Wyobraźcie sobie, ze mój ciągle-maż wziął adwokata!
może nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie stan faktyczny, tzn. 4 lata
faktycznej separacji, 3 lata oddzielnego zamieszkiwania; pozew złożyłam ja,
ale bez orzekania o winie, nie zabrałam nic z domu oprócz ciuchów swoich i
dziecka, nie wnosiłam o podział majątku, niskie alimenty w stosunku do tego
zarabia...
wg mnie rozkład pozycia ewidentnie po jego stronie, sadziałam, ze facet
będzie honorowy i przystanie na rozwód, dodam, ze przez cały okres separacji
nie dawał mi żadnych pieniędzy na dziecko (jeden raz przelew na 500 zł), a tu
adwokat a mało tego - ktoś ostatnio robił mi zdjęcia zza krzaka!! Pytałam,
czy to jego sprawka - zaprzeczył, ele teraz to juz zupełnie mu nie wierzę!
Do końca tygodnia bedę wiedzieć co odpowiedział na mój pozew ten jego
pełnomocnik...
Chciałabym się Was poradzić, czy mam wziąć adwokata - choć mnie zupełnie na
niego nie stać (wynajmuję już 3 lata mieszkanie tylo dlatego, że mój m. nie
chce przyjść podpisać intercyzy i nie chce też wyrazić zgody na zaciągnięcie
przeze mnie kredytu... )- tylko dlatego, ze mogę sobie nie poradzić w obliczu
tego co powie jego adwokat?? Na pierwszej rozprawie on był zupełnie wyważony
i dość spokojny, ze mną gorzej

Mam wiele argumentów na swoją korzyść i
merytorycznie sądzę dałabym sobie radę jeśli tylko miałabym pewność, ze stres
mnie nie zgubi...
Próbować sił samodzielnie, jak myślicie?