naj..., naj... wakacje

28.07.06, 21:53
Poniewaz jest sezon moze powspominamy najgorsze, najsmieszniejsze,
najweselsze ....wakacje.
Wczoraj wlasnie wspominalam rodzinne wczasy zakladowe z mojego
przedsiebiorstwa dwadziescia kilka lat temu. Wiec na wywczasy pojechalismy
do miejscowosci Rzepedz - niby w Bieszczadach, ale wiecej u podnoza. Budynki
wczasowe to byly dwa dlugasne murowane baraki z niewielkimi pokojami. Jakas
umywalke to chyba mielismy, ale jak z sanitariatami - nie pamietam. Budynki
byly pozostaloscia po hotelu robotniczym, chyba robotnikow budujacych tartak
i fabryke klepki parkietowej. Za budynkami byl rwacy, niedostepny potok,
przed budynkami lako- trawnik bez drzew, za nim rownolegle tory kolejowe i
szosa, do najblizszych budynkow mieszkalnych byly kilometry. I to byly
dokladnie wszystkie atrakcje. Przejezdzajacy czesto pociag zawsze
przerazliwie gwizdal, widocznie dawniej miala kolej klopot w tym miejscu z
miaszkancami hotelu robotniczego. Pojechac autem za jakimis innymi atrakcjami
niz wykonanie petli bieszczadzkiej nie bardzo mialo sens, bo w owych czasach
nie bylo nic, a "nawet wiecej". Ani loda, ani herbatnika, ani automatu do
grania, ani zadnych sklepow z pamiatkami. Po prostu nic. Nawet z Soliny
pamietam jedynie hotele robotnicze, w ktorych byly jakies kolonie, a w
gospodzie byl do zjedzenia stary bigos. Moj maz, ktory nigdy nie usiedzial
bezczynnie od pierwszego dnia zabral sie za "naprawianie" potoku, w koncu
nawet zrobil jakis dostep, ze mozna bylo zamoczyc nogi, ale pojawila sie
zmija i wszystkich wyploszyla. No to siedzielismy na lezakach na tej lace i
obserwowalismy naszych dwoch starszych panow wczasowiczow. Wychodzili z
baraku, przechodzili przez tory, zastanawiali sie przy drodze, a my
robilismy zaklady: pojda w lewo, czy w prawo. Najwieksza atrakcja bylo
wieczorne wyjscie po mleko do samotnej Ukrainki, uzbrojeni w latarke panowie
mleko przynosili w oproznionych wczesniej pollitrowkach. Wstawialo sie je
do potoku, a ja rano i wieczorem na kuchence ze spiralka przypalalam mojemu
nieco wiecej niz rocznemu synkowi kaszke. Jedzenie musialo byc okrutne, gdyz
co rusz zglaszano skargi do wybranej rady turnusu, a nawet organizowano
walne zebrania. Jednego razu, gdy wybralismy sie objechac petle
bieszczadzka i wrocilismy juz po kolacji zastalismy turnus w rewolucyjnym
pogotowiu. Otoz ktos w kiszonej kapuscie podanej na obiad znalazl bialego
robaka, od tego robaka okazalo sie, ze juz wszyscy maja problemy zoladkowe, a
pijany kierownik na oczach wszystkich jadl owa kapuste. Dziwic sie, ze
alkohol na tych wczasach lal sie obficie, skad go mielismy, nie mam pojecia.
Ktoregos dnia maz w opustoszalym domostwie znalazl takie wnyki na ryby.
Wedkarzem to on nie byl, ale zaraz znalazl kilka kilometrow dalej jakies
glebsze zakole i teraz oprocz mleka doszla nowa atrakcja, wieczorem
jechali chlopaki zastawic sieci, nigdy nic im w nie nie nie wpadlo. Za to po
drodze znalezli pola zdziczalego chrzanu, wiec dwa ostatnie dni moj maz
poswiecil z dwoma przyjaciolmi na karczowanie owego chrzanu, (jaka to ciezka
robota!), ktory po przywiezieniu do domu przerobil na chrzan w sloikach. Czy
inni tez to zrobili, nie wiem. Mimo uzycia kwasku chrzan jednak sczernial,
nie szkodzi, przeciez chodzilo tylko o zajecie.
Wycieczki w gory tez robilismy, a jakze. Podnoza Bieszczad w tych okolicach
to chaszcze i trawy, naogol bez zadnych sciezek, nie mowiac o szlakach.
(Moze teraz jest inaczej) Nosidelek - plecakow dla dzieci jeszcze nie
znalismy, wiec probowalismy roznych sposobow. A wozkiem, przez trawy po pas
pchali na przemian panowie, przez chaszcze przenosili dwojkami wozek. Potem
skombinowalismy jakis plecak, niestety z podkurczonymi nogami synus nie
bardzo chcial w nim siedziec, no to sie go nosilo naprzemian. Odbylismy
jeszcze wycieczke ciuchcia, ktora jeszcze nie byla atrakcja turystyczna, a
takze wycieczke do tej fabryki klepek podlogowych. Och, jak wszyscy usilowali
wejsc w znajomosci z kierownictwem w sprawie tej klepki. Byl tez oczywiscie
tez wieczorek zapoznawczy i pozegnalny, gdzie najbardziej pijany byl
kierownik wczasow, nawet go rozumiem, tam naprawde mozna mozna bylo wpasc w
alkoholizm.
Jakie to byly wczasy? Najbardziej siermiezne, w siermieznym okresie
PRL.To, ze po latach wspominam je ze smiechem to nasza zasluga, a nie
wczasow.
    • mantra1 Re: naj..., naj... wakacje 28.07.06, 22:52
      Najgorsze? Najsmieszniejsze? Nie wiem, ale byly to wakacje "podsluchane" przez
      okno od kibelka, pod ktorym rajcowaly dwie baby smile) Poniewaz okno bylo otwarte,
      a mieszkam na parterze slyszalam kazde slowo opowiesci o wspanialym osrodku
      niedaleko Warszawy, skad wlasnie wrocila po rewelacyjnym urlopie corka jednej z
      rajcujacych. Warunki - bajka. Cudowne, duze i wygodne domki w lesie, kazdy z
      tarasem, lazienka, telewizorem i innymi bajerami. Jedzonko super, jak u mamy,
      piekny teren, rozne atrakcje, ceny przystepne, corka wrocila zachwycona.
      Zastrzyglam uchem, a nawet stanelam w wannie, zeby lepiej slyszec, zakonotowalam
      sobie nazwe osrodka. Byl wlasnoscia duzej panstwowej firmy "wielkoprzemyslowej",
      co, jak wowczas pomyslalam gwarantowalo solidnosc i dobry wypoczynek dla
      strudzonej klasy robotniczej oraz inteligencji pracujacej wyzszych szczebli
      zarzadzania. Wykonalam natychmiast telefon do informacji (internetu jeszcze
      wtedy nie bylo), zdobylam numer do osrodka i juz sobie przygotowalam odpowiedni
      tekst perswazyjno-wazeliniarski na wypadek, gdyby nie bylo miejsc, ale okazalo
      sie, ze miejsca sa i zaden problem. Zaklepalam i radosnie zameldowalam eksiowi,
      ze jedziemy na wywczasy. Pelni optymizmu, po niecalej godzinie jazdy
      wyladowalismy na miejscu, pobralismy klucze od domku i...no owszem, byl spory,
      ale o wyjsciu na taras nie bylo mowy, bo gdy tylko nań stapnelam klapek, w ktory
      bylam obuta doslownie przelecial mi przez sprochniala deche (taras byl na
      palach, a pod nim jakies koszmarne smietnisko, z ktorego musialam ów klapek
      wydlubac). Lazienka ze splesniala zaslona z ceraty (chyba byl to stary obrus ze
      stolowki), majacej oslaniac prysznic...obudowany chyba nigdy nie mytym i nie
      konserwowanym drewnem. Juz nie powiem, co w tym drewnie mieszkalo, chyba
      Niesiolowski mialby niezly material do badan naukowychsmile) Telewizora oczywiscie
      brak, bo sie popsul byl, ale zapraszamy do swietlicy na krzeselka. Nie zrazeni
      do konca, doszedlszy do wniosku, ze oprocz blekitnego nieba nic nam dzisiaj nie
      potrzeba (a bylo wyjatkowo blekitne tego dnia), ze do domku bedziemy wracali
      tylko sie przespac, a kapac sie mozemy w pobliskiej czystej Wkrze ruszylismy na
      obiad, zagajajac po drodze pania z personelu o okoliczne atrakcje. Pani
      wymienila jedna - sklep miesny, co lekko mnie zdziwilo. Po obiedzie juz
      wiedzialam, dlaczego i przestalam sie dziwic smile) Nastepnego dnia, a byla to
      niedziela obudzily mnie radosne okrzyki wczasujacych sie pacholat. Wielki news
      szedl od domku do domku, powtarzany w roznych, nacechowanych euforia tonacjach:
      na sniadanie jest kakao!!! smile) Zrozumialam, ze jest to lokalna atrakcja nr 2.
      Mniej atrakcyjnie sie zrobilo, gdy spojrzalam w niebo (przez okno, bo na taras
      juz nie mialam odwagi wyjsc). Bylo rowno zasnute i istnialo duze
      prawdopodobienstwo, ze nie uda nam sie spedzic calego dnia w plenerze. Kolo
      poludnia zaczelo kropic, a po obiedzie udalismy sie na obiad do najblizszej
      restauracji smile) Bylo calkiem milo, tylko troche drogo smile
      Wieczorem zaczelo lac. Pierdyklo i skonczylo sie czytanie w lozku, bo odcielo
      prund. Usnelismy ukolysani deszczem. W srodku nocy znowu pierdyklo, ale to juz
      nie byl piorun, tylko struga wody, ktora polala sie na srodek pokoju przez
      dziurawy dach. Po omacku podstawilismy miske. O spaniu juz nie bylo mowy, bo
      lalo sie rwacym potokiem i trzeba bylo wylewac, a poza tym halasowalo smile)
      Okolo 3 nad ranem, gdy juz prawie switalo pierdyklo po raz trzeci i ostatni. Tym
      razem woda zwalila sie na moje wyro wraz z kawalkiem dachu. Spakowalismy sie w
      milczeniu, wyciagnelismy z lozka pania kierowniczke, spiaca w wygodnym murowanym
      budyneczku, wdalismy sie w krotka pyskowke, bo nie chciala zwrocic kasy i...o 7
      rano polozylam sie spac do wlasnego, suchego lozka, przysiegajac sobie, ze juz
      nigdy nie bede podsluchiwac w kiblu, zebyniewiemco smile)
      Dodam tylko, ze rzecz sie miala nie za komuny, lecz juz w wolnej Polsce. Za
      komuny to ja nie mialam lazienki z oknem smile)
    • warum Re: naj..., naj... wakacje 28.07.06, 23:04
      Marynosmile Ty to masz pamiecsmile) Od razu i mnie sie przypomnialy tamte czasy, ktore
      z perspektywy lat wygladaja juz tylko na smieszne/ a to nie byl przeciez film
      Barei/.
      Naj-gorsze to byly moje jedyne wczasy dla "matki z malym dzieckiem" nad morzem,
      niedaleko Darlowa. Poczatek lipca/ 92r./, a ja trafilam na taki wygwizdow, tj
      "sztormowa pogode" /Wodniku moze byc 8-9/10?/, ze corka nie byla nad morzem
      przez 11 dni /z 13/ choc osrodek byl tylko ok.150 m od plazy, a ja nosilam przez
      wiekszosc czasu na sobie wszystkie ubrania jakie wzielam, bo przed wyjazdem u
      nas bylo juz lato!!! i zadna prognoza nie zapowiadala takich zimnych wiatrow.
      Ale mam swietne zdjecia, gdzie kilometrami cala plaza nasza /tj.pusta/, syn mi
      dzielnie towarzyszylsmile, a ile mial radosci jak na plazy znalazl zafoliowane
      jednorazowe maselko z obcojezycznym napisem, zreszta ja zalezlam /wdeptalam w
      nie/ prawdziwie "zlote okulary", ktore potem po wymianie szkiel nosila moja
      corka- to byly +/. A w drodze powrotnej autobusem zakladowym bohatersko usiadlam
      kolo cudzego dziecka, ktore zle znosilo podroz/ jego mamuska sidziala za nami z
      drugim takim samym, a wiecej miejsc nie bylo. Cala droge ciagle przystawalismy i
      wymieniala/ wyrzucala do rowu/ woreczki z "zawartoscia". Od stolicy przez
      ostatnie 3 godziny resztkami sil dzielnie walczylam z mlodosciami wywolanymi
      przez tego tego bachora,az sie gwaltownie "pozbylam zawartosci" swojego zoladka
      na parkingu zaraz jak tylko maz przejal moje dzieci .Nigdy wiecej!!smile
      Naj-lepsze ... sa wciaz przede mna! Jedne z lepszych- to moj pierwszy w zyciu
      wyjazd samodzielnie "moim" tj.b. nienowym autem "za granice" / tzn z dzieckiemsmile
      i nietech. przyjaciolka w kapeluszu/. I moja duma,ze nie tylko wszystko poszlo
      zgodnie z planem/ a przechwytywalam po drodze corke z miasteczka nad Balatonem
      i spoznilam sie zaledwie o godzine, ale dla niej byla to najdluzsza godzina w
      zyciu/,ale i ta satysfakcja, ze "samodzielnie przetarlam szlak"smilei zrobilam tym
      na kims piorunujace wrazenie, choc teraz wydaje mi sie to takie proste/no ten
      szlak!!smile/Z minusow to byla nieumiejtenosc dogadania sie jak poprosic o
      dopompowanie kola, ale jakos znalezli sie "inteligentni chetni"- za dziekuje.
      • jan.kran Re: naj..., naj... wakacje 31.07.06, 01:20
        Przeczytalam z podziwemsmile)
        Macie dziewczyny piora tzn. klawiaturysmile)
        Kran
    • framberg Re: naj..., naj... wakacje 31.07.06, 16:13
      Najlepsze:
      1. włóczęga samochodem terenowym po Polesiu
      2. włóczęga jachtem między Chorwackimi wyspami
      W obu przypadakch wspaniałe krajobrazy, nie zepsuci najadem turystów, serdeczni
      ludzie, kompletny luz.
      Moło wspominam również luzacki wypad z moją panią do Paryża - taki typowy: rano
      bagietka ze sklepu na rogu, przejazd metrem, zwiedzanie, siedzenie w knajpkach,
      po zmroku siedzenie pod łukiem La Defence i gapienie się na grę świateł tej
      dzielnicy. Ale to nie były wczasy tylko dwutygodniowy wypad.

      Chciałbym powtórzyć rajd po Podlasiu.

      Najgorsze:
      Wczasy w Rowach - Poddąbiu. Kurz, pył, do morza daleko i strasznie
      stacjonarnie, nudno.

      Chyba nie lubię tzw. wypoczynku zorganizowanego. Nudzę się. Albo źle trafiałem.
      Wolę się włóczyć.
      • warum Re: naj..., naj... wakacje 31.07.06, 16:52
        wloczysz sie tematycznie, z jakims planem czy gdzie oczy poniosa?smile
        • framberg Re: naj..., naj... wakacje 01.08.06, 14:42
          Wg zasady: tam gdzie dziko i ludzie nie zepsucie przez komercję.
          Przez dwa lata przemieszczałem się po "ścianie wschodniej" od Gołdapi po rzekę
          Wieprz (Bieszczady znam z wielu innych wypadów). To było super. W przyszłym
          roku chcę się wybrać na włóczęgę po Wielkopolsce północnej i Kujawach -
          nazwijmy to szlakiem piastowskim. Mam zgłoszenie od kolegi to będzie na dwie
          rodziny. I on i ja chcemy to połączyć z niezbyt intensywnym poszukiwaniem
          własnych "korzeni".
Pełna wersja