Dodaj do ulubionych

Rumunia dawno temu

27.01.07, 13:12
Nasze forum odwiedza wiele osób, które bywały w Rumunii w latach 70' i 80'.

Najczęściej Rumunia była krajem tranzytowym dla tych, którzy jechali się opalać na złotych piaskach w Złotych Piaskach, ale wielu wybierało właśnie Rumunię jako miejsce wczasowania się. Niektórzy uprawiali tam mały handelek, by podreperować domowy budżet. Albo łączyli przyjemne z pożytecznym, wszak wycieczka z Orbisem czy Juwenturem to doskonała okazja do sprzedania paru Biseptoli i kartonów Kentów ;)

Na pewno mają Państwo ciekawe wspomnienia z tych wizyt. Gdzie byliście, skąd pomysł, jak radziliście sobie z jedzeniem, zakupami, jak odnosili sie do was Rumuni? Może jakieś zabawne, lub niebezpieczne wydarzenia? A może macie chęć i możliwość zeskanowania paru ciekawszych zdjęć? Możnaby je umieścić na fotoforum...

Chciałbym, byście podzielili się z nami swoimi wrażeniami: wszak to forum turystyczne, ale dla ludzi, którzy chcieliby wiedzieć coś więcej o kraju, do którego jadą, niż kurs walut, cena paliwa i pogoda w lipcu.

Poniżej wklejam link do bardzo ciekawej opowieści autorstwa Saaroo, która została zamieszczona w innym wątku.

forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=25616&w=56120018&a=56247881
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=25616&w=56120018&a=56262836
Obserwuj wątek
    • molnar Re: Rumunia dawno temu 27.01.07, 17:19
      A dokładnie lata 77 i 78. Młodszym tłumaczę: to była wyprawa. Wprawdzie
      wystarczał dowód osobisty, ale leje mozna było wykupić z przyznawanej raz na
      dwa lata puli na tzw. książeczkę walutową. No i minimum informacji - internet
      nie istniał, literatura przewodnikowa w Polsce zerowa. Za to można było wykupić
      bliet kolejowy na całą trase z zapisem Kraków-Bukareszt-Budapeszt-Kraków, bez
      dalszego uszczegółowienia, co wykorzystywaliśmy bez umiaru.
      Pierwsza objazdówka to Kraków - Suczawa - Delta - Babadag -Brasov - Fagarasze -
      Sybin - Budapeszt. Pamiętam zachłysniecie się malowanymi klasztorami, dalekimi
      od dzisiejszej komercji, pustym wtedy Voronetem. Pamiętam komary w Sulinie i
      nagłą decyzją zmiany kierunku na Babadag (z calym szacunkiem - Stasiuk wtedy
      pijał tylko mleczko) ponieważ nazwka skojarzyła mi się z opowieściami Meissnera
      o inetrnowanych tam Polakach - pisałem kiedyś o tym na forum). I wspaniały
      camping z genialną knajpą właśnie w Babadag. Kolejne zachlysniecie się czarną
      katedrą w Braszowie /teraz ją umyli/, wreszcie połówka głównej grani Fagaraszy,
      wtedy pustych jak nasz Beskid Niski w listopadzie.
      Wyjeżdżaliśmy - biorąc pod uwagę właśnie brak informacji w tamtych czasach jak
      na wyprawę, zwłaszcza iż przestrzegano nas, że w Rumunii ciężko o jedzenie. Mój
      plecak ważył /ważenie komisyjne na dworcu w Krakowie/ 56 kg, plecak mojej Pani
      (wciąz tej samej od trzydziestu lat) 36 kg.
      I już w Suczawie okazuje się, że to kraj cudownego, taniego żarełka -
      większosć puszek zjadały rumunskie psy, a my byczyliśmy się w najlepszych
      kanjpkach. W Suczewicie była taka (już nie istnieje), bratalismy sie tam przy
      pomocy donoszonych butelek mulfatlaru z kadrą rumunskich rugbystów - było
      cudownie, dopóki przedstawiciele 'najweselszego baraku demoludów' nie zeszli na
      poltyczne dowcipy. Któryś z rugbystów ostrzegl nas, pokazując ręce jakby w
      kajdankach, że żarty tego typu są bardzo niebezpieczne.
      Albo droga do monastyru Rasca - najdziwniejszym stopem swiata - konnym wozem z
      kompletnie uszczesliwionymi wódką chłopami.
      Najwazniejsze - nigdy wcześniej (ani później jesli nie liczyć lasow północnej
      Grecji) nie spotkałem się z tak przyjaznym stosunkiem do włóczęgów, przy
      jednoczesnej ogromnej godności własnej.
      Spotkani w Rodniansjich studenci geografii opowiadali nam o tym, jak na tydzien
      zaginął ich towarzysz. Znalazł się - po rozpuszczeniu wici - dwie wsie dalej,
      opity i obżarty, leżący na zapiecku w domu, gdzie gospodarz zaprosił go na
      obiad.
      Drugi wyjazd, już tylko we dwójkę, to gran Fogaraszy, ktore dotąd /a poznałem
      wszystkie góry Europy poza Skandynawią/ są najkochanszymi gorami świata oraz
      proba - udana - pierwszego przejścia północnej ściany TArity (V-). I problem z
      osiołkiem, ktory, gdy ewakuowaliśmy sie w Turnuri do schorniska w środku nocy w
      trakcie oberwania chmury, nad ranem wczołgał się do namiociku po rozmokly,
      leżący na samym koncu bochenek chleba i nie mógł się wycofać...
      I babcia ze schroniska, spotkana na dole w Victoriina gratulowałanam przejścia,
      jakbysmy wracali z Everstu. I smak jugurtow kupowanych na wiejskich
      targach...
      Minęło trzydziesci lat. POtem były jeszcze inne Rumunie, potem ryzykowne
      wyjazdy w wojenną Bosnię i CHorwację, gdzie bylismy sami posrod ruin. I w
      zeszłym roku powrót - już samochodem, po organizm potraktowal mnie wredenie =
      chodzę o kulach, a wciąż mi sie chce. I potwierdzenie beznadziejnej miłości do
      Rumunii, ktora trwa już tyle lat.
      Avorml, dziękuję za ten post, za tą propozycję. Móglbym w odpowiedzi na nią
      napisać całą książkę. A w sierpniu znów, kulawy, mogący patrzeć na góry tylko z
      dołu, znów będę w MAramuresz. Trzymaj się - molnar, marian z.
    • molnar Re: Rumunia dawno temu 27.01.07, 17:29
      Ps do poprzedeniego - sorry za literówki, ale musiałem spieszyć się pisząc.
      Ponadto avroml trafił w punkt; trzeba ostrożnie wołać o wypowiedzi chorych
      nieuleczalnie na potrzebę przestrzeni...
      • napolnoc Re: Rumunia dawno temu 27.01.07, 18:23
        Moja mama ma kupe wspomnien,musze ja podpytac, w tych czasach byla
        przewodnikiem Orbisu na zagranice :)

        Ja mam zas odwrotna historie. W 76 roku Ojciec Stefana byl w Polsce. Zwiedzil
        kilka miast m.in. moje miasto rodzinne. Zachwycil go Slask (?) jako nowoczesne i
        bogate miejsce, park w Chorzowie wprost powalil na kolana, wpominal swietne
        jedzenie, zimna wodke i przepiekne Polki :DDD Zdjec niestety nie ma, gdyz w tych
        czasach aparat byl luksusem, hehe.

        Sorki za dygresje :)
      • avroml Re: Rumunia dawno temu 27.01.07, 21:11
        Świetna historia, Molnar! Cała przyjemność czytania po mojej stronie... Pozdrowienia dla Małżonki!
    • saaroo Re: Rumunia dawno temu 27.01.07, 19:50
      Przypomniałem sobie jeszcze parę wesołych zdarzeń. Jak to studenci, musieliśmy
      zawsze coś kombinować,żeby wyszło taniej. W Bukareszcie spaliśmy na campingu,
      ale żeby nic nie płacić, wyjeżdżaliśmy pojedynczo, w pewnych odstępach. Jeden z
      nas wyłożył się jak długi dokładnie przed recepcją i wszystkie kobitki wyleciały
      z przerażeniem z budki. Tylko on zapłacił. Podobna sytuacja miała miejsce gdzieś
      w rejonie takiego długiego mostu przez Dunaj. Zamówiliśmy w knajpie obiad.
      Rowery zostały na zewnątrz i pilnował ich /na ochotnika/ obecny jak wszędzie
      milicjant. Kelner przyniósł zupę rybną - nie do zjedzenia. Smród był okropny.
      Nie czekaliśmy na dalsze "smakołyki", tylko szybko wskoczyliśmy na rowery i w
      drogę. Milicjant nawet się nie dziwił, że obiad trwał tylko parę minut.
      Pamiętam, że Rumunów w naszych rowerach nie ciekawiły przerzutki /oni tego nie
      mieli/, każdy z nich sprawdzał za to ile mamy powietrza w oponach. Powtarzało
      się to zawsze i wszędzie. Zbierali też wszystkie wyrzucone przez nas zepsute
      części /piasta, urwana linka, dziurawa i łysa opona itp./. Do czego było im to
      potrzebne, nie wiem. Olbrzymie zainteresowanie wzbudzały też rosyjskie prymusy
      na benzynę, na których gotowaliśmy. Kucali, zaglądali pod spód i cmokali z
      zachwytu chcąc je od nas wytargować. Niestety, mając w perspektywie prawie
      odludne tereny nie mogliśmy ich im dać. Zjeżdżając z Bilea Lac w stronę jeziora
      Vidraru, spotkaliśmy niedźwiedzia - stał sobie przy drodze. Długo czekaliśmy
      gotowi do ucieczki, ale poszedł sobie i pojechaliśmy dalej. Przy obecnym ruchu
      turystycznym i samochodowym jest to chyba niemożliwe. Molnar wspomniał o
      biletach kolejowych. Też tak jeździliśmy - przez tydzień, w parę osób, po
      różnych trasach. Kupowało się bilet w Polsce na wewnętrzne linie w Rumunii, np.
      Brasov-Cluj-Vatra Dornei- Suceava. Bilet był oczywiście na jedna osobę, open.
      Konduktor nie mógł się za bardzo połapać i tak pojeździliśmy sobie trochę po
      środkowej Rumunii. Jak był zbyt dociekliwy, to zawsze pozostawał biseptol - czy
      teraz ktoś wie co to jest? Wtedy był kult Ceausescu. Przy wjeździe na górską
      drogę przez Fogarasze, zaraz za Cirtisoarą była olbrzymia brama -droga nazywała
      się "Drumul Transfagarasul Nicolae Ceausescu". Olbrzymie kilkunastometrowe
      napisy były też na mostach, galeriach i były wykute w skale. Pewnie teraz to
      wszystko jest już zmazane, czy zlikwidowane. Ludność w wioskach była raczej
      przychylna i pomocna. Sklepów z częściami nie było nigdzie, więc czasami pomagał
      przy naprawie roweru kowal czy spawacz. Zabawne zdarzenie miałem też w
      Braszowie. Wyjazd w góry był z Almaturu, dziwne były rozliczenia. Było trochę
      pieniędzy tylko na program, rozliczany biletami. Woleliśmy je przeznaczyć na
      inne cele. Musieliśmy więc zebrać dość dużo biletów, najlepiej stosunkowo
      drogich. 23 sierpnia, akurat w ówczesne święto rumuńskie stanęliśmy przy kolejce
      górskiej w Braszowie, żeby zebrać od wysiadających ludzi zużyte i niepotrzebne
      im już bilety. Zobaczyli to wsiadający i myśląc chyba że to jakaś kontrola, sami
      pokazywali nam swoje ważne bilety grzecznie stojąc do nas w kolejce. Widocznie
      mieli już zakodowane, że jak ktoś coś sprawdza, to należy bez wezwania okazać.
      Dzisiaj już nie potrzeba tak kombinować, pieniądze "służbowe" skończyły się,
      każdy może sobie wymienić ile chce /bez limitów jak w książeczkach walutowych/.
      Ale innych przygód z pewnością nigdy nie zabraknie. Zaciekawiło mnie też
      kompletne nie interesowanie się problemami ochrony środowiska. Przy górskich
      drogach wszędzie walały się pozostałości z budowy, różne części maszyn, plamy
      ropy i smarów. Mnóstwo było dzikich śmietnisk. A szczytem była cementownia w
      pięknej okolicy, w górach, wśród lasów między wawozem Bicaz a zaporą.
      • avroml Biseptol 27.01.07, 21:10
        Dla niezorientowanych "glossa edytorska" - Biseptol to silny środek przeciwzapalny, w tabletkach. Kupowany za bezcen w Polsce, był bezcenny w Rumunii.
        W Rumunii za rządów Ceausecu był absolutny zakaz przerywania ciąży, a środki antykoncepcyjne były nieosiągalne. Ludzie radzili sobie więc, jak mogli. Jednym ze skutków ubocznych Biseptolu było zatrzymanie cyklu miesięcznego u kobiet oraz poronienia.
        • molnar Re: Biseptol 28.01.07, 18:23
          Obok bispetolu przebojem były cienie do powiek firmy Miraculum, zwłaszcza
          oczojebnie niebieskie, i inne kosmetyki. Pamietam, że całkiem zresztą miła
          dziewczyna w hotelu w JAssy, gdzie wymienialiśmy otrzymane w Polsce bony na
          leje (bo część dawali w walucie, a część w takich dziwnych papierkach)
          koniecznie chciała kupić od naszych towarzyszek właśnie cienie. I jej okrągłe
          ze zdziwienia oczy, gdy dowiedziała się, że nie mamy nic na sprzedaż i naiwnie
          uczciwe pytanie: to pocoście przyjechali?
          A ponieważ jesteśmy w pewien sposób upośledzeni umysłowo: nigdy niczym nie
          handlowaliśmy w drodze, nie chcąc sobie psuć radości wędrówki, Teresa
          obdarowała dziewczę jakimiś swoimi kosmetykami, co tę już zupełnie zatkało.

          2/ Co do znaków ustroju słusznie minionego - była na widocznym zewsząd szczycie
          jednego ze szczytów nad wąwozem Bicaz monstrualnej wielkości gwiazda, świecąca
          w nocy. Dotąd się zastanawiam, jak oni tam podprowadzili prąd...
          Druga mniejsza była w pobliżu Lacul Rosu.

          3/ Natomiast dość powszechnie można było - dzięki wymianie uczelni - spotkać
          ludzi mówiących po polsku. I związana z tym anegdota: jedna z odnóg delty,
          jedziemy do Suliny. Na pokładzie nasze dziewczyny, którym skonczyły się
          papierosy, obrabiają stojącego opodal Rumuna, palącego czarne More. Że
          przystojny, i ładne ma oczy, ale nogi to ma krzywe. I mógłby się z lepszym
          smakiem ubierać i czyścić paznokcie. I tak przez dłuższą chwilę...
          W pewnym momencie bezlitośnie obgadywany odwraca się z paczką papierosów w ręce
          i propozycją w pięknej polszczyźnie: może się panie poczęstują?
          Oj bylo, niewiele brakowało, a dziewczyny wyskoczyłyby za burtę wodolotu ze
          wstydu. Ale skonczyło się bardzo sympatycznie - okazało się, że chłopak był na
          czwartym roku studiów w Szczecinie.

          4 i koniec - Babadag, wspomniana już cudowna knajpka na tarasie przy campingu
          nad miastem. Kelner proponuje wino i przynosi biały mulfatlar w litrowej
          butelce bez etykiety. Leciutenkie i kapitalne. Butelka jest pusta zanim
          pojawiły się sałatki. Patrzymy, a po okolicznych stolikach takich butelek stoi
          po pięć na twarz najmniej. Widać, straszny cienkusz, ale smaczny. No lecą i u
          nas kolejne, toasty za wszystko, aż po kolejne symfonie Haydna.
          W pewnym momencie konstatujemy dwie rzeczy: że patrzy na nas (częściowo z
          podziwem, częściowo ze zgrozą) cała restauracja i... że wprawdzie rozmawiamy
          całkiem trzeźwo, ale 'poszło w nogi' - ze wstaniem od stolika gorzej.
          Koniec końców jakoś zebraliśmy się i w miarę prosto wyszliśmy poza krąg
          światła, cali zaskoczeni: jakie łby muszą mieć ci Rumuni, że nie reagują
          zupełnie na alkohol a myśmy się tak urządzili?
          Dalej było już lepiej, nikt nie widział, można było opaść na czworaki.
          Dopiero nazajutrz sprawa się wyjaśniła: w identycznych litrowych butelkach
          podawano i wino i apa minerala. Sąsiedzi pili do jednego wina cztery wody, my
          tylko wino.
          Łoj!
          Nawiasem mówiąc, w zeszłym roku podjechałem późnym wieczorem właśnie pod ów
          camping w Babadag. Ponieważ nie istniał, położyliśmy karimaty na zboczu
          nieopodal i poszli spać za jakimiś kamieniami. Rano okazało się, że całe
          wzgórze zapełnione jest rzeźbami kamiennymi, nieednokrotnie bardzo ciekawymi.
          Czy ktoś może wie, skąd one się wzięły?
          pozdr - molnar

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka