Dodaj do ulubionych

samo życie?:))

08.04.08, 15:43
Widoczek: formowa parka w fazie zalotów, on mówi, ona spija słowa z
jego warg, ona komentuje - on przytakuje, itp. itd. pełna
zgodność...smile))

Uderzyła mnie ta scenka, bo pamiętam nieomal identyczną w wykonaniu
mojej przyjaciółki 15 lat temu. On był wówczas fantastycznym,
odpowiedzialnym facetem, zaradnym, zdroworosądkowo myślącym, z takim
racjonalnym podejściem do życia.... Teraz jest kompletnym idiotą,
bezmyślnym gamoniem, który nie ma pojęcia o życiu, sierotą
podesraną, która potrafi załatwić najprostszych spraw.

jak to jest, że na początku człowiek rozumie się bez słów, czyta w
myślach, omawiając cokolwiek - jedynie przytakuje sobie wzajemnie,
słowem - ma wrażenie że trafił na tę drugą połówkę, z którą wreszcie
da się pogadać i dogadać, no nareszcie ktoś normalnie myślący....

jak to się dzieje, że po np. dwóch latach to porozumienie, związek
dusz jest jedynie wspomnieniem?? słucha się jednego z drugim i
zastanawia jakim cudem w takim tempie ze szczętem zgłupiał bo
chrzani jak potłuczony, jego pomysły są w większości beznadziejne, a
poglądy i opinie wywołują często politowanie albo dzikie kłótnie...?

Ideał sięga bruku?

mój np. onegdaj twierdził, że sport jest od tego żeby go uprawiać, a
nie oglądać. Teraz co prawda uprawia go nadal, za to w mordę MUSI
oglądać: mecze, cholerną Formułę 1, rozgrywki tenisowe, skoki do
wody, Małysza, lekkoatletykę, a nawet tę porąbaną grę w turlanie
takiego wielkiego kamiennego krążka, gdzie panienki zawzięcie
polerują trasę szczotą...

i niech mi ktoś powie, że widziały gały...


Obserwuj wątek
    • konstancja16 Re: samo życie?:)) 08.04.08, 16:45
      jak to jest?

      proste jak drut. babeczki ida przed siebie jak burza (nomen omen),
      a faceci sie cofaja w rozwoju wink))

      a my zawsze mamy glupia nadzieje, ze w naszym przypadku to bedzie
      inaczej... tzn, w przypadku naszego faceta. my na zawsze piekne i
      wesole, a on na zawsze madry, cierpliwy, silny i wysportowany. a
      potem, nie wiadomo kiedy, z nas wychodzi zolza, a z niego ciapa...
    • tautolog Re: samo życie?:)) 09.04.08, 07:17
      "> jak to się dzieje"


      Pewien całkiem mądry gość pisał:
      " każda miłość kończy się sprzeniewierzeniem : ucieczką, nudą lub zdradą"
    • 13monique_n Re: samo życie?:)) 09.04.08, 11:04
      No, ja nie wiem, czy dwa lata to jakas granica jest. Jeśli nawet, to
      u mnie chyba sie przesunęła (i zamierzamy oboje przesuwać ją dalej i
      dalej i dalej). Z NM czytamy, czasem różne rzeczy, czasem polecamy
      sobie coś, gadamy o tym i o wszystkim, oglądamy sport (wszystko, co
      burza wymieniła i ja jestem tak samo patologicznie przejęta jak NM
      ;-D). I Łazimy, jeździmy na nartach, na rowerze. Teraz chcemy na
      rolki. Są góry. A nasze starania to efekt porażki w pierwszym
      małżeństwie. Teraz dbamy bardziej i jesteśmy delikatniejsi.
      • burza4 Re: samo życie?:)) 09.04.08, 11:18
        te dwa lata to zupełnie dowolna cyfra, generalnie chodzi o to, że z
        czasem jakość "porozumienia dusz" mocno podupada - i chyba w każdym
        przypadku. Szczególnie w aspekcie codziennych spraw.

        wysłuchiwane na początku znajomości komunikaty i poglądy przekonują,
        że facet jest sensowny, poglądy ma zbieżne z naszymi, po jakimś
        czasie łapiemy się na tym, że robi i mówi rzeczy, które doprowadzają
        nas do szału - a przecież kiedyś mówił co innego/zachowywał się
        inaczej? To nawet nie jest kwestia różowych okularów czy lansowania
        się na kogoś, kim się nie jest, nie kłamie się ordynarnie, a z
        reguły przecież mówi szczerze. To co się z tymi poglądami dzieje z
        czasem? czy diabeł tkwi w szczegółach, które się pomija i to kreuje
        bardziej optymistyczny odbiór tych samych faktów? czy to rozjazd
        między teorią a praktyką? czy jest to efekt tego, że na początku
        znajomości ma się nieograniczoną cierpliwość do wyjaśnień i
        tłumaczenia i słuchania, albo instynktownie wybiera się bardziej
        pozytywną interpretację?
        • 13monique_n Re: samo życie?:)) 09.04.08, 15:10
          Pewnie wszystko po trochę, z tego, co wymieniłaś. Dużo piszą o tym
          na przykład w "Charakterach". A z własnego doświadczenia mogę
          powiedzieć, że przy odrobinie szczęścia potwierdzanej empirycznie (w
          kwestii podobnego sposobu myslenia fundamentalnego oraz totalnie
          róznego pozostałego patrzenia na świat), można sie starać dbać o
          jakośc porozumienia. Czyli, kiedy czuję brak odzewu, do jakiego
          przywykłam, mówię i pytam, czy coś się dzieje. I jestem pytana. No,
          jasne, że to wymaga z definicji założenia bezwzględnej szczerości w
          rozmowach. I to tez jest coś, czego warto pilnować. Ja osobiście
          mawiam, że na starość - (;-D) to o sobie - nie stać mnie na
          bylejakość i szkoda mi na nią czasu.
    • kicia031 Re: samo życie?:)) 10.04.08, 13:21
      W moim przypadku bylo tak, ze uznalam, ze idealu nie spotkam, wiec
      wybiore faceta, ktory ma te cechy bedace dla mnie najwazniejszymi, a
      na pozostale nie zwracalam uwagi. Mieszkajac osobno, o wielu
      rzeczach sie nie wie, i do tego ludzie ogolnie sie maskuja przez
      pierwszy okres zwiazku (4 - 5 lat moim zdaniem, stad kryzys po 7
      latach).

      • to.ja.kas Re: samo życie?:)) 10.04.08, 14:41
        Monik sorry ale Wy jesteście w okresie zauroczenia i zachłyśnięcia
        się soba. To cudne i oby trwało to przez lata. Ale na dzień
        dzisiejszy Wasze doswiadczenie w kwestii o której pisze Burza jest
        zerowe.
        Bo to o czym ona pisze to WSPOLNA CODZIENNOSC POD JEDNYM DACHEM
        PRZEZ DLUGI CZAS.
        Jak za lat 10 bedziesz mówić to samo bedzie to wiarygodne. I ja
        Tobie i Jemu zycze tego z całego, całego, całego serca.

        A co do tego co mówi Burza...wiesz mam dokładnie TAKIE SAME
        spostrzezenia. Dochodzi do tego, ze jak widze takie dziubdzianie i
        picie sobie z pyszczków to zastanawiam sie kiedy i jak mocno
        pierdolnie. I w obawie by nie zafundowac sobie wlasnie takiego
        rozczarowania i codziennosci , bo nagle okazuje sie, ze facet w
        kiblu i smierdzi (ba, dobrze jak facet, gorzej jak babka), nagle sie
        okazuje, ze mu smierdza nogi a ona rano ma nieświeży oddech, a
        ogolnie ona zołza i fleja a on leń i nicpoń itd, itp.
        O tym, ze mozna w cudzie milosci do smierci poczytałam wieeeeele
        ksiazek...i albo to było fantasy, albo bajki, albo jakaś inna
        literatura piekna, ewentualnie mundrosci psychologów ktorzy sami sa
        po trzecim rozwodzie ale dobrze radzą smile

        Tak mysle, ze to co zabija to codziennosc. Szara, nudna, bura
        rutyna. I dzieki Bogu ze nie mam tego ciała co z nim mam taki
        ZAJEBISTY seks na codzien w łóżku, bo dzieki temu za każdym razem
        czuje sie jak najbardziej na swiecie pożądana królewna...a to juz
        kilkalat minęło. A i tak cholera wie co bedzie za jakiś czas.
        • 13monique_n Re: samo życie?:)) 10.04.08, 15:01
          Wiesz, Kasiu, teraz to już zachłyśnięcie się nie jest. Ale jest to
          ciągle za mało - to taka korekta. I ja piszę i podkreślam to w
          kazdym wątku. A że zachowanie takiego stanu jest możliwe - mam na to
          przykład u moich najbliższych przyjaciół - są ze sobą już 12 lat,
          rok temu urodził im się syn. Pięknie jest patrzeć na ich związek i
          poziom porozumienia. W codzienności, w mieszkaniu RAZEM, POD JEDNYM
          DACHEM. Z chwilami wzajemnego uzależnienia od siebie (losowe
          wypadki). I są szczęśliwi. Mniej więcej robiąc to, w czym ja i moj
          partner dopiero się rozkręcamy.
          To tak, tytułem uzupełnienia.
          • to.ja.kas Re: samo życie?:)) 10.04.08, 15:13
            Monik no rozkrecacie sie i obyscie trwali w tym rozkrecaniu do konca
            swiata i dłuzej smile))

            Teraz coś Ci opowiem...mnie i mojego eks małżonka uważano za IDEALNE
            małżeństwo. Koleżanki mi zazdrościły takiego wspaniałego,
            zaradnego, madrego, kochajacego i troskliwego męża. Jak ktokolwiek u
            nas był to wzór rodziny...boze sama brałam udział w tej szopce.
            A potem pierdut i wyszło szydło z worka a przyjaciele w szoku.

            Nie twierdze ze tak jest u Twoich przyjaciół to gwoli opowieści o
            własnych doświadczeniach.

            Pewnie są jakieś skamieliny co to do końca zycia ajlawka i pełne
            zrozumienie,ale ja na te wyjatki poki co nie trafiłam w swoim badz
            co badz burzliwym i nie takim krótkim zyciu sad(((
            • 13monique_n Re: samo życie?:)) 11.04.08, 09:27
              Widzisz, ta para, o której mówię, jest mi znana bardzo dobrze. Oboje
              sporo mnie wysłuchiwali, kiedy małżeństwo moje sięgało dna. A i ja
              miałam okazję być powiernicą obojga (dziewczyny bardziej), kiedy
              mieli szczególny kryzys. I ja nie mówię, że kryzysów w związkach nie
              ma. Ale twierdzę, że budując i rozkręcając związek od podstaw, już
              po pewnych doświadczeniach, można stworzyć podstawy do bycia
              szczęśliwym.

              PS Moje małżeństwo też było "idealne" dla obserwatorów. Ale ja tych
              obserwatorów nie nazywam przyjaciółmi, ani nawet znajomymi. Bo
              przyjaciele i znajomi, doskonale wiedzieli, jak to jest z tym
              ideałem.
          • burza4 Re: samo życie?:)) 10.04.08, 17:12
            13monique_n napisała:

            > A że zachowanie takiego stanu jest możliwe - mam na to > przykład
            u moich najbliższych przyjaciół - są ze sobą już 12 lat, > rok temu
            urodził im się syn. Pięknie jest patrzeć na ich związek i > poziom
            porozumienia.

            też miałam taką parę w swoim gronie, i to z jeszcze dluższym stażem.
            Aż miło popatrzeć - tyle lat ze sobą i taki fantastyczny układ.

            właśnie się rozwodzą... to co widać na zewnątrz nie zawsze oddaje
            istotę sprawy. Przestałam już wierzyć w happy endy.

            w rezerwie mam tylko JEDNĄ znajomą parę (na kilkadziesiąt), która
            faktycznie dotąd się rozumie. Nie spija sobie z dzióbków, ale jakoś
            potrafi rozmawiać, nadal nadaje na tych samych falach. Trochę to
            mało optymistyczne, no nie?

            kiedyś słyszałam opowieść dlaczego żona odeszła, generalnie zła
            kobieta była, nie układało się długo, generalnie wszyscy mu
            współczuli. Facet jakoś "zapomniał" dodać, że przez ponad rok z nią
            nie rozmawiał... czekał, aż coś się między nimi naprawi, ale
            korelacja między tymi faktami jakoś mu nie zaświtała w umyśle.

            przykład znajomych - wersja jego: skoro pracuję, to chcę mieć coś od
            zycia. Wersja jej: pracuje co parę miesięcy, ale nie zwraca uwagi na
            potrzeby rodziny tylko swoje, jak pracuje przesyła całe 2 tysiące, a
            resztę roku siedzi przed kompem albo telewizorem, i żyjemy tylko z
            mojej pensji. Zamówił pełny pakiet kablowki, tv i komp włączony non
            stop, rachunki za prąd na 400 zł, tv 120, nakupuje sobie gadżetów...
            bo przecież zarabia! a na remont łazienki nie ma od 8 lat, bo ja ze
            swojej pensji nie odłożę... wg niego 500 zł powinno mi wystarczyć na
            życie dla całej rodziny a ja rachunków mam na tysiąc...

            i jakoś większość par z dłuższym stażem ma takie obszary, gdzie
            wersja obu stron jest skrajnie różna.
      • chalsia Re: samo życie?:)) 10.04.08, 17:56
        > rzeczach sie nie wie, i do tego ludzie ogolnie sie maskuja przez
        > pierwszy okres zwiazku (4 - 5 lat moim zdaniem, stad kryzys po 7
        > latach).

        co do momentow kryzysowych w związku - wtłumaczyła to antropologia.
        Pierwszy kryzys - 4-ty rok związku - w czasach pierwotnych dziecko w wieku 3-4
        lata było juz na tyle duże by przeżyć pod opieką dalszych krewnych i matki.
        Drugi kryzys - w 7-mym roku związku - dziecko siedmioletnie mogło samodzielnie
        już przeżyć w grupie plemiennej, nawet bez opieki osób spokrewnionych.
        Schemat ten jest współcześnie aktualny w większości kultur - za wyjątkiem
        muzułmanów - tam najwięcej związków rozpada się w pierwszym roku co ma kaurat
        związek z kwestią posagu.
        • kicia031 Chalsia 10.04.08, 21:45
          Dodam jeszcze, ze niektorzy antropolodzy twierdza, ze ludzie w ogle wiazali sie
          na te 3 - 4 lata, co wystarczalo na spolodzenie dziecka i odchowanie go do fazy
          kiedy matka nie byla jedynym opiekunem, przestawala karmic piersia - i szukala
          nowego partnera wink) W tym momencie kryzys po 7 latach to ten okres kiedy 2
          partner byl wymieniany na trzeciego ;--))
    • kicia031 Wymyslilam 10.04.08, 21:47
      Bo generalnie lubie myslec ostatnio wink)

      Ze dojrzala milosc zaczyna sie wtedy, kiedy opadaja klapki z oczu ( mi to zajelo
      jakies 5 - 6 lat), widzimy wszystkie wady i niedociagniecia, zaczynamy nawet
      rozumiec Exie - i wciaz, mimo wszystko , kochamy tego czlowieka, z jego
      wszystkimi niedoskonalosciami...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka