maghalia
25.12.08, 12:59
Pare dni temu odeszlam od meza po dziewieciu miesiacach piekla na
ziemi: jego romansu, kolejnych dawanych mu na jego zyczenie ale
niewykorzystanych przez niego szans, klamstw, oszustw, upokarzania.
Bardzo ciezko to przezylam: fizycznie i psychicznie jestem wrakiem
czlowieka. On wybral sie na swieta do kochanki, jest teraz bardzo
szczesliwy, ona triumfuje, poniewaz ostatecznie ze mna wygrala. Mimo
tego, co przezylam, choc wiem, ze to potwornie glupie, przezywam
katusze. Wciaz mysle o jego szczesciu i mojej rozpaczy, samotnosci.
Nasze rozstanie splywa po nim jak po kaczce. Dobrze mu zycze, ale
nie moge pogodzic sie z faktem, ze jest teraz tak szczesliwy,
podczas gdy ja przezywam najtrudniejsze chwile w zyciu. Rodzice nie
maja zrozumienia dla mojego stanu, uwazaja ze po tym, co mi zrobil
powinnam Bogu dziekowac za to, ze sie od niego uwolnilam. Choc wiem,
ze to trafna decyzja, nie moge pozbyc sie zazdrosci. On nie ulatwia
mi zycia, poniewaz wciaz mna manipuluje - pomimo wyjazdu do niej
proponuje rozpoczecie nowego zycia i zapewnia o swojej milosci
(sic!). Doprowadza mnie do szewskiej pasji takze fakt, ze jego
rodzina zna wersje o nieporozumieniach miedzy nami i moim
opuszczeniu go przed swietami (w ktorej nie ma mowy o kochance).
Czuje sie - zwlaszcza wobec rodzinnego charakteru swiat - rozbitkiem
zyciowym, ktory najwyrazniej zasluzyl na swoj los. Wiem, ze wielu z
Was ma podobne doswiadczenia, moze ktos zdola mnie jakos podniesc na
duchu. Bylabym bardzo wdzieczna.