a.niech.to
01.03.07, 22:21
Jestem matkojcem, czyli otaczam moje dzieciaczki miłością bezwarunkową, ale i
mnie czasem tąpnie w wątpiach. Wtedy wygłoszam jakąś krytykę z pouczeniem i
tym sposobem płynnie przetaczam się do ojcowania. Tłukę do głów, co dobre a
co nie. Coś niepewnie się czuję w tej roli, bom sama człowiek zwątpienia. Nie
od dzisiaj nawijam na ten temat. Ludkowie, falszywie się czuję w roli faceta,
a przecież ktoś musi korygować, prowadić przez istny labirynt emocji w
porozwodowej rodzinie. Za każdym razem, gdy twardo stawiam sprawę białego i
czarnego, wypełniają mnie lęki, które nie do końca umiem nazwać. Na pewno
pojawia się obawa, żeby gówniarz nie poczuł się zdradzony przez matkę,
odepchnięty, a także wahanie, czy sama dobrze widzę. Drżę też, czy moja
gromadka zachowała morale brnąc przez ostatnie sensacje zafundowane jej przez
exa i mnie. Jestem zmęczona. Podobno nie da się być sprawnym matkojcem.
Próbuję. Parę innych niemożliwych rzeczy okazało się wykonalnych.