...6 lat temu o tej porze wydawało mi się,że jestem jedną ze szczęśliwszych
osób na tej ziemii..zbliżał się termin mojego ślubu...
Dziś wiem,że nie miałam podstaw aby sądzić,że będę szczęśliwa...
Smutek,żal,ból,rozczarowanie i rozgoryczenie...oto co czuję teraz! Na półtora
miesiąca przed drugą rozprawą rozwodową.
Jedynym co stawia mnie do pionu i pozwala w miarę normalnie funkcjonować jest
3,5 letnia córcia. Dla niej muszę być silna!
Nie potrafiłam dłużej żyć z egoistą, człowiekiem,skoncentrowanym wyłącznie na
sobie. Takim, dla którego najważniejsze było zawsze własne "ja" nigdy "my".
On i jego potrzeby zawsze najważniejsze, my z córcią na drugim planie.
A w zasadzie to tylko Mała bo ja nie liczyłam się chyba prawie nigdy.
Nie myślałam,że mając niecałe 29 lat będę czuła się jak staruszka,te ostatni
4 lata "zabrały" tyle energii...
Na początku było nieźle..Celowo nie używam słowa "dobrze" bo teraz wiem,że
nie mozna tak tego określić. Po pół roku mieszkania u teściowej, dość
okazyjnie wynajęliśmy kawalerkę..bardzo chcięliśmy dziecka, oboje.
Nie mogłam zajść w ciążę..mąż zaczął się leczyć u androloga, po jakimś czasie
spełniło się nasze marzenie..
Ciąża przebiegała z komplikacjami..bóle brzucha, przedwczesne skurcze..Dwa
pobyty w szpitalu.Od 5 m-ca byłam na zwolnieniu, dogadałam się z zarządem i
za dodatkowym wynagrodzeniem zaczęłam pracować w domu. Do dziś dziękuję i im
i sobie za ten pomysł, za te pieniądze skompletowaliśmy cała wyprawkę,
zrobiliśmy zapas pampersów.
Nadszedł ten dzień..urodziła się córcia.
Mój mąż właśnie wtedy pokłócił się ze swoim szefem i przez miesiąc był bez
pracy. Na szczęście będąc na macierzyńskim również pracowałam były więc i
dodatkowe pieniądze. Mąż znalazł pracę 3/4 etatu za 400 zł.
Wtedy, po rozmowie zdecydowaliśmy,że nie stać nas na wynajem i przeprowadzamy
się do mojej mamy.Tak też zrobiliśmy..
Po macierzyński mwróciłam do pracy,Mała zaczęła chodzić do żłobka. NA
początku dużo chorowała. To ja organizowałam opiekę (brałam urlop i chodziłam
do pracy popołudniami i wieczorami, czasami prosiłam ciocię albo mamę),
chodziłam z nią do lekarza, wstawałam w nocy (mąż przecież musiał się
wyspać), czasem w nocy gdy miała napad kaszlu dzwoniłam po pogotowie i
jechaliśmy do szpitala,żebu obejrzał ją np.laryngolog. Mąż wtedy spał
bo...musiał się wyspać.
Kiedy przed wypłatą zabrakło pieniędzy to był "mój problem", to ja pożyczałam
i wtedy były wspólne bo przecież on musiał mieć na papierosy...
I tak wkółko...
Dwa lata temu zasłabłam w tramwaju..Lekarz oprócz niskiego poziomu potasu
stwierdził,że prawdopodobną przyczyną tego zasłabnmięcia był nadmierny stres
i wyczerpanie.
Zaczęłam chodzić do psychloga, próbowałam namówić męża na wspólną terapię,
próbowałam rozmawiać,że tak nie może być..że przecież to jest "nasze" życie i
musimy jednakowo się w nie angażować.
Zawsze słyszałam, że jeśli nie jestem zadowolona to..on się powiesi i będę
miała wreszcie spokój.
W między czasie kupiliśmy mieszkanie, które wynajęlismy bo Mała chodziła do
żłobka blisko miejsca zamieszkania mojej mamy..tak się świetnie
zaklimatyzowała i nie chciałkam jej przenosić a dojazdy 2 autobusami byłyby
zbyt męczące.
Mieszkanie w 100% sfinansowane było z kredytu bo jedyne oszczędności,które
miałam na książeczce mieszkan.wystarczyły na opł.notarialne,opł.pośrednictwa
nieruchom. i prowizję od kredytu.
Przez półtora roku połowę raty kredytu spłacała moja mama.
Mąż w tym czasie zarabiał ok.600, ja przeciętnie 1200 zł. Rata kredytu
wynosiła wtedy 550 zł.
Później wyjechał trzykrotnie na kilka tygodni do pracy, do Włoch.
Pierwszy pobyt był najdłuższy ok.12 tygodni..Wrócił i przez 2 dni mnie nie
dotknął,o przepraszam dostała buziaka w policzek. Byłam załamana ale
uwierzyłam w to co mówił "że jest zmęczony"..choć wydawało mi się to dziwne,
po tak długi czasie,żeby nie mieć ochoty na seks

.
Kolejne 2 wyjazdy trwały ok 6-8 tygodni i po powrocie to samo.
Przywiózł trochę pieniędzy, spłacaliśmy wtedy zaległe opłaty bo przez ten
czas jak go nie było tylko 2x przysłat mi 100euro.
Przed ostatnim wyjazdem powiedziałam mu o separacji-nie zgadzał się.
Uważałam,że trzeba dać sobie szansę i może być nią czasowa rozłąka.
Bo na spotkanie u psychloga cały czas się nie zgadzał bo jest "idelani i nie
ma sobie nic do zarzuceniea"
Kiedy wrócił we wrześniu ub.roku powiedziałm mu,że chcę aby wspólne
mieszkanie stało się moją własnością. Bo tak naprawdę to ja spłacałam kredyt
z pomocą mamy. Powiedziałam mu,że chcę refinansować kredyt na tańszy i chcę
tylko z mamą być kredytobiorcą, bez niego,że przejmuję to zobowiązanie.
Powiedziałam mu o tym,że chcę złożyć pozew o rozwód i po wszystkim zamieszkać
tam z Małą.
Podpisaliśmy rozdzielność i przepisał na mnie swoją część mieszkania, bez
spłat. Dla mnie to było oczywiste bo przecież gdyby to mieszkanie było
kupione ze wspólnych pieniędzy to pewnie za połowę bym mu oddała albo gdyby
spłacił ze mną solidarnie kredyt. A w tej sytuacji nie było o czym dyskutować.
W listopadzie złożyłam pozew o rozwód..W grudniu wyprowadziliśmy się od mamy
i on poszedł za nami do mojego mieszkania. Jak dostał pozew zaczął robić
awantury, dokuczać nam,wyzywał.Robił celowo bałagan.
Kazałam mu się wynieść..córcia zaczęła budzić się nocy i płakać.
On mi na to,że się nie wyprowadzi bo jest zameldowany i nigdy go z tego
mieszkania nie usunę. Spakowałam nasze rzeczy i wróciłyśmy do mamy.
Efekt jest taki,że on tam nadal mieszka a my u mamy.
W kwietniu była I rozprawa-Sędzina wysławła nas na mediację do RODK-a,
ponieważ mąż nie wyraża zgody na rozwód jedynie na separację. W sądzie
mówił,że mnie kocha.
Opinia psychologa była taka,ż enie ma szans na uratowanie małżeństwa,że mój
mąż to pozorant bo od czasu złożenia pozwu do I rozprawy nie zrobił nic aby
próbować ratować małżęństwo.
Kiedy spotykamy się przy okazji jego spotkań z Małą to wygraża,że mnie
zniszczy.Ciągle dokucza.
Kolejna rozprawa 21 września. Mała od września ma iść do przedszkola-
kilkadziesiąt metrów od mojego mieszkania i póki co czekają nas b.długie
dojazdy od mamy do przedszkola bo on cały czas tam mieszka.
Dla mnie to jakiś koszmar.
Nie chcę narażać córci i siebie na to co już przechodziłyśmy.
I czekam kiedy to w2szystko się już skończy i żeby mieć wreszcie spokój, nie
być na każdym kroku mieszana z błotem...
Mam nadzieję,że ta druga rozprawa będzie ostatnią. Chciałabym aby już
orzeczono rozwód oraz zapadł wyrok dot.tego żeby on wyprowadził się z mojego
mieszkania.Przecież tak nie może być.
Chciałabym zapomnieć te wszytski smutne chwile..te kolejne razy kiedy
okazywało się,że tak naprawdę jestem sama,choć obok mnie stoi człowiek,
którego kiedyś pokochałam.
Najgorsze jest to,że ja teraz,z perspektywy lat oceniam,że nie byłam przez
niego kochana. Nie czułam tego.
Nie wiem co to znaczy mieć "normalnego" męża. Jak to jest być żoną a nie
tylko kucharką,praczką,sprzątaczką,opiekunką do dziecka.
Tak bardzo się boję,że któregoś dnia zabraknie mi sił.
I co wtedy z Małą??????????????????????
Bo ileż można wytrzymać, no ile?? Sama już nie wiem.
Pozdrawiam
M.