manderla
27.09.08, 16:34
Taka oto historia.
Małżeństwo w wieku ok. 50 lat.
Ona- tłumaczka, atrakcyjna zadbana blondynka. Alkoholiczka. Od
kilkunastu lat pijąca. Nieraz z wódą szła do wanny, a jak zasnęła w
wannie, to zatapiała sąsiadów.
On – wzięty chirurg, facet cały w pracy, od lat. Pracujący w
zasadzie całe Zycie 24 na dobę, zawsze na zawołanie w sprawach
pracy. Z poczuciem misji w tym, co robi.
Kiedys się pobrali z wielkiej milości. Wszyscy koledzy mu
zazdrościli. Ponieważ oni pobierali się, bo musieli (kobieta
zaciążyła, albo naciski rodziny, albo ze „wypada” wreszcie, i itp.),
a on- z prawdziwej miłości.
Mają dwudziestoparoletniego syna. Który wg ojca jest pasożytem,
nieukiem i nie zasługuje na miano mężczyzny (bo, jak
mówi „mężczyzna stanowi się poprzez pracę, poprzez to, co osiągnął
w zyciu i poprzez odpowiedzialność w stosunku do swojej rodziny). On
ma żal do swojej zony, ze sponsoruje syna-pasożyta dając mu
pieniądze, płacąc jego rachunki i we wszystkim mu potakując.
Tak sobie żyli 25 lat, aż on w pewnym dniu stwierdził: nie kocham.
Tak. Dokładnie. W poniedziałek jeszcze ją kochał, a we wtorek już
nie. Koniec.
Ale nadal żyli razem, i o nią dbał. (w sensie wyciągał z pijackich
ciągów. Starał się. Proponował esperale, pójście do kliniki,
odtrutki itp.)
Nie bardzo tez sobie z nią radził, więc jeszcze bardziej (o ile
można było „bardziej” w jego przypadku) zanurzał się więc w pracy. A
ona z kolei – w piciu.
W pewnym momencie ona radzi mężowi: znajdź sobie kochankę. Po prostu
zyj! Ja tylko marnuje Twoje Zycie. Jestes atrakcyjnym mężczyzną,
potrzebujesz ciepła, miłości i bliskości. Ja ci tego nie dam. Ja
dogorywam. Ułóż sobie życie. Nie chcę, żebys przeze mnie cierpiał i
marnował sobie życie.
Spakowała się i wyjechała za granicę do przyjaciółki.
Jest tez młode małżeństwo. Piękni, zgrani, ambitni, kochający się.
Ale ich czteroletnia córeczka ma wg wstepnych badan cieżka chorobe
nerek. Prawdopodobnie wymaga operacji. Sa kolejki, terminy i tp,
matka odchodzi od zmysłów. Rozgląda się więc za sprawdzonym
nazwiskiem lekarza, u którego można było by przekonsultowac dziecko
i postawić jednoznaczną diagnozę i Ew. poddac dziecko operacji, ale
tylko powierzając dziecko we sprawdzone ręce sprawdzonego lekarza-
chirurga.
Kobieta (dziennikarka) nie mając możliwości dostac się do słynnego
chirurga (dzwoniła do niego, ale on rzucił słuchawką i kazał
załatwić wszystko droga oficjalną), wymyśla taki trik. Że napisze
artykuł o klinice. Tym sposobem, już oficjalnie, udało jej się
dotrzec do kliniki i do chirurga.
Dalej sprawa potoczyła się… jak to w zyciu. On się zakochał.
Wyznał.
Ona – aby wyprostowac całą sytuację powiedziała wprost, ze po to
wymysliła ten „reportaż”, aby ratować córkę.
On- odrzucony, poniżony, zrozpaczony…. – ale ok., przeprowadz
córkę, zbadamy.
Chemia zadziałała. Ale po czasie.
Koleżanka jej doradza, aby sprawdziła siebie, wypróbowała, może coś
by z tego wyszło. Ona – nie może. Nigdy w zyciu nie miała kochanków
i nie potrafi. Albo mąż, albo chirurg. Nie chce zyć podwójnym
zyciem. Nie umie.
Chirurg, czując wzajemnośc uczuć z dziennikarką mówi, że w takich
sytuacjach trzeba działac szybko. Że zona mu rozwód da. I żeby
zadzwoniła do męża i oświadczyła, zę dochodzi od niego.
Wykręca numer jego i daje jej telefon. Mąz odbiera, ale ona nie
jest wstanie wydusić z siebie ani słowa. Rozłącza się.
Zakochała się. Potwornie. W chirurgu.
Ale …ucieka. zrywa.
Po badaniach okazuje się, ze córka owszem ma chorobę nerek, ale nie
tak ciężka jak przypuszczano na początku, i nie wymagającej
operacji. Dziennikarka zabiera dziecko ze szpitala.
On – dzwoni do zony. Prosi, aby wróciła do domu.
----------------------------------------
Nie wiem, po co to stresciłam tu, ale zastanawia mnie potwornie
postawa żony.
Powiedziała mu otwarcie: znajdź sobie kogoś i bądź szczęsliwy, bo ja
ci tego szczescia nie dam.
Tak go kochała i taka była wspaniałomyślna?
Czy tez…? …. nie rozumiem po prostu…..
Znacie takie kobiety?