couiza
25.07.08, 10:40
Witam,
tlo sytuacji: 6,5 letni zwiazek, prawie 6 lat od podpisania papierow w USC.
Zwiazek raczej bardziej z rozsadku, bez wiekszych emocji z mojej strony.
Zaczelo sie psuc prawie dwa lata temu, kiedy zaczelam byc coraz bardziej
niezadowolona i po raz pierwszy pomyslalam o rozstaniu. Mieszkamy zagranica.
Probuje rozstac sie z mezem od kilku miesiecy, niestety jego zachowanie
utrudnia ten proces.
W zeszlym roku doszlam do punktu, w ktorym powiedzialam, ze chce sie rozstac.
Maz byl zszokowany, chociaz wiedzial, ze nie bylo juz najlepiej miedzy nami,
zaczal mnie przekonywac, zebysmy tego nie robili, mowic, ze wczesniej zle
robil, ze zmieni sie itp. On mowil co zmieni, a ja ze to i tak nie zmieni
tego, ze brak jest tego czegos w zwiazku, ze sypiamy ze soba raz na pol roku i
nie potrafie wykrzesac uczuc do niego. Potem wyszedl na chwile z pokoju i jak
wrocil to wpadl w jakas histerie. Wyszedl z domu w srodku nocy, zeby
przespacerowac sie. Po 2h wrocil, ale ciagle w stanie histeri lub ataku
nerwowego. Nie dalo sie z nim rozmawiac, ani uspokoic go. Praktycznie do rana
pozostawal w takim stanie, lapiac sie tez za serce itp.
Przestraszylam sie tego co sie dzieje i przyznaje, ze nie potrafilam
powiedziec, ze odchodze tak jak powiedzialam wczesniej poprzedniego wieczoru.
Balam sie, ze maz dostaje wlasnie zawalu serca, ze bede go miala na sumieniu
itp. Nie moglam z zimna krwia odejsc i udac, ze nie widze co sie z nim dzieje.
Byc moze byl to blad, bo dalam mu nadzieje. Ustalilismy, ze zmienimy tryb
zycia, bedziemy robic rozne rzeczy i to mialo niby wplynac na moje zadowolenie
ze zwiazku. To prawda, ze zmienil pewne rzeczy i staral sie i dotrzymal slowa,
problem w tym, ze mi juz na tym nie zalezalo. Wtedy kiedy bylo to wazne dla
mnie on zachowywal sie inaczej, a teraz moze obiecywac mi zlote gory i robic
tak jak powiedzial, ale ja juz nie czuje nic.
Po tym incydencie maz nie byl w pracy 2 dni, zeby dojsc do siebie.
Po kilku tygodniach wrocilam do rozmowy, ale maz znowu popadl w
histerie/dostal ataku nerwowego. Znowu odpuscilam.
W tym roku, po jakis 8 miesiacach od pierwszej rozmowy probowalam znowu
powiedziec, ze chce sie rozstac. W ogole nie bylo rozmowy, bo maz od razu
zdenerwowal sie, a potem wyszedl na 2h spacer po okolicy. Wrocil znowu
roztrzesiony i probowalam go uspokoic.
Od czasu pierwszej rozmowy byl bardzo znerwicowany i powiedzial mi potem, ze
bal sie kazdego dnia, ze wroci do domu, a mnie nie bedzie. Nie jestem osoba,
ktora by tak zrobila, zeby po prostu zostawic karteczke i wyjsc. Chcialabym
rozstac sie w spokojny sposob i dojsc do jakiegos porozumienia. Moze jestem
zbyt praktyczna, ale martwie sie o wszystkie techniczne sprawy rozstania i
dlatego chce z nim rozmawiac o tym i ustalic co bedzie dalej. Nie wyprowadze
sie z dnia na dzien, bo nie mam gdzie. Musze najpierw znalezc mieszkanie do
wynajecia i przejsc caly proces z tym zwiazany.
Zawsze jak pytam sie meza, co mu nie pasuje w moim zachowaniu, to mowi, ze
wszystko mu sie podoba i nie ma do mnie zadnych zazalen, co uwazam za dziwne i
niezdrowe. Nie jestem idealem i na pewno sa rzeczy, ktore go denerwuja, ale
nie chce mi o tym mowic.
Generalnie w tej chwili wszystko jest robione tak jak ja chce i to co chce,
zebym tylko byla szczesliwa. Mnie to nie odpowiada, bo chce, zeby decyzje byly
wspolne, a nie tak jak chce. W takiej sytuacji tym bardziej czuje, ze moge
mieszkac sama, bo wtedy tez wszystko bedzie tak jak chce i ciezar decyzji tez
bedzie spoczywal na mnie. Ogolnie cale to uszczesliwianie odbieram jak
dzialanie na sile i sztucznie.
Moje pytanie brzmi: jak wybrnac z sytuacji. Nie wiem czy mam tyle sily, zeby
wrocic do domu (teraz jestem u rodziny) i po raz czwarty powiedziec, ze chce
sie rozstac. Zniesc ze spokojem to co sie dzieje i podtrzymac swoja decyzje.
Do glowy przychodza mi rozne metody. Myslalam o tym, zeby napisac do niego
maila i wyjasnic mu to wszystko na pismie, ludzac sie, ze moze tak sie nie
zdenerwuje i jakos to przemysli. Chociaz tez boje sie tego zrobic, bo nie
wiem jak zareaguje i czy nic mu sie nie stanie jak bedzie sam w domu. Ja
wracam dopiero jutro po poludniu. Problem polega na tym, ze nie mamy zadnych
znajomych tam gdzie mieszkamy, a maz w ogole ma tylko kilku kolegow, z ktorymi
kontaktuje sie mailem. Takze nie moge liczyc za bardzo na wsparcie z zadnej
strony, ani dla niego, ani dla siebie.
Drugi pomysl jaki mam to znalezienie jakiejs terapi i pojscie na kilka spotkan
majac na dzieje, ze teraupeta mu wyjasni, ze na mnie swiat sie nie konczy i
beze mnie tez da rade zyc i moze byc szczesliwy. Boje sie jednak, ze zabraknie
mi sil na znalezienie terapi i zakonczenie spraw definitywnie i bede dalej
tkwila w pulapce. W koncu to wszystko ciagnie sie juz od listopada. Ja czuje
sie uwieziona i owinieta bluszczem, bo moj maz nie widzi swiata poza mna i
beze mnie. Ja zaniedbuje obowiazki sluzbowe i obijam sie w pracy. Zapuscilam
sie fizycznie(kondycyjnie), bo nie potrafie zmotywowac sie do jakiegokolwiek
dzialania i czekam na cud.
Nie boje sie mieszkania i bycia samej, z tym nie mam problemu. Nie martwie sie
o swoja przyszlosc, wiem, ze sobie poradze, stoje dobrze finansowo i mamy
oszczednosci. Martwie sie tym co sie stanie z mezem, jak on to przyjmie, czy
nie zrezygnuje z pracy, albo jej nie zaniedba (z czego bedzie wtedy placil za
wynajem), ewentualnie tego, ze postanowi wrocic do Polski rzucajac wszystko tu
gdzie jestesmy. Juz w listopadzie tak mowil, ze w takim razie on pojedzie do
Polski i czy moze zatrzymac sie w moim mieszkaniu.
Nie chce, zeby stracil wszystko na co dlugo pracowal.
Jak ktos dal rade przeczytac to wszystko to teraz prosze o porade co dalej.