Mam dziś doła. Mam go właściwie nieustannie ostatnio. A powodem są reakcje
moich rodziców. Obwiniają mnie o wszystko, kompletnie o wszystko... Tak więc w
kolejności niekoniecznie alfabetycznej:
- jeśli mój mąż się stoczy, np zacznie pić - moja wina
- jeśli wpadnie w tzw. zabawowe życie (co teraz robi i co się nie podoba
rodzicom) - moja wina
- jeśli znajdzie sobie jakąś kobietę (już znalazł) i przestanie mieć czas dla
dziecka - moja wina
- jeśli ułoży sobie na nowo życie i oleje całkowicie przeszłość - moja wina
- matce się "nie układa" w pracy (zawsze była nadambitną pracoholiczką) - moja
wina
- jedno z nich ma złe wyniki badań, konsekwencje mogą być bardzo poważne - nie
życzą sobie mojej pomocy, ja to odbieram jako karę
A jednocześnie nie wolno mi się odsunąć, odmówienie przyjścia na niedzielny
obiad jest powodem do histerii...usłyszałam wczoraj, że "nasza rodzina się
rozpada". A ja myślałam, że rozpadło się moje małżeństwo...i ciężko mi z tym,
a z ich strony otrzymuję tylko nowe kopniaki. Dochodzę do wniosku, że mój dom
rodzinny to idealny przykład tego o czym tu czasem piszecie - układ trzymający
się tylko ze względu na dziecko... Strasznie się czuję ze świadomością, że na
moich barkach ma opierać się trwałość CAŁEJ rodziny - czyli związku
matka-ojciec również. Czy ktokolwiek by to zniósł? Czy gdyby oni postanowili
się rozejść to wolno byłoby mi ich potępiać?! Oskarżać o cokolwiek? Myślałam,
że miłość rodziców jest bezwarunkowa... Święta naiwności