Dodaj do ulubionych

Pomóżcie mi...

15.09.05, 08:26
Witam, jestem prawie 1,5 mies. po ślubie, a już myślę o rozwodzie sad Tzn.
zostałam do tego sprowokowana. W niedzielę chciałam wyciągnąć męża do
Castoramy, bo planowaliśmy robić remont JEGO mieszkania, w którym mieszkamy,
a które wymaga generalnego remontu, a jemu się nie chciało. Wolał się położyć
na hasło "Castorama i remont", chociaż pół godz. wcześniej pytał co robimy w
dniu dzisiejszym. nie byłam zadowolona i aż mi łazy podeszły, bo to już
kolejna próba wyciągnięcia go na zakupy. Sam mówił, że musimy zacząć się
rozglądać za mat.bud., żeby kupić większość przed końcem roku i odliczyć to
od podatku. Usłyszałam, że mogę sobie płakać, albo iść do mamusi, ale on nie
będzie łaził po supermarketach. Poszłam do drugiego pokoju, żeby posiedzieć
przy komputerze. Jeszcze mu na odchodnym dodałam, że jak wykazuję inicjatywę
to on jest niezawdowolony, a jakbym mahnęła na remont ręką to też byłoby źle,
bo nie zależy mi na wyglądzie mieszkania (tak mówił o byłej żonie). Pod
wieczór usłyszałam, że możemy się rozwieść, ale dopowiedziałam, że nie chcę.
Spał w drugim pokoju. Na drugi dzień odczekał, aż ja wyjdę do pracy, a potem
sam poszedł, chociaż od ślubu wychodziliśmy razem. Ok. godz. 11 wysłał mi do
pracy maila "stwierdzam jednak, ze ten ślub z Tobą to była pomyłka...
lojalnie Cie
uprzedzam, że wystąpię o rozwód... co prawda pewnie go od razu nie dadzą i
będzie separacja ale tak czy siak występuję o rozwód... mam dość bałaganu,
Twojego nastawienia i całego tego pierdolnika... poszukaj szczęścia z kimś
innym... ja wysiadam...." i dodał "niepotrzebnie tylko tak sie speiszylas z
meldunkiem... ale nie zmieniaj na
razie nazwiska bo i tak wrocisz do swojego...", "
i coś mi się wydaje, ze chyba jednak będziesz musiała wrócić do rodziców bo
chyba nie zamierzasz ze mna razem mieszkac w oczekiwaniu na rozwód...". Potem
padło kilka pytań kiedy się zamierzam wyprowadzić, ale te odebrała już w
domu. Byłam w takim szoku, że szczerze powiedziawszy pojechałam do rodziców,
żeby im powiedzieć, że mąż chce się rozwieść. Mam 29 lat i biegnę do domu do
rodziców... wiem, że pare osób to potępi, ale nie chcę znajomym głowy swoimi
problemami zawracać, a mój mąż nie ma ani zanjomych, ani rodziny (rodziców,
rodzeństwa). Jedynie ciotkę, starszą osobę, ale jej głowy na pewno nie będę
zawracać. Zersztą... nie znam telefonu.
Rodzice stwierdzili, że skoro tak stawia sprawę to u nich zawze jest dla mnie
miejsce. Załamałam się, to po to się wyprowadzałam, żeby wracać. To chore...
ale skoro mnie wyrzuca. Pojechałam... spakowałam sie i wróciłam. Po drodze
dzwonił ojciec, żebym została, że może to błąd. Ale nie chciałam sytuacji, że
on mnie wyrzuci i to nie wiadomo w jaki sposób.
Wieczorem zadzwonił, że mam 20 min. na powrót (rodzice mieszkają w centrum W-
wy, on na Bemowie, samochodu nie mamy). Potem odebrałam wiadomość na poczcie
głosowej, że jednak mam nie wracać. Mama i ja uznałyśmy, że jak wrócę to i
tak wykorzysta to przeciwko mnie i za każdym razem będzie sobie pozwalał na
takie zachowanie. Na drugi dzień rano zadzwonił i objechał mnie, że za szybko
reaguję, że powinnam była zostać. Przez jakiś czas darł się na mnie, że go
nie doceniam, że mam wszystko co chcę, a ciągle narzekam (zwracam mu uwagę
kiedy np. strofuje mnie w miejscach publicznych, albo kolejny raz ni z gruchy
ni z pietruchy nawiązuje do moich poprzednich związków w różny sposób-uważam,
że obydwie sytuacje są niepotrzebne, a zwracanie uwagi i tak spotyka się z
chwilową reakcją, albo atakiem na mnie, jak ja mu mogę uwagę zwrócić).
