salvina
06.09.12, 11:15
Witam. Jestem mężatką od prawie 10 lat. Mam dwóch synów: dziewięciolatka i roczniaka. Mój mąż w wieeelkim skrócie to po prostu mój największy wróg. Poznaliśmy się przez internet, ten sposób zawierania znajomości nie był wówczas tak popularny. Spotkaliśmy się i zaczęliśmy ze sobą być. Szczerze mówiąc, nigdy mi pod żadnym wzgledem nie odpowiadał, jąkał się, mówił "przyszłem" i niezbyt dbał o higienę. Pochodził z małego miasteczka, gdzie rytm tygodnia wyznanczany jest niedzielnymi mszami. Ale, ponieważ ja nie należę do atrakcyjnych (jestem gruba) uznałam, że "nie ma co wybrzydzać". (miałam wtedy 20 lat, wszystkie znajomości z mężczyznami opierały sie tylko na seksie). Po dwóch latach zaszłam w ciążę, no i wzięliśmy ślub. Przez rok mieszkałam z rodzicami, kończyłam studia, on u swoich. Potem wzieliśmy kredyt i kupiliśmy mieszkanie w jego miejscowości. Nie mielismy problemów finansowych. Gdy syn miał 4 lata znalazłam nieźle płatną pracę, pracuję tam do dziś. Żylismy na normalnym poziomie, nie musieliśmy siedzieć nad rachunkami, stać nas było na wyjazd na narty i odłożenie paru groszy. Przez ten cały czas nie miałam z mężem ŻADNYCH wspólnych tematów. On jest samotnikiem, nigdy nie miał żadnych bliższych znajomych, tylko wszystkich na "cześć", ale to pewnie z racji mieszkania w małym miasteczku, nigdy nikt do nas nie przychodził, poza ludźmi, którzy wpadali "w interesach" (mój mąż jest informatykiem, często naprawia różne sprzęty), poza tematyką zawodową (informatyka, elektonika itp) nie można z nim porozmawiać. Ja rozumiem, że nie każdy musi interesować sie literaturą czy parapsychologią, ale powinien mieć tzw. wiedzę ogólną, a mój mąż chyba nawet nie wie, kto jest naszym premierem. Poza tym ciągle krzyczy, non stop mówi obrażonym, podniesionym głosem. Ja z kolei jestem osobą towarzyską, lubię kiedy ktoś wpada do mnie "na kawę", uważam sie za osobę inteligentną, ze sporą wiedzą (choć na temat komputerów wiem niewiele). Mój mąż jest agresywny, krzyczy, gestykuluje, odgraża się. Nigdy mnie nie uderzył, ale wciąż grozi, że kiedys to zrobi, albo wynajmie kogos, żeby mnie pobił.
Nigdy nie był dobrym ojcem. Jak starszy syn był niemowleciem, przyjeżdżał do nas na weekendy, przy dziecku nie robił nic. Kiedy zamieszkaliśmy razem, dziecko go denerwowało, oznaczało dla niego tylko brak spokoju i porysowane ściany. Jak syn podchodził do skórzanej kanapy, mąż aż sie trząsł, żeby czasem mały nie zrobił plamy tłustym palcem. to samo z każdym innym sprzętem w domu. Ja nie potrafiłam milczeć, mówiłam, żeby zamieszkał w muzeum, że to normalne, że dziecko chce wszystkiego dotknąć itd. I kłótnia była gotowa. W pewnym momencie straciliśmy zupełnie kontrolę nad słowną agresją wobec siebie. Wyzywalismy sie od najgorszych. U niego w domu panował patriarchat. Matka nie miała nic do powiedzenia, a ojciec zawsze darł się i musiało być tak jak on chce (oczywiście "przyszłem, poszłem"). Ja wiem, że to naturalne, że taki obraz wyniósł z domu, ale ja nie jestem taka, jak matka i nie pozwolę sobie na to. I mówię o tym głośno. Z moimi znajomymi mąż też nie potrafił nawiązać kontaktu. Na każdą imprezę wolałam iść sama, na każde wesele również. Ja się go po prostu wstydziłam. Lata mijały w takiej właśnie atmosferze. W międzyczasie zaczęłam leczyć się na depresję, lęki i zaburzenia odżywiania. Mąż o tym nie wie. Próbowałam rozmów, tłumaczeń, nawet próbowałam zaakceptować ten stan, zrezygnowac z marzeń o fajnym, partnerskim związku, ale nic z tego nie wyszło. Nie znoszę go, nie mogę na niego patrzeć, obrzydza mnie. Seks tez nigdy nie był rewelacyjny, mój mąż nie miał przede mną partnerki, "techniki" zna jedynie z filmów porno. Ja ciągle walczyłam ze swoja niską samooceną, w głebi duszy czułam, że zasługuje na coś innego, z zazdrością patrzyłam na uśmiechnięte pary, na chłopaków/mężów swoich koleżanek, którzy zawsze świetnie sie razem bawili. Ale żyłam... Mało tego, Niedawno zapragnęłam drugiego dziecka, udało się, mam dziś rocznego synka, który jest dla mnie wszystkim. Na początku mąż deklarował, że teraz będzie inny, że wtedy nie miał okazji być przy starszym, bo mieszkał gdzie indziej. Zobaczyłam wtedy światełko w tunelu. Przez pół roku zaznaczał, jakim to jest dobrym ojcem, ja chwaliłam go, że dobrze przewija, karmi itp. Wróciłam do pracy, wynajeliśmy opiekunkę. Dziecko zaczęło rosnąć i już nie jest takie fajne...bo trzeba sie nim zająć, bo trzeba za nim chodzić, żeby sobie krzywdy nie zrobiło, a tak mozna było rzucic w leżaczek, dać grzechotkę i przełączać kanały w tv.
Znaleźliśmy, tzn mój mąż znalazł dom w okolicy i stwierdził, że chyba go "łyknie" (ON łyknie, nie ważne, że połowa naszych dochodów to moja pensja). Wzięliśmy wielki kredyt, sprzedalismy mieszkanie i przeprowadziliśmy sie do nowego domu. Mieszkamy w nim miesiąc, nie mamy kuchni i koczujemy. I kupno tego domu to był błąd jeszcze wiekszy niż wyjście za mąż. W tej chwili mamy jakieś 260 tys kredytu, walczymy ze sobą, nie cierpimy sie nawzajem. Codziennie wykrzykujemy sobie, ze to byla zla decyzja, ale zadne z nas nie chce odejsc. Najchetniej wyszlabym od razu, ale nie mam dokad. Mam w sobie duzo zalu i szkoda mi wszystkich emecjonalnych (i fnansowych tez) inwestycji dokonanych przez te 10 lat. Jestem pewna, ze nie chce z nim byc, perspektywa odejscia oznacza dla mnie tylko jedno - spokoj. Wiem, ze takie rozwiazanie jest najlepsze dla mnie, a przede wszystkim dla dzieci (starszy syn jest znerwicowany, czesto placze przez ojca, bo ten wiecznie na niego warczy i wyzywa). Strasznie chaotycznie to napisalam, ale wyrzucalam z siebie wszystko, co sie we mnie nagromadzilo. Opowiadac by mozna bylo jeszcze bez konca.
Jak wyjsc z tej sytuacji? moglabym wynajac z dziecmi jakies mieszkanie w miasteczku, ale mam w sobie zaciecie: czemu? czemu to ja mam sie wyprowadzic, a on bedzie sobie tu mieszkal? Mowi mi, ze nie dostane od niego ani grosza, bo utajni swoje dochody i zaden sad nie przyzna mi alimentow. Boje sie, ze jesli wynajme mieszkanie, nie bedzie mie stac na zycie (moje i dzieci). Boje sie, ze maz w zemscie zrobi mi (nam) krzywde. Najchetniej wyjechalabym stad (do rodzicow nie wroce, za duzo miedzy nami bylo konfliktow). Poradzcie prosze, jak to rozegrac, zeby nie obudzic sie z reka w nocniku. Wiem, ze to przykre, ale marze o tym, zeby zostac sama z dziecmi....