszystko była moją winą’ + opis jego obecnej sytuacji. Obiektywnie fatalnej. Żal mi się go zrobiło, odżyły wszystkie upiory przeszłości. Chyba jednak nie przepracowałam swojego rozwodu tak jak powinnam – jest mi źle. Z jednej strony coś do niego czuję, z drugiej – cały czas pamiętam, jak wyglądało nasze małżeństwo i samo to powinno wystarczyć, żeby ani eksa, ani małżeństwa tak bardzo nie żałować. Nie umiem się odciąć od przeszłości, nie umiem nie przejmować się jego problemami i całą sytuacją, umiem się zdystansować do tego wszystkiego. Co ze mną jest nie tak? Co zrobić? Nie mogę go całkiem nie widywać – to byłoby dla mnie najlepsze - ze względu na dzieci.