Dodaj do ulubionych

zaufac, nie zaufac? (dlugie)

17.10.06, 20:08
wiem ze nie ma regul. tym niemniej, pytam.
jestem nowa, moze moj post nie podchodzi pod kolorystyke, wobec czego z gory
przepraszam...
w kilku zdaniach: moj maz, po narodzinach naszego drugiego dziecka, wdal sie
w czysto (i chyba mu wierze, tu akurat) platoniczny uklad z panienka z jego
biura, do ktorej to panienki pisal obfite maile, caly dzien na ICQ spedzal,
itd, za szofera sluzyl, a w mailach, m.in. bylo o tym jaka to ona wspaniala,
a ja jaka wstretna, i jak to ona mu dopiero pokazala jaka moze byc naprawde
kobieta i relacja, bo ja mu rzecz jasne tego nie dalam.
jak to odkrylam, sie przyznal, ale li tylko do wlasnie platoniczno-i-glownie-
listownej relacji, ktora, w miare jak sie posuwala, pozwalala mu zrozumiec
jaka to ja jestem wspaniala.
wykonczyl mnie tym.
przez dluzszy czas nie moglam sie pozbierac, a potem musialam sie odbudowac,
moje poczucie kobiecosci i calej reszty.
fakt, ze posunelam sie dalej, bowiem poszukiwalam kogos kto mi powie ze mnie
kocha. znalazlam.
trwalo to trzy lata.
tym razem to maz odkryl.
tym razem to on byl zdruzgotany, dal mi do zrozumienia ze gdyby rzeczywiscie
chcial, to wlasnie teraz mial przyczyne zeby mnie zdradzic naprawde. ale ze
oczywiscie tego nie zrobi.
po czym cierpial, i im dalej to cierpienie szlo, tym czesciej robil mi sceny.
zrobilo sie nie do wyzycia w domu, w tym i dla dzieci.
zaczelam sie niepokoic, a on zaczal sie wsciekac ze go szpieguje.
i ze nie daje mu zyc.
i ze musze dac mu odetchnac, bo on sie dusi.
no i przede wszystkim, ze przenosze na niego moje wlasne postepowanie,
podczas gdy on tylko sie zastanawia, czy jest sdzczesliwy. ze mna, znaczy.
(mowie w skrocie)
az w koncu sie okazalo, ze w miedzyczasie znalazl sobie inna kolezanke,
stazystke tym razem, ktora musial sie zajac, bo biedna i bez jezyka, a ja
taka wredna.
do konca sie bronil.
dopiero jak mu czarno na bialym (dzieki, o bilingi!) udowodnilam ze wiem, i
ze on klamie, to dopiero wtedy zmiekl i zaczal plakac jak to on mnie kocha i
jak to on nie chce mnie stracic.
mnostwo malych (i wiekszych , i nawet calkiem sporych) klamstewek mu
znalazlam, dzieki rozmaitym poszukiwaniom,.
on teraz mowi ze sie zmienil. ze wydoroslal.
ze w pracy sie zmienilo.
ze wiecej bedzie w domu.
zebym sie zapisala na basen i zaczela doktorat, bo do tej pory to on sie
rozwijal, a ja zajmowalam sie dziecmi.pracujac zawodowo oczywiscie. normalka,
matka polka.
i nie wiem.
mam ochote sobie pojsc, bo po prostu boje sie z powrotem w to wejsc. boje sie
ze on teraz placze, bo sie boi zmian,a jak wszystko wroci do normy, znowu
nie bedzie zadowolony i znowu sobie znajdzie pocieszycielke.
ja wiem ze jego zabolalo jak odkryl moj zwiazek.
zrozumialabym gdyby odszedl wtedy.
gdyby zagrozil.
a on nie. udaje ze jest ok. udaje ze przebacza.
on sie czai, i zachowuje sie jak dupek ktoremu nie mozna ufac. klamie, i
wyzywa od glupich jjk sie odwazylam wyrazic zdumienie ze wozi stazystke na
zakupy, ze odwozi ja do domu i ze placi jej za te zakupy. no bo przeciez ona
taka biedna.
czy on rzeczywiscie dojrzal?
czy on zawsze bedzie sie zachowywal jak dziecko ktore sie boi mamusi?
dorzuce tylko jeszcze ze nigdy, ale to nigdy nie zdradzilabym go gdyby nie ta
jego pierwsza odchylka. nigdy.
(przepraszam, dlugo bylo.
i przepraszam, jesli nie na dobrym forum...)
dziekuje dobrym duszom ktore maja podobne doswiadczenia...
Obserwuj wątek
    • 13monique_n Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 17.10.06, 20:15
      dziewczyno, chyba nikt z nas nie powie Ci, czy możecie z mężem jeszcze sobie
      zaufać. Jedna mądra dziewczyna tutaj powiedziała, że nie zniosłaby siebie
      (obrazu siebie, jaki jej się jawił) z momentu "po zdradzie", czy "po
      zawiedzeniu" zaufania. Tylko Ty możesz to ocenić. Jeśli tak uczciwie to
      zrobisz, jak opisałaś Wasz problem, to jakiegokolwiek wyboru dokonasz, będzie
      właściwy. zauważ, że nie mówię "łatwy". Życzę powodzenia i siły.
      • nathane Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 17.10.06, 20:30
        dziekuje Ci za szybki odzew.
        wiem, ze nikt nie powie.
        tak naprawde sie zastanawiem nad tym "dalej" z "rozwod .. i co dalej?"
        jak jest?
        boje sie ze ze wzgledow materialnych (finansowych ale i organizacyjnych i
        wszystkich zwiazanych z dziecmi - mlode sa) zaczne sobie w brode pluc, ze sie
        rozstalam.
        wydaje mi sie ze gdybym byla pewna ze ze wszystkim sobie poradze, nie wahalabym
        sie ani przez chwile.
        jak jest "PO"?
        boje sie tego wlasnie...
        z drugiej strony, rzeczywiscie nie moge zniesc tego poczucia starego mebla,
        ktory zostal odsuniety gdy przeszkadzal,a ktory sie chce przyciagnac z
        powrotem, bo znowu moze byc.
        i ze gdybym sie zdecydowala na "zostanie", i gdyby on znowu cos strzelil, to
        chyba bym tylko mogla sobie w glowe strzelic, z wlasnej glupoty...
        no wiem, ze nikt nie wie..
        wiem...
        • 13monique_n Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 17.10.06, 20:50
          Pomyśl, czy względy materialne to wystarczający powód, by zostać z kimś, kogo
          nie kochasz. Naprawdę? Sobie i jemu zafundować koszmar obojętności (w
          najlepszym razie)? A w najgorszym kolejne odpłacanie "pięknym za nadobne". Ktoś
          to musi przerwać. Chyba...

          A "po" bywa rozmaicie, ale jedno jest pewne "po" również jest życie, często
          zresztą bardzo piękne. Nie zawsze łatwe.
    • misbaskerwill Re: krótko 17.10.06, 20:33
      Jesteście Siebie warci.
      Innymi słowy - jesteście dobraną parą wink
      Ustalcie jakieś zasady gry (np. ja Ciebie zdradzam w poniedziałki, Ty mnie w
      czwarki) i przestańcie zachowywać się jak dzieci.

