e-wojciech
26.11.07, 00:02
Sorry, że długie ale zanim się całkiem zdołuję, pozwólcie mi się wygadać.
Od czego zacząć ?
Mam za sobą 14 lat małżeństwa i 9-letnią córkę. Po tylu latach i mnie dopadło
widmo rozwodu. Nie żeby nagle, nie żeby wcześniej nie nachodziły mnie takie
myśli. Teraz doszło do momentu, w którym odechciało mi się już walczyć o
małżeństwo lub o coś co małżeństwem się nazywało.
Moje życie to z jednej strony długa i konsekwentna droga do stworzenia własnej
firmy. Nie jakiejś wielkiej, ale małej i własnej. Zbudowanej ciężką własną
pracą i poświęceniem. Praktycznie zaczynałem od przysłowiowej (i nie tylko)
złotówki. Z drugiej strony to droga bez wsparcia najbliższej osoby. Kiedy
firma dobrze prosperowała i można było brać co się chciało z kasy, to było
dobrze. Jak z czasem obroty spadły, trzeba było zacząć kontrolować wydatki, to
już było źle. Jeszcze na początku miałem pomoc, choć i ciągle narzekania, że
uczę żonę (i zmuszam ją !) księgowości, obsługi komputera, itp. Gdy potem
dzięki temu dostała pracę, to juz się nie liczyło. Ona mogła (!) się mylić -
ja nigdy. Zresztą od tego czasu stopniowo przestawala mi pomagać.
Parę lat temu załatwiłem jej pracę u mojego znajomego (de facto mojego
klienta). Trafiła tam na stanowisko ... księgowej. Przez długi czas pomagałem
jej, zresztą jako biegły w tych sprawach byłem też dla jej szefa gwarancją
prawidłowej pracy. Nie raz zresztą ratowałem ją z różnych opresji. Kiedy córka
zaczęła chodzić do przedszkola a potem do szkoły na mnie spadło zawożenie,
przywożenie, wizyty w szkole, itp. Z czasem żona awansowała w pracy i praca
stała się dla niej najwyższą wartością. W wakacje córka była odsyłana (tzn.
miała zorganizowane wakacje) do jej rodziców. Wracała w połowie sierpnia
(ostatnio po prawie 1,5 miesiącu). Powód takich wakacji ? No przecież sezon w
pracy. Tyle, że do jej biura przyjęto dodatkową osobę i nawet ją puszczono w
"sezonie" na urlop. Z tą dodatkową sobą tez jest tak, że znam ją dobrze i jest
dosyć bystrą osobą, ale w pracy nie może się wykazać, bo nie może być
wazniejsza od zony. Zresztą jak szef ja pochwali, to mi zona robi awanturę na
kilka dni, że Szef niesprawiedliwy, a ja napewno z nią spiskuję (bo pochwały
często dostaje za rzeczy które u mnie lata temu się nauczyła). Generalnie ...
w domu i w pracy jest tak, ze kto nie jest za moją żoną (tzn. za jej plecami)
ten jest wróg. Nawet jak gralismy ze znajomymi w kręgle, to jedyna radość była
wtedy jak ja dostawałem łupnia, a nie nasi znajomi.
Czy ja jestem dobry a one nie ?
Nie, ja jestem zodiakalna panną. Upierdliwą, pedantyczną, konsekwentną w
swoich działaniach. Zarówno w kwestiach wychowania córki, jak również w
kwestiach wydatków rodzinnych itp. Zona jest spod znaku barana i musi być jej
zdanie na wierzchu. Dobre czy nie - nie ma znaczenia. Tak więc zbieżność
charakterów fatalna. Nie potrafię zaspokajać czyiś żądań przekazywanych mi w
sposób nie znoszący sprzeciwu czy tez rozkazujący. Ciężko pracuję, więc staram
się mądrze wydawać kasę. Każdy z nas jest dobry (oraz zly) )ale chyba każdy w
innych warunkach.
Wiele razy były spory, ale jak to się mówi: a któż ich nie ma. Wiele razy
ustępowałem dla świętego spokoju. Powiedzieć przepraszam czy kupić kwiaty też
potrafiłem, chociaż nie ja to powinienem był wiele razy robić. Mieliśmy razem
jechać na te święta do jej rodziny. Od wtorku zeszłego tygodnia wrócila zła z
pracy i się pospieraliśmy o zakupy. Strzelila focha przed sklepem i nastały
poprostu ciche dni. W sobotę zrobiła mi awanturę, twierdząc że jest
nieszczęśliwa, że jestem zły dla niej i że ... to ja się do niej przestałem
odzywać jak wróciłem z piwa ze znajomymi w niedzielę (spotykamy się raz na
kwartał !). Ogólnie szok. Najciekawsze jest to, że zadzwoniła do swojej mamy,
żeby ta ją zabrała stąd. Parę minut po tym dostałem telefon od szwagra z
pytaniem ... dlaczego się znęcam nad jego siostrą. Ze oni juz od dawna
wiedzieli że się znęcam ale dlaczego nie daję jej spokoju. Że oni się
zaporzyczą, ale wynajmą jej adwokata i przyjadą zrobić ze mną porządek.
Zaniemówilem. W tej jednak sytuacji widzę, że dalsze kontynuowanie takiego
małżeństwa nie ma sensu. O wyjeździe na święta już nie myślę.
Kurde, żebym naprawdę był zły, żeby rodzina klepala biedę, żebym ją bił, córkę
wychowywał źle, lub coś podobnego. Wiele wytrzymywałem, bo widziałem, że
ostatnio zona traci wpływy w firmie, więc mogłem sobie tłumaczyć jej dziwne
zachowania. No ale żebym usłyszał o sobie, że się nad nią znęcam ? Bo nie daję
jej tyle kasy co chce, bo ciągle mało ? Bo nie uczestniczę w jej gierkach w
pracy mających na celu wyeliminowanie znajomej ? Bo potrafię powiedzieć
uczciwie kto co robi dobrze a co źle a powinienem być zawsze za nią.
To wszystko jest dla mnie jak zły sen. super historia poznania dwojga ludzi,
która tak naprawdę okazała się napewno nie bajką. Walczyłem o wiele rzeczy,
ale już nie mam sił. Nie chcę dalej się upokarzać i przepraszać nie za swoje
winy. O sprawach łóżkowych to już wogóle lepiej nie mówić. Więc co poza córką
może mnie jeszcze zatrzymać ? Majątek ? Kiedyś o tym myslałem. Teraz myślę, że
przyjdzie, odejdzie, a jak będzie bratnia dusza to i znowu kiedyś przyjdzie.
Tylko ... jak trudno po 14 latach wszystko wyrzucić do kosza. Cale życie, cale
małżeństwo. Także te dobre chwile, bo całe życie nie było takie. Nie było
różowe, ale nie tak czarne jak teraz. Jak nic nie zrobię, to stracę także
firmę, bo w takich warunkach nie mogę pracować w domu (a w domu projektuję np.
strony internetowe). Zaczynam odpuszczać zlecenia, bo nie mogę pracować.
Zresztą i tak codziennie siedzę do 1-2 w nocy.
Nie liczę na to, że ktoś z Was mi pomoże. Jutro jestem umówiony ze znajomą,
która przez to przechodziła. Dostanę od niej kontakt do dobrego psychologa, bo
sam o zdrowych zmysłach przez to nie przejdę. Tak tylko sobie myślę, że może
mam prawo otrzymać inne życie. Własny dom, do którego wrócę z chęcią. Ja
poprostu chcę żyć. NIE SAM. jak najbardziej z kimś. Zabierać moją kobietę na
wycieczki, na piwo, do kręgielni, na basen, nad morze i w góry, pod namiot i
do hotelu. Kupować jej kwiaty. Chcę pracować, ale tak by pieniądze wydawane
przynosiły satysfakcję i szczęście. Kiedyś był taki fajny rysuneczek
satyryczny ale z bardzo dobrym i prawdziwym tekstem: za silnym mężczyzną
zawsze stoi silna kobieta. Byle by ta siła się sumowała.
Pozdrawiam i przepraszam za zbyt długi wątek.