cold.wind.blows
25.07.09, 13:14
Chciałbym powitać wszystkich, bo piszę po raz pierwszy, choć czytam
od pewnego czasu.
Sytuacja moja jest następująca. Nie mieszkamy już razem, pozew w
sądzie bez orzekania o winie, dzieci brak, majątek podzielony,
teoretycznie wszystko dogadane czekam tylko na sprawę, żeby
temat "przyklepać".
Małżeństwo rozpadło się tak po prostu właściwie to cały czas nie
mogę uwierzyć jak do tego doszło. Nie było zdrad (chyba), pijaństwa,
przemocy (przynajmniej fizycznej). Były za to ciągłe kłótnie, często
o byle co, czasem dochodziło do wyzwisk, potem tygodniami cisza,
następnie trochę lepiej i znów to samo od nowa. Nie dałem rady, nie
umiałem do niej dotrzeć, nie potrafiliśmy rozmawiać ze sobą. Nie
było tak zawsze ale kilka lat to równia pochyła. Niewątpliwie różne
charaktery... Nie będę tego analizował bo może jeszcze przyjdzie
czas. Pobędę sam ze sobą zobaczymy...
Męczy mnie w tej chwili coś innego. Prawie wszyscy piszący na tym
forum to ludzie pokrzywdzeni lub czujący się tak. Ja też mam
poczucie, że zostałem skrzywdzony, ale chyba jeszcze większe, że to
ja kogoś skrzywdziłem, czasem nieświadomie, ale jednak i teraz to
widzę coraz jaśniej. Czuję się z tym paskudnie i nie bardzo sobie z
tym radzę.
Czy są osoby które mają lub miały podobnie. Ja jestem jeszcze na
początku drogi. Jak sobie z tym radzicie?