      "Ja zdradzałam - ok, on zdradza - świnia" - to jest dobry przykład moralności
      Kalego.

      Na razie to się ładnie ścigacie - kto kogo przegoni... kto bardziej dotkliwie
      zdradzi. Niektórzy cenią rywalizację w związku - ale chyba na innej płaszczyźnie.
      Bardzo się w tym wszystkim pogubiliście, szkoda, że nie pomyśleliście nigdy o
      "grubej kresce"...
      Bo zdaje się, że do końca życia będziecie Sobie nawzajem "wyrównywać rachunek
      krzywd" i licytować, kto kogo bardziej...
      Czy naprawdę jest to Wam do szczęścia potrzebne?
    • misbaskerwill Re: i jeszcze jedno... 17.10.06, 20:40
      nathane napisała:
      > dorzuce tylko jeszcze ze nigdy, ale to nigdy nie zdradzilabym go gdyby nie ta
      > jego pierwsza odchylka. nigdy.

      Nie wierzę Ci.
      Za zdradę odpowiada tylko i wyłącznie ten, który zdradza...
      Oko za oko, ząb za ząb, zdrada za zdradę...
      Jakby Ci mąż zabił matkę, rozumiem, że natychmiast zastrzeliłabyś teściową?smile

      Mało Ci było własnego cierpienia, żeby jeszcze komuś to fundować???
      Jak mówi włoskie przysłowie - moralność każdy ma własną.
      Nie zwalaj własnych grzechów na cudze barki.
      • nangaparbat3 Forum jak najbardziej odpowiednie, witaj 17.10.06, 20:58
        Niestety dalej juz nie bedzie tak milo.
        Własciwie wszystko, co chcialabym powiedziec bezposrednio po przeczytaniu Twego
        watku, ale pewnie bym sie nie odwazyla tak wprost, powiedzial Miś - jasno i po
        męsku.
        Bo: oboje zachowujecie sie jak nastolatki, co najwyzej.
        Bo: zdrada nie moze byc odpowiedzią na zdradę, tym bardziej trzyletni romans na
        zdrade watpliwą.
        Bo: dokładnie tak samo, jak Ty jemu, on nie ma powodu zaufac Tobie.
        Bo: tez trudno mi uwierzyć, że gdyby nie zdrada, za nic byś go nie zdradziła.
        Może nie. a może tak. Zero gwarancji.

        Przezyłam nawet kiedys cos podobnego do Ciebie, Ex mnie zostawił dla innej
        kobiety, potem wrocił, z tekstem ze własnie dzięki temu mnie docenił. Nawet
        byłam zadowolona, bo będąc jego pierwszą kobietą uważalam, ze lepiej, jeśli
        sprobuje jeszcze z kims innym. Ale to bylo tylko podobne, bo przed slubem.

        Teraz - no coż, sprawy finansowo-organizacyjne to za mało, żeby z kims spędzić
        życie, w każdym razie w naszych czasach.
        Na Waszym miejscu sprobowałabym terapii małżeńskiej, bo wyglada na to, ze
        zdrada to Wasz sposob komunikowania się.
        • chalsia Re: Forum jak najbardziej odpowiednie, witaj 17.10.06, 23:04
          > Przezyłam nawet kiedys cos podobnego do Ciebie, Ex mnie zostawił dla innej
          > kobiety, potem wrocił, z tekstem ze własnie dzięki temu mnie docenił. Nawet
          > byłam zadowolona, bo będąc jego pierwszą kobietą uważalam, ze lepiej, jeśli
          > sprobuje jeszcze z kims innym. Ale to bylo tylko podobne, bo przed slubem.

          Kurna, ja Cię kręcę, podobnie jak u mnie. Z tym, że wtedy zostawił nie dla
          innej, konkretnej kobiety, ale dla, hmmm, potencjalnych kobiet (w końcu z kimś
          się związał). A stało się to, gdy nacisnęlam go na dookreślenie się co do
          naszego związku - miałam dość związku "na dochodne".

          Chalsia
      • phokara Re: i jeszcze jedno... 17.10.06, 20:58
        No z Misia dzisiaj wylazl rasowy Baskerwill...
        ale powiem tak, wydaje mi sie, ze ma racje.
        Moze inaczej: "oko za oko, zab za zab" to najlepsza recepta na robaczywy
        zwiazek.
        W kwestii pytania. Ja wybaczylam (bez rekompensaty w innych ramionach). Nie
        zaluje choc i tak padlo. Ale wybaczajac nie zastanawialam sie w ogole czy dam
        sobie rade sama i jak to bedzie "co dalej". To jest pytanie do wrozki, jesli
        ktos wierzy w przepowiednie. Nie wiesz, jak bedzie dalej i sie nie dowiesz, jak
        nie pojdziesz ta akurat droga. Jak pojdziesz - i tak czesto bedziesz sobie
        zadawala pytanie "a co by bylo gdyby...". Tez zycie. Tylko zupelnie inne.
        Moze sie zastanow czy kochasz tego mezczyzne. A potem do sily tego uczucia
        dobierz nastepne decyzje. Jak puzzle.

        ps.
        I wyrzuc ze slownika slowa "nigdy, przenigdy". To wbrew pozorom nie swiadczy o
        zasadach moralnych lecz o wielkiej niedojrzalosci. Po prostu.
        • nangaparbat3 Pho 17.10.06, 22:07
          czy w jednej chwili napisałysmy niemal to samo? schiza.

          Nie mogę wleźć do poczty, a chcialam Ci opowiedzieć o dzisiejszej wizycie w
          przeludnionej kamienicy - przeszla moje najsmielsze oczekiwania, a tak bardzo
          sie balam.
          • phokara Nanga, 17.10.06, 22:21
            dokladnie tak sie stalo. Jak spostrzeglam to stwierdzilam, ze musze do Ciebie
            napisac maila, czarownico. Szkoda, ze nie mozesz wlezc do poczty.
      • moniamir Re: i jeszcze jedno... 17.10.06, 22:36
        Misiu....mało odzywam się na forum...narazie jestem na etapie czytania Was i
        borykania się ze swoimi problemaisad Ale tym razem cichutko się odezwę i
        podpiszę się pod tym co napisałeś. Jak w ogóle mozna myśleć o dalszej
        przyszłości po takich akcjach w małżeństwie...napisałeś "> Oko za oko, ząb za
        ząb, zdrada za zdradę...
        > Jakby Ci mąż zabił matkę, rozumiem, że natychmiast zastrzeliłabyś teściową?smile"
        Strzał w dziesiątkę...
        • phokara Re: i jeszcze jedno... 17.10.06, 22:53
          > Oko za oko, ząb
          > za
          > ząb, zdrada za zdradę...

          Slepe i bezzebne malzenstwo. A fe.
      • ak70 Re: i jeszcze jedno... 20.10.06, 09:52
        MIŚ.... jestem pod wrażeniem trafności wypowiedzi - czułam dokładnie to co
        napisałeś kiedy czytałam wypowiedź nathane... ja tez zostałam zdradzona (mąż
        sie przyznał, że to nie platoniczne), ale nigdy nie pomyślałam, aby zdradzić!
        To włoskie przysłowie jest bardzo, bardzo mądre.
        Moim zdaniem zarówno nathane jak i jej mąż muszą dorosnąć... i tyle.
    • der1974 Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 17.10.06, 21:55
      Czytając Twój tekst doszedłem dokładnie to tego samego wniosku co
      Misbaskerwill. Jesteście siebie warci i może nawet się kochacie. Skoro tak w
      miarę remisowo to wygląda to może warto dalej ciągnąć? To nawet ekscytująco
      brzmi. Raz ja raz on i można się podzielić wrażeniami. Same atrakcje. Nie jest
      nudno w takim związku to pewne. Więc zależy co kto lubi. Avanti.
    • crazysoma Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 17.10.06, 22:06
      Witaj

      > dorzuce tylko jeszcze ze nigdy, ale to nigdy nie zdradzilabym go gdyby nie ta
      > jego pierwsza odchylka. nigdy.

      Wierze. Ale... Zrobilas to, bez wzgledu na motywy, bez wzgledu jak Ci bylo z
      tym zle, zrobilas to. I wtedy udowodnilas (sobie przede wszystkim), ze w Twoim
      zwiazku nie jest fajnie. Ta zdrada nie byla jednorazowym skokiem w bok, trwala
      3 lata, a to z kolei swiadczy o tym ,ze juz wtedy lepiej Ci bylo z kims innym
      niz maz.
      Wiesz, po przemysleniach na temat wlasnego malzenstwa, wydaje mi sie, ze
      niektore zwiazki powinnismy zakonczyc w "polowie", bez wzgledu na to jak bardzo
      kochamy(lismy) te druga osobe i bez wzgledu na to jak bardzo chcielismy przejsc
      z ta osoba przez cale nasze zycie. Czasem dochodzi sie do takiej sciany, ze
      jedyne co mozemy zrobic to, rozejsc sie w dwie rozne strony, bo kazda kolejna
      proba zmierzenia sie z nia wspolnie, rodzi coraz wiekszy bol i frustracje.
      Tylko, ze do takich wnioskow, a wlasciwie pewnosci dochodzi sie dopiero wtedy,
      gdy "zwiazek" nalezy do czasu przeszlego dokonanego.
      Oczywiscie jesli sa dzieci, wtedy pojawia sie jakies wieksze ale. Ale...
      • anula36 Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 00:02
        a ja zapytam - czym on ci moze zaufac??
        czy znow nie bedziesz szukac zapewnien o milosci?
        Mam wrazenie ze nie zerwalabys romansu gdyby nie to ze maz sie dowiedziali
        zapalal zazdroscia.
        Mysleliscie o terapii malzenskiej zeby sobie jasno wszystko obgadac i poustalac?
        • nathane Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 08:55
          jestesmy w trakcie terapii.
          i jasne, ze on tez nie moze mi zaufac.
          tym niemniej, jezeli ma takie obawy, wolalabym zeby mi o tym powiedzial, i zeby
          sie byl zdecydowal na terapie - jesli rzeczywiscie nie ma ochoty sie rozstac,
          jak mowi - ZANIM sobie kogos znalazl.
          o terapie dopraszalam sie juz po jego pierwszych odlotach.
          zawsze zostala mi odmowiona, "bo to niczemu nie sluzy i on po prostu nie
          rozumie jak to moze pomoc".
          teraz sie zgodzil, i pierwszy raz poszedl ze mna "zeby kontrolowac co mowie,
          zebym przypadkiem glupot nie naopowiadala" a takze po to, "zeby rozegrac
          potyczke intelektualna".(w cudzyslowiu cytaty).
          jedyne co uslyszalam po pierwszej historii to "ze jestem glupia ze nie potrafie
          zrozumiec ze to byly tylko slowa".
          jakby slowa nie mogla zranic, bo nie ma aktu.

          a do baskerwila:
          moj maz tez nie umie zrozumiec ze moj romans nie byl zemsta. nie zrobilam
          specjalnie zeby go zabolalo. nie zrobilam specjalnie zeby poczul jak to fajnie.
          zrobilam, bo mnie to zniszczylo i on mi nie dal zadnej mozliwosci na odbudowe.
          nie uznal mojego cierpienia (to patetycznie brzmi, przepraszam) i nie zgodzil
          sie na propozycje terapii.

          a co do pytania czy moze mi ufac: rzeczywiscie, gdyby sprowadzic to do meczu,
          bylismy 1:1. ja przestalam kiedy on odkryl.
          on znowu zaczal. i NIE przestal kiedy ja to odkrylam. przestal jak stazystka
          wrocila do siebie. nie powinien byl, no bo rzeczywiscie moze myslec ze bedzie
          teraz odwet.
          wiesz, baskerwil, nawet jesli nasze zachowanie jest dziecinne, to Twoje kpiny z
          naszej niedojrzalosci i rady dalszych zdrad wydaja mi sie nie na miejscu.
          jeden z filozofow kraju w ktorym zyje powiedzial ostatnio "nie przekonuje sie o
          nieslusznosci jej mysli osoby, ktory lezy na ziemi. Najpierw pomaga sie jej
          wstac".
          nie mowil tego o mnie, rzecz jasna.
          tym niemniej wydaje mi sie sluszne.
          zwlaszcza na takim forum jak to.

          dziekuje za Wasze reakcje.
          pzdr


          anula36 napisała:

          > a ja zapytam - czym on ci moze zaufac??
          > czy znow nie bedziesz szukac zapewnien o milosci?
          > Mam wrazenie ze nie zerwalabys romansu gdyby nie to ze maz sie dowiedziali
          > zapalal zazdroscia.
          > Mysleliscie o terapii malzenskiej zeby sobie jasno wszystko obgadac i
          poustalac
          > ?
          >
          • cezi2 Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 09:59
            >"nie przekonuje sie o nieslusznosci jej mysli osoby, ktory lezy na ziemi.
            > Najpierw pomaga sie jej
            > wstac".

            Z pewnością Miś nie pisał tego dlatego, aby Cię specjalnie obrazic, urazić czy
            zdołować. Czasami jednak trzeba rzeczy nazwać po imieniu, bez owijania w
            bawełnę aby wstrząsnąć człowiekiem. A dobra rada ( w wypadku Misia trzeźwa
            ocena sytuacji) nie polega wyłącznie na głaskaniu po głowie i twierdzeniu jak
            się to jest nieszczęśliwym.

            A co do meritum. Osobiście nie wiem czy terapia pomoże (choć oczywiście nie
            neguję jej zalet) jeżeli nazbierało sie mnóstwo kłamstw i kłamstewek. Jesli
            jakikolwiek układ i rozmowa są jeszcze możliwe proponowałbym "grubą kreskę" bez
            roztrząsania tego co było, ale tylko do pierwszego powaznego kłamstwa. No
            chyba, że oboje chcecie sie okłamywać bez końca.

            Cezi
            • phokara Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 10:11
              > >"nie przekonuje sie o nieslusznosci jej mysli osoby, ktory lezy na ziemi.
              > > Najpierw pomaga sie jej wstac.

              "Nie mozna pomoc wstac osobie, ktora przygniataja jej wlasne mysli. Najpierw trzeba przekonac
              ja o ich nieslusznosci".

              Wszystko mozna odwrocic i spojrzec na zagadnienie z innej strony. Tutaj znalazlas rozne
              punkty widzenia i nie sadze, zeby ktos chcial Ci specjalnie dokopac bo to sie u nas raczej nie
              zdarza.
              Nie wiem czy terapia pomoze, skoro Twoj maz traktuje to na zasadze "potyczek
              intelektualnych".
              Ja bym pewnie sprobowala tej "polityki grubej kreski", o ktorej pisze Cezi. Z jedna roznica - nie
              do "pierwszego, powaznego klamstwa" tylko do "jakiegokolwiek klamstwa".
              • cezi2 Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 10:28
                nie
                > do "pierwszego, powaznego klamstwa" tylko do "jakiegokolwiek klamstwa".

                Właśnie tak napisałem w pierwotnej wersji "jakiegokolwiek kłamstwa", ale potem
                skasowałem i zmieniłem. Idealiści których pewnie na tej grupie nie brakuje,
                zaraz sie oburzą i powiedzą, że "kłamstwo zawsze jest kłamstwem", ale wiadomo,
                że życie i praktyka pokazuje inaczej. Poza tym jak ktos jest bez winy na tej
                grupie i nigdy nie skłamał, to niech pierwszy rzuci kamieniem. Ale grunt Pho,
                że co do meritum mamy podobne zdanie.

                P.S. Tak sobie podczytuje czasami o Waszych eskapadach krzakowo nocnych z
                których się tworzy: Szalone Pudło z Foczej Brzozy (nawet nie czuje jak mi sie
                rymuje) i pytanie brzmi czy sie tu równoległa grupa AA nie pojawi za
                niedługosmile))

                Cezi
                • phokara Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 11:23
                  > W?as´nie tak napisa?em w pierwotnej wersji "jakiegokolwiek k?amstwa", ale potem
                  > skasowa?em i zmieni?em. Idealis´ci których pewnie na tej grupie nie brakuje,
                  > zaraz sie oburza˛ i powiedza˛, z˙e "k?amstwo zawsze jest k?amstwem",

                  Otoz ja jako rasowa a wrecz przerasowiona idealistka sie nie oburze albowiem zakladam, ze
                  klamstwo to jest calkiem cos innego niz bujna wyobraznia i gdyby sciemniarstwo pospolite
                  codzienne bylo powodem do rozstan, to bym byla eliminowana ze zwiazku co drugi dzien.
                  Ale moze to jest tak, ze sztywniacy musza definicje klamstwa rozciagac a wariaci ograniczac.
                  Tak serio to po prostu chodzilo mi o to, ze w takiej sytuacji, jaka ma autorka watku zaczyna sie
                  alergia reagowac na wszelkie klamstwa, bo zbyt silna jest trauma emocjonalna. Po prostu.

                  Co do klubu AA to jeszcze nie istnieje ale mysle, ze tylko do jutra. A raczej do pojutrza, jak
                  wytrzezwiejemy.
                  • cezi2 Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 11:32
                    No własnie!! Osoby po traumatycznych przezyciach alergią reagują na wszelkie
                    kłamstewka, nawet te nieszkodliwe i w zasadzie nieistotne. A czy powinny? Dla
                    ich własnego dobra i dobra zwiazku który i tak przez traume jest często od
                    samego początku na glinianych nogach??

                    Cezi
                    • phokara Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 11:37
                      Ja nie wiem czy "powinny". Ludzie sa rozni i nie ma jednej definicji szczesliwosci, podobnie jak
                      nie ma wzorcowego modelu wychodzenia z traumy.
                      Nie bardzo tez rozumiem co wedlug Ciebie jest "nieistotnym i nieszkodliwym klamstewkiem".
                      Szczerze moiwiac to akurat takich Ex mi nie serwowal bo nie musial. Wiec walnal od razu 'z
                      grubej rury'.
                      Wiesz, w dobrym zwiazku ludzie po prostu nie musza klamac. Nie boja sie reakcji.
                      • cezi2 Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 11:45
                        Nie myśl bynajmniej, że moja mysl to apoteoza kłamstwa "nawet nieistotnego czy
                        nieszkodliwego"

                        A przykład takiego kłamstwa:

                        On: - zapłaciłaś rachunek za telefon
                        Ona: - zapłaciłam
                        On - No to OK

                        Za trzy dni On patrzy na zapłacony rachunek i widzi stempel z datą dnia
                        następnego po rozmowie. Kłamstwo było?? No było. Miało jakies znaczenie. De
                        facto nie miało. ( Z życia wzięte).

                        Cezi
                        • phokara Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 12:05
                          >crying Z z˙ycia wzie˛te).

                          No pewnie, nawet z mojego. Tylko u mnie odcinali telefon, bo jedyne co jestem w stanie zrobic z
                          rachunkiem, to go zgubic.
                          Stad zapewne wzial sie cudny tekst mojego Exa, ktory zwykla mawiac: "Ona nigdy nie klamie
                          ale jest najwieksza sciemniara na swiecie!".
                          Wiec rozumiem, o czym mowisz (piszesz). Ale znajdzie sie pewnie duzo osob, ktore tego nie
                          beda rozumialy. I ok. Tak naprawde to wszelkie definicje ustala sie w zwiazku w dwie osoby, bo
                          zwiazek to nie jest 'forum otwarte'... problem zaczyna sie wtedy, gdy zaczyna byc.
          • nangaparbat3 Nathane 18.10.06, 14:04
            Twój filozof ma bezwzględnie rację, sama niedawno cytowałam tu identyczną
            niemal myśl, ale nie fiolozofa, tylko cadyka.
            Jednak Twój post nie pozwalał się domyślić, że cierpisz, był dość chłodny, stąd
            nasze reakcje. Tekst pisany jest batrdzo niedoskonałym sposobem porozumiewania
            się i czesto zdarzają się nieporozumienia.
            Mnie powaliły cytaty z Twego męża:

            teraz sie zgodzil, i pierwszy raz poszedl ze mna "zeby kontrolowac co mowie,
            zebym przypadkiem glupot nie naopowiadala" a takze po to, "zeby rozegrac
            potyczke intelektualna".(w cudzyslowiu cytaty).

