Dodaj do ulubionych

Ilu z nas się udało

04.06.04, 10:43
Ilu z nas się udało? Stworzyć pełną, dobrze funkcjonującą rodzinę pomimo
duchów z przeszłości?
Obserwuj wątek
    • zzdorka Re: Ilu z nas się udało 10.06.04, 15:39
      Mi sie udalo. Cale zycie nie wierzylam, ze mezczyzna w domu moze byc kochany,
      dbac o mnie, nie bic mnie i po prostu, ze moze byc pieknie. Dluuugo sie z tym
      zmagalam. I czasami do dzis nie wierze, ze to jest prawdziwe.
      • spyheart Re: Ilu z nas się udało 27.06.04, 23:08
        zzdorka napisał:

        > Mi sie udalo. Cale zycie nie wierzylam, ze mezczyzna w domu moze byc kochany,
        > dbac o mnie, nie bic mnie i po prostu, ze moze byc pieknie. Dluuugo sie z tym
        > zmagalam. I czasami do dzis nie wierze, ze to jest prawdziwe.

        GRATULACJE dla M i dla ciebie ze sie przemoglas (swoje doswiadczenia)
        • zzdorka Re: Ilu z nas się udało 12.08.04, 20:48
          Kazdego czlowieka mozna pokochac. Tu nie mialam watpliwosci. Problem u mnie byl
          tego typu, ze nie wiedzialam, ze istnieja normalni mezczyzni. I okazuje sie, ze
          tak. Tylko trzeba zmienic priorytety w swoim zyciu. On ma byc dobrym
          czlowiekiem, a nie pieknym showmanem [choc mojem mezowi niczego nie brakuje].

          Ale przyznam wam sie szczerze, ze niestety potworna bieda w moim domu i praca
          mamy na 3 etaty doprowadzily do tego, ze nie chce miec dzieci. I boje sie, ze
          to jest podswiadome i wynika z tego, ze bylysmy dla mojej mamy ciezarem. Nigdy
          w zyciu tego od niej nie uslyszalam, ani nigdy nie dala mi tego do zrozumienia.
          Ale chyba jej ciezkie zycie caly czas gdzies siedzi sobie we mnie i mam
          wrazenie, ze dziecko to jest TYLKO problem. A nie ma radosci. I jakos nie
          potrafie sie pozbyc tego chorego przekonania. Moze mi sie kiedys uda? Kto wie.
      • ania.zalogowana Re: Ilu z nas się udało 12.08.04, 09:29
        Mnie, bo mam męża, który potrafi pozbierać do kupy to, co ja (w sytuacjach
        konfliktowych)usiłuję rozpiep...I mamy dwoje wspaniałych dziecismile

        PS Witam wszystkich, bo pierwszy raz piszę na tym forum, choć śledzę je od
        jakiegoś czasu.

        Pozdrawiam Ania
        • zzdorka Re: Ilu z nas się udało 12.08.04, 20:50
          O Boze. Mam to samo. Jak zaczynam sie za bardzo rozbestwiac i w sposob
          kompletnie durnowaty doprowadzac do chorych konfliktow, to moj maz spokojnie
          sie mnie pyta: "Chcesz mi siebie obrzydzic, czy chodzi ci o rozmowe?". I wtedy
          wracam na ziemie.
              • ynnka Re: Ilu z nas się udało 17.09.04, 21:40
                natknęłam się na to pytanie i nabrałam ochoty, by na nie odpowiedzieć. pytanie
                fajnie zadane: "się udało". my, dzieciaki z rozbitych rodzin rzadko pozwalamy
                sobie na myślenie jak w reklamie"jestem tego warta" - nie, nam to się najwyżej
                może coś "udać".
                jak w wierszu pt. Bal:
                "poszłam w masce, zwinięta w pelerynę ciemną,
                z oczami zwężonymi w migocące sierpy
                i szczęście mnie nie poznało
                i tańczyło ze mną!
                i los też mnie nie poznał
                i pomyślał sobie:
                czemu mam nie dogodzić tej obcej osobie?"

                I dlatego pewnie jesteśmy trudnymi partnerami jako dorośli.
                a możemy być najlepszymi, bo cierpiąc, rozwijaliśmy swoją wrazliwość,
                umiejętność empatii, odczytywania ukrywanych i fałszowanych emocji

                i to próbujcie Kochani wykorzystać, gdy spotkacie tego kogoś
                wiecie aż za dobrze, co rani, co wzmacnia, czego nie wolno robić dzieciom
                i partnerowi
                trzeba się tylko pilnować, by nie powielać złych skryptów, jakie są w nas
                niestety zapisane, nie naśladować bezwiednie zachowań swoich poplątanych
                rodziców

                i coś śmiesznego na koniec:
                moje dzieci są pierwszymi od 3 pokoleń, które nie urodziły się jako tak zwane
                dawniej "bękarty" smile))
                • czekolada72 Re: Ilu z nas się udało 17.09.04, 22:03
                  Moje dziecko jest juz "dzieckiem z niepelnej rodziny". I chwilami zastanawiam
                  sie jak potoczy sie jej zycie, bo...
                  Tatus mojego dziecka pochodzil z rodziny, ktora sie nie rozpadla tylko i
                  wylacznie dla zachowania pozorow. Prawda, utrzymywana w tajemnicy glownie przed
                  dziecmi, byla tajemnica poliszynela. Wszyscy znajomi, rodzina, wspolpracownicy
                  wiedzieli o kolejnych kochankach i nieslubnum dziecku ; moj malzonek dowiedzial
                  sie o tym przypadkiem po smierci ojca. Odszukal przyrodnia siostre i jej matke,
                  po czym zafundowal nam rozpad rodziny - kochanka, podwojne zycie, odejscie do
                  niej, nowe dziecko.
                  I tak sobie nieraz nysle, jak mnie dopadnie chandra - rany julek, czy to jest w
                  jakis genach zapisane? Czy moje dziecko tez nie bedzie mialo szans na normalna
                  rodzine?? Czy jej sie tez nie uda??
                  • warum Re: Ilu z nas się udało 18.09.04, 21:37
                    TY prawdopodobnie nie pochodzisz z rozbitej rodziny... i stad jednoznacznie
                    negatywny obraz winnego rozkladu Twojej rodziny. A znasz innych ludzi? Byc moze
                    do kochanki odszedlby i malzonek pochodzacy z "porzadnej rodziny", bo to tylko
                    skutek... chyba mieliscie swoje wlasne problemy.
                    • czekolada72 Re: Ilu z nas się udało 18.09.04, 22:35
                      Droga Warum, pozwolisz ze odpowiem na kilka postawionych przez Ciebie tez

                      warum napisała:

                      > TY prawdopodobnie nie pochodzisz z rozbitej rodziny...
                      nie niepochodze z rozbitej rodziny

                      i stad jednoznacznie
                      > negatywny obraz winnego rozkladu Twojej rodziny.
                      Mylisz sie bardzo, moj obraz winnego rozkladu NASZEJ rodziny absolutnie nie
                      jest jednoznacznie negatywny. Nie bylo okazji na tym forum do obszernego opisu
                      mojej historii, ale to nie ten temat w tej chwili

                      A znasz innych ludzi?
                      Moze to dziwne , ale znam


                      Byc moze
                      >
                      > do kochanki odszedlby i malzonek pochodzacy z "porzadnej rodziny", bo to
                      tylko
                      > skutek... chyba mieliscie swoje wlasne problemy.
                      Byc moze, sa tacy z "porzadnych rodzin", ktorzy odchodza, my mielismy swoje
                      problemy, ale...

                      temat tego watku brzmi "Ilu z nas sie udalo" i moja wypowiedz dotyczyla tego
                      wlasnie dokladnie - czy mojemu dziecku uda sie, czy tez nie. Bo nie tylko moja
                      rodzina jest przykladem "nieudawania sie", ale wsrod blizszych-dalszych
                      znajomych-rodziny jest kilka przykladow, gdzie wlasnie dzieciom z rozbitych
                      rodzin nie udalo sie utrzymac normalnych zwiazkow sad Moze zle sie wyrazilam,
                      nie geny ale taki a nie inny wzorzec to powoduje? Z Twoich wypowiedzi widac, ze
                      jakos bardziej obwiniasz kobiety o rozpad i nieutrzymanie zwiazku, moze sie
                      myle, ale takie odnosze wrazenie. Ale to bywa roznie...
                      I jeszcze jedno - Twoje uklady rodzinne chyba tez nie naleza do udanych, nigdy
                      sie nie obawialas o to jak ulozy sie zycie Twoich dzieci?
                      pozdrawiam
                      • warum Re: Ilu z nas się udało 19.09.04, 12:16
                        cyt: I jeszcze jedno - Twoje uklady rodzinne chyba tez nie naleza do udanych,
                        nigdy
                        > sie nie obawialas o to jak ulozy sie zycie Twoich dzieci?
                        > pozdrawiam
                        NIGDY nie obawialam sie jak ulozy sie zycie moich dzieci, bo wychodze z
                        zalozenia - ze obwinianie innych za wspolne porazki jest nieuczciwe. A swoim
                        dzieciom staram sie dac tyle milosci i poczucia bezpieczenstwa z siebie ile
                        potrafie.
                        PS. alkoholizm i zdrada wbrew pozorom maja podobne podloze... w obu przypadkach
                        gdzies po drodze zaginelo poczucie wspolnoty i odpowiedzialnosci. Pozdrawiam
                        • czekolada72 Re: Ilu z nas się udało 19.09.04, 16:08
                          warum napisała:

                          > cyt: I jeszcze jedno - Twoje uklady rodzinne chyba tez nie naleza do udanych,
                          > nigdy
                          > > sie nie obawialas o to jak ulozy sie zycie Twoich dzieci?
                          > > pozdrawiam
                          > NIGDY nie obawialam sie jak ulozy sie zycie moich dzieci

                          Gratuluje wiec pewnosci siebie. Nie pozostaje nic innego, jak zyczyc Ci, abys
                          nigdy nie zadala sobie pytania "Co moglam zrobic inaczej, aby moim dzieciom
                          bylo lepiej?"
                        • ania.zalogowana Re: Ilu z nas się udało 01.10.04, 11:10
                          warum napisała:


                          > PS. alkoholizm i zdrada wbrew pozorom maja podobne podloze... w obu
                          przypadkach
                          >
                          > gdzies po drodze zaginelo poczucie wspolnoty i odpowiedzialnosci. Pozdrawiam
                          czy to oznacza, że obwiniasz żony/mężów alkocholików ,za to czym stali się ich
                          partnerzy?
    • obi_van Re: Ilu z nas się udało 15.01.05, 17:46
      Ja nie pamietalem zadnych zlych rzeczy z domu, bo rodzice rozeszli sie bardzo
      wczesnie. Ojca praktycznie w ogole nie pamietalem i nie czulem, zeby to byl dla
      mnie jakikolwiek problem. A pozniej dokladnie powtorzylem to samo, co on zrobil
      i to dwa razy. Czyli wzialem slub, zrobilem dziecko i po paru latach sie
      rozlecialo. Roznica polega tylko na tym, ze ze mna stary nie utrzymywal zadnego
      kontaktu a ja ze swoimi dzieciakami utrzymuje caly czas.
      Ale na wiecej prob nie mam juz checi.

      Obi Van
    • skorpioniczka Re: Ilu z nas się udało 06.07.05, 11:13
      Mnie się udałosmile Jestem szczęśliwą mężatką od 15 latsmile Mam dwoje cudownych
      dziecismile Chociaż też potrafię pokazać kolec, mój Baranek natychmiast sprowadza
      mnie do odpowiedniego poziomu i wtedy "nocne polaków rozmowy" przeciągają się
      do białego ranasmile
    • olxlo Re: Ilu z nas się udało 21.08.05, 14:56
      Mi się jakos udaje, i sadze, ze nie bede miala wiekszych probelmow z utrzymaniem
      sie w zwiazku. Inna sprawa, ze nie chce miec dzieci, na pewno nie teraz. Moj ma
      dwojke z poprzedniego malzenstwa, i w sumie na codzien z nimi mam kontakt, a sa
      na tyle duze, ze normalnie sobie gadamy, gramy razem w gierki komputerowe itp. W
      sumie jest mniejsza roznica wieku miedzy nimi a mna, niz miedzy mna a moim
      facetem wink)) Jest mi z nim bardzo dobrze, jednak czasem potrzebuje calkowitej
      alienacji, zeby pobyc sama. Nie wiem, czy to ma jakis zwiazek z tym, ze moi
      rodzice sie rozwiedli.
    • anna335 Re: Ilu z nas się udało 30.08.05, 19:51
      hej,
      odkrylam Was dzisiaj dopiero i zajrzalam akurat na ten watek,...

      jestem mezatka od 10 lat, mamy dwojke dzieci i na razie jakos jest, musze
      przyznac, ze to moj maz bardziej dba o to, zeby to malzenstwo trwalo, to on
      lagodzi konflikty i gasi zarzewia ognia

      w moich marzeniach jednak inaczej mialo byc, choc wiem,ze nie powinnam narzekac
      ale czasem dopada mnie w moim zwiazku okrutnie bolesne poczucie samotnosci
      egzystencjalnej wsrod ludzi, obok osoby wydawaloby sie najblizszej na swiecie..

      tez jak niektorzy z Was mam poczucie, ze mnie nikt nie moze pokochac... ze ja
      nie umiem kochac, mam wrazenie ze jedyna osoba ktora naprawde kocham jest moj
      synek malutki, choc tym stwierdzeniem krzywdze corke...

      i tez jak niektorzy wczesniej juz napisali mam wrazenie ze wszyscy chca mnie
      skrzywdzic...

      a czasem mam poczucie calkowitej porazki zyciowej choc i tu musze przyznac, ze
      z obiektywnego punktu widzenia nie mam podstaw do takiego poczucia

      i nie wiem czy gdybym wychowala sie w pelnej rodzinie czy obraz swiata jaki
      nosze w sobie bylby inny? i nie wiem czy zapisane negatywne skrypty potrafie
      zmieniac na pozytywy? i nie wiem takze, czy nie powielam zlych wzrocow jakie
      wynioslam z domu rodzinnego? i nie wiem czy moje dzieci potrafie wyposazyc w
      tyle milosci i poczucia bezpieczenstwa aby same dawaly sobie rade z
      okrucienstwem tego swiata?
      wiele jest takich "nie wiem" i wiele jest we mnie niepewnosci
      wciaz
        • agash4 Re: Ilu z nas się udało 20.01.06, 03:31
          Udaje nam sie na nowo... Moi rodzice rozwod: ojca widzialam 2 razy w zyciu.
          Rodzice ojca mojego rozwiedzeni. Ja po rozwodzie .. Moj brat rozwiedziony.
          Probuje drugi raz ... Po slubie pol roku ... Jest bardzo dobrze smile
    • bojana Re: Ilu z nas się udało 24.02.06, 22:31
      Witam wszystkich na tym forumsmile

      Mi sie nie udało. Nie udało mi się, choć miałam oboje rodziców i dlatego że ich
      miałam. Nie znaleźli lepszego patentu na życie niż tkwienie w nieudanym
      związku "dla dobra dzieci". Skąd miałam wiedzić jak zbudować szczęśliwy
      związek, no skąd? To są moje duchy z przeszłości.
      Kto mi powie, kiedy jest większa porażka dla dziecka, bo nie wiem.
      Pozdrawiam
    • iwusia Re: Ilu z nas się udało 03.03.06, 16:09
      Często słyszałam od znajomych czy tez osób z którymi bardzo blisko nie jestem
      związana. Tobie to dobrze, udało Ci się. Masz dobrego męża, ładna córkę, dobra
      pracę...ja się tylko uśmiechnełam bo cóż moge powiedzieć? Z pozoru tak to
      własnie wygląda i niby na co sie skarzyć? Ale tak naprawde rzeczywistosc jest
      zupełnie inna. Moi rodzice rozwiedli sie kiedy miałam dwa lata. Tego co sie
      działo w domu zwyczajnie nie pamiętam. Pamietam tylko upookarzające wizyty u
      ojca i ciągle te same teksty, ze nie ma teraz kasy na alimenty, że to że tamto
      że sramto! zero zainteresowania! czy potrzebuje czegos do szkoły, a może
      ciuchy? a może troche kasy na obóz? nigdy! łzy mi leciały kiedy dowiadywałam
      sie o kelejnych ekscesach mojego tatusia. Z drugiej strony drugi maz mojej
      matki...alkoholik i furiat do ntej potegi. Matka stłamszona, zastraszona i
      zmęczona zyciem. Czy po czyms takim moge stowrzyc udany związek? w sumie tak,
      ale to wymaga od faceta wielkiej cierpliwości i zrozumienia. Niestety spotkałam
      faceta, który pochodzi nie tyle z rozbitej co w ogóle nie miał rodziny. Ojciec
      uznał go ale umył ręce od wychowania. Ja nie wiem, takie osoby chyba sie jednak
      przyciagają. Na poczatku nasza przeszłosc nas jakos ze soba zespoliła, każde
      uważało że dzięki podobnych doświadczeń bedzie lepeije rozumiec drugie. A to
      guzik prawda. Ja nie mając nigdy normalnej rodziny wyrysowałam sobie w głowie
      swój schemat rodziny do którego dążyłam. On natomiast nie mając żadnych wzorców
      jakim być męzem i ojcem, dryfował, jak zagubiona łódka. Efekt jest taki że
      czujemy sie ze soba związani chocby dzieckiem i stażem ale nie czujemy juz
      bliskości czysto ludzkiej. Każde zawiedzione że wyobrażenia nie zisciły się i
      świadone swoich ograniczeń. z jednej strony mam cos takiego że czuje sie pewne
      w tym swoim gniewie bo przeciez nalezy mi sie od zycia, swoje już wycierpiałam
      ale zaraz potem jak obuchem w łeb, przychodzi myśl że pewnie wymagam zbyt wiele
      i nie zasługuje na to wiec tego nie mam.
      Myslałam że udało mi się, ale to było tylko chwilowe złudzenie, zwyczajnie te
      10 lat temu "rzuciliśmy sie na siebie" bo kazde z nas było spragnione miłości i
      akceptacji, ale żadne nie wiedziało jak to rozwinąc i że nie wystarczy
      być....teraz jesteśmy małzeństwem po kilku kryzysach, które wypracowuje
      kompromis...a czy sie uda? nie wiem.
      Jestem pewna że mam zbyt pokeręcona psychike by móc stowrzyc normalny związek
      za głeboko to wszystko siedzi. Jesli komus faktycznie sie udało to jestem pełna
      podziwu! i nie mam pojęcia jakim cudem!
      pozdrawiam Wszystkichsmile
      • dimanche Re: teraz myślę, że się uda 07.03.06, 09:44
        Ja pochodzę z rodziny, w której brakło ojca (jego wybór), a mój mąż pochodzi z
        rodziny, w której brakło (duchowo) matki. Dobraliśmy się jak w korcu maku, ja
        nie rozumiem pewnych jego zachowan, on moich. Ale czuję, że po 2 latach
        szarpaniny wychodzimy na prostą. Zrozumiałam, co jest ważne. W sprawach
        najważniejszych rozumiemy się dobrze.
    • sodoma_z_gomora Re: Ilu z nas się udało 26.03.06, 14:43
      chyba pokażę ten wątek mojej Matce.Ona uważa, że wszystko jest w jak najlepszym
      porządku, a,ze nie mam na koncie ani jednego stałego związku, to wynik tego,że
      a) jestem ze młoda(22l)
      b)jeszcze się nie znalazł facet, który by się dostaczenie uparł
      uncertain
    • myszka_194 Re: Ilu z nas się udało 26.03.06, 18:22
      jeszcze nie wiem czy się udało... nie załozyłam rodziny, planuję ślub w
      p[rzyszłym roku, ale... wciąż mi czegos brakuje, wciąż nie czuje się w pełni
      szczęsliwa.. usprawiedliwiam to brakiem ojca i tak chyba już musi być
    • amorgos Re: Ilu z nas się udało 01.04.06, 08:45
      trochę szkoda, że zabłąkałam się na to forum..właśnie te duchy , koszmarne
      upiory z przeszłości, i znowu te złowieszcze brzmiące gdzies z boku 'nie myśl
      człowieku, że jesteś czymś więcej, niz tym co przydarzyło ci się w dzieciństwie'
      Staram, bardzo staram się tak nie myśleć, nie buduję sobie na siłę tego garba, a
      zaczynam powoli myśleć, że tak, ze to jakaś upiorna skaza. Nie wiem czy
      kiedykolwiek będę miała rodzinę, a czy dobrą - mam jedynie własne i oparte na
      obserwacji wyobrażenie , czym powinna być. A na pewno ne być. Mój ojciec zajety
      był wyłącznie chronieniem własnej niezależności, aby nikt i nic nie
      przeszkadzało mu w jego trybie zycia, a matka skoncentrowana na tym, żeby męża
      nie stracić. Właściwie jedyne, czego nauczyłam się w domu, to pierdoły typu jak
      posługiwać się sztućcami, mówić dzien dobry do widzenia, itp. itd.
      Kiedyś uświadomiłam sobie, że nie mam żadnych radosnych, beztrosko szczesliwych
      wspomnien, nawet jezeli nie pamietam czegos źle, to i tak gdzieś w tle jest
      jakies napięcie, stres. A najgorsze, najgorsze teraz jest to, że ja potrafię
      tych ludzi wytłumaczyc, nie usprawiedliwic, ale mam świadomość, ze on nie
      potrafił inaczej bo coś tam, ona tez, bo nikt jej inaczej nie nauczył, nie
      pokazal, bo mieli takie akurat osobowości,bo takie wzorce z domów (i nie ożadna
      palologię tzw. społeczną tu chodzi). I z tego wszystkiego nie mogę ich nawet
      porządnie nienawidzieć, nienaiwdzieć za to, ze 'tresowali' mnie jako dziecko, że
      moim jedynym przywilejem było nie przeszkadzac, dziękować za to że nie chodze
      głodna i obdarta, ze przez 5 moze 6 lat , dopoki ojciec na dobre nie wyniósł się
      z domu, słyszałam od matki, ze to przeze mnie jej życie sie nie ułozyło, ze nie
      jestem godna jej poświęcenia , tak poswięcenia, bo to dla mojego dobra kilka
      razy w tygodniu były koszmarne awantury, teksty, akcje, których 10,11 12 itd
      letnie dziecko nie powinno nigdy być swiadkiem.
      Trochę zeszło mi się z tematu, a chodzi o to, że nawet porządnego związku nie
      udało mi się stworzyć. Nie jestem złym człowiekiem, ludzie, których znam na
      płaszczyźnie koleżensko - przyjacielskiej postrzegają mnie jako osobę
      wiarygodna, godną zaufania, z poczuciem humoru, pewną siebie (to dobre!), im
      bliżej z kims jestem, tym lepiej o mnie mysli ( a w każdym razie mówi),
      wlasciwie to wszyscy mają lepsze o mnie zdanie, niz ja sama..Na wszelki wypadek
      dodam, że nie jestem jakimś straszydłem, nikt na mój widok nie ucieka z
      krzykiem, właściwei całkiem często czuję się atrakcyjna kobietą, i co ..I
      nic.Mam chyba w sobie jakiś dziwny czujnik bezbłędnie wyłapujący na mojej drodze
      facetów zagubionych, potrzebujących wsparcia, oparcia, zrozumienia, 10 lat
      czegoś co teraz nie umiem nazwać związkiem (juz nawet nie chce pamietac ile z
      tych 10 lat poszło na wyplatywanie się z sieci,w która sama się dałam wplątać),
      kolejnych parę zeby dojść do siebie, znowu jakaś próba, no, ale jakies fatalne
      zbiegi okoliczności, i przepraszam, ze tak wyszło, kolejne ze dwa lata bólu. Czy
      to pech jakis paskudny, fatum jakies, że zawsze tylko ból, czy to ze mną jest
      coś nie tak, przez tamten zły czas ?? Nawet jak zdarzyła się jakaś dziwna
      fascynacja kimś, nie zwiazek żaden nawet, to miała rację bytu do chwili kiedy
      dotarło do mnie, że znowu zaczynam czuć sie jak ofiara losu. Ale i tak boli. Zna
      ktoś jakiś cholerny sposób, remedium totalne na wyplatanie się z takiego kręgu?
      Chciałabym, wciąż jeszcze , miec rodzinę, ale teraz juz kompletnie nie wiemjak,
      co kiedy, czy w ogole.
      To sobie pogadałam, nie wiem, czy pomogło, ale pozdrawiam wszystkich zaplątanych
      w świecie uczuć. Chyba włączę sobie Muchę, co nie siada, jakoś zawsze choć na
      chwile potrafi rozweselić ....smile
    • klaraklara1 Re: Ilu z nas się udało 02.04.06, 00:23
      Troche mnie śmieszą te wasze problemiki; "duchy z przeszlości" wink

