mija111
17.07.07, 11:47
Przede wszystkim dziękuję wszystkim za wczorajsze słowa otuchy, komentarze.
Nie da sie zaprzeczyć - macie rację. Chciałabym jednak napisać o czymś
jeszcze, co wczoraj przyszło mi nagle do głowy po przeczytaniu postu Eli.
Zanim powiecie, że jestem naiwna i szukam wybiegu, żeby nie brać życia w swoje
ręce: nawet jeśli mam rację, nie zmienia to mojego stosunku do całej sprawy,
bo nie mam już po prostu siły.Zawsze myślałam, ze uda mi się stworzyć dobry
związek. Generalnie jestem raczej chyba niegłupia, otwarta, tolerancyjna,
gotowa do kompromisów. Nie jestem zawzięta. Nie wzdragam sie przed byciem kura
domową do pewnego stopnia. Mam wyraźne skłonności monogamiczne. I jestem
zwolenniczka pokojowego załatwiania spraw. To wszystko jakoś się w moim
związku nie sprawdziło. Opowiem teraz o moim mężu. Kiedy go poznałam miał
skłonności do depresji, czy jak to nazywał stanu "pustki". Trwało to krótko i
myślałam, ze to fanaberie. Jest bardzo inteligentnym facetem, pracuje w dobrej
firmie, gdzie go cenią i właściwie jest miły i naprawdę wszyscy go lubią.
Właściwie nigdy nie było u nas awantur, ani bardzo poważnych konfliktów. Jeśli
mieliśmy inne zdanie na jakiś temat, po prostu dyskutowaliśmy. Śmialiśmy sie z
tego samego, słuchaliśmy tej samej muzyki, czytaliśmy te same książki.
Mieliśmy te same poglądy na wychowanie dzieci. Zawsze, jak cokolwiek zaczynało
dziać się złego, było to nieoczekiwane, zawsze przeżywałam szok, bo wydawało
mi się, ze jest naprawdę fajnie. Nagle ruszał w tango. Zwykle zaczynał pić i
pojawiała się jakaś baba. Rzadziej najpierw baba, potem picie. Co jest ciekawe
- po takim okresie sielanki miedzy nami, zapewnieniach o uczuciach, okresie
spokoju, stabilizacji i względnego szczęścia po prostu następowała radykalna
zmiana o 180 stopni. Celowe (przynajmniej z mojego punktu widzenia) ranienie
mnie, olewanie, kilkutygodniowa nieobecność bez dawania znaku życia (parę razy
poszukiwania przez policję)Podkreślam: nagle, olewanie dzieci i całej rodziny,
łącznie z bardzo chorą jego matką. Tak jakby nic, kompletnie nic nie było
ważne. Kiedy dzwoniłam do niego tydzień temu powiedziałam, ze mam dość, ze
mnie niszczy psychicznie. On na to, że on nie ma takiego poczucia. Powiedział
to normalnie, na trzeźwo i bez złośliwości. Po wczorajszym poście każdy
powiedziałby : "Co za s..." Zresztą sama tak często myślę. Im dłużej sie
jednak nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że najgorszy s... tak się nie
zachowuje. Znajduje kochankę albo piętnaście, zostawia wszystko i zaczyna nowe
życie. To, z trudem, ale przyjmuję do wiadomości. Tak bywa. Ale on nie ma
powodu, by się nade mną znęcać. Jakoś tam zawsze byliśmy przyjaciółmi,
jakkolwiek to naiwnie brzmi. Być może powiecie: "Co z tego? Uciekaj" I być
może będziecie mieli rację. Po prostu jestem osobą, która pyta: dlaczego i
szuka odpowiedzi do skutku. Wczoraj przeczytałam artykuł w wikipedii o
depresji dwubiegunowej. Jestem przerażona. Zgadza się wiele objawów. M.in.
hipomania (chyba): przez kilka ostatnich miesięcy facet pracował od 6 do 22
lub 23 łącznie z niektórymi weekendami. Dla mnie to niepojęte. Fizycznie
niemożliwe. A teraz mamy to, co mamy, czyli kolejny ciąg alkoholowy połączony
z totalnym olaniem wszystkich. Jestem prze-ra -żo-na. Musiałam o tym napisać,
czuje się samotna jak arcysierota na środku pustyni, bezradna i w
rzeczywistości i tak nie wiem, co jest prawdą.