reni6
16.09.11, 18:50
Witam Was, nie bytowałam tutaj bardzo długo ale nie mogę usiedzieć w miejscu zatem może podzielenie się tym z Wami jakoś mi rozświetli sytuację.
Cztery tygodnie temu, po 20 latach niebytności pojawił się na wakacje tata mojej 21 letniej córki.
Przez ten cały czas mieszkał w USA, przez ponad 15 lat nie płacił alimentów, 2 lata temu córka postanowiła za wszelką cenę dowiedzieć się czegokolwiek o swoim ojcu i zdobyła adres e mail do niego. Zaczęli pisywać do siebie. I bardzo dobrze, zawsze mówiłam jej i miałam taką nadzieję, że jej ojciec kiedyś "do niej wróci". W międzyczasie rozwiodłam sie z nim zaocznie nie znając jego adresu, sąd przyznał alimenty których on oczywiście nie płacił...itd.
Ale nie o to chodzi.
Już miałam to w nosie, że nie dość, że sama ją wychowywałam, to również sama finansowałam. Cieszyłam się gdy pisali do siebie mimo, że widać było jego nieporadność w tych kontaktach. Bardzo się owa nieporadność uwidoczniła gdy w grudniu poprzedniego roku zachorowałam na śmiertelną chorobę i lekarze kazali przygotować się rodzinie na najgorsze.
Przyjaciele, znajomi, rodzina potrafili trzymać na duchu, dodawać jej sił. Tylko nie on. Pisała mu jak bardzo się boi i jak bardzo jest źle, a on nie potrafił (nie chciał?) jej pomóc w żaden sposób odpowiednimi słowami pokrzepiającymi.
Ok...to już w skrócie nakreśliłam sytuacje.
Przyleciał cztery tygodnie temu.
Spotkał się najpierw z nami ( córka przecież go nie pamiętała i poprosiła o wsparcie) , a potem ze 3 razy z nią i ze 3 razy ze mną.
Oni spędzili ten czas na pójściu do kawiarni lub na spacer.
Ja próbowałam z nim rozmawiać.
Przeprosił, płakał, mówił, że żałuje, że byłam jego 1szą miłością i jedyną , a córka jedynym dzieckiem.
Na drugim spotkaniu powiedział, że uświadomił sobie, że jest ojcem biologicznym ale nie jest Ojcem.
Powiedział też, że czekał aż to ona go odnajdzie żeby mieć pewność, że go potrzebuje. Mówił, że był przekonany, że ona go nienawidzi.
Ale słuchajcie: przyjechał po 20tu latach, do córki studentki, i nic jej nie powiedział: ani że ją kocha, ani, że ją zaprosi do siebie. Nie przywiózł jej żadnego upominku z tych USA, nie pozostawił żadnej pamiątki na pożegnanie.
Uffff...
wiem, niby to nie rzeczy materialne decydują o relacjach i może jestem świnia, ale nie rozumiem...czy aby na pewno kochający ojciec tak totalnie olewa "otoczkę"? Te kiedyś wyczekiwane i nigdy nie otrzymane prezenty z USA jak inne koleżanki mające ojców za granicą?
Może się czepiam? Może niepotrzebnie czuję złość i rozczarowanie. Córka nie chce na ten temat rozmawiać ale widać, że jest rozgoryczona ojcem.
Co o tym sądzicie?