anetta75
19.06.08, 18:35
Jestem tu dopiero od kilku dni ale czas cos powiedzieć o sobie. Już wiecie, że mój rozwód trwał 7 minut i jest z orzeczeniem winy exa. Było to we wrześniu zeszłego roku. Ale tak naprawdę rozwód brałam wbrew sobie. Otóż mój ex. był karany i mogło to zawalić moją zawodową karierę i bezpieczeństwo finansowe moich dzieci. Mimo tego byłam z nim, bo mu to karanie wybaczyłam i nie chciałam tworzyć fikcji. Do czasu gdy znalazłam przez przypadek w jego rzeczach nagrany sex z koleżanką z pracy w moim domu. Sprzed roku to było nagranie. Moja kariera zawodowa przeszła wtedy w decydującą fazę, krótko mówiąc miałam być na dniach weryfikowana. Zdecydowałam, że muszę wziąć rozwód i go dostałam. Ale cały czas traktowałam to jako fikcję. Przeżywaliśmy w okresie okołorozwodowym prawdziwą burzę - starałam się za wszelką cenę ratować naszą rodzinę i jakoś nie zauważyłam, że on nie. Chociaż stwarzał pozory - mimo wcześniejszych dekalracji nie wyprowadził się, był dla mnie czuły, robił plany etc.etc.
Te 10 miesięcy od września to czas który otworzył mi oczy, starałam się - był uday seks, mój m. sprawiał wrażenie, że się stara. Do grudnia. Wtedy to powiedział, że jednak to nie ma sensu, że nie chce ze mną być. Nie zrozumiałam dlaczego teraz. Ciągle pytałam, czy kogoś ma czy zakochał się, bo ta jego huśtawka byłaby bardziej zrozumiała gdyby chodziło o tę trzecią. Zaprzeczał, wręcz wykpiwał takie pomysły. W lutym wynajął mieszkanie i już się do niego wyprowadzał, wyprowadzał - po czym tego nie zrobił. Jednocześnie poszedł na terapię małżeńską - fakt, terapeuta był kretyn... ale ewidentnie zrobił mi łaskę i był na maksa nieszczery.. Ten rok, to moje samotne borykanie się z autem, pracą, odwożeniem dzieci, obiadami zakupami... Wieczorem zajmował się dziećmi a ok. 20.00 wychodził (trening, rower i czort wie co jeszcze) wracał w nocy. Oczywiście nie codziennie - poza tym mieliśmy bardzo udany seks... niedawno okazało się, że od mniej wiecej grudnia spotykał się z dwudziestokilkulatką, dla której był rozowodnikiem w separacji z żoną, z którą mieszka tylko dla dzieci... Spotykał się z nią w tym wynajętym mieszkaniu... Ręce mi opadły. Szczerze mówiąc ten rok był dla mnie tak kiepski, ze dotarło do mnie, bez wiedzy o tym romansie, że nasz związek nie ma sensu. Ale czuję się ogromnie oszukana - bo już raz otworzyliśmy karty i wydawało mi sie, że albo szczerze próbujemy być razem na nowych warunkach albo każde w swoją stronę. On jednak wolał oszukiwać mnie, tę dziewczynę i ze strachu przed nie wiem czym tkwić w tak bezsensownym układzie.
Wyprowadził się, z trudem zrozumiał, że dla mnie jego wyprowadzka to zabranie wszystkich klamotów. Mieszka nieopodal. Ja pracuję w mieście oddalonym o ok. 55 km. w pobliżu pracy mam mamę, siostrę - rodzinne miasto. Moje mieszkanie w W. było do tej poru uzasadnione jedynie nim. I teraz najważniejsze z czym się zmagam - najchętniej, zwinęłabym dzieci i przeniosła się do L. Po sprzedaży wspólnego mieszkania i spłacie kredytu byłabym w stanie kupić sobie tam wygodne mieszkanko. Dzieci zapisać tam do przedszkola - szkoły. Widywałabym go jedynie przy okazji wizyt weekendowych. Teraz wozi córkę do szkoły i co rano melduje się w domu. Przychodzi wieczorami do dzieci. Z trudem to znoszę. Ale, wiem, że przeniesienie dzieci w nowe miejsce, zmiana szkoły, domu, całego ich otoczenia przy jednoczesnej utracie codziennego ojca to dla moich dzieci byłoby bardzo trudne. Co by o exie nie gadać do tej pory był b. dobrym ojcem. Sama zresztą, obawiam się podejomwać decyzję o wyporwadzce w takim pośpiechu... Czy ktoś z was miał podobny problem?
To tyle skrótowego przedstaiwenia się. Kończe -znowu przyszedł...
Z drugiej strony nie wiem jak zniosę jego widok, jak widzę go w nowym ciuchu to mam ochotę dogryźć, gryzę się ciagle w język. Mam ochotę przeglądać jego komórkę, choć wiem, że to już nie moja sprawa. Nie wiem jak zniosę, gdy zwiąże się z kims, gdy będzie chodził szczęśliwy. Wiem, że on wyobraża sibie, że bęizemy teraz żyli w takiej przyjacielskiej koegzystencji - lubi mnie przecież. Ale dla mnie musi upłynąć dużo wody i sama się zastanawiam, czy ta mieszanina złości, miłości, rozczarowania wściekłości mi kiedyś przejdzie. Wyć się chce.