kooreczka
08.08.13, 18:57
Chyba był jeden czy dwa wątki o przemienionej pani Trak, ale osobiście nie widzę sensu w wykopywaniu offtopików sprzed 6 lat.
Odświeżam właśnie Kalamburkę i z każdą stroną mam wrażenie, że MM chciała ukazać Gizelę jako taką Panią Lewandowską, tylko nie umiejącą kochać. Taką prostą kobietę, co nie dorasta do wychowania wunderkinda Poznania.
Sama jestem osobą wyżej ceniącą czyny niż słowa i gesty, może dlatego z każdą kartką coraz bardziej podziwiałam Gizelę i coraz większą niechęć czułam do Mili.
Idąc od początku- młoda kobieta bez wykształcenia, za to z dość patologicznego tła przygarnia kilkuletnie dziecko choć jej ani brat ani swat. Wychowuje jak umie i to nie tylko zapewniając wikt i opierunek, ale także skromne radości i ukulturalnianie. A mimo wszystko nawet w rozdziale gdzie kilkuletnia Mila gienialnym wypracowaniem wzrusza nauczycielkę-więźniarkę do łez wyczuwam między nimi jakiś dystans. Już wtedy dla Mili to "tylko" Gizela.
Ktoś kto wychował panienkę, latał dokoła niej na paluszkach długo po jej dorośnięciu.
A kiedy niewolnik zrobi swoje to może odejść- Głupia Kozeta made in Poland odcina kontakt ze swoją de facto matką, bo mężusiowi się nie podoba. Właściwie wywala Gizelę z życia swojego i dzieci.
Rozumiem bunt nastoletniej Mili, materialistycznie tęskniącej za łazienką z czeskimi kafelkami, jej tęsknotę za straconymi rodzicami. Ale na Bory i jeże, kiedy spuszcza Gizelę po brzytwie jest kobietą dorosłą, matką dzieciom- i ni cienia refleksji. I jedyne co robi to gładzi stół, kiedy jest już po ptokach.
Swoją drogą, czytając pamiętną scenę z pierogowym TV miałam niezbitą pewność, że w następnym akapicie Gizela otworzy drzwi a za nimi Ignac uświadomiony przez Milę co do efektów swojego zachowania z kwiatkiem przeprasza za zniszczenie prezentu i tłumaczy, że nie mógł słuchać, że w pracy, że Stafenia, że tylu ludzi już wyjechało. A Gizela westchnie, że "taki jak zawsze" i już wszystko pomału się ułoży. No, ale to wina Gizeli, że nie zorientowała się, że wartości materialne są passe.