Dodaj do ulubionych

John Schlesinger spojrzal w ciemnosc

IP: *.pppool.de 26.07.03, 19:43



John Schlesinger nie zyje. Rezyser, o ktorym mowiono, ze jego
kamera umiala wejrzec w ciemnosc. Przez wiele lat zaliczal sie
do najwiekszych tworcow kina. Wytarczy wymienic "Nocnego Kowboja",
za ktorego dostal trzy oskary, "Sunday, Bloody, Sunday", "Dzien
szaranczy" albo "Maratonczyka. Jeszcze przed wyjazdem do Hollywood
nakrecil w Wielkiej Brytanii "Darling" i "Pania na Tomhill".
Zaliczano go wtedy do angielskich mlodych gniewnych z Tonym
Richardsonem, Karelem Reiszem i Lindsayem Andersonem. Znani
aktorzy marzyli o tym, zeby grac u niego. Przez dlugie lata
byl synonimem sukcesu artystycznego polaczonego z kasowym. W latach
osiemdziesiatych Schlesinger zaczal wytracac impet. Jego filmy
stracily pazur, powoli przestawaly sie roznic od tuzinkowych
produkcji hollywoodzkich. Juz "Yanks" z Richardem Gere o
zolnierzach amerykanskich stacjonujacych w czasie 2 wojny swiatowej
w Wielkiej Brytanii, przyniosl wielkie rozczarowanie. Na koniec
Schlesinger krecil nawet z Madonna, co zakonczylo sie czyms
w rodzaju katastrofy

Zmarl wczoraj w Palm Springs w Kaliforni w wieku 77 lat. W trzy
lata po wylewie krwi do mozgu.
Obserwuj wątek
    • Gość: b Re: John Schlesinger spojrzal w ciemnosc IP: *.biaman.pl 26.07.03, 20:28
      Hej Wartburg, to wielka przykrosc.
    • Gość: b Re: John Schlesinger spojrzal w ciemnosc IP: *.biaman.pl 26.07.03, 21:18
      "Juz "Yanks" z Richardem Gere o
      zolnierzach amerykanskich stacjonujacych w czasie 2 wojny swiatowej
      w Wielkiej Brytanii, przyniosl wielkie rozczarowanie. "


      Watrburg, to ten film, w ktorym Gere przynosil placek do swojej potencjalnej
      tesciowej?
      Przyjemnie sie to ogladalo, ale rzeczywiscie to byl taki uladzony film.
      • Gość: wartburg Schlesinger i Hollywood IP: *.pppool.de 26.07.03, 23:52
        Gość portalu: b napisał(a):

        > "Juz "Yanks" z Richardem Gere o
        > zolnierzach amerykanskich stacjonujacych w czasie 2 wojny swiatowej
        > w Wielkiej Brytanii, przyniosl wielkie rozczarowanie. "
        >
        >
        > Watrburg, to ten film, w ktorym Gere przynosil placek do swojej potencjalnej
        > tesciowej?
        > Przyjemnie sie to ogladalo, ale rzeczywiscie to byl taki uladzony film.

        Tak to ten film. Wcale nie byl taki zly, jak slusznie zauwazasz,
        ale w pamiec sie nie wzera. Ja juz od samego poczatku naszych
        rozmow forsuje teze wcale nie taka znowu oryginalna, ze cos jest
        nie tak z Hollywood, mimo ze wspaniale rzeczy tam powstawaly. Ale
        to trzeba zawsze opatrywac tym: "mimo ze".

        Hollywood niszczy nie tylko tzw. talenty, co staralem sie wykazac na
        przykladzie "Blast of Silence" Alana Barona. Takze filmowcy w pelni
        uformowani, cieszacy sie slawa i bedacy w apogeum sil tworczych,
        przegrywajaz zazwyczaj z tamtejszym systemem. Kubrick byl absolutnym
        wyjatkiem. Pisalem juz o tym.

        Schlesinger dla mnie byl zawsze "tym mistrzem". Czytalem teraz
        wywiad z nim i okazuje sie, ze juz z powodu "Sunday, Bloody, Sunday"
        w Hollywood robiono mu dzikie klopoty. Temu samemu facetowi,
        ktory rok wczesniej zdobyl trzy oskary i zbil dla nich fortune
        "Nocnym Kowbojem". Czy wiedziales, ze Twojego ulubionego filmu
        "If" Lindsaya Andersona studio, nie pamietam juz, ktore to bylo
        - "Paramount", czy "Columbia" - nie zgodzilo sie pokazywac w
        kinach?

        De facto oznaczalo to zapis cenzorski. Tylko dlatego, ze studio
        owe nie mialo niczego na festiwal w Cannes, komus rozsadnemu udalo
        sie namowic becwalow z "chef etage", zeby jednak wyslali to "If",
        ktore zdobylo potem Zlota Palme. Anderson tonal w dlugach i ta
        nagroda uratowala mu zycie.

        Nawet takiej gwiezdzie jak Schlesingerowi potrafili dobrac sie do
        skory. Na pewno nie byli zachwyceni jednym z jego moim zdaniem
        najlepszych filmow "Dniem Szaranczy", w ktorym wzial na warsztat mit
        Hollywoodu, podobnie zrszta jak to robili przed nim Richardson
        w "The Lucky One" i Wilder w "Sunset Boulevard". "Day of Locust"
        byl ekranizacja znanej powiesci Nathaniela Westa. West pietnowal
        w niej Hollywood lat trzydziestych. Pracowal tam jako
        scenarzysta. Powiesc i film byly bardzo wizjonerskie, z tym ze
        Schlesinger zrobil swoja robote duzo lepiej. Ten film nalezy do
        moich najwiekszych milosci. Widzialem go tyle razy, ze znam go
        niemal na pamiec. Na wydzialach rezyserii powinno uczyc sie zasad
        narracji filmowej na przykladzie "Dnia szaranczy". Widziales to
        moze? Z Karen Black, Williamem Athertonem, Donaldem Sutherlandem
        i Meredithem Burgessem.

        W pozniejszych latach to juz sie prawie za niego wstydzilem, ze
        takie "uladzone", jak to trafnie zauwazyles, filmy zaczal robic.
        Schlesinger byl ofiara. Tego filmu z Madonna nie chcialem nawet
        ogladac i pewnie nigdy nie obejrze.

        Pozdrawiam

        P.S.

        Za pare minut (o polnocy) na Bayerischer Rundfunk - b. dobra
        stacja telewizyjna - zaczyna sie nocny maraton filmowy Kubricka.
        "The Paths of Glory", ktory byl zakazany we Francji przez
        prawie 30 lat i dramat bokserski "The Tiger of New York" -
        jego debiut z 1955, a nie jak uprzednio blednie napisalem
        "The Killing". Mozna u Was odbierac Bayerischer Rundfunk?
        • Gość: b Re: Schlesinger i Hollywood IP: *.biaman.pl 27.07.03, 00:33
          >
          > De facto oznaczalo to zapis cenzorski. Tylko dlatego, ze studio
          > owe nie mialo niczego na festiwal w Cannes, komus rozsadnemu udalo
          > sie namowic becwalow z "chef etage", zeby jednak wyslali to "If",
          > ktore zdobylo potem Zlota Palme. Anderson tonal w dlugach i ta
          > nagroda uratowala mu zycie.

          Szalenie lubie final, kiedy McDowell i inni pruja z karabinow maszynowych
          do "kadry nauczycielskiej". To byl, kurde, rewolucjonista. Ale szczerze:
          widzialem ten film dosc dawno temu i pamietam tylko, ze z calej tryloggi
          Andersona podobal mi sie najbardziej. Oczywiscie, pamietam kilka innych scen.


          To samo z "Day of Locust" - bylem za maly i za glupi, kiedy to obejrzalem, a
          potem jakos nie mialem okazji. najwyzszy czas przenosic sie do Warszawy, bo
          mimo ze mają tam takie marne kluby jak Polonia czy Legia, to przynajkniej
          latwiej bedzie nadrabiac potezne zaleglosci kinowe.

          "Sunset Boulevard" pamietam znacznie lepiej i to prawda, ze to wielki film.
          Najbardziej poruszajaca dla mnie jest scena, kiedy Gloria Swanson decyduje sie
          wyjsc, po zamordowaniu Holdena (jakze ja go moglrem kiedys pomylic z
          Pappardem?), dopiero gdy von Stroheim, jej maz i sluga zarazem, wydaje
          komende: "krecimy" czy jakos tak... Oczywiscie, pamietasz to.


          By the way, Holden najznakomitszy byl w "Dzikiej bandzie" - to taki film dla
          Kataryny, jak wreszcie zrozumie, ze westerny trzeba znac. Ja tym filmem jestem
          zachwycony, a zwlaszcza finalowa sekwencja, kiedy po nocy w burdelu Holden mowi
          do kumpli: "idziemy", Warren Oats (ulubiony aktor Peckinpaha) odpowiada: "Why
          not?" i w piatke bez slowa KROCZA na spotkanie z cala armia meksykanska i po to
          przede wszystkim, by bronic swojego honoru. Oni tak ida, ze az dech w piersiach
          zapiera...
          Pierwsza sekwencja napadu na bank rowniez wysmienita, z Eisensteinowskim
          montazem atrakcji i narastajacym napieciem..

          Tego filmu z Madonna nie chcialem nawet
          > ogladac i pewnie nigdy nie obejrze.

          Dzis pokazali kilka ujec w tv i pomyslalem, ze chetnie to zobacze, ale nie ze
          wzgledu na te ujecia, tylko na Schlesingera. Z drugiej strony wzdrygam sie
          przed ogladaniem tej kiczowatej Madonny..


          > Za pare minut (o polnocy) na Bayerischer Rundfunk - b. dobra
          > stacja telewizyjna - zaczyna sie nocny maraton filmowy Kubricka.
          > "The Paths of Glory", ktory byl zakazany we Francji przez
          > prawie 30 lat i dramat bokserski "The Tiger of New York" -
          > jego debiut z 1955, a nie jak uprzednio blednie napisalem
          > "The Killing". Mozna u Was odbierac Bayerischer Rundfunk?
          >

          U mnie tego nie ma, ale nawet gdyby bylo, to ja niewiele bym pojal. Co innego
          VIP, VIP zna niemiecki i moglby tlumaczyc, ale bedzie tu dopiero za dwa dni (a
          wtedy to naprawde juz szlaban :)).
          Serwus!
          b.

        • Gość: b Deadman IP: *.biaman.pl 27.07.03, 00:55
          Gość portalu: wartburg napisał(a):
          Za pare minut (o polnocy) na Bayerischer Rundfunk - b. dobra
          stacja telewizyjna - zaczyna sie nocny maraton filmowy Kubricka.
          "The Paths of Glory", ktory byl zakazany we Francji przez
          prawie 30 lat i dramat bokserski "The Tiger of New York" -
          jego debiut z 1955, a nie jak uprzednio blednie napisalem
          "The Killing".


          No to dzisiaj sobie nie pogadamy. Ja to bym sobie maraton filmow Kurosawy
          urzadzil. Na ten przyklad.
          Historii z "If" nie znalem.
          Pare razy zahaczalem Cie o tego Jarmusha - ciekaw jestem, czy to w Niemczech
          jakos "chodzilo"? Oprocz - najlepszego moim zdaniem - "Stranger than Paradise",
          nakrecil np. bardzo dziwny western-niewestern z Johny Deppem i Johnem Hurtem:
          Deadman". Widziales moze?

          • Gość: wartburg Jarmush IP: *.pppool.de 27.07.03, 01:11
            Gość portalu: b napisał(a):

            > Gość portalu: wartburg napisał(a):
            > Za pare minut (o polnocy) na Bayerischer Rundfunk - b. dobra
            > stacja telewizyjna - zaczyna sie nocny maraton filmowy Kubricka.
            > "The Paths of Glory", ktory byl zakazany we Francji przez
            > prawie 30 lat i dramat bokserski "The Tiger of New York" -
            > jego debiut z 1955, a nie jak uprzednio blednie napisalem
            > "The Killing".
            >
            >
            > No to dzisiaj sobie nie pogadamy. Ja to bym sobie maraton filmow Kurosawy
            > urzadzil. Na ten przyklad.
            > Historii z "If" nie znalem.
            > Pare razy zahaczalem Cie o tego Jarmusha - ciekaw jestem, czy to w Niemczech
            > jakos "chodzilo"? Oprocz - najlepszego moim zdaniem - "Stranger than
            Paradise",
            >
            > nakrecil np. bardzo dziwny western-niewestern z Johny Deppem i Johnem Hurtem:
            > Deadman". Widziales moze?

            Pewnie sobie nie pogadamy. Bo "The Paths of Glory", choc niechetnie,
            to jeszcze moge sobie odpuscic. Widzialem ten film juz pare razy.
            Natomiast nie widzialem jeszcze "The Tiger of New York", debiutu
            Kubricka o bokserze, ktory nie wygral an jednej walki i zakochal sie
            w dziewczynie gangstera. To wlasnie z nim musi stoczyc swoja
            najwazniejsza walke. Emisja zaczyna sie dokladnie za 20 minut!

            Jarmusha oczywiscie znam. Mial swietny debiut, ktory go kosztowal
            30 tysiecy dolarow, "The Passenger" bodajze sie nazywal, ale moge
            sie mylic. Opowiesc squattersa Z Nowego Jorku ze znakomitym monologiem
            od razu na poczatku, kiedy mowi, ze wszyscy ludzie, jakich spotkal w
            zyciu nie roznili sie od pokojow, w ktorych mieszkali i z ktorych
            zawsze uciekal. Jarmush jest znany w Niemczech. Zreszta wiekszosc
            swoich filmow nakrecil za pieniadze 2-go programu niemieckiej
            telewizji ZDF, ktory jeszcze do nie dawna wspieral takie antykino.

            Pozdrawiam

            P.S.

            A ten film, o ktory pytasz, nazywal sie... O psiakrew, chcialem
            napisac "Dead Man Walking", ale to byla zupelnie inna historia,
            chociaz sam juz nie wiem. Musze to sprawdzic. Ale film
            widzialem.
            • Gość: b Dead Man Walking IP: *.biaman.pl 27.07.03, 01:57
              > > nakrecil np. bardzo dziwny western-niewestern z Johny Deppem i Johnem Hurt
              > em:
              > > Deadman". Widziales moze?
              >
              > A ten film, o ktory pytasz, nazywal sie... O psiakrew, chcialem
              > napisac "Dead Man Walking", ale to byla zupelnie inna historia,
              > chociaz sam juz nie wiem. Musze to sprawdzic. Ale film
              > widzialem.

              I'm pretty sure it is "Deadman" , ew. "Dead Man". Po polsku to
              zrobili "Truposz".
              "Dead Man Walking" to oczywiscie piosenka Bruce'a Springsteena, ktora spiewal
              w "Filadelfii". Nawiasem mowiac, nie jestem milosniekim takiego kina (no bo coz
              to za problem, ze czlowieka wyrzucaja z pracy za AIDS! przy problemie, jakim
              jest choroba sama), ale muzyki - jak najbardziej!
            • Gość: b THE VISITORS IP: *.biaman.pl 27.07.03, 02:07
              Natomiast nie widzialem jeszcze "The Tiger of New York", debiutu
              Kubricka o bokserze, ktory nie wygral an jednej walki i zakochal sie
              w dziewczynie gangstera. To wlasnie z nim musi stoczyc swoja
              najwazniejsza walke. Emisja zaczyna sie dokladnie za 20 minut!

              OPOWIESZ o tym filmie?

              Jarmusha oczywiscie znam. Mial swietny debiut, ktory go kosztowal
              30 tysiecy dolarow, "The Passenger" bodajze sie nazywal, ale moge
              sie mylic.

              To tak jak z "Goscmi" Kazana (kurcze, czyi inni mieliby byc?) - za psie
              pieniadze i w willi rezysera, jesli sie nie myle. Ja po obejrzeniu tego filmu
              nie moglem sie ruszyc zmiejsca przez kilkadziesiat sekund.
              • Gość: wartburg Paths Of Glory IP: *.pppool.de 27.07.03, 13:23
                Gość portalu: b napisał(a):

                > Natomiast nie widzialem jeszcze "The Tiger of New York", debiutu
                > Kubricka o bokserze, ktory nie wygral an jednej walki i zakochal sie
                > w dziewczynie gangstera. To wlasnie z nim musi stoczyc swoja
                > najwazniejsza walke. Emisja zaczyna sie dokladnie za 20 minut!
                >
                > OPOWIESZ o tym filmie?
                >
                > Jarmusha oczywiscie znam. Mial swietny debiut, ktory go kosztowal
                > 30 tysiecy dolarow, "The Passenger" bodajze sie nazywal, ale moge
                > sie mylic.
                >
                > To tak jak z "Goscmi" Kazana (kurcze, czyi inni mieliby byc?) - za psie
                > pieniadze i w willi rezysera, jesli sie nie myle. Ja po obejrzeniu tego filmu
                > nie moglem sie ruszyc zmiejsca przez kilkadziesiat sekund.

                Musze skorygowac samego siebie. Ten debiut Jarmusha nazywal
                sie "Permanent Vacation". Zrobilem z tego "Passengera", bo
                mi sie ten temat tak kojarzyl. Bohater filmu jest przez caly
                czas jakby poza swiatem, w ktorym jest. Jarmush okresili to
                mianem "niekonczacych sie wakacji", a mnie wyszedl z tego
                "pasazer" :) A ten drugi film nazywal sie "Dead Man". Jarmush
                nakrecil jeszcze jeden z pieciu epizodow do "Night on Earth", ale
                teraz chcialem o czyms innym... Acha, i jeszcze jedno. Film,
                ktory opatrzylem tytulem "The Tiger of New York" w oryginale
                angielskim nazywal sie "Killer's Kiss" (ja oczywiscie
                przetlumaczylem to sobie z niemieckiego, az mi wstyd).

                "Killer's Kiss" byl, jak mozna bylo oczekiwac, znakomity.
                Kubrick w wieku 25 lat byl juz absolutnym zawodowcem. Przypomina
                mi sie angegdota, prawdziwa zreszta, zwiazana z jego nastepnym
                filmem "The Killing", ktory byl juz finansowany przez jedno
                ze studiow hollywoodzkich. "Killer's Kiss" zrobiony za
                pieniadze pozyczone pod zastaw praktyki lekarskiej ojca, byl
                tak dobry i reakcje krytyki tak entuzjastyczne, ze Hollywood
                zainteresowal sie mlodym talentem.

                Dali mu jednego z trzech najlepszych operatorow w Stanach.
                Mlody Kubrick byl bardzo zamkniety w sobie. Pierwszego dnia
                produkcji przyszedl na plan i wytlumaczyl starszemu koledze w trzech
                zdaniach, jak zamierza nakrecic scene, po czym zniknal. Miala
                to byc jazda kamera posuwajaca sie rownolegle do faceta, ktory
                wchodzil do jakiegos pomieszczenia. Kubrick chcial to nakrecic
                obiektywem prawie szerokokatnym i przy duzym zblizeniu do
                twarzy wchodzacego. Bylo to technicznie dosc skomplikowane
                i slynny operator, ktory z gory popatrywal na debiutanta,
                wzial normalny obiektyw, a szyny, po ktorych miala jechac
                kamera, kazal ustawic dalej.

                Debiutant natychmiast to zauwazyl. "Dlaczego wziales normalny
                obiektyw?", zapytal. Operator wzruszyl ramionami. Patrzac mu
                prosto w oczy powiedzial, ze efekt i tak bedzie ten sam. Scena
                ta rozgrywala sie na oczach calej ekipy. Kubrick wiedzial
                wszystko o fotografii. Zanim zaczal robic filmy, pracowal
                przez kilka lat jako fotoreporter dla najlepszych gazet.
                Jego zdjecie, ktore zrobil w wieku lat siedemnastu, trafilo
                na okladke "Life" magazine. Wysluchal operatora, po czym
                zadzwonil do producenta i poprosil, zeby dali mu kogos innego.
                Oczywiscie racja byla po jego stronie. Sposob, w jaki chcial
                to nakrecic operator, splycilby glebie ostrosci. Poza tym
                swiatlo byloby zupelnie inne. Nie wiem, czy Kubrick tlumaczyl
                to producentowi. Nie wydaje mi sie. Wystarczylo chyba, ze
                sie postawil. Operator musial dac za wygrana i juz do konca
                produkcji nie sprzeciwil sie debiutantowi. Granice zostaly
                wytyczone i role rozdane. Od samego poczatku swojej kariery
                Kubrick konsekwentnie nie dopuszczal, aby ktos mieszal sie
                do jego filmow. Pewnie takze dlatego wywalczyl sobie taka
                niezaleznosc.

                A wczoraj jeszcze przed emisja "Killer's Kiss" udalo mi sie
                zobaczy koncowke "The Paths of Glory". Na pewno to widziales.
                Ta scena we frontowej gospodzie gdzies w Alzacji. Oberzysta
                wypycha przed kobiety zglodnialy tlum francuskich zolnierzy
                mloda niemiecka dziewczyne, ktora ma ich zabawic piosenka.
                Zolnierze gwizdza, przescigaja sie w sprosnych aluzjach, bija
                sie po udach, a dziewczyna trzesie sie ze strachu. W koncu
                jednak zaczyna spiewac. Z poczatku niepewnie, przebijajac sie
                przez ogolna wrzawe i halas, spiewa prosciutenka niemiecka
                piosenke o chlopaku, ktory dowiedzal sie, ze jego "Herzliebchen"
                jest chora, czy umierajaca (nie wylapalem tego) i natychmiast
                porzuca swoj "Hab und Gut" (dobytek i zagrode), aby ratowac
                ukochana. Juz w samej melodii tej piosenki jest cos tak
                rozdzierajacego, cos, co sie nie moze dobrze skonczyc, ze nagle
                w tej oberzy robi sie cicho jak makiem zasial. Kamera jezdzi
                po naraz spowaznialych twarzach zolnierzy. Niektorzy z nich
                placza. Inni podchwytuja melodie. Nie rozumieja moze slow,
                ale jednak rozumieja. Robi sie przerazliwie smutno.

                Na dziedzincu koszarowym widac Kirka Douglasa, do ktorego
                dolatuja strzepy tej juz w mieszyczasie choralnie spiewanej
                melodii o "Herzliebchen" i jej ukochanym. Jego twarz tezeje.
                Przyspiesza kroku i po wojskowemu wchodzi do jakiegos
                budynku. Koniec filmu. W dalszym ciagu najlepszego filmu
                antywojennego w historii kina.

                A z ta dziewczyna, ktora spiewala te piosenke w koncowym
                epizodzie "The Paths of Glory", Kubrick pozniej sie ozenil.
                Susanne byla corka czolowego rezysera filmowego III Rzeszy
                Veita Harlana, ktorego po wojnie objeto zakazem robienia
                filmow. Ponoc do konca zycia Harlan nie mogl sobie poradzic
                z kariera swojego ziecia, wschodnioeuropejskiego Zyda.

                Pozdrawiam

                P.S.

                "Goscie" Kazana to byla jedna z moich pierwszych wielkich
                fascynacji kinem. Do dzisiaj pamietam ten filw w kazdym
                szczegole.
                • Gość: bratek SMOKE SIGNALS IP: *.biaman.pl 27.07.03, 13:31
                  Thanks. Nie znalem tego filmu, musze poznac!
                  Fajnie by bylo (tak z innej beczki), zebys zobaczyl "Smoke Signals", kiedys to
                  rekomendowalem bardzo. Znasz moze powiesci czy opowiadania Shermana Alexiego?
                  Ostrosc spojrzenia i ironia jak u naszego Pilcha. Przy tym duzo sie mozna
                  dowiedziec o Indianach i Ameryce.
                • Gość: bratek ... IP: *.biaman.pl 27.07.03, 13:34
                  no i nie rozumiem, dlaczego poprzednio wyszlo mi "zmiejsca" - naprawde zaczynam
                  podejrzewac Admina o ingerencje i celowe zlosliwosci, zeby sobie moi koledzy
                  pomysleli, ze ja nie znam ortografii.
    • Gość: Tomasz "Mlodzi gniewni" umierają w wieku 77 lat... IP: *.ibch.poznan.pl 26.07.03, 21:26
      Poza tym zbyt dlugi pobyt w Hollywood mu zaszkodzil.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka