laura751
01.03.07, 16:45
Witam serdecznie, chciałabym podzielić się z Wami historą o miłości i o
wielkim duchowym rozdarciu.
O tęsknocie i moralnych priorytetach... O mnie...
Moi Synkowie ( bliźniaki , najsłodsze na świecie) skończyły właśnie 3 lata,
mam jeszcze cudowną Córkę , która w tym roku idzie do pierwszej komunii...i
męża, do którego straciłam wszelkie ciepłe uczucia.
Wszystko zaczęło się w dniu kiedy nieprzytomna ze szczęścia poinformowałam GO
o tym, że jestem w kolejnej ciąży.
Moja sytuacja zawodowa była akurat w bardzo pozytywnym przełomowym momencie,
chciałam tego dziecka , to był moim zdaniem najlepszy moment. Jego zdaniem
nie...
Być może nie wziełam pod uwagę jego przemycanych argumentów, być może byłam
egoistyczna, być może nie rozumiałam ich stanowczości. W każdym razie stało
sie to, czego zupełnie się nie spodziewałam.
Mąż odwrócił sie ode mnie , odepchnął, powiedział , że ta ciąża to mój
problem , że on nie chce tego dziecka. Po informacji o bliźniętach było
jeszcze gorzej. Przeżyłam koszmarne 8 miesięcy Jego oziebłości i wyrzutów,
walczyłam o niego , ale chwilami już nie miałam siły.
Po porodzie wszystko diametralnie się zmieniło, Mąż zakochał się w swoich
synkach , przeprosił, błagał o wybaczenie...Twierdził , że sytuacja go
przerosła, że nie wie dlaczego się tak zachował.
Spytał się , czy potrafie mu wybaczyć, wydało mi się to oczywiste... Mieliśmy
trójke wspaniałych dzieci, a czas leczy w końcu wszystkie rany...
I wtedy stało sie coś, czego nie potrafię wyjaśnić. Pomimo, iż racjonalnie
wybaczyłam Jego zachowanie podczas ciąży , poczułam w sobie wewnętrzny mur,
za którym ukryłam sie przed nim , wraz z wszystkimi dotychczasowymi uczuciami.
Nie potrafiłam się do niego przytulić , rozmawiać jak dawiej... Uciakłam w
wychowywanie dzieci, później w pracę, Mąż widząc moje zobojętnienie też
odsunął sie ode mnie... Zaczęliśmy żyć , jak obcy sobie ludzie wspólnie
wychowujący dzieci. Drobnostki wywoływały wybuchy złości,
kłótnie...Myślałam : kryzys, przejdzie...pierwszy po dziewieciu latach,
trzeba będzie usiaść porozmawiać...może jutro, albo w przyszłym tygodniu...
Poznałam go w zeszłym roku, w styczniu.
Rozpoczęło sie całkiem niewinnie, trywialnie, najpierw maile, rozmowy na gg.
Połowa mojej duszy. Ogromna przyjaźń , która przeradzała się w miłość bardzo
powoli. Nigdy dotąd z nikim nie czułam takiego porozumienia.
Broniłam się przed namiętnością , kłamstwami, wydawało mi sie to zbyt
banalne. Mam troje dzieci , dom!
Setki razy: " Tak nie można" i znów potajemne telefony, spotkania...
Pewnego ranka obudziałam się i wiedziałam : kocham go i chcę być z nim, moje
małżeństwo jest skończone, on jest w separacji z żoną( był w niej kiedy go
poznałam), nie wyobrażam sobie życia bez niego. Dzieci nie mogą wychowywać
się z rodzicami, którzy nic do siebie nie czują, którzy mijają się nawzajem.
Powiedziałam Mężowi. Zarządał rozwodu...Z mojej winy...Zgodziałam się...
Część moich znajomych odwróciła się ode mnie, uważając , że zwariowałam, że
rozbiłam swoją rodzine dla chwilowego zauroczenia.Przyjaciele zostali przy
mnie.
Kilka dni temu Mąż poprosił mnie o rozmowę, chce być ze mną, twierdzi , że
kocha dzieci i mnie. Poprosił, żebym dała mu szansę, że postara sie wszystko
naprawić, ale ja tez muszę zrobić to co niezbędne... Zgodziłam się...
Odeszłam od mężczyzny, którego bardzo kocham i nie sądze , żebym potrafiła
przestać. Odnajduję szczęscie w dzieciach , staram sie zapomnieć , ale
wiem , że nie potrafię. Tęsknie za nim, zarazem chcę odnaleźć uczucia do
Męża, ale pomimo, że widzę , że on się stara i ja też na swój smutny sposób,
mur jest coraz grubszy.
Co mam robić? Czy w wieku 33 lat mam już przestać istnieć sama dla siebie?
Co jest właściwe?
Laura