No - może demoniki. Drugą noc nie mogę spać. I zaczynam mysleć. Nie jest źle,
a jak sobie przypomnę swój stan sprzed dwóch lat....to nawet jest świetnie.
Ale nadszedł czas na decyzje. Chyba nie doczekam się, że on złoży papiery,
choć obiecywał, a ja ostatnio notorycznie przypominałam. Oczywiście chodzi mu
o pieniądze (choć się nie przyznaje) - moja niska pensja ma swoje zalety:
kiedy zbliża się czas rozliczeń podatkowych robię się bardzo pożądaną żoną
Nawet padły z jego strony słowa kiedyś, że jak się rozwiedziemy i on będzie
te podatki musiał wtedy większe płacić, to nie będzie mi tyle dawał na syna
(wie, że boję się braku pieniędzy i że działa na mnie taki "szantaż").
Boję się też, że w jakimś momencie zrobi ze mnie wobec syna (albo zrobi to
jego matka) tą, która podjęła decyzję o rozstaniu (skoro to ja złożę papiery).
Ale taż mam wizję, że jak się nie rozwiodę to nagle stanie z walizkami w
drzwiach "Kochanie, wróciłem!" (nie bierze się ona z niczego: odchodząc
powiedział, że może kiedyś się zastanowi i bedzie chciał wrócić, i jeszcze
niestety powiedział to synowi w zeszłym roku, czym zupełnie go emocjonalnie
rozchwiał - i nie było w tym w ogóle kwestii, czego ja będę chciała).
Chyba za dużo we mnie strachów. Ale jakoś tak czuję, że dopóki się nie
rozwiodę, nie mogę zamknąć tego etapu swojego życia. Nie chcę tego robić, gdy
może kogoś sensownego poznam. Chcę to zrobić, bo mojego małżeństwa już nie
ma. Choć ciągle nie jest to taka całkiem "spokojna" świadomość.
przepraszam, pewnie nie powinnam tego pisac, ale jakoś tak....