kalgar
23.03.03, 19:10
Przeważnie śnią mi się po nocach jakieś głupoty, ale ten sen przebił
wszystkie dotychczasowe. Oto on:
Otóż śniło mi się że jestem w budynku mojej starej podstawówki, budynek ten
pomalowany z zewnątrz był w różowe gołębie i ich olbrzymie zielonkawo-
brunatne odchody. W budynku nie było widać podłóg, albowiem wszystkie były
zasypane warstwą piasku i tworzyły swego rodzaju hałdy. Z głośników leciały
przeboje Tarkana oraz "Raindrops keep falling on my kead" ( z filmu "Butch
Cassidy i Sudnace Kid"), w powietrzu unosił się zapach smażonego schabowego i
gotowanego kalafiora. Szłam w kierunku sali biologicznej, kiedy z
matematycznej wychynęła moja obecna Pani Dyrektor, ubrana w kostium Wielkiego
Ptaka z Ulicy Sezamkowej i deklamowała wiersz, kończący się słowami:
Nakreśl to wszystko węglem,
z mych zwłok spalonych.
Uciekłam od niej czym prędzej i wbiegłam do sali biologicznej, gdzie
znajdowało się stado owiec, których perednica beczała marsyliankę. Owce
rzuciły się na mnie i już prawie by mnie zadeptały ( pamiętam, że strasznie
śmierdziały i że się bałam zarażenia wąglikiem) gdyby nie uratował mnie pan
K. już bez gipsu na nodze. Ale tak mnie wyrywał spod owiec, że urwał mi rękę,
którą to zjadły owce. Spojrzałam na miejsce gdzie jeszcze niedawno była moja
kończyna i zaczęłam wrzeszczeć. Usłyszałam sygnał karetki. Wbiegł lekarz,
który miał skrzydła, na głowie miał lejek, a w ręce trxymał łyżkę do opon,
którą mnie potraktował. Broniąc się ugryzłam go i stwierdziłam, ze ma smak
poziomek, ale nie mogłam go gryźć więcej, bo zmienil się w olbrzymiego smoka
z płetwami, wzbił się w powietrze i odleciał. Z rany na moim ramieniu ciągle
lala się krew, która wsiąkała w piasek i tworzyła surrealistyczne, ruszające
się obrazy. Widziałam tam Michela Jacksona, Georga W. Busha i Różową Panterę
i wiele innych. Wyczołgałam się z sali biologicznej i poszłam do gabinetu
dentystycznego, gdzie spotkalam Kurta Adlera, który siłą posadził mnie na
fotelu i przyczepił mi do glowy te diody od elektroencefalografu. Potem
zrobił mi lobotomię i puścił wolno. Wybiegłam na boisko szkolne, niesamowicie
się śliniąc (bo lobotomia chyba nie wyszła) i zaczęlam się tarzać w piasku.
Nagle podszedł do mnie David Copperfield ( ale nie ten magik, tylko ten
prawdziwy ksiązkowy) i zaproponował mi zostanie jego "dziecinną żoną", ale ja
się nie zgodziłam, bo nie chcialam umrzeć. Wtedy on wyjął procę i mnie zabił.
Usłyszałam tylko jeszcze "Dies Irae" Mozarta i ...się obudziłam.
Może ktoś pomoże mi ten sen wyjasnic, albo chociaż trochę przybliżyć jego
znaczenie?