der1974
27.06.06, 03:32
Znacie wstępnie moją historię. Małżonka miesiąc temu zakomunikowała, że chce
odejść. Po paru dniach zawarła przedwstępną umowę kupna mieszkania. Dzisiaj w
rozmowie powiedziała, że dostała kredyt i że odchodzi w piątek. I że "skoro
tak bardzo chcę" to ona w poniedziałek może złożyć pozew o rozwód. Szybko jej
to poszło. Ja już kilka dni temu zrozumiałem kto to jest. A dzisiaj się
niejako utwierdziłem w tym przekonaniu. I prawda jest bolesna. Bo wygląda na
to, że ożeniła się aby coś osiągnąć (studia prawnicze, radca prawny, praca w
korporacji). A teraz skacze do góry, bo od 2 lat ma romans ze swoim szefem. A
ja 2 lata temu odszedłem z korporacji i buduję własną firmę. Myślę, że wtedy
mnie skreśliła. Że uznała, że już nie dam rady, że nie warto na mnie stawiać.
Od wiosny 2005 marnie się czuję w tym związku i myślę, że wtedy albo właśnie
wcześniej to się zaczęło. W maju powiedziała, że odchodzi, dzisiaj, że chce
rozwodu. No mówiąc krótko dogadała się z kolegą. Pewnie złożył pozew o
rozwód, a może dostał rozwód. Z jednej strony to dobrze, że odchodzi bo to
tylko świadectwo wyrachowania jest i dowód na to, że nie była warta
poświęceń, ale z drugiej strony czuję się jednak oszukany i niedobrze mi z
tym.