basia.basia
03.02.05, 10:27
JESTEM, WIĘC PISZĘ
Ja, znany plagiator
Redaktor Paweł Wroński z "Gazety Wyborczej", występując wczoraj w Radio TOK FM
w obronie Lesława Maleszki, "Gazety Wyborczej" i zachowania akt SB w
najściślejszej tajemnicy, nazwał mnie plagiatorem. Dosłownie powiedział, że w
czasie, kiedy byłem korespondentem "Rzeczpospolitej" w Niemczech, trudniłem
się plagiatem i zostałem zdemaskowany po protestach gazet niemieckich.
Cała ta wypowiedź była dość typowa dla metod, jakimi "Gazeta Wyborcza" walczy
ze swoimi przeciwnikami. Po pierwsze, nigdy nie byłem korespondentem
"Rzeczpospolitej" w Niemczech. Byłem korespondentem BBC World Service w Bonn.
Z "Rzeczpospolitą" tylko współpracowałem. Po drugie, żadna niemiecka gazeta
nigdy nie zarzuciła mi plagiatu, ani nie protestowała przeciwko temu, co
pisałem. Zarzuty postawił mi redaktor naczelny "Gazety Wyborczej" Adam
Michnik. Chodziło o jeden artykuł ekonomiczny z "Frankfurter Allgemeine
Zeitung", z którego przepisałem dane statystyczne dotyczące gospodarki. Ani
autor tego artykułu, z którym rozmawiałem, ani redaktor naczelny FAZ nie
uznali tego za plagiat. Naczelny niemieckiej gazety powiedział mi, że jedynym
moim grzechem w jego oczach było to, że nie sprawdziłem, czy dane są
prawdziwe. Redaktor Michnik był wtedy jednak równie skuteczny, jak "Gazeta
Wyborcza" dziś. "Rzeczpospolita" zerwała ze mną, nie dając mi możliwości
wytłumaczenia się przed czytelnikami. Rozstanie ze mną ówczesny naczelny "Rz"
Piotr Aleksandrowicz ogłosił nie na łamach własnego dziennika, ale w "Gazecie
Wyborczej".
Natomiast mój ówczesny chlebodawca, Eugeniusz Smolar z BBC, z daleka od
autorytetów, salonów i ośrodka zarządzania narodowym sumieniem uznał, że nie
złamałem etyki zawodowej i nie ma żadnych powodów, aby dokonywać mojej
egzekucji tylko dlatego, że "Gazeta Wyborcza" wydała wyrok.
Paweł Wroński zapamiętał to wszystko inaczej. Tak, żeby mu pasowało do
potrzeb. Dzięki temu mógł polemizować nie z tym, co mówię i piszę, tylko z
tym, jaki jestem. Parę miesięcy temu inny autorytet moralny i strażnik jedynie
słusznej linii Jacek Żakowski nazwał mnie w tym samym TOK FM, z którego
wyrzucono mnie niedawno po ponadrocznej współpracy, peerelowskim
propagandzistą. Mam oczywiście pełną świadomość tego, że gdybym się trzymał
norm i granic osądu świata wyznaczonych przez "Gazetę Wyborczą", byłbym
pupilem i Wrońskiego, i Żakowskiego. A tak, jutro mogę zostać nazwany
gwałcicielem, a pojutrze masowym mordercą.
Wroński powiedział, że jest mu przykro, iż Bronisław Wildstein musiał odejść z
"Rzeczpospolitej", a plagiator Rybiński pracuje tam nadal. No to zajmijcie się
teraz na poważnie moim odejściem. Znacie przecież skuteczne sposoby. •
MACIEJ RYBIŃSKI