W każdym razie usłyszałam, że mam klucze i w każdej chwili mogę wrócić.
Popołudniu wróciłam, zrobiłam zakupy i czekałam. Wrócił po 20 z pracy.
Oczywiście zapomniał, że chciał żebym wróciła. Znowu zaczął o rozwodzie. Zero
możliwości dogadania się. Stwierdził, że skoro nie chcę się wyprowadzić to on
będzie się wobec mnie zachowywał obojętenie. Nie chcę się wyprowadzić, bo
jestem u niego zameldowana (to spadek po jego matce) i chyba nie moze sobie
mnie tak wyrzucać. Usłyszałam, że jako powód na sprawie rozwodowej poda, że
gdyby sobie nic do jedzenia nie kupił albo nie poprał to by nie miał nic do
jedzenia, i nie miał by czystych ubrań. Od ślubu może raz zrobił zakupy, nie
zmywa, nie sprząta, tylko robi opłaty, pierze, bo do tej pory prał sobie sam,
gdyż ma koszule do pracy, które gdybym mu uszkodziła to pewnie zrobiłby mi
awanturę. Jak w niedzielę wstawiłam pranie to okazalo się, że zły program
ustawiłam. Poprawił, ale mi nie pokazał gdzie jest instrukcja, ani opis, bo
na zewn. nie ma. Opieprzył mnie strasznie.
W każdym razem chodzi spć do drugiego pokoju i wczoraj wogóle się nie odzywał.
Porażka. Nie wiem co mam robić. Czuję, że on wcale tego pozwu nie złoży, bo
po co ma płacić. Czeka, ża ja to zrobię, a potem zacznie robić problemy.
Wymyśli tak absurdalne powody, żeby mi narobić problemy jak te, które
wymieniłam. Acha, jakoby został zmuszony do ślubu! A ja w ciąży nie byłam.
Owszem chciałam ślubu, może za bardzo, tak teraz na to patrzę, ale on już był
żonaty, ma dziecko z tamtego małżeństwa, wiec jak mogłam go zmusić?! Chyba po
tak przykrych doświadczeniach w poprzednim małżeństiwe, o jakich mi
opowiadał, nie można się dać zmusic? Chyba, że powie, że chciał mieć rodzinę,
że dobrze sie zapowiadałam, a tutaj taka porażka... Nie wiem. Mam wrażenie,
że nauczony doświadczeniem z tamtego rozwodu (sam napisał pozew, na każde
zaskakujące pytanie sądu miał przygotowaną i uargumentowaną odpowiedź, sąd
nie był go w stanie zagiąć) może mnie tak zablokować, że zapomnę jak się
nazywam sad
Na pewno w razie czego muszę wziąć dobrego adwoakata.
Pradźcie co robić? Czy w każdym przypadku muszę mieć jego zgodę na rozwód?
Jak długo może robić problemy i nie chcieć rozowdu? Bo ja w tej chwili nie
wyobrażam sobie "współpracy" z nim. Na dzieci sie nie zdecyduję, bo to by już
wogóle skomplikowalo sprawę. Czkam na Wasze rady, pytania...
Acha, przed ślubem znaliśmy się 3 lata i różnie bywało, jak to w związkach.
Nie mieszkaliśmy razem. Zadrosny o poprzednich był, ale z czasem coraz
rzadzeij o nich mówił. Awantury się zdarzały, ale potem sam się opanowywał.
Czasmi ja prowokowałam, bo już mi nerwy puszczały.
Wiem, nie powinnam się była z nim wiązać... Ale zrobiłam to. Nie wiedziałam,
że mimo, ze chciał mieć rodzinę, może kompletnie zmienić nastawienie do mnie,
do swoich planów.
Obserwuj wątek
    • motylek76 Re: Pomóżcie mi... 22.10.05, 14:16
      Jesli jeszcze go nie zostawiłaś co czas najwyższy to zrobić. To jedyne dobre
      rozwiązanie.
    • pietia_69 Re: Pomóżcie mi... 26.10.05, 10:30
      Nie musisz mieć jego zgody na rozwód. Jeżeli Ty złożysz pozew z klauzulą "bez
      orzekania o winie", to jedyne co on może zrobić, to nie zgodzić się (juz na
      rozprawie) na takie roywiyanie. Tyle, że to on będzie musiał udowodnić Twoją
      winę, a po półtora miesiąca po ślubie to raczej trudne.
      Dobry adwokat Ci się przyda, chociażby po to, żeby sensownie sformułować pozew
      i pomóc Ci na rozprawie.
      Polecam mec. Stanisława Mikke. Facet jest rewelacyjny i bardzo mi pomógł w
      podobnym problemie wink. Ma kancelarię na Żelaznej 68 (ale nie pamiętam numeru
      telefonu).
      Pozdrawiam
      Pietia
      • moni976 Re: Pomóżcie mi... 28.10.05, 15:33
        Pietia, dzięki za polecenie mecenasa. Myślę, że się przyda, bo w razie czego
        chciałabym mieć kogoś sprawdzonego, a nie szukać po omacku. Jesteś pierwszą
        osobą, która podała mi informację jakiej potrzebowałam w tej sytuacji.
        Na szczęście na Żelazną mam bliziutko... szczególnie jak wrócę "skąd przyszłam".
    • milaska Re: Pomóżcie mi... 26.10.05, 19:59
      Oj Moni, rozwodź się natcynmiast - i nawet się nie gódź na jego teksty "Mozesz
      wrócić". Toż to poniżenie straszliwe - no co ty!!!! Ja tak miałam - mój mąz
      powiedzial, żebym się wynosiła, dla mnie to było tak obrazliwe, ze ja nawet w
      głowei nie mogłam tego pomieścić, jak śmiał. Jak można tak kogoś po prostyu
      wyrzucać. !!!!! Jakim prawem. Bydlę. IO też mnie prosił - nawet blagał !!!!
      zebym do niego wrociła, ale ja odczekałam dwa tygodnie 0 nie wracałam, a on był
      już tak wkurzony, ze stwierdził, jak nie - to on już nie chce i kończy związek.
      Prawie w tym samym momencie pozwy składaliśmyu.
      nie ma sensu być ciągle poniżaną, a Ty jesteś!!! - ktoś Ci to musi powiedzieć,
      jak sama niewidzisz.



      • moni976 Re: Pomóżcie mi... 28.10.05, 14:44
        Dzięki za zainteresowanie moim listem i wywnętrzaniem.
        Pisałam o moim problemie na innym forum.
        Miałam wątpliwości jak się zachować. wkońcu jesteśmy po ślubie. Może to ja
        postępuje niewłaściwie, może ja jestem czepliwa. I dowiedziałam się, że sama
        nie wiem czego chcę. Ale ja i tak postępuję impulsywnie. Spakowałam walizki, a
        może nie potrzebnie...
        W każdym razie od tego czasu kiedy o tym pisałam sytuacja się uspokoiła,
        chociaż... ja już straciłam do niego zaufanie, a poza tym traktuję go
        jak "zgniłe jajko". Nie mogę mu uwagi o nic zwrócić, bo okazuję się jego
        wrogiem. Owszem, ludzie się kłócą, niektórzy faceci (kobiety także) nie lubią
        jak im się zwraca uwagę. Ale to nie mój pierwszy związek. W poprzednich też się
        ścinałam, ale nikt nikogo nie wyrzucał, nie mieszał z błotem, a nawet jak
        palnęło się coś głupiego, to się przepraszało. A on... nie przeprasza. Uważa,
        że ja mam się trzymać jego, a jego zachowania są uzasadnione. Problemy w pracy
        i żona egoistka, która ma być wsparciem, ale jak tylko ona prosi o poradę, to
        słyszy, że jest niezaradna tak jak on!?!?
        W każdym razie unikałam scysji, ale wczoraj mąż wrócił niezadowolony z pracy i
        stwierdził, że się pokłócimy. Porostu takie przyjął założenie i zrobił
        wszystko, żeby mnie obrazić. I znowu nasłuchałam się jaka to zła jestem.
        Jakakolwiek próba wskazania mu, że to co mówi jest absurdalne było odrzucane.
        On wie lepiej. A poza tym on w swoim domu czuje się Panem i ciągle to powtarza.
        I ciagle podkreśla swoje poczucie zagrożenia z mojej strony.
        Najgorsze jest to, że nie mam aktualnego dowodu, a on niby mnie nakłania do
        wyrobienia, a jak go proszę, żeby dał mi odpis aktu ślubu i poświadczenie
        zameldowania, to mu się nie śpieszy. Z kolei jak sama sobie wezmę to jeszcze mi
        powie, że mu w dokumentach grzebię. Bo jest do tego zdolny.
        • beno_2 Re: Pomóżcie mi... 28.10.05, 21:09
          moni976 napisała:

          > Spakowałam walizki, a
          > może nie potrzebnie...
          Bardzo słusznie. Widoczne, że doprowadził Cię do rozpaczy, wyczerpał nerwowo,
          że musiałaś najzwyczajniej uciekać, żeby ocalić zdrowie. Czy w pracy
          zachowujesz się równie impulsywnie?
          • moni976 Re: Pomóżcie mi... 02.11.05, 08:40
            Często zadaje sobie tego typu pytania... tzn. czy moje zachowanie odnosi się
            tylko do tego związku, czy taki mam charakter. W pracy... nie rzucam niczym,
            nie trzaskam drzwiami... Mam koleżankę, która tak się zachowuje, ale robi na
            mnie złe wrażenie. Owszem, są sytuację które mnie denerwują, ale wtedy wolę o
            nich porozmawiać niż się rzucać. Poza tym wydaje mi się, że jestem lubiana i
            mam kilka koleżanek, z któymi od czasu do czsu wyskakujemy na piwo,w
            odróżnieniu do mojego męża, który nie łączy spraw służbowych z prywatnymi 9nie
            neguję tej zasady). Ale on nie ma znajomych nawet poza pracą.
            Poza tym pracuję w tej firmie od 5 lat, czyli nie należę do osób, które jak im
            się coś nie podoba, to trzaskają drzwiami i obrażają się na pracę.
            Inne punkty odniesienia to znajomi, dom. Jak tylko słyszę zarzut pod swoim
            adresem ze strony meża, to zastanawiam się, czy inni mogą mieć o mnie takie
            zdanie. Owszem, nie jestem idealna, ale staram się nad sobą pracować. I tak
            jestem bardziej opanowana niż kilka lat temu. W poprzednich (dwóch) związkach
            ja byłam tą niecierpliwą, która chciała zmieniać drugą stronę, ale uznałam, że
            skoro coś mi w tej drugiej osobie nie pasuje, to nie ma sensu męczyć i siebie i
            kogoś. Poza tym miałam znajomych, i jak zrobiłam coś "nie tak", miałam kaca
            moralnego, czułam, że moje zachowanie wobec kogoś mogło być nieuzasadnione, to
            rozmawiałam z kimś ze znajomych, kto wiedziałam, że stara sie być bezstronny
            lub nawet jeżeli będzie stał po mojej stronie, to powie, w którym miejscu ja
            popełniłam błąd, i to zmuszał mnie do zastanowienia się nad sobą i naprawienia
            błędu, albo nad przemyśleniem, co skłania mnie do takiego zachowania.
            Mój mąż nie rozmawia z nikim na temat swojego zachowania i swoich problemów.
            Ale rozumiałabym, że nie chce radzić się znajomych, gdyby miał rodzinę, a on
            nie ma żadnej rodziny (ojca, matki, brata, siostry), z którymi mógłby
            porozmawiać, poradzić się.
            Coraz bardziej rzuca mi się w oczy, że mój mąż nie złości się tylko staje się
            agresywny. Może ja to tak odbieram, ale mam wrażenie, że on traci nad sobą
            kontrolę, gdy coś nie jest po jego myśli. Osoba, która z nim jest nie ma prawa
            do słabości, przyzwyczajeń. Tylko jego przyzwyczajenia są jedynymi słusznymi.
            I nigdy nie potrafi przyznać mi racji. Przykład z wczoraj... poszliśmy na
            cmentarz. Na groby moich bliskich od lat chodziłam z rodzicami.mój mąż nie
            złości się tylko staje się agresywny. Może ja to tak odbieram, ale mam
            wrażenie, że on traci nad sobą kontrolę, gdy coś nie jest po jego myśli. Osoba,
            która z nim jest nie ma prawa do słabości, przyzwyczajeń. Tylko jego
            przyzwyczajenia są jedynymi słusznymi.
            I nigdy nie potrafi przyznać mi racji. Przykład z wczoraj... poszliśmy na
            cmentarz. Na cmentarzu tym jest kilka grobów mojej rodziny i jeden jego. Zawsze
            chodziłam tam z rodzicami, zawsze tą samą drogą i jakoś trafiałm. Z mężem
            poszłam tam rok temu i idąc starą trasą dotarłam do grobów swoich bliskich.
            Miałam obawy, że nie trafię, ale mam udało się.
            Niedalko od moich grobów mój mąż ma grób swojej rodziny.
            Kilka razy poszliśmy trochę inną drogą i trochę się gubiłam. Ale nie dlatego,
            że nie wiedziałam gdzie iść tylko dlatego, że on za każdym razem twierdzi, że
            ja gdybyśmy szli w tą stronę, którą ja wybieram to poszlibyśmy źle. Przestaję
            się wtedy odzywać, idę za nim chociaż wiem, że się oddalamy. Potem on
            kapituluje, ale ja muszę wysłuchać litanii jaka to jestem beznadziejna, bo już
            kolejny raz jesteśmy na tym cmentarzu, a ja ciągle mam problem ze znalezieniem
            grobów rodziny-WSTYD!
            Na koniec nawet nie powie "przepraszam", "miałaś rację"...
            Oczywiście najlepszym rozwiązaniem jest zapisać sobie kwaterę, ale problem nie
            wynika z tego, że ja nie wiem, gdzie to jest, tylko z tego, że mój mąż uważa,
            że zawsze ma rację.
            Typ człowieka, który nigdy się nie myli, a jak się myli to winni są wszyscy
            tylko nie on.
            • tyniatynia Re: Pomóżcie mi... 19.11.05, 13:55
              Ja czegoś nie rozumiem: po co Ty jeszcze z nim jesteś? Na co czekasz? Po co się
              poniżasz? Po co się dajesz poniżać? Co to za argument dla braku nowego dowodu,
              ze nie masz aktu małżeństwa i poświadczenia zameldowania? To Wasz akt i Twoje
              poświadczenie - idź do stosownych urzędów i je dostaniesz.. Ale lepiej zamelduj
              się u rodziców - przecież to bez sensu, to jego mieszkanie i jeśli nie chce Cię
              tam to nie narzucaj się - to upokarzające. Ja mieszkam u mojego nie-męża bez
              zameldowania (zameldowana jestem u rodziców) ale czuję że jestem u siebie,
              nawet nie myślałam o tym, żeby się meldować. Dziś zresztą meldunek nie oznacza
              jakiegokolwiek prawa do lokalu - jest sprawą czysto porządkową.
              Jak długo chcesz marnować czas, swoją młodość na tkwienie w toksycznym związku
              bez perspektyw? Nie daj się upokarzać, pamiętaj, ze jeśli Ty się nie będziesz
              sznowała to nikt Cię nie będzie szanował. Wiem co mówię i wiem, ze pewnie nic
              to nie da - każdy musi swoją porcję szamotaniny przejść - każdy inną. Jednym
              wystarczy powiedzieć "wynoś się" i złożą pozew, inni będą do upadłego walczyć o
              związek (jak ja). W związku, obok miłości, bardzo, bardzo ważny jest SZACUNEK.
              Zwróć uwagę na to, że nieporozumienia nie kończą się u Was na ich wyjaśnieniu.
              Dodatkowo jest obrzucanie się epitetami... Nie szanujecie się, a to dobrze nie
              wróży.
    • pietia_69 Re: Pomóżcie mi... 02.11.05, 10:46
      Udało mi się znaleźć telefony do mecenasa. Jak bedziesz je potrzebowała,
      odezwij się do mnie na maila.
      Pozdrawiam
      Pietia
      • moni976 Re: Pomóżcie mi... 02.11.05, 10:48
        Dzięki smile
        W razie czego poproszę o te telefony na maila.
        • izus_22 Re: Pomóżcie mi... 19.03.06, 10:41
          czytam i czytam i cholera mnie bierze! ile znałas tego drania przed slubem ,
          wierzyc mie sie nie chce że 1,5 mies po slubie wywija ci taki numer ! rozwiedx
          sie jak najszybciej, nie bądx głupia
    • gaja113 Re: Pomóżcie mi... 01.04.06, 14:09
      nie warto sie tak meczyc do konca zycia!!to dopiero 1,5miesiacaa,a juz jest tak
      le,lepiej rozstac sie czym predzej,odwlekanie nia ma senu.Oklaski dla kobiet
      ktore potrafia sie przeciwstawic,brawa za odwage!
      • a.bc Re: Pomóżcie mi... 27.06.06, 21:54
        1. musisz zachowac esemesy od niego nt wyrzucenia Cię z domu
        tak na wszelki wypadek - jako dowody na niego
        2. poroamiawiaj z nim otwarcie i postaw sprawe na ostrzu noza- nikt nie
        zasługuje na takie traktowanie - to jest znęcanie sie psychiczne!
        3.zrób mu karczemna awanturę - zasłuzyła a potem spakuj rzeczy i wyjedz do
        rodziców- nie masz innego wyjścia
        4 ew mieszkaj u niego aby mu lokalu nie zwalniać- ale jest podział zakupy,
        obiadki kazdy robi sam. Sobie napsujesz krwi ale temu trepowi równiez- traktuj
        go jak powietrze.
        Powodzenia, duzo sił do walki
    • zuzia801 Re: Pomóżcie mi... 10.07.06, 16:36
      mam pytanie czy starałaś się o rozwód jeśli t5ak to jakie skutki

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka