Spotykam się z moim (jeszcze mężem) raz w tygodniu na spacerach z małym. Jest
poprawnie – mamy wspólne tematy do rozmowy (w czasie naszego małżeństwa
musiałam uruchamiać „filtr”, bo większość poruszanych przeze mnie kwestii
budziła jakieś nieprzyjemne wspomnienia i awantura wisiała na włosku),
pokuszę się nawet o stwierdzenie, że zachowujemy się jak para starych dobrych
przyjaciół. Rozmowa na temat alimentów (której strasznie się bałam) i
podziału majątku odbyła się bardzo kulturalnie. Wczoraj mignęła mi przez
sekundę myśl, że gdyby tak było w czasie trwania naszego małżeństwa, to może…
Mąż jest DDA, temat alkoholizmu jego ojca zawsze był tematem tabu, nawet jego
najbliższa rodzina nic nie wiedziała o tym problemie. W chwilach zwątpienia
zaczynam wyrzucać sobie, że moje wysiłki, jakie włożyłam w ratowanie tego
małżeństwa (wizyty w poradni małżeńskiej) były jednak niewystarczające, że
powinnam jeszcze raz zacisnąć zęby i walczyć dalej, a ja się po prostu
poddałam. Z drugiej strony nasuwa mi się pytanie – czy uczucie, jakie
łączy/łączyło mnie z mężem, to jeszcze miłość czy już współczucie? Według
pani psycholog nasz związek był toksyczny, ja ciągle czułam się uzależniona
od męża (wystarczyło, że postraszył mnie rozstaniem, a ja zrobiłabym dla
niego wszystko). Po rozstaniu niby to minęło, a ja i tak mam kaca moralnego.
Ehhh, dobrze, że to z siebie wyrzuciłam

Pozdrawiam (prawie) wiosennie