      jak ja bym chciala miec takie duchy

      w skrócie: po rozwodzie wylądowaliśmy z matka na bruku, mieszkalismy u dalszej
      rodziny bez żadnego meldunku pod ciąglą groźbą wyrzucenia na ulice.

      kiedy zaczelam prace wzielam kredyt na mieszanie dla matki, ona jest juz stara i
      chce zeby miala wlasny kont. oprócz raty splaty kredytu, reguluje wszystkie
      oplaty, jest to co miesiąc znaczna suma, matka ma najnizsza emeryture, wiec
      ledwie stac ją na jedzenie. mieszkam w innym miescie na stancji, na kolejny
      kredyt mnie juz nie stac, mieszkanie matki to hipoteka na 25 lat, wiec bde ją
      splacala do późnej starości, musze wynajmowac pokój u obcych ludzi.
      wlasna rodzina, związek buhahahaha wiem, ze nigdy nie bede miala nawet wlasnego
      kąta, nie otrzymam przeciez kolejnego kredytu. ze zobwiązaniem finansowym wys.
      kilku tys. zl miesiecznie nie moge pozwolić sobie na zalożenie rodziny. zarabiam
      raczej lepiej, niz gorzej, a żyje bardzo biednie, ludzie myslą że jestem taka
      skąpa big_grin
      cóz, moje duchy zmaterializowaly sie w pelnym tego slowa znaczeniu
    • your_and Re: Ilu z nas się udało 17.04.06, 23:48
      Nam się raczej też udało, jakkolwiek widzę olbrzymi destrukcyjny wpływ
      przeszłości na nasze życie i realizację książkowych schematów relacji rozbitej
      rodziny które wypływają w przyszłym życiu i partnerskich relacjach na podłożu
      destrukcyjnych relacji rodzinnych wałkowanych na tym forum.
      Oboje jesteśmy z rozbitych rodzin. Mój ojciec to niestety bez ojcowskich potrzeb
      od samego początku, odszedł i żył życiem dzieci kwiatów. Matka wycofała się na
      jakiś czas emocjonalnie, wychowywany byłem u dziadków. Żona pochodzi z rodziny
      gdzie rodzice wcześnie się związali, związek szybko się rozpadł, a matka
      wychowywała ją w nienawiści do męża.
      Nasz związek był gorący, ja poszukując bliskości byłem zdolny wiele poświecić, w
      niej kłębiła się sprzeczność potrzeby akceptacji przez mężczyznę i jednocześnie
      jego podświadoma pogarda i potrzeba dominacji.
      Przez pierwsze lata ona zarzucała mi, że zbyt wiele oczekuje od niej
      emocjonalnie (typowe dla kompleksu braku matki), i że chcę ją zmieniać, ja jej,
      że robiła wszystko żeby nie wyglądać atrakcyjnie w moich oczach. Kobiecość,
      uwodzenie, ponętność kojarzyło się jej z upokorzeniem i uległością męskiemu
      podświadomie znienawidzonemu światowi. Typowy brak umiejętności osiągania
      satysfakcji z bycia atrakcyjnym dla partnera wynikający ze złych relacji z ojcem
      w dzieciństwie. Nie rozumiałem dlaczego starała się być dla mnie niepociągająca
      i aseksualna oczekiwała że powinienem ją kochać jaką jest.
      Po urodzeniu dziecka objawiły znowu typowe podręcznikowe destrukcyjne schematy.
      Ona przelała wszystkie uczucia na syna, oblewając pierworodnego osaczającą
      zaborczą miłością, oddaliła się ode mnie mając męską czystą macierzyńską
      bliskość uczuciową, zaczęły się problemy z seksem i czułością (typowe dla
      wspominanego zespołu modliszki – kodowanie przez matkę nienawiści do mężczyzn).
      Wycofała się z życia zawodowego i porzuciła niedzieciatych przyjaciół, okrywając
      nowe źródła spełnienia w życiu. Ja przy tym niestety nie umiałem zupełnie
      czerpać satysfakcji z bycia ojcem, sam nie mając wzoru ojca, i rodziny, robiłem
      wszystko ze względu na miłość do niej, będąc coraz bardziej rozgoryczony jej
      odpłatą i zazdrosny o syna, na którego przelała całą czułość i zaangażowanie.
      Ulegałem depresji widząc ja wszystko co osiągnęliśmy wali się w gruzy, i nasze
      wspólne relacje idą na trzeci plan, będąc coraz bardziej
      Jesteśmy ze sobą niemal dwie dekady łączy nas wiele wspaniałych przeżyć i
      jednocześnie łez i rozczarowań. Jesteśmy ze sobą. Udało nam się? Psycholog który
      uświadomił nam źródła naszych problemów jako podręcznikowe schematy
      destrukcyjnych układów wyniesionych z domu rodzinnego, czy choć trochę pomógł?
      To siedzi głęboko w nas… Ale nauczyliśmy się jakoś unikać przekuwać rozczarowań
      i zawiedzonych oczekiwań nieświadomie na wzajemną nienawiść.
      Dlaczego to piszę? Może żeby przestrzec was, może macie podobne problemy i
      znajdziecie cień swoich problemów, dodać otuchy że nie lekceważąc ich źródeł
      można się z nimi zmierzyć.
    • mloda12345 Re: Ilu z nas się udało 19.04.06, 22:02
      Witam.
      Mi się,udało,tworzymy rodzinę(ja i dwoje dzieci,on i jedno dziecko),wszyscy
      mieszkamy razem,czyli my i moje dzieci i jego dziecko (już nasze).W sierpniu
      ślub,.Jesteśmy szczęśliwi,po mimo przejść ktore w przeszłości mieliśm
      obydwoje.Nie było łatwo nam,ale udało ie i jest ok.Pozdrawiam.
    • isabel15 Re: Ilu z nas się udało 05.12.06, 23:42
      Ja również pochodzę z niepełnej rodziny. Nie było co prawda rozwodu ale chyba
      cos gorszego, nigdy nie poznalam ojca. Nie wiem kim on jest, mama nigdy mi o
      nim nie mowila, ja bałam się zapytać, nie chcialam jej ranic wspomnieniami.
      Kilka razy w życiu zdarzało mi sie ze dzieci śmiały się ze mnie ze nie mam
      ojca. Czułam sie wtedy gorsza. Mama tez zgotowała mi niezłe piekiełko. Mysle ze
      chyba podswiadomie obarczała mnie wina za swoje "nieszczescie" chociaz nigdy mi
      tego w oczy nie powiedziala. Zylam w swiecie nakazow i zakazow. Jedynej milosci
      dostarczyli mi dziadkowie których naprawde kocham. Po latach mama wyszla za
      maz. Nigdy z ojczymem nie zaakceptowalismy sie. Jest alkogolikiem, czesto w
      awanturach nazywal mnie bękartem. Pamietam jak leżalam samotnie w lozku i
      sluchalam tego. Nic tak bardzo nie balalo. Nienawidze go. Zawsze wrecz marzylam
      aby go pieklo pochlonelo. Na dodatek mieszkalysmy z tesciami mamy czyli
      rodzicami ojca. Oni byli potworami. Caly czas wytykali mamie i mnie ze cos
      robimy zle. Wrecz skarzyli ojcu ze nic nie robimy itd. To bylo bledne kolo.
      Ojciec wtedy pil i byly awantury a oni jeszcze mowili czemu sie sie dziwimy to
      on wlasnie przez nas pije. Mama z tego malzensta ma 2 dzieci ktore baaaardzo
      kocham. Mam nadzieje ze im lepiej sie powiedzie. Maja o wiele lepsze
      dziecinstwo. Mam obecnie 21 lat. Przez moje zycie przewinelo sie juz cale
      mnostwo facetow. Znajomi o tym nie wiedza, uchodze za spokojna osobe. Niedawno
      poznalam wspanielago mezczyzne, starszego ode mnie o 14 lat. Mysle ze to ma
      scisly zwiazek z tym ze brakowalo mi ojca i chce to sobie teraz zrekompensowac.
      mimo wszystko mam glebokie poczucie ze zasluguje na szczescie i milosc wlasnie
      dlatego ze tyle wycierpialam. Wierze ze bede bardzo szczesliwa i zrobie
      wszystko aby to osiagnac!!! Nigdy nie rezygnujcie ze szczescia, zycie jest
      tylko jedno. Chocby wam przyszlo isc pod gorke nie poddawajcie sie, bo
      prawdziwym nieszczesciem jest poddac sie traumie i uzalac sie cale zycie nad
      soba. Wierze ze uda mi siesmile W przyszlosci chce pojsc na terapie do psychologa
      aby pomogl mi rozwiazac kilka prolemow natury emocjonalniej. Jestem jak
      najlepszej mysli!!!smilesmilesmile
      • marek_gazeta Re: Ilu z nas się udało 06.12.06, 15:34
        Witam, to mój pierwszy post na tym forum, myślę, że będę zaglądał.

        Mnie się nie udało - jestem 2 tygodnie po rozwodzie. Nie potrafiłem być oparciem dla mojej żony, którą nadal kocham. Mam dwóch synów - 7 i 10 lat. Chcę być dla nich dobrym ojcem, ale mam problem, przynajmniej ze starszym, dla którego autorytetem jest matka. Z różnych przyczyn.

        Rodzice rozwiedli się, gdy byłem mały. Rozwód z winy ojca, bardzo burzliwy. Matka do dziś ojca nie cierpi. Ojciec miał mnie przez te wszystkie lata gdzieś, widywał mnie po parę dni w roku. Nie dał mi nic. Nie płacił alimentów. Kiedy dorosłem, zdecydowałem się nie zrywać stosunków. Widujemy się czasami, ale nie ma żadnych głębszych uczuć. Nie lubię się z nim spotykać, żyje jak lump (jest alkoholikiem, choć w "cug" idzie rzadko, z reguły w czasie świąt). Matka wychowywała mnie, jak umiała, teraz wiem, że również popełniła wiele błędów, które teraz rzutują na mój charakter. Ja niestety to zauważyłem zbyt późno. Mam teraz nad czym pracować.

        Mam żal do rodziców, że nie pomogli mi w małżeństwie. Matka nigdy nie nawiązała cieplejszych relacji z synową, ojciec miał wszystko gdzieś (kiedy nas odwiedzał, z reguły czytał gazetę). Widzieli, że było bardzo źle, ale jedyny komentarz, na jaki się zdobyli, to "skoro się nie mogą dogadać, to niech się rozwiodą". Wiem, że nie mogę na nich liczyć, i że nigdy nie będę mógł. Muszę sam znaleźć w sobie siłę, albo przegram życie.
    • mamooschka Re: Ilu z nas się udało 06.12.06, 20:13
      Witajcie smile Zajrzałam przez przypadek i zostanę na jakiś czas.
      Do tematu: nie znałam prawie swojego ojca, jako dziecko widziałam go może ze
      trzy razy. Nie umiałam funkcjonować w rodzinie w której jest mężczyzna. Teraz
      mam męża, dwójkę dzieci, i zastanawiam się czy nie zachowywałabym się w
      stosunku do m. inaczej gdybym miała pełną rodzinę. Chyba mi się udało, chociaż
      wiem że mogłoby być inaczej, lepiej.
    • sbelatka Re: Ilu z nas się udało 23.03.08, 23:26
      No jakby to powiedziec... a ilu DDA sie udalo? A ilu ludziom
      z "dobrych rodzin?" Psychologia i statystyki sa nieubłagane - nie ma
      NICZEGO pewnego... Choc oczywiscie cos sprzyja albo utrudnia...
      Wiekszośc z nas wlecze za soba jakiś ogon... Rozwodu rodziców,
      alkoholizmu, pracoholizmu, pzremocy psychicznej, ozięblości
      uczuciowej rodziców, nadmiernych wymagan, bezrobocia, choroby
      psychicznej,więzienia, smierci rodzeństwa albo cięzkiej choroby,
      bycia najstarszym dzieckiem w rodzinie, najmlodszym dzieckiem w
      rodzinie... Wszytsko może stac sie "duchem przeszlości"...
      Ale owszem, martwie sie, ze moje dzieci będa DDR...

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka