errormix
01.03.09, 13:02
Swoje słowa kieruje po raz kolejny do tych, którzy poznali tu moją historię,
bo może nieco lepiej zrozumieją moje intencje i to co zrobiłem.
Żona tradycyjnie, jak gdyby nigdy nic, wyszła w piątek rano z domu i jak
dotąd... nie wróciła (jest niedzielne popołudnie). Jej komórka wyłączona.
Siedzę z córką od piątkowego rana sam w domu, bez przerwy telefony od rodziny
żony z pytaniami czy się kontaktowała, gdzie może być i lamenty w stylu "co ta
dziewczyna wyrabia, jaką ona jest matką". Nie zgubiła się. Siedzi u kumpeli z
jej mężem i dwójką ich dzieci.
W sobotę rano z córką upiekliśmy babkę. Nawet nam się udała. Powiedziałem, że
trzeba chociaż kawałek zostawić mamie (która jak już pisałem od 22 grudnia się
do córki nie odezwała, a mijając ją w kuchni czy korytarzu, nawet nie
spojrzy). Dziecko spojrzało wtedy na mnie i powiedziało, że przecież i tak nie
wiadomo kiedy mama przyjdzie, a nawet jeśli to tego co upiekliśmy nie ruszy.
Dzisiaj rano wstałem, wyciągnąłem wszystkie dokumenty, zaświadczenia,
posegregowałem rachunki, wyciągi, sporządziłem listę świadków, nakreśliłem w
punktach jak mam teraz żyć. Zadzwoniłem do znajomego prawnika, poprosiłem o
pomoc w sprawie rozwodowej, odłożyłem w portfelu trochę pieniędzy, bo na
czwartek będzie gotowy pozew.
W południe zadzwoniłem do naszych rodzin i powiedziałem, że się rozwodzę.
W jednej chwili zrozumiałem to co wy próbowaliście mi powiedzieć od kilku
miesięcy. Przestałem liczyć na cud. Ale żeby zdać sobie z tego sprawę
potrzebowałem czasu. Każdy potrzebuje. To dlatego mówi się, że własne decyzje
są najtrudniejsze.
Nie wyciągnę już po raz kolejny ręki. Nie będzie rozmów czy gestów w stylu
prania jej bielizny czy zmywania po niej naczyń. Teraz wiem że to nie działa.
Zamykam się tak jak zamknięta jest od 7 miesięcy moja żona.
Całą swoją siłę, energię, pieniądze mam zamiar poświęcić na ratowanie córki.
Już umówiłem siebie i ją z psychologiem.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że zrobiłem coś co jeszcze kilka
tygodni temu wydawało mi się zupełnie nierealne i o dziwo nawet tak bardzo nie
boli.
Trzymajcie się. Będę tu zaglądał, bo teraz jestem już prawie jednym z was.