Dodaj do ulubionych

Problem tak paktyczny, że aż nie wypada...

30.11.07, 22:05
...prosić o pomoc. Z drugiej strony choć jestem tu od niedawna, znam
leczniczą moc tego forum... Więc co mi tam, poproszę Was o mądre
rady raz jeszcze. Postaram sie krótko: jestem w trakcie rozwodu. Mąż
w ciagu jednego roku zafundował mi chyba wszystkie możliwe kszmary,
które na tym forum się pojawiają. Gdy w końcu postanowiłam z tym
skończyć trafiłam tu i zbiorowa mądrość ludzi tu obecnych odkryła
przede mną nieznane wcześniej pojęcie - chad. Specjalista tylko
potwierdził u mojego męża to forumową diagnozę. Teraz sytacja
wygląda tak, że mieszkamy razem do Bożego Narodzenia a później każdy
idzie w swoją stronę. Decyzja moja, bo już dużej w tym koszmarze
zdecydowanie nie daję rady, a muszę myśleć odziecku. Mąż porosił o
czas do świąt, aby mi po raz 33 w tym roku udowodnić, że teraz
będzie inaczej i nie będę już musiała przez niego płakać. Jakoś w to
nie wierze. Planowałam więc pojechać z małym na święta do mamy, aby
to koszmarne pierwsze samotne Boże Nardzenie jakoś przetrwać. Minusy
tego rozwiązania są takie, że mama o niczym nie wiem i za blisko to
my nigdy nie byłyśmy. I jak ja tam będę płakać? I teraz przechodzimy
do sedna. Mąż w ramach ratowania nas wymyślił magiczne wspólne
święta w zasypanym śniegiem dworku. Miało być wyjątkowo. Po miesiącu
starań z jego strony zafudował mi jednak dziś koszmar z tych
grubszego kalibru. I śmieszne nawet mnie to już tak badzo nie boli.
Płaczę sobie, ale kombinuję co teraz zrobić ze świętami - mama mnie
pewnie rzygarnie, nawet gdy zdecyduję się w wigilie, ale w dworu-
hotelu zaliczkę trzeba wpłacić do wtorku. Kasa jest dość spora, a
miejsce ostatnie. Miusy świąt z mężem nigdy nie wiem co odpali i czy
dotrwamy wspólnie do świąt. No i co robić, płacić tą zaliczkę, czy
nie?
Obserwuj wątek
    • tricolour Zapłać... 30.11.07, 22:14
      ... i wypożycz film "Lśnienie" z Nicholsonem w roli głównej. Wystarczy na
      uruchowmienie wyobraźni...

      Mama nie jest złym rozwiązaniem w takiej sytuacji. Będzie też okazja zbliżyć się...
    • a.niech.to Re: Problem tak paktyczny, że aż nie wypada... 30.11.07, 23:05
      milenium5 napisał:

      > Planowałam więc pojechać z małym na święta do mamy, aby
      > to koszmarne pierwsze samotne Boże Nardzenie jakoś przetrwać.
      Minusy
      > tego rozwiązania są takie, że mama o niczym nie wiem i za blisko
      to
      > my nigdy nie byłyśmy. I jak ja tam będę płakać?
      Płacz nie jest rzeczą naganną ani wstydliwą. O śmiechu nie myślisz w
      negatywnych kategoriach. Jedź do mamy, może zyskacie okazję, aby się
      do siebie zbliżyć?
      > mama mnie
      > pewnie rzygarnie, nawet gdy zdecyduję się w wigilie,
      Zdaje się to jedyna pewność/stałość, jaką posiadasz, a jest Ci ona
      niezmiernie potrzebna. Po rozwodzie musisz zbudować nowy świat dla
      siebie i dziecka, może jako pierwszą zaproś do niego mamę?

    • salemka1 Re: Problem tak paktyczny, że aż nie wypada... 30.11.07, 23:39
      mąż Ci dzis zgotował koszmar, a Ty się zastanawiasz, czy z nim wyjechac na
      święta? Ja bym radziła spędzić te święta w spokojnej atmosferze, bez stresu, że
      znowu coś zgotuje.
      Trzymaj się dzielnie.
    • panda_zielona Re: Problem tak paktyczny, że aż nie wypada... 01.12.07, 03:02
      Daj szansę,jedź do tego dworku.Jeśli potem nie uda się,trudno.No
      chyba,że nie masz już względem niego żadnych uczuć.
    • kasper254 Re: Problem tak paktyczny, że aż nie wypada... 01.12.07, 07:02
      Ostatnio przeprowadzono fajne badania. Dotąd się mówiło, że finanse
      mają jdno z ważnych miejsc na skali afirmacji miejsca pracy. Okazało
      się, że to tylko pół prawdy. Najważniejsze, aby inni zarabiali mniej
      niż my.
      Słuchając rad innych, pamiętaj o naturze ludzkiej. Ci, którzy będą
      urągać innym i płacz innych mieć za nic, mogą stać się łagodnymi
      owieczkami wobec ciebie. Nie ma czegoś takiego jak "zbiorowa
      mądrość", jest tygiel mądrości i głupoty, a bardziej kłębowisko
      ludzkich namiętności, małości, wielkości.
      Zamiast zapłacisz, odpowiedz sobie na pewne pytania, np.: Czy, jeśli
      wiem o chorobie, to do czego mnie to zobowiązuje? Czy powinnam
      wykorzystać każdą szansę dla ratowania rodziny? Czy kiedyś nie będę
      żałowała, że nie pojechałam? Co jest dobre dla dziecka, może spytać
      go, może chciałoby być razem z rodzicami, może potrzebuje tej chwili
      szczęścia?
      To jak z tą drogą - tylko gdzie jest ta droga...
      Oczywiście, że pojechałbym, nawet na koniec świata, bo być może
      kiedyś będziesz tylko wdową po byłym mężu i sobie.

      • milenium5 Re: Problem tak paktyczny, że aż nie wypada... 01.12.07, 07:51
        Kasper, problem w tym, że w moim przypadku święta z mężem i
        dzieckiem mogą być chwilą szczęścia - jak piszesz - a mogą oznaczać
        niezły koszmar 50/50. Ja naprawdę nie wiem co robić - jestem pełna
        dobrej woli, ale gdy tu kiedyś napisałam o moich próbach ratowania
        mojego małżeństwa, to wiele doświadczonych osób mi napisało w
        stylu "ile jeszcze musisz dostać po głowie by do ciebie dotarło, że
        to nie ma sensu?". A.niech.to, jak zwykle masz rację, to dobry
        moment aby jakoś dogadać się z mamą, ale boje się, że nie będę w
        staniej jej tego wszystkiego wytłumaczyć... Dalej nie wiem co robić.
        Nie mogę już tak planować mojego życia na dwa sposoby - gdy będziemy
        razem/ gdy nie będziemy razem. Za mną kolejna przepłakana noc, a mąż
        jak zwykle przeprasza, ale chyba nie do końca rozumie o co ja mam
        pretencję... I to jest najgorsze. On chyba już sam nie wie co jest
        dobre a co złe...
        • sylwiamich Re: Problem tak paktyczny, że aż nie wypada... 01.12.07, 09:52
          Ja na Twoim miejscu zmieniłabym sytuację.Nie bardzo rozumiem czego
          chcesz?Rozwodzisz się?Dajesz mężowi szansę?A jesli ani jedno, ani
          drugie...to nie ryzykuj utrata pieniędzy gdy cos
          niewypali.Zaplanujcie wspólną wigilię w domu.Gdy do tego czasu coś
          się zmieni...pojedziesz do matki.Jesli problemem jest matka, to
          spędż tą wigilię z dzieckiem.Ale przede wszytkim postaraj się unikać
          sytuacji gdzie masz ograniczoną możliwość zmiany.Bo to może zostać
          cudownie wykorzystane pzrez drugą stronę.A i przez Ciebie...żeby
          sobie móc powiedzieć, że nie miałaś innego wyjścia
          • a.niech.to Re: Problem tak paktyczny, że aż nie wypada... 01.12.07, 17:09
            sylwiamich napisała:

            > Ja na Twoim miejscu zmieniłabym sytuację.Nie bardzo rozumiem czego
            > chcesz?Rozwodzisz się?Dajesz mężowi szansę?A jesli ani jedno, ani
            > drugie...
            Może separacja?
            > przede wszytkim postaraj się unikać
            > sytuacji gdzie masz ograniczoną możliwość zmiany.Bo to może zostać
            > cudownie wykorzystane pzrez drugą stronę.
            Dobitnie mówiąc, biega o szantaż emocjonalny, w tym dzieckiem?
            > A i przez Ciebie...żeby
            > sobie móc powiedzieć, że nie miałaś innego wyjścia
            Uzależnienie jest potężnym paralizatorem.
        • a.niech.to Re: Problem tak paktyczny, że aż nie wypada... 01.12.07, 16:24
          milenium5 napisał:

          > A.niech.to, jak zwykle masz rację, to dobry
          > moment aby jakoś dogadać się z mamą, ale boje się, że nie będę w
          > staniej jej tego wszystkiego wytłumaczyć...
          Rację, jak wszyscy miewam czasami. smile
          Matki na ogół kochają bezwarunkowo, jakby to nie wyglądało od strony
          dziecka. Zazwyczaj też niosą taką pomoc, jaka jest w zasięgu ich
          możliwości. Aby kochać , niekoniecznie trzeba do końca rozumieć.
          Czego się bardziej obawiasz? Świąt w rodzinnym domu czy przy boku
          męża? Gdzie Twoje dziecko ma większą szansę spędzić je w spokoju?
          Odbierz @
      • z_mazur Re: Problem tak paktyczny, że aż nie wypada... 01.12.07, 09:54
        > Zamiast zapłacisz, odpowiedz sobie na pewne pytania, np.: Czy, jeśli
        > wiem o chorobie, to do czego mnie to zobowiązuje? Czy powinnam
        > wykorzystać każdą szansę dla ratowania rodziny? Czy kiedyś nie będę
        > żałowała, że nie pojechałam? Co jest dobre dla dziecka, może spytać
        > go, może chciałoby być razem z rodzicami, może potrzebuje tej chwili
        > szczęścia?

        Kasprze po raz kolejny się z Tobą nie zgodzę. Dorosły człowiek będąc w takim kłębowisku emocji ma problemy z podejmowaniem decyzji, a Ty tego wymagasz od dziecka. Dziecko zawsze by chciało miec dwoje kochających i szanujących się rodziców i co z tego? Co Ci daje taka wiedza? Twoje posty są dla mnie takim roztaczaniem wizji "jakby to było pięknie na świecie gdyby ludzie byli dobrzy i wspaniali". Może by i tak było, tylko że ludzie tacy nie są. Sam piszesz o naturze ludzkiej, więc wiesz jaka potrafi byc i dotyczy to wszystkich osób także współmałżonka i dzieci. Oglądałeś "Balladę o Januszku"? Momentami bawi, a momentami złości mnie Twój nawet nie idealizm tylko naiwnośc. Niektórzy marzą o nowotestamentowym miłowaniu bliźniego i nadstawianiu drugiego policzka, ale większośc stosuje w praktyce i tak starotestamentowe "oko za oko".

        W Twoich postach ciągle przebija się wizja poświęcania siebie i własnego ja wobec jakichś wyższych wartości, jak rodzina i dzieci, tylko zastanów się, czy to poświęcenie ma jakikolwiek sens. Czy własne ja jest rzeczywiście mniejszą wartością?
        • kasper254 Re: Problem tak paktyczny, że aż nie wypada... 01.12.07, 11:59
          To dobrze, jak się nie zgadzamy ze sobą, to idziemy do jakiegoś celu.
          Przcież wiesz, co daje wiedza o tym, czego chciałoby dziecko. Ono
          się nie prosiło na świat i zawsze, niezależnie od wieku, będzie
          dzieckiem. To do czegoś zobowiązuje rodziców.
          Myślisz, z_mazur, że w świecie dostrzegalnych wartości
          hedonistycznych, przesytu formy nad treścią nic innego nie ma sensu,
          lub choćby - co najmniej - pewne rzeczy są przez inne eliminowane?
          Myśląc tak, jesteśmy w błędzie. Są jedne i drugie. Bez
          konsumpcjonizmu nie znalibyśmy horyzontów poświęcenia, bez
          naiwności - granic odwagi itd.
          Mówiąc inaczej - poświęcenie dla drugiego człowieka ma zawsze sens.
          Nie ma racji logicznych i moralnych poświęcenie innych dla siebie.
          Tutaj rodzą się okrucieństwa i fałsz. Człowiek żyje tak długo, jak
          jest w innych, a nie - w sobie. Lustro swojego ciała i duszy jest
          zwodnicze, stronnicze. Własne "ja" nie jest żadną wartością. Jest
          tylko lewiatanem.
          Jak tylko mam czas, jestem na tym forum. Czytam wnikliwie, uczę się,
          czytam czasem wyrywkowo,ale w tym zawsze niektórych - jak Ciebie.
          Jesteś, jak sądzę, młodym człowiekiem. Ja życie przeżyłem i dlatego
          podkreślę mocno: Własne "ja" jest mniejszą wartością, co nie znaczy,
          że nie jest wartością.
          I do Autorki postu. 50/50 to dużo, by ciągle wierzyć, aby być
          człowiekiem, a nie tylko egzekutorem - swojego "ja". Zrób tak, abyś
          umiała zawsze patrzeć w lustro.

          • tricolour W sumie to jest niezła rada... 01.12.07, 14:04
            ..." Zrób tak, abyś umiała zawsze patrzeć w lustro" - bo do niczego nie
            prowadzi, nie każe podejmowac decyzji, a skupia się na - bliżej nieokreślonym -
            wyniku.

            Taka rada - wytrych. Nie mówiśż, że ma zostać z mężem, ani nie mówisz, że ma
            jechać do mamy, ani żadnego innego rozwiązania - ma tylko zrobić tak, by "było
            dobrze". Taki miałki konkret...
            • kasper254 Re: W sumie to jest niezła rada... 01.12.07, 14:30
              Nie doczytałeś, tricolour. Wcześniej pisałem, że powinna zostać z
              mężem; że ja bym został. To nazbyt wielkie okrucieństwo pozostawić
              kogoś, tym bardziej w święta. Ja to znam. Mnie zostawili najbliżsi.
              Czekałem na łaskę, na sprawiedliwość. Już nie czekam, nie żebram,
              jestem silniejszy - dzięki bliskim i dzięki Wam - tym, którzy na
              forum tak mądrze piszą, tak gorzko, tak prawdziwie. Może jej mąż też
              tego oczekuje - tej łaski pojednania, wybaczenia?
              A wynik - zgoda z samym sobą, wyczerpanie wszystkich środków,
              jakie są możliwe, aby pomóc drugiemu człowiekowi - i sobie. To jest
              konkret. Musisz to rozumieć.
              • tricolour Oni rozwodzą się - proces w toku... 01.12.07, 15:15
                ... facet wariuje i robi koszmary. Po co zostwać na święta? Z zasiedzenia,
                tradycji, poczucia obowiązku?

                Nazbyt wielki okrucieństwem jest zostawić kogoś w święta, a nie jest
                okrucieństwem doprowadzić do rozwodu?

                "Może jej mąż też tego oczekuje - tej łaski pojednania, wybaczenia?" - ten mąż
                ma najpierw zrobić porządek ze sobą, potem niczego nie oczekiwać tylko prosić o
                przebaczenie za konsekwentne rozwalanie rodziny latami...
                • milenium5 Re: Oni rozwodzą się - proces w toku... 01.12.07, 15:30
                  tricolour napisał:

                  > ... facet wariuje i robi koszmary. Po co zostwać na święta? Z
                  zasiedzenia,
                  > tradycji, poczucia obowiązku?

                  Tricolour - tak sobie czytam i myślę, dlaczego miałabym zostać z nim
                  na święta? I chyba jednak nie z powodów o których napisałeś, ale z
                  poczucia jakieś bliskości mimo wszystko...
                  Kasper, Twoje rady są jednoznacze, ale co w sytuacji, gdy tata
                  bardzo kocha syna, syn bardzo kocha tatę. Ale tata zaczął mu robić
                  krzywdę, choć sam nie chce w to uwierzyć... Czy wtedy też ratowałbyś
                  za wszelką cenę? Mały ma sześć lat...
                  • tricolour To czego Ty chcesz? 01.12.07, 15:35
                    Rozwód jest czytelnym sygnałem czego chcesz, a tu nagle poczucie bliskości,
                    które zmusza Cię do zastanawiania się nad wspólnym spędzaniem świąt?

                    Chcesz mieć poczucie bezpieczeństwa bez męża i poczucie bliskości z mężem? No
                    tak się nie da. Czas na decyzje i wynikające z tego konsekwencje, czyli godzenie
                    sie ze stratami...
                  • kasper254 Re: Oni rozwodzą się - proces w toku... 01.12.07, 16:14
                    Tricolour - dajesz rady jak dot. przepisu na bigos. Tutaj chodzi o
                    ludzi, o bardzo skomplikowane rzeczy, o świat, w którym nie ma
                    prostych recept, ale jednak muszą być stosowane jakieś zasady,
                    przestrzegane jakieś wartości, chodzi o miłość, o lojalność, o
                    wierność sobie - innym.
                    Gdyby tata krzywdził syna - nie pozwoliłbym na to. Wtedy nie
                    ratowałbym za wszelką cenę, ale przecież piszesz, że się kochają.
                    Więc ratowałbym - dla nich.
                    Jedż więc gdzie indziej, z dzieckiem, ale nie zostawiaj męża bez
                    nadziei. Człowiek, a tym bardziej on, musi ją mieć.
                    • tricolour Recepty są zawsze proste... 01.12.07, 17:38
                      ... jeśli są zasady. Jeśli zasadą jest, że chory mąz się leczy, to żona czeka na
                      efekty leczenia.

                      Jeśli chory mąz nie leczy się, a wszczyna awantury, potem przeprasza (i tak w
                      kółko), a żona nie podejmuje żadnych decyzji, to tworzy sie skomplikowana
                      sytuacja i chora rodzina.

                      O jakich wartościach piszesz? Nie ma wartości w związku, w którym osobniki chore
                      są świętymi krowami. Lojalnośc nie polega na konieczności przebywania z chorym,
                      a na rozumieniu przez chorego, że ma obowiązek sie leczyć - nie ma nic
                      wstydliwego w chorobie, wstydliwe i toksyczne jest opieranie się leczeniu.

                      I rzecz ostatnia: zostałeś porzucony i jesteś pełen goryczy do tego stopnia, że
                      nie zauważasz, że problem leży w chorobie męża Millenium.
                  • a.niech.to Re: Oni rozwodzą się - proces w toku... 01.12.07, 17:37
                    milenium5 napisał:

                    > Tricolour - tak sobie czytam i myślę, dlaczego miałabym zostać z
                    nim
                    > na święta? I chyba jednak nie z powodów o których napisałeś, ale z
                    > poczucia jakieś bliskości mimo wszystko...
                    Milenium, czy "bliskość" to wlaściwe słowo? Szukaj synonimów, może
                    znajdziesz trafniejszy wyraz. Pomylenie pojęć mści się w okrutny
                    sposób.
            • a.niech.to Re: W sumie to jest niezła rada... 01.12.07, 17:14
              tricolour napisał:

              > ..." Zrób tak, abyś umiała zawsze patrzeć w lustro" - bo do
              niczego nie
              > prowadzi, nie każe podejmowac decyzji, a skupia się na - bliżej
              nieokreślonym -
              > wyniku.
              Patrzenie w lustro prowadzi do diagnozy. Każdy jako tako rozumny
              człowiek funduje sobie następnie terapię.
              • tricolour Diagnoza jest jasna - facet jest chory. 01.12.07, 17:30
                I to on ma sie leczyć, a nie otoczenie, by sprostać wymogom chorego człowieka.
                Patrzenie w lustro nie da żadnego efektu poza zmarnowaniem czasu.
                • a.niech.to Re: Diagnoza jest jasna - facet jest chory. 01.12.07, 17:34
                  Przecież piszę o normalnym przeglądającym się, a nie o psychicznym,
                  który - jak mi się wydaje - zaprzecza faktowi choroby.
                  • tricolour Wyszło drobne nieporozumienie.... 01.12.07, 17:41
                    Kasper pisał o Milenium, ja też, ty widać też... a wyszło mi, ż diagnoza ma
                    dotyczyć męża, który w lustro nie patrzy...

                    Drobnostka.
                    • a.niech.to Re: Wyszło drobne nieporozumienie.... 01.12.07, 18:44
                      Zatem zaproponujmy Milenium sensowne rozwiązanie: użycie środków
                      przymusu pośredniego, a jeśli będzie taka potrzeba - bezpośredniego,
                      aby jej mąż w pełni zmotywowany podjął terapię.

                      Wskażę na jedyne, acz bardzo ważne zastrzeżenie: czy Milenium jest
                      odpowiednio zmotywowana, aby takie działania podjąć i w przypadku
                      rozpoczęcia leczenia czekać na jego efekty.
                      • wsiowy-misior Re: Wyszło drobne nieporozumienie.... 01.12.07, 19:59
                        Nie chcę się wtrącać, ale wiesz aby na pewno co to jest chad? Na to
                        trzeba mieć dużo siły, to leczy się do końca życia. To jest podobno
                        niedowytrzymania dla domowników i to w każdej fazie. Ja bym się
                        poważnie nad tym zastanowił.
                        • wania46 Re: Wyszło drobne nieporozumienie.... 01.12.07, 20:24
                          jestem dzieckiem schizofrenika,ktory nie chcial sie leczyc a mozliwosci tez byly
                          inne niz teraz.Konsekwencje zycia w takim domu sa ponure i moga "toczyc" rodzine
                          przez kilka pokolen.
                          W/g mnie szanse powodzenia sa tylko wtedy gdy chory uzna to,ze jest chory,bedzie
                          sie leczyl,stosowal do zalecen lekarza a partner bedzie korzystal ze wsparcia
                          psychologicznego.W innym wypadku
                          energia ,ktora powinna byc przeznaczona na stworzenie bezpiecznego domu dla
                          dziecka zostanie zmarnowana na walke z chorym,chory bedzie caly dom.










                        • a.niech.to Re: Wyszło drobne nieporozumienie.... 01.12.07, 22:26
                          Mniejsza o moją orientację w zakresie chadu. Natomiast Milenium
                          kontaktowała się z lekarzem specjalistą, więc żywię nadzieję, że
                          przebieg chadu został jej przedstawiony.
          • i33 Re:kasper 02.12.07, 01:55
            z całym szacunkiem do twoich przeżyć!
            nie chce ciebie urazić...
            o jakiej miłości mówisz? jakie widmo miłości ma to dziecko jeśli
            tatuś nie chce sie leczyć... jak ma stworzyć ta kobieta poczucie
            bezpieczenstwa dla dziecka w dwubiegunowym domu----domu na huśtawce--
            ---bedzie raz fajnie zaraz strasznie--tatus bedzie kupował prezenty--
            bawił sie z uśmiechem, wywracał koziołki...a za moment--rzucał
            sprzętami... a mama bedzie sie motać płakać, bedzie wiecznie
            umęczona, zadręczona...i żeby nie było gorzej
            prawo chorego do rodziny a prawo DZIECKA DO NORMALNEGO DOMU, ROZWOJU-
            ----STABILNOŚCI I BEZPIECZEŃSTWA!!!
            zawsze zastanawiało mnie w naszym społeczeństwie----problem
            wywyższania potrzeby dorosłego ponad potrzebą dziecka..

            jak na kazaniu------WY CIERPCIE ---JA NIE MUSZE, WY NIE GRZESZCIE-JA
            MOGE...
            obłudą słowa "poświęć sie"jest to, że mówi je ten ---kto nie wie o
            czym mówi, a raczej kto nie zaznał jego wykonania we własnej
            osobie...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka