2.04, 21:37

02.04.07, 21:28
Ta data ma dla mnie... podwójne dno.
Dwa lata temu razem z żoną przeżywaliśmy jako Polacy i katolicy bardzo trudne
chwile... zdecydowanie ona bardziej. Potem były piękne marsze, piękne słowa,
świeczka w oknie, tyle postanowień, tyle szczerych chęci...
Dokładnie rok temu, o tej porze wyprowadziłem się z naszego wspólnego
mieszkania...
Na ulicy słyszałem dzwony, o 21:37, na cześć JPII.
Myślałem wtedy - tylko rok minął... czy tyle się zmieniło?
Czy aż tak głęboka jest różnica między tym do czego dążyliśmy (świętości?) a
tym, czym się staliśmy...
Przecież te dwa lata temu ex na pewno wierzyła... w coś wierzyła. W siebie, w
poprawę... jak większość z nas w tamtym momencie.

Smutno mi.

Wielcy Ludzie nas opuszczają. Zostajemy my. Czy na pewno starczy sił, by Ich
zastąpić?

[`]
Santo. Ma non subito. Dopotutto un Santo vero avra' la pazienza divina.
    • libra22 Re: 2.04, 21:37 02.04.07, 21:51
      Dla mnie też jest to data wyjątkowa. Ale z innych wzgledów. Dwa lata temu
      zaczynałam jako porzucona zona. Nie mogłam się skupić na śmierci papieża.
      Przeżywałam egoistycznie swój cholernie świezy ból (4 dni wczesniej wyprowadził
      się mąż).
      Odejscie człowieka, który miał tak dobre życie i umierał otoczony miłością i
      modlitwa tak wielu wydawała mi się (i nadal wydaje) czymś pięknym. Ja wtedy
      umierałam w samotności, umierała moja wiara w rzeczy, które miały być dla mnie
      na zawsze. A kiedys oboje bardzo wierzylismy....
    • maleme Re: 2.04, 21:37 02.04.07, 21:53
      dwa lata temu staliśmy razem na placu Piłsudskiego, wtuleni w siebie i
      zapłakani...Dzisiaj siedzę sama przed kompem i wszystko o kant d..y potłuc. I
      chce mi się płakać też z zazdrości i bezsilności, jak przeczytałam wątek o
      silnych emocjach i rozpaczy po rozstaniu. Moje małżeństwo było takie, że nie ma
      po czym rozpaczać i to jest najgorsze.
      Dwa lata temu Jego odchodzenie było jak iluminacja, wszystko nabrało sensu i
      ładu. Przedtem nie zawsze i nieuważnie Go słuchałam, też przychylałam się coraz
      bardziej do opinii, że powinien zrezygnować. Jego ostatnie tygodnie zmieniły
      wszystko, najbardziej wbiło się w serce to, co poza słowami, poczucie obcowania
      z Absolutem, nigdy wcześniej nie doświadczone.
      I jak napisał M. Ogórek, będziemy mogli wnukom opowiadać " jak to jest znać
      Świętego "
      [^] [^]
    • emde74 Re: 2.04, 21:37 02.04.07, 21:58
      Misiek, dobry temat poruszyłeś. i smutny jednocześnie. ale Ci się zgrało z tymi
      datami rany. i to smutne i to. a to oznacza że kolejne będą smutne (bo pamięć o
      JPII) ale te tylko Twoje już na pewno nie. jestem o tym przekonana. ja 2 lata
      temu nie mieszkałam już z mężem od 1,5 miesiąca i szczerze mówiąc łaziłam po
      ścianach. i przygotowywałam się do wyjazdu do Rzymu. a po 2 latach różnica
      emocjonalna jest ogromna. tego życzę. poza jedną zmianą: wtedy nie jarałam fajek
      (nie cierpiałam ichsmile a teraz echhhhh... może tu trzeba zastosować kolejną
      poprawę?smile
      co do JPII to rzeczywiście nie żyjemy w czasach ideałów duchowych. ale tak
      naprawdę to z drugiej strony każdy z nas na tym forum przechodzi zmianę. wierzę,
      że tylko na lepsze. z tą różnicą, że my w większości raczej w mediach nie
      zaistniejemy, więc i tej przemiany nie pokażemy szerokiemu gronu. i dlatego może
      nikt nie będzie wiedział, że jednak dążymy do tego by być jak najlepszymi. a
      może o to chodzi by być tymi najlepszymi dla siebie i najbliższego otoczenia?
      będą przecież wiedzieć wtedy o tym Ci najbliżsi, a chyba o to chodzi? kościół
      jest jaki jest i chyba warto kościół oddzielić od wiary. swojej wewnętrznej
      wiary w Boga, Opatrzność, Los, Przeznaczenie, Siłę Wyższą... także pole do
      popisu dla nas! sił starczy! oby chęci były!!!!! M.
      P.S. a co znaczy ten wers po włosku?
    • pszczolkalodz Re: 2.04, 21:37 02.04.07, 23:51
      jak zyl JPII to nawet jak swiat walil mi sie na glowe to czulam sie
      bezpiecznie, jak umarl poczulam sie bardzo samotnie. Bardzo brakuje mi Jego
      ciepla, dobroci i takiej bezwzglednej i bezwarunkowej milosci. Juz nie mam
      zadnego wzorca, kogos do nasladowania. Dzisiaj zapalilam znicz przy Jego
      pomniku, zapalilam swieczke i poczulam zal, ze On tez mnie opuscil... ale ze
      mnie egoistka. Cudowne jest to ze zyje w czasach gdzie moglam go poznac, gdzie
      moglam przy nim dojrzewac, przy nim przezywac najwazniejsze i najciezsze chwile
      mojego zycia. Jestem szczesciara
    • vertigo5 Re: 2.04, 21:37 03.04.07, 11:35
      Tydzień przed śmiercią odbyła się nasza pierwsza rozprawa w sądzie (pojednawcza
      tak zwana). Do Rzymu na pogrzeb pojechałem z intencją modlitwy o uratowanie
      małżeństwa mając pełną świadomość, że uratowanie go byłoby (biorąc pod uwagę
      wszystko to co wydarzyło się wcześniej) wydarzeniem z kategorri niemal cudu.
      Cudu nie było. Kiedy wróciłem z Rzymu dowiedziałem się od córki, że pogrzeb
      oglądała z mamą u "wujka" w jego apartamentach... . Na mnie jednak spłynął
      spokój. Zdałem sobie sprawę, że wykorzystałem absolutnie wszystkie możliwości
      jakie miałem.
      Śmierć papieża kojarzy mi się zatem ze śmiercią mojego małżeństwa....
    • misbaskerwill nieco mniej egoistycznie... 03.04.07, 11:41

      Widzę, że nie tylko mi tę datę przysłaniają wydarzenia osobiste...dzięki czemu
      nie zebrałem zasłużonych batów.
      To prawda, że po odejściu "naszego" Ojca Świętego poczuliśmy się opuszczeni. Ale
      w taki dzień należy dziękować za wspaniały prezent, jaki uczynił nam (Polakom)
      Pan. Nie dość, że Polak został papieżem, to jeszcze wprowadził Kościół Katolicki
      w XXI wiek. Nie dość, że został ogłoszony Wielkim, to być może zostanie kiedyś
      oficjalnie uznany za świętego...

      Faktycznie, jesteśmy szczęściarzami, że żyliśmy w tak wyjątkowym okresie.
      Ciekawe, czy kiedyś się to jeszcze powtórzy...

      P.S. do M.
      wers: "Święty. Nie od razu. W końcu Święty będzie miał Boską cierpliwość"smile
      • ak70 Bolesna data... 04.04.07, 08:49
        Mnie też ta data kojarzy się bardzo, bardzo osbiście... dwa lata temu moje
        małżeństwo rozpadało się, mąż oglądał w kuchni ostatnie chwile życia Papieża, a
        ja siedziałam w pokoju obok nasłuchując relacji, zapłakana nad Nim i nad nami,
        modląc się do Boga, aby jeszcze Go nie zabierał, jeszcze nie teraz, bo jest mi
        potrzebny, bo jeszcze nie jestem gotowa na Jego odejście... teraz rocznice
        kojarzą mi się z tym cholernie bolesnym poczuciem podziału, jakiegoś
        wyobcowania i strasznej samotności w związku.
        Co do egoistycznych modlitw to myślę, że takie odczucia miało wielu z nas...
        kiedy On był często nie dostrzegaliśmy tego, przyjmowaliśmy za pewnik, że
        będzie zawsze... a kiedy odchodził poczuliśmy się opuszczani... poczuliśmy tą
        pustkę, której nie zdążyliśmy (nie mieliśmy czasu) wypełnić Jego miłością, Jego
        cierpliwością, nauką, spokojem, specyficznym poczuciem humoru i dystansu do
        siebie... wreszcie Jego wiarą, zawierzeniem, ufnością i oddaniem Bogu i
        Matce... To wszystko jest wzorcem z dawnych lat, kiedy wiara była czymś
        naturalnym, ważnym i bezdyskusyjnym, nie czymś, czego należy się wstydzić.

        Macie rację... jestem wdzięczna Bogu, że pozwolił mi żyć właśnie w tym czasie,
        że mogłam poznać Jana Pawła II (nawet śpiewałam w chórze podczas celebrowanej
        przez Niego w Masłowie Mszy), że teraz, choć Jego juz nie ma - mogę czerpać z
        Jego mądrości: książek, homilii, wierszy, podziwiać pogodę ducha i wiarę, którą
        miał ZAWSZE, że mogę się od Niego uczyć....

        Misiu... dzięki za ten wątek smile))
Pełna wersja