Gość: wartburg
IP: *.pool.mediaWays.net
28.09.04, 16:11
Wywiad ze Zbigniewem Antoszewskim w Rzepie stawia w ciekawym świetle ojca
chrzestnego Leszka Millera i jego podopiecznych. Trudno się dziwić, że
ogarnęła go taka goebbelsowska furia po tym, jak sejm nadokazywał.... Tak,
tak, panie premierze. Pogoda się zmieniła. Struktury tracą sprężystość.
Zaczynają się sypać. Ale to to jeszcze nie koniec. Kto wie, czy nie sypnie
i Pęczak, jak go posadzą za szwedzkimi firankami?
Coś mi mówi, że afera jest rozwojowa i będzie nam dalej pączkować. Takich
pęczakopodobnych baronów Miller miał, jakby nie było, na pęczki. Teraz
biedaczek MA czego się bać. I co najgorsze, wszyscy widzą, jak bardzo się
boi….
KRÓTKA PIŁKA
Miller chronił Pęczaka do końca
ZBIGNIEW ANTOSZEWSKI
BYŁY CZŁONEK ŁÓDZKIEGO SLD, ZAŁOŻYCIEL STOWARZYSZENIA PRZECIW KORUPCJI
Prokuratura zarzuca korupcję Andrzejowi Pęczakowi, byłemu łódzkiemu baronowi
SLD, a sekretarz generalny tej partii utrzymuje, że Sojusz o niczym nie
wiedział. Pan w ubiegłym roku wypowiedział Pęczakowi wojnę, utrzymując, że
jest niegodny sprawowania funkcji wojewódzkiego lidera. Kiedy pierwszy raz
informował pan kierownictwo partii o swoich podejrzeniach wobec niego?
Leszek Miller od lat wiedział o podejrzanej działalności Andrzeja Pęczaka i
nie tylko ja rozmawiałem z nim na ten temat. W marcu 2001 roku, a więc
jeszcze przed wyborami parlamentarnymi Leszek Maliński, przewodniczący rady
nadzorczej Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska, przekazał Millerowi
obszerne pismo podpisane przez trzech działaczy SLD zasiadających w radzie
nadzorczej. Autorzy listu opisali dokładnie rolę Andrzeja Pęczaka w
aferalnych poczynaniach WFOŚ. Przewodniczący jednak przez 3 miesiące ukrywał
te informacje. Na autorów pisma wywierano presję, aby nie upubliczniali
opisanych faktów. Gdy sprawa wyszła na jaw, Miller zobowiązał ich, aby
zaprzeczali, że byli autorami pisma. Dopiero pod koniec czerwca
przewodniczący zdecydował się przekazać prokuraturze list łódzkich działaczy.
Czy ktoś jeszcze informował kierownictwo o podejrzeniach wobec Pęczaka?
Znam przynajmniej pięć osób, które oprócz mnie dzieliły się z Millerem
wątpliwościami dotyczącymi łódzkiego barona. Jednak przewodniczący z kamienną
twarzą mówił - skoro go oskarżacie, to pokażcie dowody. Żądał dowodów od
emeryta, który o czymś informował, przecież to kpina. Powiedziałem mu
wreszcie: Leszek, ty jesteś premierem, nadzorujesz służby specjalne i
policję, przyjmij do wiadomości, że to jest łobuz i znajdź dowody. Ale Miller
wyraźnie nie chciał się tym zająć. Każdy w SLD miał świadomość, że
przewodniczący kryje Pęczaka.
Przestrzegałem też Millera i Jerzego Jaskiernię, wówczas szefa Klubu SLD, aby
nie stawiali Pęczaka na czele Sejmowej Komisji ds. Kontroli Państwowej, bo
prędzej czy później wyjdą na jaw jego sprawki. Również i w tym przypadku nie
chcieli mnie słuchać. W efekcie aż do początku września Pęczak był szefem tej
komisji.
W marcu ubiegłego roku domagał się pan, aby Pęczaka pozbawić wszelkich
funkcji i usunąć z partii.
Tak i w rezultacie łódzki sąd partyjny wyrzucił mnie z SLD, choć dzięki moim
staraniom prokurator ściga teraz szeregowego posła, a nie szefa organizacji
wojewódzkiej. Krajowy sąd partyjny, do którego się odwołałem, uchylił
postanowienie o wykluczeniu mnie z Sojuszu, ale zdecydował, że zasługuję na
karę, bo ujawniłem prasie informacje o innym członku partii, bez
wcześniejszych działań wewnątrz organizacji, co akurat było nieprawdą.
Pozbawiono mnie prawa do pełnienia funkcji partyjnych na cztery lata. Wtedy
postanowiłem zawiesić swoją działalność w partii i założyłem Stowarzyszenie
Przeciw Korupcji. Powiedziałem, że wrócę do Sojuszu jak nie będzie w nim
Millera, Aleksandry Jakubowskiej i Pęczaka.
Rozmawiała Eliza Olczyk