Kochani,
chciałabym dowiedzieć się jak u Was wyglądała w praktyce walka z exami, którzy uchylają się od płacenia alimentów.
Teoretycznie wszystko wiem:
1. wniosek do komornika, ale ex jest zarejestrowany na najniższą krajową a ostatnio odgrażał się, że na pół etatu, komornik może zabrać max 60% wynagrodzenia a dziecko ma zasądzone 650zł
2. fundusz alimentacyjny - odpada, bo moje dochody są większe niż 750zł/os
3. ściąganie od rodziny - odpada z tego samego względu co FA
4. detektyw - kosztuje sporo (jak dla mnie wydanie ok 2000 za coś co może nie przynieść żadnego efektu to trochę bez sensu)
U mnie sytuacja wygląda tak:
- na rozprawie zasądzono 600zł
- wnosiłam o podwyższenie - ugoda na 650, bo ex nie mógł pracować, bo był chory przeze mnie, był w szpitalu, przyniósł zaświadczenie nawet, gdzie w opisie stwierdzono nikotynizm
w wakacje nie zapłacił bo dziecko miesiąc było z babcią (jego mamą)
- od stycznia nie płacił
- jak się nazbierało 2600 to zapłacił 1200 z zaznaczeniem, że to za 2 m-ce. na mój protest, że to nawet nie jest za pełne 2 m-ce powiedział, że jak była ugoda to te 50 zł może płacić a może nie płacić (?!? - wiem oczywiście, że to głupota) i powinnam jeszcze odliczyć 50zł bo w zeszłym roku był z dzieckiem u dentysty i płacił z własnych pieniędzy
- teraz straszy, że w związku z niskimi dochodami on obniży w sądzie alimenty.
Ma mieszkanie (nie wiem, czy tylko na siebie) i samochód (wiem, że współwłaścicielem jest teściowa).
Zarabia na pewno więcej, niż ma to udokumentowane, tylko, że na czarno (zawsze tak było). Może i zarabia mniej ode mnie, ale to przecież nie moja wina, że nie jest obrotny, że mu się nie chce, że woli chodzić na piwo i imprezy (nawet jak powinien w dany weekend zajmować się dzieckiem) i nie wiem dlaczego ja teraz mam za to płacić

On zajmuje się dzieckiem 4 dni w miesiącu więc może wziąć jakieś dodatkowe prace, wszystko jest w jego rękach...
I jeszcze wypomina mi, że zarabiam więcej, że urządzam sobie mieszkanie, że mam na wakacje zagraniczne - ale ja na to oszczędzam cały rok, nie palę, nie piję, z koleżankami wychodzę na imprezę średnio 2 razy w roku...
Jak to u Was wygląda, jak sobie radzicie? Odpuszczacie? Walczycie?