            Jeśli żartował, nie ma sprawy. Jeśli produkuje takie myśli serio - no ja bym
            się z nim pożegnała. Chyba że bym go kochała nad zycie, a on zgodziłby się na
            terapię - najpierw własną, indywidualną, a potem małżeńską.
    • makaveli31 Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 10:32
      Dla mnie ten związek Wasz jak i wielu innych ludzi z forum np. mój jest/był
      toksyczny. Wyniszczacie siebie wzajemnie. W Waszym przypadku są to
      przepychanki, które bardziej, więcej dowali. I nie jest to świadome, poprostu
      tacy jesteście. Należy się zastanowić czy należycie do masochistów czy też
      nie?! Jak długo można w czymś takim tkwić i ile jesteście w stanie wytrzymać??
      Radzić nie będę bo i tak wiem z własnego doświadczenia, że robimy i tak po
      swojemu. Życzę powodzenia i słusznych decyzji życiowych.
      • pomidorowa5 Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 11:10
        Wszystko co chcialabym napisac zostalo powyzej napisane. Ja tylko nie rozumiem
        jednej rzeczy, jak to jest,ze czlowiek <swiadomie> popelnia blad ,lamie zasade
        wiernosci,na ktorej to miedzy innymi przeciez kazdy zwiazek winien sie opierac a
        potem jak uslyszy slowo ..... rozwod nagle strach ma wielkie oczy. W takich
        sytuacjach widac golym okiem jak duzo ludzi zakladajac rodzine sa
        nieodpowiedzialni,niedojrzali az brak mi slow.Maz mnie zdradzil aha to ja mu
        zrobie na zlosc i "odmroze sobie uszy" jak dzieci normalnie jak dzieci.
        Nikt Cie tutaj niestety po ramieniu nie poklepie bo tak jak ktos napisal oboje
        jestescie siebie warci.Wiec albo oboje bedziecie kisic sie we wlasnym sosie bez
        zaufania,szacunku a tym samym bez milosci albo,ktores z Was da noge.
        Szczerze mowiac to nawet nie wspolczuje takiej sytuacji ,oboje nawazyliscie
        sobie piwa wiec wypijcie je razem.
        Sorry za mocne slowa ,ale naleze do tych osob,ktore zdrada sie brzydza i chocby
        facet zdradzil mnie 10 razy ja zdradzic bym nie potrafila.
    • sinsi Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 11:07
      Moja znajoma zaplatala sie w malzenstwie podobnie jak Wy. Najpierw maz ja podle
      traktowal jako kobiete i jako czlowieka, wiec uciela sobie krotki romans ktory
      jej pomogl poczuc sie piekna i kochana. Nie wydalo sie. Romans sie skonczyl, w
      domu sielanka, maz "zapracowany". Zaczeli sie lepiej dogadywac z mezem, kiedy
      okazalo sie ze maz ma od kilku miesiecy romans, wydalo sie. Byla zalamana,
      sledzila jego bilingi, wyjazdy, maz zapewnial ze ja kocha i nie chce odchodzic,
      ona sie w duszy czula winna za swoj wczesniejszy wyskok, wiec niby wybaczyla,
      ale w duszy nie wybaczyla i jezdzila po nim jak po psie "za kare" wypominajac
      ciagle jego kochanke od ktorej nie do konca poptrafil sie z dnia na dzien
      emocjonalnie uwolnic. Teraz maz nie ma nikogo i stara sie w domu, a ona ma
      kochanka do ktorego sie nie przyznaje ale tez zbytnio nie ukrywa nawalu sms-ow.
      Do meza ma zal, maz ma zal do niej. I tak w kolko. Jej romans i euforia z nim
      zwiazana powoli przemija, o mezu sie troche lepiej zaczyna wyrazac. Zaloze sie,
      że gdy jako-tako sie z mezem znowu pouklada to okaze sie, ze maż znowu kogoś ma.
      i zacznie sie od poczatku.
      Oczywiscie rozmowy z nia, sugestie zmian, psychologa, grubej kreski nic nie
      dają. Zawsze znajdzie milion wymowek, ze nie tak, ze nie da rady, ze maz na
      pewno sie nie zgodzi, ze maz jest taki-siaki wiec z nim w ten sposob nie da
      rady, ze teraz do uczuc ma innego wiec jej sie nie chce starac z mezem...itd.
      Gdy pierwsze chce, to drugie jest właśnie na "nie", i odwrotnie.
      Ale powiedziala, ze zaluje, ze to wszystko sie zdarzylo i tak sobie to
      malzenstwo i wzajemne uczucia i wiezi sobie spieprzyli, ze szkoda jej tego
      malzenstwa bo wbrew temu wszystkiemu calkiem z mezem do siebie pasują. Ale tyle
      wzajemnego błota po drodze nazbierali, ze zostaje czasem tylko niesmak i przymus
      trwania dla dzieci.
      Wiec nathane chodzcie na te terapie, w toksycznych zwiazkach pomoc z zewnatrz
      moze wyraznie pomoc, postaraj sie moze przetrwac bez nowego romansu do czasu
      "odwrocenia fazy" u meza smile i przestancie kombinowac a zacznijcie rozmawiac
      pomimo wszystko. Pozdrawiam
      • makaveli31 Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 11:21
        w psychologii nazywa się to zatłumaczanie.
        Ale czy warto???....błędne życia koło. Tylko od nas, od naszej siły wewnętrznej
        zależy czy będziemy w nim trwać? Powodzonka w tym mętliku.
        • pomidorowa5 Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 11:25
          makaveli ja nie wroze powodzenia w takim zwiazku o ile go mozna zwiazkiem nazwacsmile
          • phokara Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 11:41
            Na pocieszenie, zalozycielce watku przypominamy, ze to NIE JEST forum wieszczbiarskie.
            • sinsi Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 11:44
              ale w razie czego nie zaszkodzi autorce poczytac jakies dlugookresowe horoskopy
              zeby wiedziec jakie dzialania kiedy przedsiewziac,
              a wrózka to na Piwnej-7 smile)
              • makaveli31 Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 12:55
                ja słyszałam i widziałam wróżkę ATTIS, którą można spotkach w przejściu na
                Barbakanie , na starówce wink. Ale tak serio i wprost - JA BYM NIE ZAUFAŁA,
                podkreślam ja!
          • makaveli31 Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 12:52
            Pomidorowa5 - ja też nie wróże tu nic dobrego choć wróżką nie jestem...wink.
            Sorki koleżanko, ale na piasku domu to Ty nie zbudujesz!
            • anja_pl Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 13:48
              piasek jako podłoże, jest lepszy do budowania domu niż skała wink tak słyszałam
              od inż. budownictwa !!!

              a ja bym spróbowała, ale zaczęłabym od uczciwej rozmowy i zakończeniu
              wszystkich istniejących "przeszkód i niedogodności".

              Poszłabym z mężem na terapię małżeńską i po tej terapii podjęłabym decyzję

              terapię, a nie utraczko słowne w cdelu wykazania kto jest mocniejszy w gębie...
              • nathane Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 14:48
                czytam i pisze z doskoku, bo nie moge inaczej, ale czytam uwaznie i zastanawiam
                sie nad tym co czytam.
                po pierwsze,dzieki temu mam pewne spojrzenie z boku na swoja sytuacje.
                po drugie, zauwazylam pewne niespojnosci: jedna osoba mi zarzuca niedojrzalosc,
                bo mowie "nigdy", a druga chyba niemoralnosc, bo ona by nie zdradzila, nawet
                gdyby ja facet 10 razy zdradzil... znaczy, jestesmy dwie niedojrzale, z tym ze
                ja, ta gorsza. (bo zdradzilam)

                po trzecie, i nie pisze tego zeby sie klocic, bo to nie o to przeciez chodzi,
                tylko ogolnie.
                osoby ktore widza w moim postepowaniu "oko za oko" musza do siebie dopuscic
                mysl, ze moze byc inaczej. ze zwiazek "obok" nie zawsze jest zemsta i
                zabijaniem tesciowej. ze nie wszyscy funkcjonuja w/g tych samych schematow, i
                ze drogi moga byc rozne, nawet jesli prowadza w to samo miejsce. to tylko k
                woli wyjasnienia - uwierzcie ze nie zawsze to, co myslimy (mowie tez o sobie)
                jest jedynym mozliwym i poprawnym odczytaniem realiow.

                odnosnie wypowiedzi cezi o grubej kresce:
                (NB te polityke zaproponowal maz po odkryciu przez niego mojego zaangazowania
                obok.nie utrzymal.)

                mowisz "do 1szego klamstwa".
                wiec pytam - i to prawdziwe pytanie jest, a nie podstepny argument - jak moge
                konkretnie pogodzic zaufanie, i chec odbudowania, czyli dobry humor, i
                zakochanie, i wspolne projekty, z dybaniem na klamstwo? jak moge sie dowiedziec
                o klamstwie inaczej niz sprawdzajac? (no, chyba ze przypadkiem ktos cos
                chlapnie)a jesli mam sprawdzac, i weszyc, i weryfikowac - to jak zapomniec o
                naszym obciazonym koncie?
                jak z tego wybrnac?
                bo dla mnie ufac, to nie sprawdzac.
                czyli jesli jest cos nie tak, to nigdy sie dowiem.
                czy dam rade...?
                • sinsi Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 16:18
                  hej
                  haotycznie napisalas ale

                  akapit 1
                  to nie licytacja kto lepszy a kto gorszy, ale sama musisz wiedziec z jakim
                  "sposobem na zycie" Ci do twarzy, Kim jestes i czy to akceptujesz=jestes
                  zadowolona z swoich wyborow

                  akapit 2
                  czy zemsta, czy brak szacunku za brak szacunku, czy po prostu zwiazanie sie z
                  innym bo maz "zwolnil" Cie z wiernosci swoja zdrada, czy jakkolwiek inaczej to
                  okreslimy, nie o nazewnictwo chodzi ale o to co sie dzieje w Twoim zwiazku i
                  dlaczego

                  akapit 3
                  dlaczego maz nie utrzymal "polityki" ktora sam zaproponowal czy wyjasniliscie to
                  sobie? pytanie- czy wiesz, ze Twoj mąz chce jeszcze zwiazku z Toba; wasze
                  reakcje po jego kolejnej zdradzie? i na czym polegala "gruba kreska" -czy
                  ustaliliscie tylko ze nie mowicie o przeszlosci czy rowniez wspolne relacje na
                  przyszlosc i "graniczne" zachowania. czy byliscie konsekwentni.
                  (to bardziej z psychologiem warto przeanalizowac chyba...)


                  akapit 4
                  oboje zdradzliscie, oboje nie macie do siebie zaufania. pytanie czy Oboje
                  chcecie je odbudowac czy Wam lub ktoremus z Was juz na tym nie zalezy,
                  jednostronnie nic nie zrobisz.
                  • libra22 Re: zaufac, nie zaufac? 18.10.06, 17:13
                    I to ostatnie co napisała sinsi wydaje mi się najważniejsze. Gdzieś kiedyś
                    przeczytałam, że nawet nie zdajemy sobie sprawy ile rzeczy potrafimy wybaczyć w
                    małżeństwie. Jeśli chcemy być razem.
                    I to jest podstawowe pytanie dla Was oboje: czy jeszcze chcecie być razem? Bo
                    jeśli tak, to chyba dla dzieci i siebie warto spróbować?

                    A na marginesie: to że ktoś nie zdradziłby nigdy nie powinno dawać podstaw do
                    złej oceny osoby, która to zrobiła - tzn bardzo dobrze, że nie zdradził/a, ale
                    każdy jest inny. Poznałam różne historie osób i jakoś przeszła mi ochota do
                    ocen (choć sama nie zdradziłam, więc nie ze autopsji bierze się moja
                    wyrozumiałość)
                    • brzoza75 Re: zaufac, nie zaufac? 18.10.06, 17:27
                      to prawda Libra poznając mnóstwo historii odchodzi ochota na ocenę bo nie
                      wiadomo w którym momencie można kogoś skrzywdzić, natomiast prawda jest że
                      ludzie sami komplikują sobie życie.
                    • crazysoma Re: zaufac, nie zaufac? 18.10.06, 17:28
                      >I to jest podstawowe pytanie dla Was oboje: czy jeszcze chcecie być razem?

                      A ja bym sie zastanowila, i to naprawde powaznie, z jakiego powodu Autorka
                      watku chce ciagnac dalej to malzenstwo, z uwzglednieniem faktu, ze jesli, z
                      powodu milosci, to ta milosc powinna wszystko wybaczyc, to co bylo, jest i
                      bedzie. Czyli wraca motyw grubej kreski i problemu zaufania w TYM zwiazku,
                      czyli... smile
                • brzoza75 Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 16:47
                  nie wiem czy dasz radę , ale lepiej byłoby gdybyś i Ty potrafiła spojrzec na to
                  z boku choć wiem jakie to trudne, dla nas osób postronnych sytuacja wygląda
                  zupełnie inaczej potrafimy na trzeźwo (nie mylic z upojeniem smile) ocenic to co
                  przeczytaliśmy, Miś napisał sporo prawdy, inni także, mnie najbardziej uderzyło
                  to że napisałaś że nie zdradziłabys gdyby on nie zdradził hmm, tutaj to zakrawa
                  na vet za vet, a takie postepowanie to duża niedojrzałość niestety,jak
                  zapomnieć nie wiem natomiast usiąść i o tym porozmawiać z zainteresowanym,
                  warto może od tego zacząć?
                  • nathane Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 17:41
                    to że napisałaś że nie zdradziłabys gdyby on nie zdradził hmm, tutaj to zakrawa
                    >
                    > na vet za vet,

                    fakt ze pisane sie inaczej rozumie niz mowione.
                    "gdyby nie zdradzil, nie zdradzilabym" nie znaczy to samo co "zdradzilam, BO
                    zdradzil". gdyby wtedy uzuznal moj bol, gdyby go zrozumial, gdyby dal mu prawo
                    bytu, gdyby nie mowil ze glupia jestem bo nie rozumiem ze on nic zlego, a tylko
                    slowa w mailach (co zreszta nie do konca zgodne z prawda, ale mniejsza) a on
                    przeciez tylko mnie kocha, i dzieki tej "mailowej wymianie rozumie ze jestem
                    wspaniala" i zeby wowczas sie zgodzil na terapie, o ktora go prosilam, gdyby mi
                    pomogl sie z tego wygrzebac ( do tego mialam w domu dwoje dzieci, w tym
                    wczesniaka urodzonego w siodmym miesiacu, co moze pozwoli latwiej zrozumiec
                    ogolnie w jakim bylam stanie), gdyby w koncu nie umniejszal, malo, nie NEGOWAL
                    mojego cierpienia, gdyby przyznal ze moze mnie bolec, z jego powodu, gdyby
                    wzial na siebie odpowiedzialnosc za swoje postepowanie, gdyby nie myslal ze jak
                    zamknie oczy, i na mnie do tego nawrzeszczy za moja glupote, slowem, gdyby
                    pokazal ze nagle uswiadomil sobie ze zrobil swinstwo...
                    nie zdradzilabym.

                    nie zdradzilam go dla zemsty.
                    potrzeba mi bylo pomocy, ktorej on mi odmowil.

                    wiem, ze to nieladnie, i w ogole.
                    ale dzieki temu przetrwalam

                    moglo tego nie byc, i by nie bylo, gdyby ON sie zachowal odpowiedzialnie...

                    i nie bede juz wiecej tlumaczyc, bo nie wydaje mi sie to niezbedne...

                    dzieki osobom ktore potrafily sie powstrzymac od ocen moralnych, i staraja sie
                    odpowiedziec na to co mnie drazy...

                    pzdr
                    • phokara Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 18:27
                      Nathane,
                      jest dla mnie cos drazniacego w Twoim sposobie pisania ale nie bede tego roztrzasac bo to
                      kompletnie bez sensu i tu przyznaje Ci racje. Ale napisze Ci cos, nad czym byc moze warto sie
                      pochylic i zastanowic. Obrazilas sie tu na wszystkich, ktorzy osmielili sie napisac 'bez
                      znieczulenia' - i ok. To jest nasze prawo do tego zeby pisac szczerze, co sie mysli, a Ty masz
                      prawo sie obrazac. Tylko ze zbyt powierzchownie potraktowalas te komentarze i umknala Ci
                      bardzo wazna rzecz. Bo pomijajac ocene moralna (masz racje, tu sie nie powinno wystawiac
                      cenzurki z etyki) one negowaly pewien sposob myslenia i dzialania, ktory kiedys popchnal Cie
                      do zdrady (Twoje 'spa' psychiczne - tak rozumiem geneze, a sama potrzebe rozumiem z
                      pewnoscia) a ktorym ciagle sie poslugujesz choc teoretycznie powinnas wysnuc refleksje, ze to
                      donikad nie prowadzi. Blad polega na tym, ze notorycznie, zapewnie podswiadomie uzalezniasz
                      swoja postawe od tego co zrobi maz. To jest sensowne ALE do pewnego momentu. Nie
                      bedziesz w stanie podjac decyzji jesli w kolko bedziesz kombinowala "no jezeli on... tak - to ja
                      tak". To jest naprawde malo dorosle myslenie... Inaczej (zebys nie poczula sie urazona) - bardzo
                      niedobre w sytuacji, w ktorej jestes.
                      Wiesz, nawet jak piszesz o tym co bylo, to sposob w jaki to robisz wskazuje na gigantyczny,
                      niewyleczony zal i 'spychologie' wszystkich zlych zdarzen na plecy Twojego meza:
                      >gdyby mi pomogl sie z tego wygrzebac
                      (...)
                      >gdyby w koncu nie umniejszal, malo, nie NEGOWAL
                      > mojego cierpienia, gdyby przyznal ze moze mnie bolec, z jego powodu, gdyby
                      > wzial na siebie odpowiedzialnosc za swoje postepowanie, gdyby nie myslal ze jak
                      > gdyby ON sie zachowal odpowiedzialnie...

                      ... i gdyby co jeszcze?
                      Wydaje mi sie, ze robisz blad, przerzucac na kogos innego odpowiedzialnosc za swoje wybory.
                      I uzalezniajac je od czyjegos postepowania. Tak naprawde sama musisz sobie odpowiedziec na
                      pytanie czego chcesz, a dopiero potem zastanawiac sie czy jestes w stanie to osiagnac przy
                      boku meza. To czy jestes w stanie zaufac zalezy OD CIEBIE. Wylacznie. I to Ty sama musisz
                      zdecydowac czy udzwigniesz ten ciezar. Ja to zawsze powtarzam, jak nawiedzona, ze druga
                      (n-ta) szansa to jest zawsze heroizm tego, kto ja daje.
                      U Was jest przynajmniej o tyle sprawiedliwie, ze nie tylko Ty musisz oszacowac tu swoje sily.
                      Twoj maz tez.

                      ps.
                      I nie moge sie zorientowac dlaczego wlasciwie chcesz mu zaufac. Naprawde nie rozumiem. Bo z
                      Twoich wpisow wynika, ze to skonczony duren i cham bez grama empatii ale nie rozwiedziesz
                      sie z nim bo boisz sie tego "co dalej". Wiesz, mysle ze wlasnie to tak zagotowalo spora czesc z
                      nas. Mnie z pewnoscia.


                • cezi2 Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 18.10.06, 19:04

                  > odnosnie wypowiedzi cezi o grubej kresce:
                  > (NB te polityke zaproponowal maz po odkryciu przez niego mojego zaangazowania
                  > obok.nie utrzymal.)
                  >
                  > mowisz "do 1szego klamstwa".

                  > o klamstwie inaczej niz sprawdzajac? (no, chyba ze przypadkiem ktos cos
                  > chlapnie)a jesli mam sprawdzac, i weszyc, i weryfikowac - to jak zapomniec o
                  > naszym obciazonym koncie?

                  Sorry Nathane, ale nie odrobiłaś i chyba nie jesteś w stanie odrobić pracy
                  domowej. Przykro mi ale IMHO tak jest. Pisząc o "grubej kresce" mam na mysli
                  sytuacje, kiedy zapominacie oboje o przeszłości a wyrażając sie ścislej nie
                  wypominacie jej sobie w ogóle. Nie ma tego co było, tabula rasa, Null, Zero w
                  skali Kelvina.

                  Bo mam wrażenie, że Twoje wyobrażenie "grubej kreski" wyglada mniej wiecej tak:

                  Pkt 1. Uroczysta kolacja przy świecach, trzymanie sie za ręce,
                  obietnice "nowego porzadku", może łzy szcześcia i dużo nadziei w Was!!

                  Pkt 2. Sprawdzanie billingów, zapachów na koszuli, włosów na ubraniu,
                  prezerwatych w kieszeniach itp. Wszystko w mysl hasła : Kontrola jest najlepszą
                  metodą zaufania

                  A najważniejsze w tym wszystkim jest Twoje przeswiadczenie, że mimo obietnic, i
                  poprawy On Cie dalej oszukuje/będzie oszukiwał tylko sprytniej.

                  To nie jest odcięcie sie od przeszłości. Gruba kreska, to przede wszytskim
                  wiara, że może byc lepiej i że będzie lepiej mimo błedów które sie popełniło. A
                  Ty tej wiary nie masz i nawet nie chcesz mieć. Jesli On bedzie Cie okłamywał,
                  to wczesniej czy później kłamstwo samo wyjdzie na jaw, bez konieczności twojej
                  ingerencji. Meżczyźni nie potrafią kłamać długofalowo. Uwierz mi.

                  Przepraszam, że tem mail jest może przerysowany w swej ironii, nie chcę Cie
                  krzywdzic czy dołować. Wiem, że masz problem ale nie tędy droga w jego
                  rozwiązaniu.

                  Cezi

                  P.S. Moge miec bardzo duzo zarzutów do swojej (jeszcze) zony, ale moja komórka,
                  moje kieszenie, moja teczka do pracy, schowki w samochodzie to były rzeczy
                  święte, których nigdy przenigdy żona nie sprawdzała. I mimo wielkiej do niej
                  niecheci za inne kwestie akurat za to ją szanuję. Ja równiez nie wyobrażałbym
                  sobie grzebania w jej torebce, czy szufladach.

                  C.
                  • libra22 Re: zaufac, nie zaufac? 18.10.06, 19:23
                    Pho - jestem pod wrażeniem umiejętności wyrażania jasnego, co myslisz i
                    uderzania w sedno.

                    Cezi - ja tez kiedyś sobie nie wyobrażałam, ale przyszedł moment...
                    Wiem, że są osoby, które nigdy.
                    Ja jednak w sytuacji, kiedy prawie widziałam, że ktoś jest, a słyszałam
                    ciągłe "nie", albo nawet atak i agresję "a może to Ty kogoś masz?!", kiedy
                    czułam się jakbym zwariowała i miała omamy, zaczęłam szukać potwierdzenia, że
                    jestem normalna i że wiem, co widzę i czuję.
                    Nie robiłam tego, by uzyskać dowód dla sądu, tylko żeby wiedzieć o co chodzi w
                    tej całej sytuacji, kiedy wszystko mi się waliło.
                  • misbaskerwill Re: Nathane... 19.10.06, 00:41
                    ...przeczytaj, to co Lady Phokara napisała. Może nawet kilkakrotnie. Bo piszę
                    mądrze i pięknie. Niewątpliwie przykre jest, gdy inni ludzie zgodnie ze swoim
                    sumieniem osądzają to, co opisujesz. Ale nie zrobiłem tego, by Ci dokopać, tylko
                    byś zobaczyła, jak to wygląda z boku - np. jak to może widzieć też Twój Mąż (bo
                    nie jesteś bez winy, nas prosisz o łaskawość, więc w Niego też nie rzucaj
                    kamieniami). W końcu prosiłaś o poradę, nie pocieszenie.

                    O zaufaniu można powiedzieć tylko wtedy, gdy zrobisz jak opisał Cezi. Gruba,
                    bardzo gruba kreska i silna amnezja - zarówno u Ciebie jak i Męża...

                    Jeśli tak nie potrafisz - to masz prostą odpowiedź - nie umiesz zaufać, a
                    problem tkwi nie tyle w Twoim Mężu, co w Twoim stosunku do Męża.

                    Co do prawdy - tak jak pisze Cezi - ona zawsze wychodzi na jaw. Zwłaszcza faceci
                    zwykle kiepsko się "kryją", więc nie obawiaj się. W końcu Twój romans też się
                    wydał (choć po takim czasie - chyba Ci się już zdążył wtedy znudzić wink).
                    • sinsi Re: Nathane... 19.10.06, 09:07
                      Popieram przedmówców,
                      Autorko przeczytaj ostatnie wypowiedzi Pho i Cezi. Okreslaja istotne sprawy i
                      zachowania ktore uwieraja w Twoim malzenstwie, ktore wypierasz ze swojej głowy.
                      Sprobj te wypowiedzi zrozumiec i przelozyc "na zywo" na swoj zwiazek. Nie wiem
                      czy dasz rade zmienic to sama, tkwiac od lat w takich zaleznosciach po
                      uszy.(historia mojej znajomej pokazuje ze czasami woli sie czynnie uczestniczyc
                      w zwiazku zlym i stosowac caly system "zaprzeczen" niz poniesc ryzyko
                      "przyznania sie" i przewartosciowania swojego zycia). Moze sie uda na terapii,
                      a moze dopiero musicie sie rozstac z mezem, żebys za pare lat dostrzegla i
                      Zrozumiala gdzie zrobiliscie z mezam bląd.
                      Tak czy siak- poklady negatywnych emocji do meza, ktore sa w Tobie teraz,
                      połączone z Twoim sposobem myslenia i interpretacji tego, plus jego niechec do
                      naprawy wynikająca z ..(nie wiemy), nie wrozą Wam razem dobrze na przyszlosc.
                      Ale jak juz było powiedziane- to nie forum wrózbiarskie. Bez wzgledu na to czy
                      przetrwacie, Tobie samej na przyszlosc sie bardzo przyda zrozumienie tego o czym
                      przedmowcy napisali.
    • maheda Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 19.10.06, 16:48
      Nie rozumiem, jak można zostawać w związku z kimś, przy kim przestajesz się czuć
      kobietą - mówisz, że swoją kobiecość przez trzy lata "odbudowywałaś" z
      kochankiem, przez trzy (!) lata.

      Dla mnie to trąci paranoją - jeśli się zgadzam zostać po czymś takim z mężem, to
      chyba po to, żeby RAZEM Z NIM odbudować NASZ ZWIĄZEK, a nie moją zranioną dumę?

      Dla mnie to wygląda jak przepychanka przedszkolaków. I to nie w sensie "kto komu
      bardziej dokopie", ale raczej "chcę się poczuć super-facetem" (powód, dla
      którego związuje się z paniami Twój mąż), czy "chcę się poczuć super-kobieca"
      (powód, dla którego Ty znalazłaś sobie kochanka).

      Dlaczego, na litość, nie próbujecie tego poczuć ze sobą?! Gdzie tutaj może być
      mowa w ogóle o związku?! Przecież to życie obok siebie swojga egoistów, a nie
      związek!

      Popieram Misia - Oboje jesteście siebie warci.
    • wiedziona Re: zaufac, nie zaufac? (dlugie) 20.10.06, 12:15
      nathane napisała:

      > zebym sie zapisala na basen i zaczela doktorat, bo do tej pory to on sie
      > rozwijal, a ja zajmowalam sie dziecmi.pracujac zawodowo oczywiscie. normalka,
      > matka polka.

      moze sprobuj przez jakis czas,
      ale faktycznie najpierw sie zajmij soba,
      zainwestuj, bys miala mozliwisc podjecia decyzji odejscia czy nie
      gdy bedziesz mogla zyc samodzielnie (samowystarczalnie finansowo)
      Pozwol sobie podjac decyzje spokojnie.
      Nie uciekaj przed szansa.
      I tak juz kazdy zwiazek bedzie obarczony ciezarem przeszlosci
      tego zwiazku.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka