Dodaj do ulubionych

Bursztynowe

01.02.07, 07:46
Chciałam się wypowiedzieć na temat Twojego wątku poniżej. I przede wszystkim
przyznać Ci rację. Byłam wczoraj u psychologa i rozmawiałam z nią właśnie o
tym, że było dobrze w małżeństwie, a on nagle się wyprowadza do innej
kobiety. I cóż, w końcu spojrzałam prawdzie w oczy i stwierdziłam, że
faktycznie nie było dobrze od jakiegoś czasu, przestaliśmy ze sobą rozmawiać,
wspólnie spędzać wolny czas, ja byłam nastawiona tylko na zajście w ciążę,
dosłownie obsesji dostałam na tym punkcie. I chyba obydwoje przegapiliśmy
moment, w którym można było coś zrobić. Uff, powiedziałam to. Nie ma sensu
się oszukiwać. Zle mi z tym faktem, ale przynajmniej jestem już tego
świadoma. Ponadto psycholog powiedziała mi, że zawsze wina leży po obu
stronach. Rozkłada się pół na pół i że mąż po prostu w pewnym momencie poczuł
się gotowy na nowy związek. Te słowa bardzo bolą, ale muszę je sama w sobie
przetrawić. Muszę też zastanowić się nad tym, czy ja kochałam w ostatnim
okresie mojego męża, czy nie było to tylko przyzwyczajenie, lęk przed
samotnością, lęk przed tym, że nie będę miała dziecka. Bursztynowe masz w stu
procentach rację. Nic się nie dzieje bez przyczyny. W ogóle kobiety podobno
nie dostrzegają tego, ze coś się chrzani w małżeństwie albo nie chcą
dostrzec. Ja nie chciałam, bo tak jest wygodniej.
Obserwuj wątek
    • tricolour Pani psycholog upraszcza... 01.02.07, 08:20
      ... prawda nie leży w połowie, ale leży tam, gdzie leży...

      Naprawdę uważałaś, że cała odpowiedzialność za związek (i jego rozpad) jest po
      stronie męża?
      • kara114 Re: Pani psycholog upraszcza... 01.02.07, 09:00
        Początkowo tak. Przede wszystkim uczepiłam się faktu istnienia innej
        dziewczyny. Teraz już tak nie myślę. Dlaczego psycholog upraszcza?
        • kara114 Re: Pani psycholog upraszcza... 01.02.07, 09:01
          W ogóle nie rozumiem pierwszej części Twojej wypowiedzi. Nie chodziło mi o
          prawdę, a o winę za rozpad związku. Ponosimy ją obydwoje, i mój mąż, i ja.
          • tricolour Ponosicie oboje, ale nie po połowie... 01.02.07, 09:06
            ... choć na początek terapii może to dobra perspektywa...
            • kara114 Tri 01.02.07, 09:13
              Bardzo proszę, wyjaśnij to szerzej.
              • tricolour No... może lepiej byś doszła do tego sama... 01.02.07, 09:28
                ... i zastanowiła się jaką część winy bierzesz na siebie? Bo taka równa połówka,
                to za bardzo "okrągła" jest, by była realna.

                Wybacz, ale takie dochodzenie do prawdy o sobie bywa procesem długim. Nie znam
                Twojej sytuacji, Ciebie nie znam wcale... Cierpliwości - za jakiś czas będziemy
                mogli o tym porozmawiać swobodniej, bo teraz, na początku terapii, na pewno
                chcesz wszystko chłonąć jak gąbka - a trzeba powoli i systematycznie budować
                swoje miejsce.

                smile)
                • kara114 Re: No... może lepiej byś doszła do tego sama... 01.02.07, 09:39
                  Cóż, potrafię sobie chyba szczerze odpowiedzieć w tej chwili na pytanie, co ja
                  zrobiłam źle, ale wiem też, w którym momencie zawiódł mój mąż. Dlatego mówię,
                  że wina leży po obu stronach po równo. Zresztą nie ma się co licytować. Nie
                  będę przecież teraz dochodzić, ile ja popełniłam błędów, a ile mąż. Kto zawinił
                  bardziej a kto mniej. Uważam, że to nie ma sensu. Po prostu obydwoje swoim
                  postępowaniem doprowadziliśmy do tego, że związek przestał istnieć. Mąż miał o
                  tyle "łatwiej", że znalazł sobie kobietę.
                  • tricolour Nie chodzi o licytację, bo to rzeczywiście... 01.02.07, 09:43
                    ... nie ma sensu.

                    Chodzi o świadomość udziału w nieudanym związku i dalsze pytanie: jak mam to w
                    sobie zmienić. Żeby zmienić, trzeba wiedzieć co jest do zmiany. W przeciwnym
                    wypadku kiepsko może być kolejnym razem...

                    Zmykam do pracy. Pa.
                    • kara114 Pa! Dzięki. Będę o tym myśleć 01.02.07, 09:44
    • bursztynowe Kara 01.02.07, 10:02
      Nie chodzi o to, by teraz się zadręczać o przeszłość - ta już minęła. Lecz o to
      by wyciągnąc wnioski na kolejne związki. Czegoś się o SOBIE nauczyć.
      I coś zrobić w związku z tym zrobić. A co? To juz zależy od indywidualnych
      chęci i preferencji.

      Jak to mówią, nie możemy zmienić świata, w tym także partnera, ale możemy
      zmieniać siebie.
      • kara114 Re: Kara 01.02.07, 10:24
        Nie zadręczam się. Natomiast tak jak mówisz, staram się wyciągnąć z tego naukę
        dla siebie na przyszłość. Wiem, czego na pewno nie będę robiła, gdy ewentualnie
        wejdę w nowy związek. I mam nadzieję, że wyjdę z tego wszystkiego zarówno
        mądrzejsza, jak i silniejsza.
      • blue_a2 co prawda o ekologii, 01.02.07, 10:54
        ale bardzo per analogiam -

        myśl globalnie, ale działaj lokalnie

        fajne
        • pomimo1 gdzie jest wina 01.02.07, 11:24
          kara, a dlaczego traktujesz opinie psychologa ,jako prawde objawiona. wina nie
          lezy po obu stronach po polowie. wina po prosty czasem jest po obu stronach i
          tyle,a procentowy jej udzial jest roznysmile powiem ci,ze moim zdaniem majac
          kryzys malzenski stlumilas go jakos w sobie nie stawiajac jemu czola
          a "wygladzajac " problem. Tyle,ze Twoj maz winien w tym kryzysie takze szukac
          rozwiazania, a nie uciekac w ramiona innej kobiety. Powinien byl tak jak ty
          stawic czpola kryzysowi. czy kazdy kryzys powinien sie konczyc romansem ktorejs
          ze stron?
          Mysle,ze przejecie winy na siebie za polowe zdarzenia nie jest sluszne. Jest po
          prostu wina i tyle, a zatruwanie sie procentami i cala ta matematyka nie ma
          sensu. Ja ciagle godzie na ta statystyka, szukam udzialu procentowego i trawie
          jad na kazde powodzenie exa. I juz tego nie chce. Nie chce zyc liczeniem winy,
          nie chce zyc tym,ze nie dostal nauczki za swoje, a ja sie obwiniłam za
          wszystkie zasluzone i niezasluzone winy. Aby sie wyzwolic z tego obciazenia
          zaczelam chodzic do psychologa. Dyskutuje z moja pania psycholog i bynajmniej
          nie traktuje wszystkiego, co powie,jaki objawionej prawdy. pewne rzeczy udaje
          mi sie dzieki niej dostrzec. Wiem jedno , aby byc szczesliwa musze przestac zyc
          ustalaniem winy, szukaniem kary i zadoscuczynienia itd itp. Po prostu stalo
          sie. Musze tez wyciagnac z tego jakas nauczke, bo i ja zawinilam i cos zrobilam
          nie tak. Nie poszukalam pomocy u specjalisty i teraz jest mi z tym zle. Tyle,ze
          za wyrzadzone krzywdy nie moge wciaz oczekiwac rekompensaty,bo on nie jest w
          stanie mi zaplacic i nie jesr w stanie wyrownac szkod. koniec i kropka. i nie
          chce juz zyc tym, kto tu bardziej zawinil i czy ja w polowie, czy w 80%. chce
          byc szczesliwa i wyjac jakas nauke z tego,co sie wydarzylo. stracilismy oboje i
          to jest niezaprzeczalne.
          • kara114 Re: gdzie jest wina 01.02.07, 14:35
            Prawdę mówiąc też już nie mam siły roztrząsać tego wszystkiego. Fakt jest
            niezaprzeczalny, stało się i już się nie odstanie. Rozumiem,że wina to nie
            matematyka, a co do opinii psychologa? Może trochę za bardzo biorę do siebie to
            wszystko, co ona mi mówi. W każdym razie dochodzę do wniosku, że szkoda tracić
            czas i energię na przeżywanie tego wszystkiego wciąż na nowo. Muszę po prostu
            zacząć nowe życie. Łatwo nie będzie, ale wierzę, że się uda.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka