Gość: hydy IP: *.kwbturow.com.pl 10.12.03, 11:19 tylko dwa lata w zawieszeniu? groteska. Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
Gość: Cezary Prokurator: 2 lata w zawieszeniu dla Kiszczaka IP: *.dialup.tiscali.it 10.12.03, 11:22 Tylko dwa lata i to w zawieszeniu za smierc 9 ludzi!!!!! Widzocznie w Polsce ludzie sa rowni i rowniejsi. Przeciez ten wyrok uderza w poczucie sprawiedliwosci i elementarnego rozsadku. Pozostaje miec nadzieje, ze przeminie ta ponura epoka. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: piotrowski Re: Prokurator: 2 lata w zawieszeniu dla Kiszczak IP: *.niva.no 10.12.03, 11:37 Teraz ku..wa Czesiek uwazaj i nie strzelaj do gornikow przez 5 lat ku..wa. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: x Teraz nikt już nie będzie do górników strzelał, IP: 66.98.130.* 10.12.03, 11:49 bo ich prawie nie będzie. Cieszcie się górnicy z wyroku na Kiszczaka, bo ten głupol strzelał do tych, którzy przyczynili się do znikniecia polskiego górnictwa. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Tomson [...] IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.12.03, 21:09 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Lex Kisczak powinien dawno dostac dozywocie, a Michnik IP: *.asm.bellsouth.net 10.12.03, 11:58 Kisczak powinien dawno dostac dozywocie, a Michnik wyrok w zawieszeniu za wybielanie KIszczak za przestepcza dzilalnosc w okresie stanu wojennego. Powinien siedziec e jednej celi z Urbanem i Jaruzelskim. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: mk odebrac im prawa obywatelskie - zadnego glosowania IP: *.twcny.rr.com 10.12.03, 19:02 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Tom Re: Prokurator: 2 lata w zawieszeniu dla Kiszczak IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.12.03, 12:15 Bardzo tanio wychodzi to komunistyczne strzelanie do ludzi. No, ale teraz przez 5 lat nie będzie mógł nikogo zabić! Toż to zoologiczny antykomunizm i represjonowanie zasłużonego towarzysza! Krwiożerczy kapitalizm pokazał prawdziwe, nieludzkie oblicze, pozbawiając towarzysza Kiszczaka ulubionej rozrywki i możliwości samorealizacji. A tak poważnie, to wstyd mi za 3 Rzeczpospolitą- za to, co teraz myślą rodziny zamordowanych, zresztą, nie tylko w tej sprawie. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: @@@ Powinien dostać dożywocie za niewywiązanie się z IP: 66.98.130.* 10.12.03, 12:26 zadania ochrony polskiego przemysłu a w tym górnictwa przed sabotażową działalnościa "Solidarnosci", przyczynieniem się tym do bezprecedensowej nędzy ponad 60% społeczeństwa w kraju, utratą suwerenności nieporównywalnej nawet z okresem zaborów. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Alek Re: Prokurator: 2 lata w zawieszeniu dla Kiszczak IP: *.cc.telcordia.com 10.12.03, 13:35 2 lata? Kpia sobie chyba z ludzi? Takim powinno sie zalozyc petle na szyje! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Jacek 2 lata w zawieszeniu to skandal! IP: 81.210.19.* 10.12.03, 13:38 Jak mozna za rozkaz zabojstwa wnosic o kare w zawieszeniu? Panie prokuratorze wątpie czy będzie Pan mógł spojrzeć w oczy rodzinom zabitych górników! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: demokrata Re: 2 lata w zawieszeniu to skandal! IP: *.gorzow.mm.pl 10.12.03, 14:01 Rzeczywiście skandal! Tyle dostaje się za kradziez portfela z 300 zł, czyli życie jednego górnika jest warte ok. 30 zł (nawet nie srebrników!) Jeżeli jest winien śmierci górników, powinien siedzieć długo i szcześliwie. Jeżeli nie, to po co ta farsa? Odpowiedz Link Zgłoś
doro6 8 lat więzienia za groźbę użycia granatu 10.12.03, 14:58 www1.gazeta.pl/wyborcza/1,34513,1818218.html Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Rynio odznaczych debila orderem IP: *.look.ca 10.12.03, 15:20 Jaja sobie robia z ludzi ale mam nadzieje ze Polacy jescze bede mieli swoja Ojczyzne nie jak teraz ze na stolku siedzi anty- polak ale jest Polakow w Polsce berdzoduzo to wezma kosy bede odcinac glowy debila. Odpowiedz Link Zgłoś
kataryna.kataryna Re: Prokurator: 2 lata w zawieszeniu dla Kiszczak 10.12.03, 16:06 A co na to Michnik? Cieszy się, że "człowiekowi honoru" nic się nie stanie, czy smuci, że nie będzie uniewinnienia? Prokurator uzasadniał w radio, że trzeba uwzględnić późniejsze zasługi Kiszczaka dla demokracji i kraju. Łatwo przychodzi usprawiedliwienie zbrodni. Współczuję rodzinom górników, że akurat w okolicy rocznicy. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: romek948 Czeo oczekujesz od Michnik przyjaciela zbrodniarzy IP: *.rybnet.pl / *.rybnet.pl 10.12.03, 18:06 Jaruzelskiego, Kiszczka i innych im podobnych, Przeciez oni strzelali tylko do Polakow to czym ma sie przejmowac. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Janek W. Czapa, tylko czapa... IP: *.chello.pl 10.12.03, 16:48 ... dla towarzysza Kiszczaka. No i jeszcze dla Jaruzelskiego, żeby dać dowód, iż żyjemy w państwie praworządnym. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: dwapotrzy Re: Prokurator: 2 lata w zawieszeniu dla Kiszczak IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.12.03, 16:59 Kpina, już dawno powinien smażyć się na krześle, "człowiek honoru"... szlag by to trafił! Michnik - wstydź się! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: romek948 Kto i kiedy odpowie za morderstwo w 1970. IP: 213.77.79.* 10.12.03, 17:28 Jaruzelski wyslal wojsko by strzelalo do bezbronnych robotnikow. A jezeli to nie on to powinien byl sie poddac do dymisji odrazu, a tak jest zbrodniarzem. Ale o tym nie pisze jego przyjaciel Michnik. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Kuba Re: Prokurator: 2 lata w zawieszeniu dla Kiszczak IP: *.netia1.piekary.net 10.12.03, 17:58 Adolf Hitler dostałby w tym sądzie 6 miesięcy w zawieszeniu. Kompletny brak dowodów. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Marian-obywatel Taki wyrok hańbi niezalezny wymiar sprawiedliwosc IP: *.internetdsl.tpnet.pl 10.12.03, 20:45 jesli słowo niezależny ma własciwe znaczenie. Generał Kiszczak jest odpowiedzialny za smierć górników popierajacych przemiany ustrojowe w Polsce. Wyrok w tym procesie powinien być przestrogą dla innych sprawujących wladzę w kraju i zupełnie nie liczacych sie ze zdaniem społeczeństwa. Ten wyrok nie jest żadną przestrogą ,jest wyrazem ideowego zwiazku między partią rządzącą aktualnie a partią Kiszczaka. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: mpnu Re: Prokurator: 2 lata w zawieszeniu dla Kiszczak IP: *.proxy.aol.com 10.12.03, 20:54 Tylko szubienica jest dla komucha Kiszczaka!!!! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Jagnieszka Kiszczak ma rację. IP: *.aster.pl / 10.71.4.* 10.12.03, 23:56 Nie ma związku. Tak uważam. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Marian Re: Kiszczak ma rację.? IP: *.gdynia.mm.pl 11.12.03, 00:02 Gość portalu: Jagnieszka napisał(a): > Nie ma związku. Tak uważam. A mogłabyś swoje twierdzenie uzasadnić? Odpowiedz Link Zgłoś
basia.basia Re: Kiszczak ma rację.? 11.12.03, 00:10 Gość portalu: Marian napisał(a): > Gość portalu: Jagnieszka napisał(a): > > > Nie ma związku. Tak uważam. > > > A mogłabyś swoje twierdzenie uzasadnić? Proszę o to samo. W jakim celu w tym właśnie momencie przypomniał im o tym uprawnieniu? Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Nie ma związku ? Tak uważasz ? 11.12.03, 00:18 Stan wojenny został wprowadzony w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. (z soboty na niedzielę) dekretem Rady Państwa na podstawie art. 33, ust. 2 Konstytucji PRL, który stanowił: „Rada Państwa może wprowadzić stan wojenny na części lub na całym terytorium Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, jeżeli wymaga tego wzgląd na obronność lub bezpieczeństwo państwa. Z tych samych powodów Rada Państwa może ogłosić częściową lub powszechną mobilizację.” Dekret został przyjęty wbrew prawu. Trwała sesja Sejmu, a Konstytucja nie zezwalała na wydawanie dekretów w czasie trwania sesji sejmu (art. 31, ust. 1): „W okresach między sesjami Sejmu Rada Państwa wydaje dekrety z mocą ustawy. Rada Państwa przedstawia dekrety Sejmowi na najbliższej sesji do zatwierdzenia.” Wprowadzenia stanu wojennego zażądała Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego (WRON) pod przewodnictwem gen. Wojciecha Jaruzelskiego (gen Kiszczak wchodzil w sklad WRON). Powstanie WRON i dekret o stanie wojennym zatwierdziło 13 z 14 członków Rady Państwa, której przewodniczył Henryk Jabłoński. Przeciwko był tylko jeden członek Rady Państwa - Ryszard Reiff. Rada Państwa przyjęła dekret we wczesnych godzinach rannych 13 grudnia, gdy postanowienia stanu wojennego były już realizowane, stając się tym samym marionetką w rękach wojskowej junty beret Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: MARIAN Jagnieszka palnęła głupstwo i teraz się wstydzi! IP: *.gdynia.mm.pl 11.12.03, 00:22 Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Grudzień 1981 - tak było 11.12.03, 00:24 Grudzień 1981 - tak było Dwunastego grudnia 1981 r. o godzinie 16.00 komendant wojewódzki MO w Katowicach płk Jerzy Gruba otrzymuje specjalny rozkaz - otworzyć kopertę z hasłem "W". W kilka sekund później siły porządkowe są w pełnej gotowości do działań. W nocy z 12 na 13 grudnia do tysięcy mieszkań wkracza Służba Bezpieczeństwa wspierana przez uzbrojonych milicjantów. Zapełniają się więzienne cele i przygotowane specjalnie dla członków NSZZ "Solidarność" ośrodki odosobnienia. Przerwana zostaje łączność telefoniczna. Opancerzone wozy blokują drogi. O godzinie 6.00 przemawia generał armii Wojciech Jaruzelski, przewodniczący Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, która powołała się poza konstytucyjnie i przejęła pełnię władzy w kraju. Telewizja i radio ciągle nadają długą listę nakazów i zakazów. Wprowadzono zakaz strajków i zgromadzeń. Ograniczono swobodę podróżowania. Wprowadzono godzinę policyjną. Do zmilitaryzowanych zakładów pracy wkroczyli komisarze wojskowi. Tak rozpoczęła się wojna WRON-y z narodem. Nie groziła nam wówczas żadna obca interwencja, choć Jaruzelski kilkakrotnie o nią zabiegał w Moskwie. Dekret o stanie wojennym był nielegalny i sprzeczny z konstytucją. Członkowie Rady Państwa podpisywali w ową pamiętną noc dokumenty, których w ogóle nie znali. Inni złożyli podpisy w kilka dni później we własnym domu. Oficjalnie dekret o stanie wojennym ukazał się dopiero 18 grudnia 1981 r. w Dzienniku Ustaw. Nie mógł on stanowić żadnej podstawy prawnej, usprawiedliwiać jakiejkolwiek decyzji. Dotyczy to również tajnego szyfrogramu szefa MSW Czesława Kiszczaka, który podpisany 12 grudnia o godz. 11.00 już o 16.00 dotarł do wszystkich komend wojewódzkich MO. To właśnie z przyzwolenia na otwarcie ognia do załóg strajkujących zakładów pracy, zawartego w tym szyfrogramie, skorzystali ci, którzy zastrzelili i zranili górników śląskich kopalń. Pierwszą reakcją na wprowadzenie stanu wojennego był szok. Ludzie pytali: z kim ta wojna? Kiedy zaczęli sobie uświadamiać, co się stało, postanowili sprzeciwić się bezprawiu. Bronili własnego honoru i godności. Decyzja mogła być tylko jedna - strajk! Nie przelękli się gróźb, więzienia, demonstracji siły. Domagali się odwołania stanu wojennego, wypuszczenia z więzień kolegów, przywrócenia "Solidarności". Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret KWK "Manifest Lipcowy" 11.12.03, 00:25 KWK "Manifest Lipcowy" 1. W kopalni "Manifest Lipcowy" w Jastrzębiu Zdroju wszystko zaczęło się 14 grudnia 81 r. Strajk wybuchł spontanicznie. Pamiętano jeszcze ten dzień, gdy podpisywano Porozumienia Jastrzębskie. Teraz górnicy wiedzieli, że znów zostali oszukani przez komunistyczne władze. Na wiecu mówiono o stanie wojennym, o internowanych, więzionych i bitych, o przetrzymywanych przez kilkanaście godzin na mrozie związkowcach. Pouczono, jak zachowywać się w trakcie strajku. Przedstawiciele dyrekcji i wojska kilkakrotnie informowali załogę o konsekwencjach, jakie grożą za protest w stanie wojennym, ale górnicy odpowiadali hymnem narodowym i zapewnieniem, że "Manifest Lipcowy" się nie podda. Blokada informacyjna spowodowała, że strajkujący nie wiedzieli, co dzieje się w kraju. łącznicy, którzy przybywali z innych zakładów, opowiadali o brutalnych pacyfikacjach, dlatego górnicy z "Manifestu Lipcowego" przystąpili do budowania barykad z lutni górniczych i wagoników. Jedną z nich ustawili na bramie głównej. Tylko przejście obok niej nie było zabarykadowane, aby każdy kto chce, mógł opuścić kopalnię. Górnicy z niego nie skorzystali. Postanowili zostać na terenie zakładu. 15 grudnia siły milicyjne i wojsko brutalnie odblokowały kopalnie: "Moszczenica" i "Jastrzębie", a następnie udały się do KWK "Manifest Lipcowy". Do górników z "Manifestu Lipcowego" nie dopuszczano już nawet kapłanów z posługą duszpasterską. Około godziny 11.00 milicja i wojsko zgrupowały się w pobliżu kopalni. W okolicach bramy głównej stanęła wołga, w której przebywał dowodzący akcją płk Kazimierz Wilczyński. Obok, w samochodzie marki "Star", zlokalizowano ruchome stanowisko dowodzenia. O godz. 11.15 wezwano górników do zaprzestania strajku i opuszczenia kopalni. Strajkujący odpowiedzieli hymnem narodowym. Czołg zaczął rozbijać barykadę na bramie głównej. Milicja ostrzeliwała górników środkami chemicznymi, do działań wprowadzono armatkę wodną. Po sforsowaniu bramy na teren kopalni wtargnęły potężne siły ZOMO. Rozpoczęło się obrzucanie gazami łzawiącymi, petardami. Początkowo górnicy odrzucali je z powrotem, ale po kilku minutach teren był już tak zadymiony, że niektórzy zaczęli się dusić. W stronę milicji poleciało jeszcze kilka kamieni. Natarcie oddziałów zwartych zaczęło się jednak załamywać. W tym samym czasie przez przejście osobowe i bramę główną wbiegło kilkunastu funkcjonariuszy Plutonu Specjalnego ZOMO. Ubrani w ciemne, obcisłe mundury i żółte kaski, mieli przy sobie tylko broń automatyczną. Pluton Specjalny dwukrotnie ustawiał się naprzeciw górników i po kilku sekundach wycofywał. Za trzecim razem zza stojącego w poprzek placu czołgu rozległa się kanonada strzałów. Pluton Specjalny zaczął strzelać z pozycji półklęczącej do górników. Ktoś krzyknął, by położyć się na ziemi, bo strzelają. Po tym ataku, gdy górnicy zaczęli się wycofywać, na ziemi zostało czterech rannych. Strzelano ostrą amunicją. Rannych górników zaprowadzono do punktu sanitarnego, potem zabrały ich karetki pogotowia. Jednak pierwsze strzały padły jeszcze przed wejściem na teren kopalni. Kilku członków Plutonu Specjalnego strzelało do górników przez okno budynku wartowni. Strażnika, który ich nie chciał wpuścić zomowcy brutalnie pobili i zawlekli do milicyjnej suki. Został potem aresztowany. Po strzałach oddanych do górników trwała jeszcze przepychanka na placu przed cechownią. Górnicy zaczęli się cofać w głąb kopalni, a na jej teren weszły wzmocnione siły milicji, wspomagane armatkami wodnymi. Posuwały się za czołgiem drogą wewnątrzzakładową. Dotarły aż do miejsca, gdzie górnicy schowali się za barykadą. Tu po raz trzeci Pluton Specjalny użył broni, strzelając w przeszklone przejście między budynkami łaźni, którym uciekała część strajkujących. Do większych starć między ZOMO a strajkującymi już nie dochodziło. Obie strony zdawały sobie sprawę z tego, że za chwilę do kopalni przybędzie kolejna zmiana górników. Dyrektor zaapelował o zakończenie strajku. Mówił, że już są ofiary, że może dojść do jeszcze większej tragedii. To samo mówił dowodzącemu akcją. Doszło do rokowań. Dyrektor dostał zapewnienie, że górnicy będą mogli bezpiecznie opuścić kopalnię w ciągu 10 minut. Strajk zakończył się. Około 13.00, górnicy z "Manifestu Lipcowego" opuszczali kopalnię, idąc między szpalerami ZOMO. W pacyfikacji KWK "Manifest Lipcowy" brały udział: 3 kompanie ZOMO, 3 kompanie ROMO, 4 kompanie ORMO, 2 kompanie KW MO, 30 czołgów, 15 wozów opancerzonych BWP, 4 armatki wodne. Do tej akcji skierowano też 15 członków Plutonu Specjalnego ZOMO. Według oficjalnych danych w kopalni "Manifest Lipcowy" od zomowskich kul zostało rannych czterech górników. Wystrzelano tam 57 ostrych nabojów. Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret KWK "Wujek" 11.12.03, 00:26 KWK "Wujek" 2. W kopalni "Wujek" w Katowicach, o tym, że "coś się dzieje", górnicy dowiedzieli się już w nocy z 12 na 13 grudnia, kiedy milicja i służba bezpieczeństwa aresztowały ówczesnego przewodniczącego zakładowej Solidarności Jana Ludwiczaka. Ludwiczak zdążył zadzwonić do kolegów na kopalnię. Kilku z nich natychmiast pobiegło do jego mieszkania. Zostali poturbowani przez zomowców. Gdy wrócili pobici na kopalnię, o aresztowaniu i o tym, co zaszło, dowiedziała się już cała nocna zmiana. Górnicy przerwali pracę i zażądali natychmiastowego uwolnienia przewodniczącego. Atmosfera była napięta. Wczesnym rankiem 13 grudnia kilku górników udało się do parafii św. Michała, aby opowiedzieć ks. Henrykowi Bolczykowi, co się stało i poprosić go o odprawienie na terenie kopalni niedzielnej mszy św. Tuż przed nabożeństwem górnicy dowiedzieli się o stanie wojennym z radia. Msza odprawiona przez ks. Bolczyka i wygłoszone przez niego kazanie uspokoiły trochę wzburzonych górników. Tego dnia wszyscy rozeszli się do domów. 14 grudnia pierwsza zmiana zadecydowała o tym, że będzie kontynuować strajk. Do górników przemawiał dyrektor kopalni, informując ich o stanie wojennym. Strajkujący wybrali swych przedstawicieli do rozmów z dyrektorem i komisarzem wojskowym. Kiedy delegacja wróciła do załogi i poinformowała, że zwolnienie Ludwiczaka nie jest możliwe oraz powtórzyła rozmowę z przedstawicielami wojska, górnicy postanowili kontynuować strajk. Na masówce sformułowano postulaty strajkowe: zwolnienie wszystkich internowanych, zniesienie stanu wojennego i realizacja Porozumień Jastrzębskich. Do strajku dołączyła druga zmiana. Podjęto prace organizacyjne, wyznaczono straż robotniczą, wybrano delegatów oddziałowych oraz niezbędną grupę pracowników do prac zabezpieczających. O godzinie 18.00 ks. Bolczyk po raz drugi poproszony przez górników odprawił mszę. Wzięło w niej udział tyle osób, że komunikaty musiały być dzielone na ćwiartki. Tego dnia po raz pierwszy pojawił się fałszywy alarm o nadjeżdżających siłach milicji. Przez całą noc górnicy niespokojnie nasłuchiwali. 15 grudnia budowano barykady. Na nastroje miały wpływ informacje o brutalnych pacyfikacjach innych zakładów, m.in. o kopalni "Staszic", gdzie po pacyfikacji milicja sprawiła "jatkę" w hotelu robotniczym. Tego dnia górnicy udali się do ks. Bolczyka, ale z uwagi na ogromne napięcie poprosili go, by tylko odmówił z nimi różaniec. Modlitwa przerwana została dramatycznym okrzykiem: "jadą!". Po chwili okazało się, że był to fałszywy alarm. Górnicy poprosili księdza o absolucję generalną. 16 grudnia o godz. 10.00 rano do załogi kopalni przyszedł dyrektor wraz z przedstawicielami wojska. Wojskowi zażądali opuszczenia kopalni, grożąc, że w przeciwnym razie zostanie odblokowana siłą. Strajkujący odpowiedzieli hymnem, pieśnią "Boże coś Polskę". Wówczas też jeden z górników powiedział, że jeśli wejdzie wojsko, to opuszczą kopalnię, ale jeśli milicja - będą się bronić. Płk Piotr Gębka usiłował wmówić górnikom, że są ostatnim zakładem, który strajkuje, że cała Polska już pracuje normalnie, ale oni wiedzieli, że jest to kłamstwo. Płk Gębka dał im godzinę na opuszczenie zakładu. Ale i to nie zostało dotrzymane. Po rozprawieniu się, przy użyciu armatek wodnych i gazu łzawiącego, z tłumem, głównie kobiet i dzieci, przed kopalnią - czołgi ruszyły do sforsowania muru. Była godzina 10.53. Zaczęto ostrzeliwać kopalnię środkami chemicznymi, górników polewano wodą z armatek. Wyłomami, zrobionymi przez czołgi, na teren kopalni zaczęły wchodzić oddziały milicji. Nadleciał helikopter, z którego zrzucano gazy łzawiące. Górnicy odrzucali granaty łzawiące, rzucali kamieniami. Zomowcy posuwali się w głąb kopalni i cofali. Około 11.30 dowodzący akcją płk Wilczyński polecił wykonanie kolejnego wyłomu w murze. Czołg wjechał w magazyn farb i rozpuszczalników i na chwilę utknął w miejscu. Wkrótce przesunął się do przodu, a przez wyrwę zaczęły wchodzić kolejne oddziały zomowców. W pewnym momencie w rejonie bramy kolejowej górnicy zaczęli mieć przewagę nad atakującymi. Udało im się wyprzeć z kopalni oddziały milicji. Trzech zawodowych funkcjonariuszy MO: kapitana Alfreda Wiewiórowskiego, porucznika Jerzego Kryskę i starszego sierżanta Stanisława Radzińskiego, którzy nie zdążyli uciec, wzięto jako zakładników. W siedzibie Komitetu Strajkowego jeńcom opatrzono rany, dano herbatę. Górnicy przeliczyli też amunicję w broni Wiewiórowskiego i Radzińskiego. Oni nie strzelali. Tymczasem na placu przed kotłownią trwały walki. W powietrzu latały kamienie, śruby, petardy, świece dymne, granaty łzawiące. Pękały górnicze kaski i zomowskie tarcze. Teren kopalni całkowicie pokrywały chmury gazów. Nad głowami warczał helikopter. Wyły silniki czołgów. W punkcie sanitarnym było już wielu górników zatrutych środkami chemicznymi i rannych od petard. Oddziały ZOMO posuwały się za czołgami, jednak skuteczna obrona górników zmuszała je do wycofywania się. Dowodzący akcją zadecydował o kolejnym natarciu. Czołg ruszył. W tym czasie członkowie Plutonu Specjalnego przeskoczyli przez płot na teren kopalni. W chwilę potem rozległy się strzały z broni automatycznej. Na placu przed kotłownią padli pierwsi ranni i zabici górnicy. O 12.31 płk Wilczyński pytał o zgodę na użycie broni. Domagali się tego dowódcy oddziałów. O 13.02 poinformował podwładnych: "Przerwać ogień". Kiedy strajkujący zorientowali się, że są wśród nich zabici i ranni, zadzwonili do dyrektora kopalni i poinformowali, że chcą rozmawiać z wojskiem. O godzinie 14.00, do strajkujących ponownie przyjechali pułkownik Gębka i komisarz wojskowy zjednoczenia pułkownik Wacław Rymkiewicz. Wraz z dyrektorem kopalni poszli do górników, którzy przedstawili im warunki zakończenia strajku: odwołanie stanu wojennego, uwolnienie Ludwiczaka, wycofanie ZOMO, podanie do publicznej wiadomości, że są ranni i zabici, podanie nazwiska dowodzącego akcją. Płk Gębka oświadczył, że żądania te nie zostaną spełnione. Górnicy zaprowadzili wojskowych do stacji ratownictwa, gdzie leżeli zabici. Wydano im również broń zatrzymanych milicjantów. Około 17.00 górnicy zaczęli zbierać się na placu, aby zdecydować o dalszych losach strajku. Po godzinie ustalono, że wydadzą zakładników. W zamian za to, będą mogli swobodnie opuścić kopalnię. Przy ścianie kotłowni, w miejscu gdzie zginęli górnicy, ustawiono krzyż, który wyniesiono ze stacji ratownictwa po zabraniu ciał zabitych. O 19.00 strajkujący opuścili kopalnię. ZOMO wycofało się. Wcześniej jednak zatrzymano karetki pogotowia, wyciągano rannych, zrywano bandaże. Uznanego za przywódcę strajku Stanisława Płatka, zawieziono do szpitala MSW. Stamtąd trafił do więzienia. Bito też personel medyczny pomagający rannym. Do walk z górnikami w kopalni "Wujek" skierowano 6 kompanii ZOMO, 4 kompanie ROMO, 1 kompanię NOMO, 1 kompanię KW MO, 6 kompanii piechoty, 6 plutonów czołgów, kompanię rozpoznania, 17 członków Plutonu Specjalnego ZOMO. W akcji brało udział 7 armatek wodnych, helikopter, około 55 wozów BWP i kilkadziesiąt czołgów. Na miejscu zginęło od kul 6 górników. Siódmy zmarł w kilka godzin po operacji. Dwóch następnych zmarło w styczniu Ő82, nie odzyskując przytomności. Wystrzelano ponad 150 nabojów. Mordercy strzelali z odległości 20, 30 i więcej metrów. Trafiali w ważne dla życia miejsca ciała: głowę, brzuch, klatkę piersiową. Strzelali nawet w plecy. Pierwsze śledztwo w sprawie użycia broni prowadziła Prokuratura Garnizonowa w Gliwicach. Wojskowi prokuratorzy przesłuchiwali i zastraszali rannych, rekwirowali wyjęte z ich ciał pociski. Zacierali ślady, zamiast je zabezpieczyć. śledztwo w sprawie użycia broni przez członków Plutonu Specjalnego zostało umorzone w styczniu `82 r., gdyż - jak uznał prokurator Prokuratury Garnizonowej w Gliwicach porucznik Janusz Brol - "użyli oni broni w obronie kon Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret W KWK "Wujek" zginęli: 11.12.03, 00:27 W KWK "Wujek" zginęli: JÓZEF CZEKALSKI - lat 48, żonaty, 17-letnia córka. Kula trafiła go prosto w serce. Mieszkał w bloku, którego okna wychodziły na kopalnię. Żona widziała to, co działo się 16 XII 81 r. Gdy po ustaniu walk wyszła z domu, usłyszała jak dwaj górnicy, wskazując na jej okna, powiedzieli: "tam gdzie się świeci, też zginął". Pod pierwszym prześcieradłem, które odkryła w stacji ratownictwa leżał jej mąż... KRZYSZTOF GIZA - lat 24, kawaler. Przyjechał do pracy z Zamojszczyzny. Pochodził z wielodzietnej rodziny, matka wychowywała ich sama, ojciec nie żył. Najpierw trafiono go w rękę. Gdy po opatrunku wrócił do kolegów strzał był celniejszy. Kula, rozrywając tętnicę, przeszyła szyję. RYSZARD GZIK - lat 35, żonaty. Osierocił 11-letnią córkę. Rana postrzałowa głowy. Kula przeszła uszami. Żona czekała na niego całą noc. Rano w kopalni kazali jechać jej do szpitala w Ligockie. Dotarła tam akurat w momencie, gdy ciało jej męża poddawane było sekcji zwłok... BOGUSŁAW KOPCZAK - lat 28. Wraz z żoną i półtoraroczną córeczką mieszkał w pobliżu kopalni. śmiertelna kula, która roztrzaskała wątrobę, przeszła na wylot przez brzuch. ZENON ZAJĄC - lat 22, kawaler. Pochodził z poznańskiego. Miał pięcioro rodzeństwa. Był młodym, wesołym chłopakiem. Wkrótce miał się żenić. Dostał prosto w klatkę piersiową. Kula uszkodziła płuca i aortę. ZBIGNIEW WILK - lat 30, żonaty. Osierocił dwoje małych dzieci. Syn miał 3 lata, córka 5. Żona dowiedziała się o jego śmierci na drugi dzień... Morderca strzelił z tyłu... Zbigniew Wilk miał w plecach trzy kule... ANDRZEJ PEŁKA - najmłodszy, zaledwie 19-letni chłopak. Zmarł w kilka godzin po przewiezieniu do szpitala, szepcząc: "mamusiu, ratuj". Mieszkał w Niedośpielinie. Rodzina opowiadała, że trafiono go trzema kulami: w pierś, w krtań i w głowę. Był okradziony. Plecy miał sine... jakby pobite... JAN STAWISIŃSKI - lat 21, kawaler. Przyjechał z Koszalina. Miał schorowanego ojca i dwie młodsze siostry. Wysoki, wysportowany. Strzelono mu w głowę. Najpierw zawieziono go do szpitala w Szopienicach. Po kilku dniach matka odnalazła go w szpitalu w Ochojcu. Zatrudniła się jako salowa, by być przy nim. Zmarł 24 stycznia 1982 r., nie odzyskując przytomności. JOACHIM GNIDA - lat 28, żonaty. Osierocił 2-letnią córkę. Kula wleciała w okolicę skroni, uszkodziła podstawę czaszki i płaty skroniowe. Walczył o życie do 2 I 1982 r. Zmarł, nie odzyskując przytomności. Żona nie mogła tu żyć. Wyjechała z córką do Niemiec. W KWK "Wujek" i "Manifest Lipcowy" wielu górników postrzelono. Większość zrobiono kalekami na całe życie: 1) STANISŁAW PŁATEK - rana postrzałowa ramienia 2) TADEUSZ PIECYK - rana postrzałowa miednicy 3) WIESŁAW ŁOBIEŃ - rany postrzałowe ramienia i pośladka 4) JERZY BRZEZIŃSKI - rany postrzałowe klatki piersiowej i twarzy 5) ROMAN CZERNIK - rana postrzałowa ramienia 6) BERNARD BIAŁAS - rany postrzałowe brzucha, przedramienia i nogi 7) PIOTR BABRAKOWSKI - rany postrzałowe obu ud 8) WŁADYSŁAW KOŚCIELNIAK - rana postrzałowa nogi 9) MIROSŁAW BRONISZ - rana postrzałowa głowy 10) STANISŁAW NADOLNY - rana postrzałowa brzucha 11) BOGDAN DOLNY - rana postrzałowa podudzia 12) MARIAN GIERMUZIŃSKI - rana postrzałowa klatki piersiowej 13) HENRYK PIKOS - rana postrzałowa ręki 14) ZYGMUNT SZKOŁA - rana postrzałowa klatki piersiowej 15) ZBIGNIEW SZAFRANIEC - rana postrzałowa ramienia 16) HENRYK KWOL - rana postrzałowa ramienia 17) JÓZEF MIKOŚ - rany postrzałowe twarzy i obojczyka 18) JÓZEF ŻMUDA - rana postrzałowa łopatki 19) WŁADYSŁAW WÓJCIK - rana postrzałowa kolana 20) ZBIGNIEW WÓJCIK - rana postrzałowa ręki 21) JAN FUTYMA - rana postrzałowa ręki 22) BOGUSŁAW TOMASZEWSKI - rana postrzałowa klatki piersiowej. Kula spustoszyła lewe płuco, śledzionę i wątrobę. Utkwiła 1,5 cm od serca. Nim dostał, zdążył zobaczyć i zapamiętać twarz strzelającego. 23) ZDZISŁAW KRASZEWSKI - rana postrzałowa kolana 24) FRANCISZEK GĄSIOROWSKI - rana postrzałowa barku 25) CZESŁAW KŁOSEK - rana postrzałowa szyi z wlotem w podbródku. Kula do dziś tkwi w kręgosłupie szyjnym. Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Dziesięć lat później 11.12.03, 00:28 Dziesięć lat później 8 października 1991 r. Prokuratura Wojewódzka w Katowicach wszczęła na wniosek Nadzwyczajnej Komisji Sejmowej ds. Badań Działalności MSW postępowanie w sprawie pacyfikacji kopalń "Manifest Lipcowy" i "Wujek" w pierwszych dniach stanu wojennego. W grudniu 1992 r. do Sądu Wojewódzkiego w Katowicach wpłynął akt oskarżenia przeciwko 24 osobom. Najwyższego rangą, generała Czesława Kiszczaka, ówczesnego szefa MSW, oskarżono o to, że wydając tajny szyfrogram, w którym zezwalał na użycie broni wobec strajkujących załóg, "sprowadził powszechne niebezpieczeństwo dla ludzkiego życia i zdrowia", a tym samym przyczynił się do śmierci dziewięciu górników KWK "Wujek" i zranienia kilkudziesięciu innych, w tym również w KWK "Manifest Lipcowy" (art. 140 kk par. 1, który przewidywał karę od 2 do 10 lat pozbawienia wolności). Trzem oskarżonym: byłemu zastępcy komendanta wojewódzkiego MO płk. Marianowi Okrutnemu, dowódcy ZOMO płk. Kazimierzowi Wilczyńskiemu oraz szefowi Plutonu Specjalnego Romualdowi Cieślakowi zarzucono "sprawstwo kierownicze zbrodnią zabójstwa" (art. 16 kk w zw. z art. 148 par. 1 kk, za co groziło od 8 lat więzienia do kary śmierci włącznie). Dwudziestu członków Plutonu Specjalnego ZOMO oskarżono z art. 158 par. 2 i 3 oraz art. 159 kk w zw. z art. 10 par. 2, tj. o udział w bójce z użyciem broni palnej, następstwem której było ciężkie uszkodzenie ciała lub śmierć. Do rozpoznania sprawy wyznaczono trybunał w składzie: sędzia Ewa Krukowska (przewodnicząca Składu Sędziowskiego), sędzia Marcela Faska-Jagła, sędzia Jacek Myśliwiec (sędzia dodatkowy). Jako ławnicy zasiedli: Jerzy Konopka, Gerard Gromnica, Gerard Kocot, Jadwiga Czech, Krystyna Małek oraz Stefan Lis. Stronę oskarżenia reprezentowali prokuratorzy: Zbigniew Zięba i Jacek Łańcuta, wspomagani przez pełnomocników oskarżycieli posiłkowych: mec. Leszka Piotrowskiego i mec. Janusza Margasińskiego. W roli pełnomocników oskarżycieli posiłkowych reprezentujących Komisję Zakładową NSZZ "Solidarność" wystąpili: mec. Marian Szweda, mec. Jolanta Zajdel-Sarnowicz oraz Anna Dembek. Rozpoczął się kilkuletni bój o prawdę, prawo i sprawiedliwość. Lista oskarżonych o pacyfikację kopalni "Manifest Lipcowy" i "Wujek" 15-16 grudnia 1981 r. 1. Gen. Czesław Kiszczak; ur. 19.10.1925 r., były szef MSW 2. Kazimierz Wilczyński; ur. 2.02.1930 r., były dowódca ZOMO (art. 16 kk w zw. z art. 148 par. 1 kk - obaj wyłączeni do odrębnego postępowania ze względu na stan zdrowia) 3. Marian Okrutny; ur. 17.10.1939 r., były z-ca kom. wojew. MO 4. Romuald Cieślak; ur. 20.09.1947 r., były szef Plutonu Specjalnego ZOMO (obaj art. 16 kk w z w. z art. 148 par. 1) 5. Lech Nowak; ur. 14.03.1954 r. 6. Tadeusz Tinel; ur. 26.03.1957 r. 7. Leszek Grygorowicz; ur. 22.06.1956 r. 8. Teopold Wojtysiak; ur. 18.05.1956 r. (członkowie Plutonu Specjalnego ZOMO uczestniczący w pacyfikacji KWK "Manifest Lipcowy" - art. 158 par. 2 kk i 159 kk w zw. z art. 10 par. 2) 9. Maciej Szulc; ur. 21.07.1953 r. 10. Grzegorz Włodarczyk; ur. 10.01.1959 r. 11. Dariusz Ślusarek; ur. 19.04.1952 r. 12. Antoni Nycz; ur. 3.07.1953 r. 13. Henryk Huber; ur. 20.02.1956 r. 14. Zbigniew Wróbel; ur. 26.05.1954 r. 15. Józef Rak; ur. 24.02.1954 r. 16. Grzegorz Berdyn; ur. 23.04.1954 r. 17. Ryszard Gaik; ur. 12.02.1954 r. 18. Andrzej Bilewicz; ur. 16.05.1957 r. (członkowie Plutonu Specjalnego ZOMO uczestniczący w pacyfikacji KWK "Manifest Lipcowy" i "Wujek" - art. 158 par. 2 i 159 kk w zw. z art. 10 par. 2 oraz art. 158 par. 3 kk i 159 w zw. z art. 10 par. 2) 19. Marek Majdak; ur. 29.12.1957 r. 20. Edward Ratajczyk; ur. 9.01.1954 r. 21. Bonifacy Warecki; ur. 27.08.1953 r. 22. Grzegorz Furtak; ur. 23.04.1956 r. 23. Krzysztof Jasiński; ur. 15.10.1958 r. 24. Andrzej Rau; ur. 16.08.1952 r. (członkowie Plutonu Specjalnego ZOMO uczestniczący w pacyfikacji KWK "Wujek" - art. 158 par. 3 kk i 159 kk w zw. z art. 10 par. 2) Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Część pierwsza - Katowice 11.12.03, 00:28 Część pierwsza - Katowice Budujcie pomniki, ale dalej wara! Kiedy 10 marca 1993 r. rozpoczynał się proces oskarżonych o pacyfikację kopalni "Manifest Lipcowy" i "Wujek" w grudniu `81, gmach Sądu Wojewódzkiego w Katowicach przypominał pilnie strzeżoną fortecę. Wzdłuż ulicy stały radiowozy, a wokół budynku było aż niebiesko od policyjnych mundurów. Do sądu można było wejść tylko za okazaniem specjalnej przepustki. Już na progu rośli, uzbrojeni po zęby członkowie brygady antyterrorystycznej sprawdzali każdą osobę i jej bagaż wykrywaczami metalu. Rozpinano kurtki i płaszcze, a zawartość torebek i teczek lądowała na ustawionym w drzwiach stoliku. Aby dojść do sali 316, trzeba było pokonać kilka takich "punktów kontrolnych". Stojący w odstępie zaledwie kilku metrów policjanci dokładnie sprawdzali dokumenty i przepustkę. Na korytarzu i na sali rozpraw panowała przejmująca cisza. Wreszcie w asyście policji weszło 23 mężczyzn. Niektórzy niewysocy, niektórzy jeszcze młodzi - z włosami do ramion, jeszcze inni z wyraźną już nadwagą, w niczym nie przypominali stereotypu o jakimś szczególnym wyglądzie ZOMO-wców z Plutonu Specjalnego. Prawie wszyscy zakrywali twarze ciemnymi okularami. I chociaż wchodząc jeszcze się śmiali, jeszcze głośno rozmawiali, to widok przepełnionej, a przecież największej, sali Sądu Wojewódzkiego w Katowicach powoli gasił kpiące uśmieszki oskarżonych. Po kilkunastu latach stanęli twarzą w twarz ci, którzy strzelali, i ci, do których strzelano. Wtedy też pojawiły się dramatyczne pytania: czy wreszcie dowiemy się prawdy? Czy na ławie zasiedli wszyscy winni? Czy zbrodnia zostanie ukarana? - Nie chodzi o zemstę. Nie o to, by ich zamknąć. Żeby chociaż wyrazili skruchę - powiedział jeden z uczestników tragicznych wydarzeń z grudnia 1981 r. Skandal wybuchł już pierwszego dnia. Na sali rozpraw nie stawił się Czesław Kiszczak. Jego obrońca mec. Janusz Niemcewicz przedstawił sądowi zaświadczenie lekarskie podpisane przez prof. Jacka Żochowskiego, z którego wynikało, że jego klient "nie powinien uczestniczyć w procesie przez 4 miesiące". Mec. J. Niemcewicz wystąpił z wnioskiem o wyłączenie Kiszczaka do odrębnego postępowania. Na to absolutnie nie zgodzili się pełnomocnicy oskarżycieli posiłkowych. - Nie możemy dopuścić, by tego oskarżonego wyłączono ze sprawy - mówił mec. Leszek Piotrowski. - Gdyby nie jego szyfrogram, to być może pozostali nie siedzieliby dziś na tej ławie. Leszek Piotrowski wraz z drugim pełnomocnikiem Januszem Margasińskim zwrócili się do sądu, by Czesława Kiszczaka przebadali biegli kardiolodzy ze Śląskiej Akademii Medycznej. Jednak sąd nie zgodził się na to. Nieobecność Kiszczaka zbulwersowała również górników. - On musi tu przyjechać - mówił na korytarzu ze łzami w oczach jeden z poszkodowanych. - Sami będziemy go dowozili. Choćbyśmy mieli przez całą drogę z Warszawy do Katowic pchać wózek inwalidzki. Niestety, Kiszczak w Sądzie Wojewódzkim w Katowicach nie zjawił się ani razu. W lutym 1994 r. zapadła decyzja o wyłączeniu jego sprawy do odrębnego postępowania i przekazaniu jej do Warszawy. Od samego początku obrońcy oskarżonych próbowali przewlekać postępowanie. Już pierwszego dnia procesu wnioskowali o zwrócenie akt prokuraturze celem uzupełnienia. Wtedy też mec. Marek Barczyk, broniący na zlecenie NSZZ Policjantów Komendy Wojewódzkiej w Katowicach 14 oskarżonych, domagał się uniemożliwienia uczestniczenia w rozprawach dziennikarzom. Problem nieobecności Kiszczaka nie był jedynym, z którym sąd nie potrafił czy też nie chciał sobie poradzić. Ciągłe odraczanie rozpraw, powodowane różnymi wnioskami obrońców, oczekiwaniami na opinie lekarskie, sprawiło, że dopiero w siedem miesięcy od rozpoczęcia procesu prokuratorowi udało się odczytać akt oskarżenia. Tymczasem na sali rozpraw wśród oskarżonych zaczęło panować już pełne rozluźnienie. Poznikały w większości czarne okulary. Pojawiła się buta, bezczelne i uważne przyglądanie się uczestnikom procesu. Niektórzy oskarżeni, szeroko ziewając, demonstracyjnie pokazywali, jak bardzo są znudzeni tym, co się dzieje. Inni ironicznie się uśmiechali. Na przerwach, w kuluarach coraz częściej można było usłyszeć złośliwe uwagi, a nawet pogróżki. W końcu jeden z nich powiedział wprost: - Palcie znicze, budujcie pomniki, nawet kręćcie o tym film, ale dalej - wara! Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Ślusarek denuncjuje Mastalerza 11.12.03, 00:29 Ślusarek denuncjuje Mastalerza Dariusz Ślusarek powiedział, że już 12 grudnia w godzinach popołudniowych otrzymał kopertę alarmową, by zgłosić się w ZOMO. Tego samego dnia wieczorem wraz z grupą członków Plutonu "osłaniał" funkcjonariuszy internujących ówczesnego przewodniczącego KZ NSZZ "Solidarność" KWK "Wujek" Jana Ludwiczaka, ale nie pamiętał, czy byli to funkcjonariusze MO czy SB. - 15 grudnia ogłoszono alarm. Z magazynu pobrałem broń i inny sprzęt. Nie wiem, czy ktoś wydał rozkaz co zabrać - powiedział. Dariusz Ślusarek oświadczył, że zabrał karabin Pm-63 ładownicą, ale nie pamiętał, ile zabrał magazynków. Miał też miotacz gazu i skrzynkę granatów nasadkowych. O tym, że jest w Jastrzębiu, zorientował się już pod kopalnią. - Drogą radiową otrzymaliśmy rozkaz opuszczenia pojazdów, ale nie wiem, kto go wydał. Wynikało z niego, że mamy wejść na teren kopalni - powiedział Ślusarek. - Po wejściu Plutonu Specjalnego na teren kopalni górnicy zaczęli uciekać. Potem przerodziło się to w panikę do tego stopnia, że to my musieliśmy ich powstrzymywać, żeby się nie zatratowali. Mimo powagi sytuacji, słowa te wywołały śmiech i dezaprobatę wśród przysłuchujących się jego zeznaniom. Przed kopalnią "Manifest Lipcowy" otrzymali kolejny rozkaz opuszczenia wozów. Dariusz Ślusarek zmienił w tym momencie swoje zeznania. W śledztwie prowadzonym w 1982 roku przez Prokuraturę Garnizonową przyznał się do użycia broni, podobno tylko ze względu na solidarność z kolegami. Teraz powiedział, że w rzeczywistości nie wyjął broni, gdyż uniemożliwiła mu to skrzynka z granatami. Słyszał strzały, ale nie potrafi powiedzieć, kto strzelał i z jakiej broni. Nie pamięta, kiedy dowiedział się o rannych i jak wyglądało składanie broni. Nazajutrz znów ogłoszono alarm. Dariusz Ślusarek oświadczył, że zabrał ze sobą taki sprzęt jak poprzedniego dnia, oprócz skrzynki z granatami. Na terenie kopalni "Wujek" posuwali się luźno w zwartej grupie. Po przejściu barykady z kamieni dotarli do łaźni. W tym czasie przemieszali się z oddziałami BCP. W pewnym momencie, gdy funkcjonariusze BCP zaczęli uciekać, doszło do zamieszania. Dariusz Ślusarek wyjął broń i oddał strzały ostrzegawcze. - Jestem przekonany, że nie mogłem nikogo zabić ani zranić, gdyż strzelałem pod kątem mniej więcej 75 stopni. Uważam, że nikt z nas nie wiedział, że są ofiary śmiertelne, dopóki nie przyszedł jakiś funkcjonariusz i powiedział, że jest sześciu zabitych. Nie komentowaliśmy tej informacji - powiedział oskarżony Dariusz Ślusarek. Oświadczył również, że nikt z dowódców nie rozmawiał z członkami Plutonu Specjalnego na ten temat. W raporcie o zużyciu amunicji podał przypadkową ilość wystrzelanych nabojów. Nie mógł jej dokładnie ustalić, ponieważ zacięła mu się broń. - Nikt z nas nie mógł odmówić wykonania rozkazu wejścia na teren kopalni - twierdził oskarżony. - Nikt też nie przypuszczał, że konsekwencje tych działań będą tylko nam przypisane. Wtedy wszyscy funkcjonariusze milicji mieli broń, niektórzy również Pm-63. Uzbrojona była także kadra wojskowa. Dariusz Ślusarek wspomniał również o wydzielonej z Plutonu kilkuosobowej "grupie śmigłowcowej", która podczas akcji na "Wujku" miała inne wyznaczone zadania. Nie wiedział, kto wydawał rozkazy, ponieważ podawane były przez radiostację i niemożliwe było rozpoznanie głosu. Na kopalni "Wujek" sam podjął decyzję o użyciu broni. Strzelał - jak to określił - "zgodnie z obowiązującymi zasadami", zaś na "Manifeście Lipcowym" w ogóle broni nie użył. - Miałem świadomość, że są ofiary, byłem pewien, że ktoś z Plutonu użył broni i dlatego, by tego kogoś odciążyć, wziąłem na siebie część odpowiedzialności. Teraz czuję się zwolniony z tej solidarności, ponieważ ze składanych przez moich kolegów wyjaśnień wynika, że na "Manifeście Lipcowym" nikt z nich broni nie użył - tłumaczył Ślusarek. Dodał, że napisany przez niego raport o użyciu broni był wynikiem sugestii przesłuchującego go prokuratora wojskowego. W pewnym momencie zeznania Ślusarka zabrzmiały sensacyjnie. - Jestem zaszokowany tym, że rzekomo nikt nie słyszał o grupie specjalnej płk. Perka. Wszyscy o tym wiedzą, a nabrali wody w usta - powiedział oskarżony. Następnie oświadczył, że grupa ta składała się z około 30-40 wybranych funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, wyposażonych w taką samą broń jak Pluton Specjalny, działających jednak w ubraniach cywilnych. Nie była to grupa etatowa, jej członkowie pracowali w swoich wydziałach. Spotykali się jedynie w czasie akcji czy szkoleń. Założona została w 1980 roku, w momencie powstania "Solidarności", a specjalizowała się w różnych akcjach prowokacyjnych, m.in. rozrzucaniu fałszywych ulotek czy wchodzeniu w tłum na manifestacjach. - Kiedyś zapytałem, na czym polega ich praca. Odpowiedzieli, że na "umilaniu życia członkom "Solidarności" wyższego szczebla" - mówił Dariusz Ślusarek. Podczas akcji w "Manifeście Lipcowym" i w "Wujku" nie widział nikogo z tej grupy, ale gdy spotkali się po kilku miesiącach, jeden z nich powiedział: "Byliśmy tam, gdzie wy 16 grudnia i byliśmy tak samo uzbrojeni". Zdaniem Ślusarka, z wypowiedzi tej jednoznacznie wynikało, że "ludzie Perka" brali udział w pacyfikacji kopalni "Wujek". Dariusz Ślusarek określił, że grupa ta "wkładała więcej serca" w swoją pracę, jej członkowie byli "psychicznie inaczej do tych działań nastawieni". - W Plutonie Specjalnym byliśmy szkoleni po to, by rozbrajać terrorystów czy niebezpiecznych bandytów. Nikt z nas nie był na tyle ideologicznie ogłupiały, by wykonać rozkaz: "Idź i zabij!", zaś z rozmów z SB wynikało, że zdolni są do wszystkiego - powiedział oskarżony. Nie potrafił jednak udzielić bliższych informacji na temat "grupy Perka". Znał z widzenia kilku jej członków, ale nie znał ich nazwisk. Była to grupa utajniona, posługująca się pseudonimami, np. "Głąb", "Głupek", "Żaba". Zdaniem oskarżonego została rozwiązana w roku 1984 lub 1985. Dariusz Ślusarek skonkretyzował swoje zeznania, gdy pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych zarzucił oskarżonym dążenie do przewlekania procesu: - W związku z tym, że zarzucono nam dążenie do przedawnienia sprawy, postaram się ją przyspieszyć - powiedział Ślusarek. - Chciałbym uzupełnić swoje wyjaśnienia o konkretne dane jednego z członków grupy Perka i oświadczam, że był nim obecny komendant wojewódzki policji w Katowicach, Ryszard Mastalerz. Wszyscy wiedzieliśmy o tym, ale z uwagi na to, że niektórzy pracują w resorcie, nie chcieliśmy do tej pory tego ujawniać. Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Reszta jest milczeniem? 11.12.03, 00:30 Reszta jest milczeniem? Większość oskarżonych odmówiła składania wyjaśnień i odpowiedzi na pytania sądu i stron. Protokoły ze śledztwa, odczytywane przez sąd, nie wniosły żadnych nowych elementów do sprawy. Oskarżony Nowak, mimo iż był nieformalnym szefem plutonu odpowiedzialnym za sprzęt i to jemu podlegał magazyn zbrojeniowy, stwierdził w swoim zeznaniu, że o sporządzonym wykazie amunicji nie ma w ogóle pojęcia. - Poszedłem do milicji, bo chciałem się uczyć - tak rozpoczynały się, ku zdumieniu publiczności, odczytywane przez Sąd zeznania Leszka Grygorowicza. Oskarżony z dumą opowiadał o wszystkich szkoleniach, jakie przeszedł w Plutonie Specjalnym, jak również o tym, że był szefem 4. drużyny tzw. szkoleniowej i to on decydował, kto zostanie przyjęty do Plutonu. Mniej miał do powiedzenia jeśli chodzi o akcję na "Manifeście Lipcowym" i "Wujku", choć wówczas był w Plutonie strzelcem wyborowym. - Nie widziałem i nie słyszałem, by ktoś strzelał. Sam nawet nie wyciągnąłem broni z kabury - zeznawał. - W akcji na "Wujku" nie brałem udziału, bo na ochotnika zgłosiłem się do grupy śmigłowcowej. Myślałem, że będziemy mieli do wykonania jakieś ważne zadanie, ale niestety w ogóle nie wystartowaliśmy. Grzegorz Furtak w swoich zeznaniach stwierdził m.in., że użycie broni miało na celu ostrzeżenie górników i przekonanie ich, że "strzelają nie na żarty". On sam - jak twierdzi - strzelał oczywiście ponad głowami górników. Rozkazu, by strzelać, nie słyszał. Potwierdził to, co mówili wcześniej zeznający współoskarżeni, że nikt nie zapisywał i nikt nie sprawdzał, kto czyją broń bierze. On, jadąc na akcję, zabrał "pierwszą z brzegu" i jest przekonany, że inni też nie mieli swojej broni. O tym, że są zabici, dowiedział się dopiero od prokuratora. Uważa, że akcja przeprowadzona była źle. Jego zdaniem można ją było przeprowadzić jak na "Staszicu" - desantem z powietrza. Oskarżony Zbigniew Wróbel nie pamiętał w akcjach na jakich kopalniach brał udział. Alarm ogłaszał zawsze dowódca Plutonu Romuald Cieślak. Oskarżony potwierdził fakt pobierania i oddawania broni bez kontroli oraz to, że po akcji nikt nie liczył amunicji. Numerację regałów z bronią wprowadzono dopiero po grudniowych wydarzeniach. Wróbel oświadczył, że zaczął strzelać dopiero wtedy, gdy usłyszał, że inni strzelają. Zapewniał, że strzelał "pionowo w górę". Mówił, że w czasie akcji nie widział upadających górników. Widział za to "milicjantów ratowanych przez kolegów". Słyszał w radiostacji kilkakrotnie głos pułkownika Kazimierza Wilczyńskiego, domagającego się zgody na użycie broni. Słyszał też, że są zabici, ale nie przypuszczał, że zostali zastrzeleni. Po odczytaniu przez sąd zeznań ze śledztwa Zbigniew Wróbel uzupełnił je, mówiąc m.in. o internowaniu szefa "Solidarności" KWK "Wujek" Jana Ludwiczaka. - Gdy go zatrzymywaliśmy, nie znałem w ogóle określenia "internowanie". Myślałem, że chodzi o groźnego przestępcę - stwierdził. Sprostował również numer swej broni osobistej (który źle został zapisany w protokole). Tej samej, którą ma na wyposażeniu dzisiaj, jako pracownik sekcji pirotechnicznej kompanii antyterrorystycznej KWP. Nie był on jedynym członkiem Plutonu Specjalnego zatrudnionym w Oddziałach Prewencji KWP w trakcie trwania procesu. Jeszcze jedno sformułowanie z jego zeznań w śledztwie utkwiło w pamięci słuchających. Powiedział wówczas: - Moim zdaniem użycie broni było słuszne. - Jestem pewien, że nikogo nie zabiłem ani nie zraniłem - tymi słowami rozpoczyna się protokół zeznań Henryka Hubera, odczytany podczas rozprawy. Henryk Huber dodał, że tamte wydarzenia pamięta "cząstkowo". Oświadczył, że na "Manifeście Lipcowym" po prostu uciekł na widok górników. Na "Wujku" zaś, oślepiony przez granat łzawiący, został odprowadzony przez kolegów do wozu. Broni nie użył, a strzały usłyszał, będąc już w samochodzie. Tam również przez radiostację usłyszał, że użyto broni i są ranni. O tym, że są zabici, dowiedział się od kolegów. - To co napisałem w raporcie jest nieprawdą. Kiedy prokurator pytał, czy strzelałem, powiedziałem, że nie. Wówczas zasugerowano mi, że inni się przyznali, nawet ci, którzy byli w śmigłowcu. Wtedy ja też zdecydowałem się powiedzieć, że strzelałem - tłumaczył się Henryk Huber. Jego zdaniem nikt z dowódców nie przekazywał im co mają napisać. Członkowie Plutonu Specjalnego sami doszli do wniosku, że dla dobra grupy najlepiej będzie jeśli oświadczą, że wszyscy użyli broni. Oskarżony Grzegorz Berdyn wycofał się przed sądem z oświadczenia, że strzelał na "Manifeście Lipcowym". - To Romuald Cieślak kazał mi strzelać, a następnie odebrał mi moją broń i strzelał z niej w ścianę budynku. Nie wiem dlaczego strzelał, górnicy schowani byli za wozami - stwierdził Grzegorz Berdyn. W raporcie o zużyciu amunicji wziął na siebie wystrzelane przez Romualda Cieślaka naboje. - Musiałem to zrobić dla świętego spokoju. Romuald Cieślak był przecież moim dowódcą - oświadczył. Jego zdaniem Romuald Cieślak chodził na odprawy, ale nie informował podwładnych o podejmowanych decyzjach. Nie wiedzieli, gdzie i po co jadą. Podczas akcji rozkazy wydawane były przez radiostację. Nie wie, kto strzelał, nie widział zabitych ani rannych. Kolejni oskarżeni zdecydowanie odmawiali składania jakichkolwiek wyjaśnień przed sądem. Ryszard Gaik, Andrzej Rau, Andrzej Bilewicz i Edward Ratajczyk podtrzymali wyjaśnienie, które składali u prokuratora. W śledztwie wszyscy czterej przyznali się, że strzelali. Gaik, gdy zobaczył, że ktoś wyrzuca z okna kotłowni jakiś przedmiot, Rau w momencie gdy zomowcy z BCP zaczęli uciekać, a Bilewicz i Ratajczyk, gdy usłyszeli, że strzelają inni. Do użycia broni w kopalni "Manifest Lipcowy" przyznał się w śledztwie również Teopold Wojtysiak. - Strzelałem ponad głowami górników i widziałem, jak pociski trafiają w budynek za ich plecami - mówił wówczas Wojtysiak. - Ja strzelałem dopiero w drugiej fazie działań, ale ktoś z Plutonu Specjalnego strzelał już wcześniej, zaraz po wejściu przez bramę główną na teren kopalni. Niektórzy z oskarżonych, chcąc uniknąć osądzenia w trakcie śledztwa, zgłaszali, że leczą się u psychiatry. Jednak biegli, którzy ich przebadali, stwierdzili, że nie można mówić o niepoczytalności, że doskonale zdawali sobie sprawę z tego co robią. Pozostali czterej oskarżeni: Marek Majdak, Bonifacy Warecki, Antoni Nycz i Józef Rak oniemieli zupełnie. Milczeli zarówno w trakcie śledztwa, jak i na sali sądowej. W ostatnich dniach stycznia 1994 r. Sąd zakończył przesłuchiwania oskarżonych. Nikt z nich nie przyznał się do postawionych zarzutów. Większość korzystała z prawa do odmowy składania wyjaśnień. Wszyscy oskarżeni byli zgodni, co do tego, że nie było rozkazu użycia broni. Większość twierdziła, że nie strzelała. Ci zaś, którzy przyznali się do tego, przekonani są, że uczynili to "zgodnie z obowiązującymi zasadami" i dopiero wtedy, gdy słyszeli strzały innych. Wszyscy kwestionowali prawdziwość raportów o zużyciu amunicji. Pisali je spontanicznie: "solidaryzując się z kolegami lub wskutek sugestii". Twierdzili, że za "grudniową akcję" nie dostali żadnych awansów czy nagród pieniężnych, a jedynie brązowe odznaki "za utrzymywanie ładu i porządku publicznego", nazywane popularnie "miotłami". Ich zdaniem takie odznaczenia dostawali wówczas wszyscy, także kucharki i sprzątaczki. Na sali rozpraw oskarżeni nie wyrażali zbytniego zainteresowania tym co się dzieje. Spali, rozmawiali i czytali gazety. Ożywiali się w kuluarach. Tu było słychać ich głośny śmiech i niewybredne słownictwo. To w kuluarach padały złośliwe uwagi pod adresem dziennikarzy i obserwatorów procesu. To wreszcie tu można było z ust niektórych z nich usłyszeć, że jest się następnym do odstrzelenia, że trzeba na siebie uważać, by coś złego nie przytrafiło się po drodze, że broni przy sobie nie mają, ale jakiś nóż zawsze Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Pierwsze starcie 11.12.03, 00:31 Pierwsze starcie 17 lutego 1994 r. miało się rozpocząć postępowanie dowodowe. Wezwano pierwszych sześciu spośród setek świadków, ale na rozprawę nie stawił się oskarżony Leszek Grygorowicz. Zagrożony doprowadzeniem przez policję, pojawił się w dniu następnym, przedstawiając sądowi trzydniowe zwolnienie lekarskie. Stwierdził jednak, że "czuje się na siłach", aby uczestniczyć w rozprawie, co czynił zresztą bardzo aktywnie, zgłaszając liczne uwagi do protokołu zeznań świadka. Pierwszym świadkiem zeznającym w katowickim procesie był Stanisław Płatek, górnik KWK "Wujek", który reprezentował załogę w rozmowach z dyrekcją i komisarzami wojskowymi. W czasie pacyfikacji kopalni został ciężko ranny, później oskarżony i skazany na mocy "Dekretu o stanie wojennym" na cztery lata pozbawienia wolności za "nieodstąpienie od działalności związkowej". Stanisław Płatek rzeczowo i dokładnie przedstawił przebieg wydarzeń, rozpoczynając od 13 grudnia, kiedy to udał się do mieszkania internowanego w nocy szefa zakładowej "Solidarności" Jana Ludwiczaka i zobaczył wyłamane drzwi oraz ślady krwi, aż do momentu masakry w kopalni podczas pacyfikacji. W trakcie zeznań świadka odtworzono kasetę wideo, przedstawiającą teren kopalni. Obecnym na sali rozpraw uczestnikom wydarzeń stanął przed oczami tamten dzień i tamta tragedia. - Tam do mnie strzelił! - krzyknął w pewnym momencie jeden z obecnych na sali sądowej górników, który wówczas został ciężko ranny. Funkcjonariusze Plutonu Specjalnego siedzieli nieporuszeni. Natomiast sąd zwrócił uwagę na "niewłaściwe" zachowanie obecnych na sali ludzi. Górnik, dla którego przeżywanie na nowo tamtych wydarzeń było zbyt bolesne, wyszedł. Na sali panowała pełna napięcia cisza. Świadek zeznawał dalej. - Dlaczego strajkowaliście, skoro wiedzieliście, że jest stan wojenny i strajk jest nielegalny? Czy wolno wam było popełniać przestępstwa? Czy czuje się pan winny, że podczas strajku, którym pan kierował, zginęli ludzie? - zaatakował Stanisława Płatka oskarżony Grzegorz Włodarczyk. - Dekret o stanie wojennym godził w konstytucję. Był nielegalny. Gdybym samodzielnie podejmował decyzję odnośnie strajku, mógłbym poczuwać się do winy, że wystawiam ludzi pod wasze lufy. Decyzję o strajku podejmowaliśmy wspólnie - brzmiała odpowiedź. Oskarżeni nie wykazywali podczas procesu skruchy czy żalu, a wręcz przeciwnie. Umacniani w poczuciu bezkarności przez swoich obrońców, jedni ostentacyjnie wyrażali całkowite znudzenie sprawą, inni zaś, pewni siebie, zachowywali się jak oskarżyciele. W trakcie rozpraw często można było odnieść wrażenie, iż jest to proces górników oskarżonych o zorganizowanie nielegalnego strajku, a nie zomowców winnych śmierci dziewięciu ludzi. Agresywne i bezczelne pytania, zadawane przez oskarżonych oraz ich obrońców, zwłaszcza mec. Marka Barczyka (który na zlecenie NSZZ Policjantów bronił 14 spośród oskarżonych) i adwokat Danuty Świk, wywoływały zdziwienie i oburzenie wśród obserwatorów procesu. Na uwagę, skierowaną do oskarżonych po jednej z rozpraw, "że nawet w obronie własnej istnieją pewne granice bezczelności" sypnęły się wyzwiska i pogróżki. Kiedy mec. Marek Barczyk wypytywał świadków o nazwiska łączników, którzy przybywali do kopalni z innych zakładów, na sali rozległy się szepty: "Po co mu nazwiska? Czyj to właściwie proces? O co tu chodzi?". Inny z obrońców oskarżonych pytał górnika zeznającego przed sądem, czy rzucając kamieniami kogoś trafił. Oburzony górnik, przy pełnej aprobacie widowni procesu zrewanżował się retorycznym pytaniem: - A może to ja mam być tutaj oskarżonym? Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Górnicy z "Wujka" 11.12.03, 00:32 Górnicy z "Wujka" W pierwszym dniu kolejnej rozprawy swoje zeznania składał świadek Władysław Wójcik. Był postrzelony dwukrotnie: w kolano i w łydkę. Został ranny w momencie, gdy po jednym z natarć górnicy wycofali się. - Nie mogłem zostać postrzelony od strony magazynu, gdyż zasłaniał mnie murek. Strzały musiały paść od strony wyłomu w murze, w okolicach bramy głównej - oświadczył. W pokoju zabiegowym, do którego zaprowadzili go koledzy, widział cztery osoby przykryte prześcieradłami. Nie żyły. Lekarz robił komuś sztuczne oddychanie, ale bezskutecznie. - W pewnym momencie usłyszałem strzał jakby z korkowca. Zobaczyłem, że kolega, który stał obok, przewrócił się. Chciałem go podnieść, wtedy poczułem ostry ból ramienia - mówił kolejny świadek Henryk Kwol. - Moim zdaniem strzały padły albo od bramy wjazdowej, albo z helikoptera, który ciągle unosił się nad kopalnią. Henryk Kwol miał również przestrzelony w dwóch miejscach górniczy hełm. Sanitarkę, którą jechał do szpitala, zatrzymał wysoki funkcjonariusz ZOMO. Interweniujący lekarz został uderzony w twarz tak mocno, że wpadł do samochodu. Kierowca ruszył natychmiast i zawiózł rannego do szpitala. Tam ukryto go przed milicją pod zmienionym nazwiskiem na oddziale... położniczym. Kolejny ze świadków, Zbigniew Wójcik, to, co działo się na terenie kopalni, oglądał z okna na poddaszu kotłowni. Przebywał tam do czasu, gdy został ranny w rękę. - Nad kopalnią unosił się helikopter. W jego drzwiach ktoś siedział i coś zrzucał albo strzelał. Nie wiem, co to było - powiedział górnik. Następny zeznający, Roman Czernik, również został ranny. Stał wówczas na odcinku między wagą a kotłownią. Oddziały milicji znajdowały się w odległości około 20 m. Zeznający dotychczas górnicy zgodnie twierdzili, że nie dochodziło do walki wręcz. Nikt z nich nie widział, by z dachu kotłowni zrzucano jakiekolwiek przedmioty na nacierających milicjantów. Oświadczyli również, że podczas przesłuchań w 1982 r. byli zastraszani przez milicję. - Straszono mnie więzieniem. Sugerowano odpowiedzi - powiedział Zbigniew Wójcik. Ryszard Pikus był pierwszym ze świadków, który zeznał, że doszło do bezpośredniego starcia między górnikami, a nacierającymi zomowcami. - Mogliśmy się wzajemnie dotknąć. Odpychaliśmy się różnymi przedmiotami. Ja miałem w ręce metalowy pręt. Ale jak uderzyłem nim w tarczę milicjanta, to wyleciał mi z rąk - powiedział górnik. Potem trwało wzajemne obrzucanie się kamieniami, cegłami, petardami. Potężny huk wywołał panikę. Pikus schylił się, by podnieść kamień i wówczas poczuł silne uderzenie w głowę. - Jeden z górników zaprowadził mnie do punktu opatrunkowego. Po około 20 minutach zaczęto przynosić górników zalanych krwią i nie dających oznak życia - mówił świadek. O walce wręcz mówił również inny górnik, Jerzy Kaleta. Razem z kolegami miał za zadanie bronić wstępu milicji na teren kopalni od strony barykad koło bramy kolejowej. Postanowili dopuścić blisko przeciwnika, by potem "pogonić ich". - Pobiegłem na barykadę za zomowcami. Próbowałem odebrać tarczę jednemu z nich. Wówczas wykręcił mi rękę i chyba czymś uderzył. Poczułem silny ból. Okazało się, że mam wybity bark - zeznawał górnik. Kiedy dotarł na punkt opatrunkowy, nie było tam jeszcze osób z ranami postrzałowymi. Zaczęto je przynosić po upływie około trzydziestu minut. - W budynku dyrekcji dowiedziałem się, że strzelają na bramie głównej - oświadczył Kaleta. - Widziałem błysk broni, natomiast nie jestem pewien, czy widziałem funkcjonariusza z bronią. Błyski widziałem w wyłomie między wagą a bramą główną. Ta grupa stała bardziej na prawo, ale nie jestem w stanie powiedzieć, czy wyróżniała się w jakiś sposób np. ubiorem - oświadczył kolejny ze świadków, Władysław Kościelniak. Górnik widział czołg, który zrobił wyłom obok bramy wjazdowej. Z zomowcami, którzy weszli na teren kopalni za czołgiem, górnicy obrzucali się nawzajem kamieniami. - W pewnym momencie spostrzegłem jak na ziemię upadł górnik. Koledzy podbiegli i wynieśli go na tyły. Po chwili poczułem silny ból w nodze. Gdy zaprowadzono mnie na punkt opatrunkowy, było już kilku rannych - opowiadał świadek. Zbigniew Szafraniec zraniony został jako jeden z pierwszych. Widział zomowców z bronią palną. Były to prawdopodobnie RAK-i. Zomowcy stali w pobliżu budynku wagi w okolicy magazynu. Odległość między nimi i górnikami, gdy padły pierwsze strzały, wynosiła około 10 m. Świadek nie zauważył, by milicjanci, którzy mieli broń, wyróżniali się spośród pozostałych zomowców. Piotr Babrakowski, pracownik PRG, gdy został postrzelony w uda obu nóg znajdował się w okolicach kotłowni. Trwał wówczas atak zomowców. Przypuszcza, że ten, który do niego strzelał, mógł stać koło bramy głównej. - Stałem przy płocie przylegającym do ul. Wincentego Pola. Chciałem zobaczyć, co się dzieje. Zobaczyłem potężne siły milicji i samochód z działkiem wodnym. Cofnąłem się, żeby nie polano mnie wodą, a potem obudziłem się w szpitalu - mówił górnik Mirosław Bronisz, który w wyniku postrzału w głowę doznał urazu czaszki i obrzęku mózgu. Wiesław Łobień, kolejny z poszkodowanych, pamięta, że o godzinie 11.00 usłyszał potężny wybuch. Pobiegł w kierunku wagi, by zobaczyć, co się stało. - Widziałem, jak czołg wycofał się przed schody kotłowni. Za nim ruszyli górnicy. W pewnym momencie górnicy wycofali się. Jeden z nich upadł. Wtedy podbiegło do niego czterech funkcjonariuszy. Złapali go za ręce i nogi i zanieśli w kierunku magazynu odzieżowego - mówił świadek. - Potem trwało wzajemne obrzucanie się kamieniami. Odwróciłem się tyłem do zomowców, którzy stali w odległości 30 m i schyliłem się, by podnieść kamień. Nagle poczułem silny ból w łokciu i pośladku. Po chwili zorientowałem się, że po nodze i ręce cieknie mi krew. Łobień został na placu jeszcze godzinę. Gdy ZOMO wycofało się, górnicy zdjęli kaski i odśpiewali "Jeszcze Polska nie zginęła". Wtedy dopiero udał się do punktu opatrunkowego. - Na podłodze w punkcie opatrunkowym była centymetrowa warstwa wody zmieszanej z krwią rannych górników - opowiadał. W szpitalu w Ligocie Łobień wraz z innym nieprzytomnym górnikiem noc spędził w sali, gdzie na drzwiach umieszczona była tabliczka z napisem "pomieszczenie gospodarcze"... - To wydarzenie odbiło się na mnie takim piętnem, że nigdy tego nie zapomnę - stwierdził podczas składania zeznań Zbigniew Szafraniec. Karetkę, którą wieziono go do szpitala, zatrzymał patrol ZOMO. Sanitariusz polecił udawać mu nieprzytomnego i reanimował go. Mimo to sanitariusz i kierowca zostali brutalnie wyciągnięci z karetki. - Do wozu weszło dwóch funkcjonariuszy, którzy po próbie zbadania mi pulsu powiedzieli: "zostawmy go, z niego i tak już nic nie będzie" - mówił Szafraniec. Po chwili karetka ruszyła z miejsca i zawiozła go do szpitala w Ochojcu. - Już nigdy w życiu nie chciałbym przebyć tego upokorzenia, jakiego doznałem na komendzie. Stałem na korytarzu w samych spodniach, z opatrunkiem na ręce, a każdy przechodzący milicjant szydził ze mnie i z "Solidarności". Po prostu pluli mi w twarz. Na komendzie przesłuchiwał mnie funkcjonariusz w cywilu. On również mnie zastraszał. Mówił np. "teraz cię mamy" - powiedział w sądzie Jerzy Kaleta. W głosach wielu zeznających wyczuwało się rozgoryczenie. Minęło już tyle lat od tamtych wydarzeń, a winni nadal nie ponieśli kary. Zdaniem kolejnych świadków, tragedia rozegrała się podczas trzeciego, nieudanego, ataku zomowców. - Ten atak był inny niż poprzednie. Helikopter jakby zawisł nad nami, panował niesamowity huk. Zomowcy, którzy weszli, nagle rozproszyli się i wtedy padli zabici i ranni - mówił Franciszek Pomichowski. - Strzały padły z ukrycia. Zomowcy strzelali do nas jak do kaczek. - Oni strzelali tak, aby sobie kogoś odstrzelić - powiedział świadek, Józef Żmuda. Oświadczył również, iż widział milicjanta, strze Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Kolejny ze świadków, Kazimierz Rembilas, mówił, że 11.12.03, 00:33 Kolejny ze świadków, Kazimierz Rembilas, mówił, że nie wierzył w to, że ktoś użyje broni. - Nagle usłyszałem dramatyczny krzyk: strzelają ostrą amunicją! Po tym krzyku zapanowała przejmująca cisza... - powiedział. O strzałach z ostrej amunicji mówił inż. Ryszard Widuch, oglądający wydarzenia z okien kotłowni, w które strzelali milicjanci. - Jeżeli izolacja kotłów nie została zmieniona, to do dziś powinny w niej tkwić pociski - powiedział świadek. W dzień po pacyfikacji był na miejscu tragedii. - Zielone łuski ze "ślepaków" można było zgarniać grabiami, ale ludzie pokazali mi też dwa miejsca, w których leżało kilkadziesiąt mosiężnych łusek po ostrej amunicji. Były one po prawej i lewej stronie barykady, już poza terenem kopalni - zeznawał. - Zaprowadziłem w to miejsce prokuratora wojskowego, ale on zabrał tylko kilka i w ogóle się tym nie interesował. Świadek dodał również, że trzy łuski, które zabrał ze sobą, przekazał Herbertowi Szafrańcowi, przewodniczącemu komisji do zbadania wydarzeń w kopalni "Wujek". - Cały czas słychać było strzały, ale nie potrafię określić, czy wśród nich były odgłosy wystrzałów z broni palnej - mówił Władysław Szmelczerczyk. - Dopiero po kilku dniach żołnierze stacjonujący pod kopalnią pokazali nam broń, z której do nas strzelano. Były to RAK-i. Jeden z oskarżonych zapytał, czy żołnierze, którzy pokazywali świadkowi broń, brali udział w akcji i czy byli wyposażeni w RAK-i. Szmelczerczyk odparł, że żołnierzy było trzech i pokazywali im tylko jednego RAK-a. Stwierdził również, że podczas jednego ze starć odległość między górnikami a zomowcami była na długość czołgu. W pewnym momencie dowiedział się, że są ranni. Chciał pomóc w noszeniu ich na punkt opatrunkowy. - Koledzy powiedzieli mi, że są również zabici, a wśród nich mój przyjaciel Zbigniew Wilk - opowiadał Szmelczerczyk. - Nie chciałem w to wierzyć. Poszedłem się czegoś dowiedzieć na markownię, a następnie udałem się do stacji ratownictwa górniczego. Tam były ciała zabitych chłopaków i wśród nich zobaczyłem Zbyszka. Pomyślałem wtedy, że nie będę uczestniczył w dalszym odpieraniu ataków. Chciałem iść, powiadomić o tym co się stało i zaopiekować się żoną Zbyszka i dwójką małych dzieci. W tym momencie ktoś krzyknął, że od bramy głównej wchodzi milicja, złapałem styl od łopaty i pobiegliśmy w tamtym kierunku. Do tego ataku jednak nie doszło. Uczestnicy tamtych wydarzeń często wspominali je z trudem. Już kolejny raz muszą mówić o tragedii, którą przeżyli. O bestialstwie tych, którzy w "imieniu władzy ludowej" przyszli pacyfikować kopalnię. - Karetkę, którą jechałem wraz z górnikiem rannym w żebra, zatrzymał porucznik MO, który miał w ręku pałkę i pistolet - mówił Józef Żmuda. - Porucznik kazał wysiąść rannemu górnikowi, ale on nie miał sił. Wtedy milicjant wyciągnął go z karetki za włosy. Bił pałką i kopał. Sanitariusz próbował interweniować, ale wtedy z karetki wyciągnięto i jego. Do szpitala pojechałem tylko z kierowcą. Kazimierz Rembilas opowiadał o gehennie, jaką przeszedł od momentu zakończenia strajku. Wtedy pracował jeszcze na kopalni "Wujek" (zwolniono go po internowaniu). Przy zjeździe na dół często "towarzyszył" mu funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa, pilnował, przeszukiwał szafkę. - Zarzucano nam, że opiekujemy się rodzinami zamordowanych kolegów, że staramy się utrzymać w pamięci miejsce tragedii i hańby. Hańby, która spoczywa zarówno na mundurze zielonym, jak i na szarym - oświadczył przed sądem górnik. - Zomowcy się śmiali, a ich dowódca powiedział, że karetki będą mogły wjechać, jeśli górnicy sami usuną sobie przewrócony barakowóz - mówiła pielęgniarka Barbara Jęśko, będąca świadkiem rozmowy lekarki z jednym z dowódców ZOMO, do którego zwrócono się, by umożliwił dojazd karetek. - Po przeciwnej stronie stał oddział ZOMO, tarasując drugą drogę, którą mogłyby wjeżdżać sanitarki. Dowódca oświadczył, że ZOMO się nie usunie. Barbara Jęśko powiedziała również, że słyszała od personelu, iż karetki są zatrzymywane, milicjanci wyciągają z nich rannych, biją i zrywają bandaże. Dodała, że w obawie przed ZOMO środki opatrunkowe były przemycane przez obsługę sanitarek pod noszami. Świadek Bogdan Dolny nie widział ludzi z bronią, ale gdy na teren kopalni weszło ZOMO na schodach magazynu odzieżowego zauważył trzech lub czterech mężczyzn w żółtych hełmach z przyłbicami, ubranych w jasnoniebieskie milicyjne kurtki. - Zaraz potem spostrzegłem leżącego górnika. Chciałem podejść do niego i pomóc, ale gdy byłem zaledwie metr od niego usłyszałem dwie lub trzy serie z karabinu i poczułem przeszywający ból w nodze - zeznawał. - W momencie gdy usłyszałem strzały, to zomowcy wycofywali się pod magazyn odzieżowy, a ci w żółtych hełmach pozostali na schodach magazynu. Później, analizując to wydarzenie w szpitalu, świadek nie wykluczył, że strzały mogły paść właśnie z ich strony. - Widziałem tuż obok magazynu odzieżowego czterech mężczyzn ubranych w mundury moro. Mieli krótką broń, nie mieli natomiast pałek i tarcz - stwierdził kolejny ze świadków, Stanisław Sarna. Świadek usłyszał strzały i zobaczył, jak stojący obok górnik z krzykiem: "Jezu, dostałem!" upadł na ziemię. Koledzy podnieśli go i mówili, że nie żyje. Zdaniem świadka, strzały padły od strony magazynu odzieżowego. Ludwik Karmiński był tym górnikiem, który chwycił za rękaw płk. Piotra Gębkę (przybyłego na teren kopalni 16 grudnia wraz z trzema innymi oficerami wojska w celu pertraktacji) mówiąc: "Panie pułkowniku, jakoś się przecież dogadamy". Ale Piotra Gębkę interesowało już tylko uzbrojenie górników. - Przecież my i tak jesteśmy jak biblijny Dawid wobec Goliata - tłumaczył Karmiński. Płk Gębka był wściekły, twierdził, że postulaty przekraczają jego kompetencje. Wyszarpnął rękaw i dając godzinne ultimatum, opuścił teren kopalni. - Mieliśmy wrażenie, że rozmawiał z nami nie żołnierz, ale oficer polityczny - mówił świadek. - Zresztą płk Gębka kłamał. Dawał oficerskie słowo honoru, że strajkuje już tylko nasza kopalnia. Godzinne ultimatum również nie zostało dotrzymane. Czołgi forsowały mur już o godzinie 10.53. Karmiński był w tej grupie górników, która podczas zamieszania ujęła trzech milicjantów. Dwaj z nich mieli krótką broń, a oficer - karabin maszynowy. Górnicy przeliczyli amunicję. Okazało się, że z tej broni nie strzelano. Gdy świadek dowiedział się, że są zabici, zwrócił się do milicjantów: "Co zrobiliście? Jak prawdziwi bandyci!". Wtedy jeden z nich upadł na kolana, błagając o łaskę. Mówił, że ma żonę, dzieci, że nie wie, dlaczego są zabici, bo był zakaz użycia broni. Milicjanci zostali przekazani oficerom wojska, ponownie przybyłym na teren kopalni w towarzystwie jakiegoś pułkownika z Warszawy, z którym górnicy negocjowali warunki zakończenia strajku. Pułkownikowi Gębce oddano również broń zakładników, a on przeliczył amunicję. Gdy wojskowi chcieli opuścić teren kopalni górnicy zatrzymali ich, mówiąc: "Chodźcie zobaczyć, co zrobiliście!" i zaprowadzili do stacji ratownictwa górniczego. - Byliśmy zbulwersowani ich zachowaniem. Leżeli tam zabici górnicy, stał krzyż, koledzy klęczeli i modlili się, a oni nie zdjęli nawet czapek - wspominał przed sądem Karmiński. - Widziałem, jak przy wyłomie w murze, obok bramy głównej, zomowcy ustawili karabin maszynowy. Jeden z nich leżał za karabinem, a drugi podawał mu taśmę z nabojami - mówił przed sądem górnik Paweł Zając. - Zauważyłem też oficera, który dawał ręką znak do rozpoczęcia strzelania. Najpierw padły pojedyncze strzały, a potem całe serie. Z lufy tego karabinu spostrzegłem błysk ognia. Świadek nie był jednak w stanie określić czy oficer ten był ubrany w mundur wojskowy czy milicyjny. Widział też, że ktoś do niego podchodził, a on wydawał rozkazy. Po raz pierwszy w zeznaniach górników pojawiła się informacja o karabinie maszynowym. Do tej pory mówiono tylko o Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Wojsko miało odstraszać 11.12.03, 00:34 Wojsko miało odstraszać Z ogromnym zainteresowaniem czekano na zeznania oficerów wojska, którzy brali udział w pacyfikacji kopalni. Wszyscy zdawali sobie pytanie, co będą mieli do powiedzenia ci, którzy również nie są bez winy... - Na poprzedzającej akcję odprawie odniosłem wrażenie, że wojsko miało odstraszyć, a nie bezpośrednio angażować się w pacyfikację - stwierdził Zygmunt Ostrowski, wówczas kapitan dowodzący batalionem piechoty zmechanizowanej. Zdaniem Ostrowskiego zomowcy, którzy wchodzili na teren kopalni za czołgiem, nie byli kompanią zawodową, lecz taką z "mobilizacji". - Jestem pewien, że w ogóle nie mieli ochoty do walki, bo jak jeden z nich oberwał, to go pięciu wynosiło - mówił świadek. Gdy z ciekawości wszedł na teren kopalni, usłyszał w pewnym momencie charakterystyczny dźwięk. Były to seryjne strzały z RAK-ów. Dochodziły, jego zdaniem, ze strony wyłomu przy bramie głównej. Nie widział jednak strzelających, gdyż było duże zadymienie terenu. Dopiero po jakimś czasie zauważył, że trzech zomowców niesie stamtąd zakrwawionego górnika. Pomógł im donieść go do karetki. Co dalej stało się z tym górnikiem - nie wie. (...) Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Dziękuję wam koledzy! 11.12.03, 00:35 Dziękuję wam koledzy! Sąd Wojewódzki w Katowicach przesłuchiwał również funkcjonariuszy Batalionów Centralnego Podporządkowania ZOMO, którzy w grudniu 1981 r. odblokowywali strajkujące zakłady, ale nie zostali oskarżeni w sprawie o śmierć i rany górników z "Wujka". Na podstawie ich zeznań trudno jednak odtworzyć to, co naprawdę działo się podczas akcji. Wszyscy twierdzili, że nie wiedzieli, gdzie i po co jadą. O tym, gdzie są, dowiadywali się już na miejscu, po wyjściu z wozów. Nie pamiętają, czy informowano ich o zasadach użycia broni i czy zapoznano ich z dekretem o stanie wojennym. Dowódca Plutonu ZOMO oświadczył, że ich zadaniem było odblokowanie zakładów i przywrócenie ładu i porządku, ale na czym ma to polegać - nikt im nie mówił. Wszyscy pamiętali, że górnicy byli zdeterminowani, że rzucali w nich różnymi przedmiotami. Wspominali, że górnicy kilkakrotnie odpierali ich atak. - Doszliśmy do połowy placyku i nasz atak zaczął się załamywać - mówił przed sądem Zbigniew Kaczmarczyk. - Wtedy dowódca ds. politycznych, porucznik Solejdowicz zaczął krzyczeć, żebyśmy się nie wycofywali. Ale i tak uciekaliśmy. Porucznik Solejdowicz, o którym wspomniał świadek, w trakcie procesu pełnił funkcję przewodniczącego NSZZ Policjantów w Katowicach, na którego zlecenie mec. Barczyk bronił 14 oskarżonych. Niektórzy z zomowców twierdzili, że doszło do walki wręcz, inni - że nie było zagrożenia. Większość jednak zdecydowanie uważała, że na widok górników, biegnących w ich stronę, ogarnął ich strach. Zeznając przed prokuratorem, jeden z nich powiedział: - Za nami szedł mężczyzna w mundurze moro. Położył rękę na kaburze i powiedział: "Jak się który cofnie, to kula w łeb. To nie przelewki". Większość z zeznających widziała członków Plutonu Specjalnego, zarówno podczas pacyfikacji "Manifestu Lipcowego" jak i "Wujka". Żaden jednak nie powiedział na rozprawie, by widział, jak strzelali. Kilku natomiast stwierdziło, iż strzelał wojskowy. - Zauważyłem iskrzenie na budynku okna kotłowni, skąd zrzucano na zomowców różne przedmioty. To świadczyło o tym, iż użyto broni palnej. Odwróciłem się i zobaczyłem kapitana Wojska Polskiego, który strzelał z broni długiej kbkAK - zeznawał Henryk Mozgol. - Strzały przeszyły górnika, który wypadł z okna. Ponieważ ten sensacyjny wątek pojawił się po raz pierwszy, sąd odczytał zeznania świadka, które dwa lata temu składał przed prokuratorem. Tam nie było na ten temat ani słowa. - Gdy zacząłem mówić o tym prokuratorowi, zakrzyczano mnie. Prokurator mówił, że bronię kolegów, że w czasie akcji nie użyto broni długiej, tylko Pm-63. Twierdził, że nie było zagrożenia, że to my byliśmy tą bandą, która atakowała. Dopiero dzisiaj miałem swobodę wypowiedzi - wyjaśniał te rozbieżności świadek. Strzelającego kapitana wojska widzieli również inni. Zbigniew Chwedczuk oświadczył, iż jest pewien, że wojskowy strzelał ostrą amunicją. - Twierdzę tak, bo jak strzelał, widziałem odpryski na murze - powiedział przed sądem. Nowym wątkiem, pojawiającym się w sprawie, była walka o ciało górnika leżącego na placu kopalnianym. - Widziałem, jak z dachu spadł górnik. Doszło wręcz do walki o jego ciało między nami a górnikami. Nasi funkcjonariusze wynieśli go za teren kopalni - mówił Bogdan Sapor. Inny z zeznających zomowców stwierdził, że uciekając z kolegami z plutonu, widział leżącego górnika. - Ten górnik miał półotwarte oczy, a z jego ciała unosiła się para. Byłem przekonany, że spadł z dachu kotłowni. Koledzy, którzy odnosili go do karetki stwierdzili, że "i tak nic z niego nie będzie". Jednym z tych zomowców, którzy wynosili ciało rannego górnika, był Andrzej Czapla. - Podbiegliśmy do niego - mówił Czapla. - Krwawiła mu głowa. Zanieśliśmy go do karetki. Jeszcze żył. Na podstawie zeznań trudno było ustalić, czy świadkowie mówią o tej samej osobie. Ponadto do tej pory wiadomo było, że wszyscy zabici i ranni górnicy przebywali na punkcie opatrunkowym. Czyżby więc było więcej ofiar? Duże były również sprzeczności w zeznaniach, które świadkowie składali dwa lata wcześniej w prokuraturze, a tym, co mówili na rozprawie. Zenon Jenerowicz nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego w protokole z przesłuchania w prokuraturze znalazło się sformułowanie: "Widziałem strzelających członków Plutonu Specjalnego". - Nie mogłem ich widzieć, bo stali za moimi plecami. Strzały padły z tyłu, więc mogłem wiedzieć, że to oni strzelali, bo tylko oni mieli broń - mówił na rozprawie Jenerowicz. Przed prokuratorem Jenerowicz twierdził, że widział siedzących na murze członków Plutonu z Pm-63 oraz że ktoś z plutonu strzelał w kierunku kotłowni. Kilkakrotnie wówczas powtarzał: "Zaznaczam, że na placu byli członkowie Plutonu i strzelali". Inny ze świadków, Zbigniew Chwedczuk, dwa lata wcześniej powiedział prokuratorowi, że "strzelał Pluton Specjalny w obronie naszego życia". - Do leżącego milicjanta podbiegł górnik z dzidą. Wówczas ktoś z Plutonu strzelił i trafił go w pierś. Górnik upadł i to powstrzymało pozostałych - mówił prokuratorowi Chwedczuk. Zeznając przed sądem, stwierdził, że mógł tylko podejrzewać, iż to oni strzelali. - Porucznik Solejdowicz mówił nam, że Pluton Specjalny będzie nas osłaniać. Poza tym widziałem ich w miejscu, gdzie czołg zrobił wyłom - tłumaczył świadek. - Ale ja widziałem tylko strzelającego wojskowego. - Zaraz po akcji chciałem podziękować chłopcom z Plutonu Specjalnego za to, że strzelali - oświadczył, ku zaskoczeniu wszystkich, Zenon Tomasik, wówczas członek BCP ZOMO. Jego zdaniem, gdyby nie strzelali, to być może by nie żył. Tomasik, zeznając przed sądem, stwierdził, że nie wiedział, kto strzelał. Prokuratorowi z kolei mówił, że członkowie Plutonu Specjalnego strzelali seriami z RAK-ów, gdy górnicy zbytnio zbliżali się do milicjantów. Zapytany przez sąd, kiedy właściwie mówi prawdę - czy wtedy, gdy twierdzi, że nie wie, kto użył broni, czy wtedy, gdy dziękuje członkom Plutonu - odparł, że w całości podtrzymuje zeznania, złożone u prokuratora i skoro mówił, że strzelał Pluton Specjalny, to widocznie tak było. Jedynym świadkiem, który podczas rozprawy, stanowczo i spokojnie potwierdził, iż zarówno na KWK "Manifest Lipcowy" jak i KWK "Wujek" strzelał Pluton Specjalny był Fryderyk Parnicki. W pewnym momencie akcji, gdy zomowcy uciekali przed górnikami, Fryderyk Parnicki usłyszał: "Stój, będę strzelać". - Koło wyłomu w bramie głównej stało trzech lub czterech członków Plutonu Specjalnego i strzelało "z biodra". Skuliłem się przy ziemi, bo bałem się, że mogę zostać trafiony. Usłyszałem również strzał ponad głowami i okrzyki górników: "Nie bójcie się, to ślepe" - twierdził świadek. Kiedy po dwóch czy trzech seriach zapanowała cisza i górnicy zaczęli odciągać leżących kolegów domyślił się, że są ofiary. Strzelających członków Plutonu Specjalnego Parnicki widział również na "Manifeście Lipcowym". - Na teren kopalni wtargnęło trzech członków Plutonu Specjalnego. Usłyszałem dwa strzały, a następnie krótkie serie z RAK-ów. Potem dwóch z nich uciekało, a trzeci puścił jeszcze serię "z biodra" w kierunku kopalni. Robił tzw. osłonkę - oświadczył. Fryderyk Parnicki był jedynym zomowcem, którego zeznania, składane w sądzie, nie różniły się od tego, co mówił prokuratorowi i podczas wizji lokalnej. Zeznania te bardzo nie podobały się oskarżonym, ale świadek spokojnie i rzeczowo odpowiadał na wszystkie pytania. Jak memento tamtego, tragicznego czasu brzmiała "dowcipna" wypowiedź jednego z przesłuchiwanych zomowców: - Kiedy już po akcji czekaliśmy pod kopalnią, kilku z wychodzących górników zapytało: czy wy jesteście Polakami czy Rosjanami przebranymi w polskie mundury? Oni naprawdę myśleli, że jesteśmy Rosjanami - mówił przed sądem Andrzej Czapla, wówczas członek Batalionów Centralnego Podporządkowania ZOMO. Nie potrafił jednak, nawet po tylu latach ustosunkować się d Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Na "Manifeście Lipcowym" 11.12.03, 00:36 Na "Manifeście Lipcowym" Kiedy Sąd Wojewódzki w Katowicach rozpoczął przesłuchania uczestników wydarzeń w KWK "Manifest Lipcowy" na sali padły mocne słowa: - Pamiętam tego człowieka! Rozpoznałem osobę, która do mnie strzelała. Jest na tej sali - oświadczył świadek Bogusław Tomaszewski i wskazał oskarżonego Leszka Grygorowicza. Bogusław Tomaszewski był pierwszym spośród 136 przesłuchiwanych dotychczas świadków, od którego obrońca oskarżonych zażądał złożenia przyrzeczenia. Był też jedynym do tej pory świadkiem, wskazującym bezpośrednio osobę, która do niego strzelała w grudniu 1981 roku. Bogusław Tomaszewski podczas pacyfikacji KWK "Manifest Lipcowy" był na czele około 700-osobowej grupy górników. Zapamiętał grupę zomowców w ciemnych mundurach, która trzykrotnie wchodziła na teren kopalni przez biuro przepustek i wycofywała się. Za drugim i trzecim razem twarze zasłaniały im żółte maski gazowe, ale gdy wchodzili po raz pierwszy mieli tylko hełmy na głowach. - Odległość między nami a nimi wynosiła około 6-8 metrów. Ten człowiek stał na wprost mnie. Mogłem mu się dokładnie przyjrzeć i zapamiętać - mówił Tomaszewski. - Przez 11 lat śnił mi się. Niewysoki, z ciemnym wąsikiem. Miał krzywe nogi i w związku z tym charakterystycznie się poruszał. Za każdym razem gdy wchodzili nie zmieniał swojej pozycji i zawsze stał naprzeciwko mnie. Przy trzecim wejściu właśnie ta grupa uzbrojona w karabiny maszynowe i pistolety, z pozycji półklęczącej oddała strzały do górników. Kula trafiła Tomaszewskiego w lewą stronę klatki piersiowej, około 1,5 cm od serca. Lekarze z trudem uratowali mu życie. Podczas operacji usunięto mu żebro, część płuca, śledziony i wątroby. - Lekarz, który mnie operował powiedział, że otrzymałem bezpośredni postrzał, że nie był to rykoszet - zeznał świadek. - To on przechowywał wyjęty pocisk kalibru 9 mm, ale potem przyjechało dwóch oficerów z Gliwic i zarekwirowało nabój. Tomaszewski rozpoznał oskarżonego Grygorowicza już trzy lata wcześniej w prokuraturze, podczas pokazywania poszkodowanym członków Plutonu Specjalnego i powiedział, że to właśnie on go postrzelił. Bez trudu wskazał również fotografię Grygorowicza na dokumentacji pokazanej przez sąd, zawierającej zdjęcia funkcjonariuszy Plutonu sprzed 13 lat. Oświadczył również, że w prokuraturze pokazano mu inną dokumentację zdjęciową i tam tego oskarżonego nie było. (...) Strzelali wszyscy Major Edward Wałach, zastępca dowódcy ZOMO, Kazimierza Wilczyńskiego, zeznał, że gdy dowiedział się, iż w "Manifeście Lipcowym" użyto broni w rejonie bramy głównej i są ranni górnicy wezwał szefa Plutonu Specjalnego i kazał mu wyjaśnić tę sprawę. Romuald Cieślak poszedł do swych podwładnych, następnie wrócił i oświadczył: "Majorze, wszyscy strzelali". Major Wałach sam zaproponował Wilczyńskiemu, iż zapyta szefa Plutonu Specjalnego o to, kto strzelał, gdyż kilka minut wcześniej spotkał ich na terenie kopalni. - Mieli przy sobie tylko broń, nic więcej. Dziwnie się zachowywali, byli podnieceni, podekscytowani. Dziwiło mnie to, bo górnicy byli bardzo daleko i nic im z ich strony nie groziło. Zwróciłem się do nich: idźcie lepiej do samochodów, nie będziecie potrzebni - zeznawał świadek. Potem płk Wilczyński zlecił Cieślakowi sporządzenie meldunku w tej sprawie. Ponieważ trwało to zbyt długo rozkazał, by wszyscy członkowie Plutonu Specjalnego, biorący udział w akcji, sporządzili własnoręcznie raporty o użyciu broni. Wałach pamiętał, że zaczęły one napływać dopiero nocą, a zbierał je mjr Buniowski, ten sam, który po wydarzeniach w "Wujku" otrzymał od Wilczyńskiego polecenie przestrzelania broni Plutonu Specjalnego. Te zeznania były bardzo niekorzystne dla oskarżonych, którzy twierdzili, że nie strzelali, raporty im "sugerowano", a niektórzy wręcz mówili, że nie wiedzą, skąd wzięła się liczba wystrzelanych nabojów przy ich nazwisku. Jak wynika z zeznań świadka - wpisywali ją sami... Edward Wałach wspominał również brutalną pacyfikację KWK "Jastrzębie". Pamiętał ukrytych w budynku cechowni górników. Pluton Specjalny wybił szyby, a z tyłu kompania Solejdowicza użyła środków chemicznych. - To był makabryczny widok. Czegoś takiego nie widziałem i chyba mało kto widział. Ludzie uciekali przez te wybite szyby. Przewracali i ranili się o potłuczone szkło, klękali, podnosili ręce do góry, a zomowcy maltretowali ich. Bili, bili i jeszcze raz bili. Zupełnie bezpodstawnie - mówił świadek. - Ja biegłem, krzyczałem, żeby się opamiętali, drogą radiową apelowałem do dowódców kompanii, ale nikt nie słuchał. Byłem zbulwersowany. Przed wyjazdem do następnej kopalni ostrzegłem: jeśli ktokolwiek dotknie górnika, będzie miał ze mną do czynienia. Wałach mówił również, iż słyszał przez radio jak płk Gruba zwracał się do Wilczyńskiego, by dobrze przygotował się do akcji w "Manifeście Lipcowym". Zresztą, jak zaznaczył, Wilczyński miał dziwny styl dowodzenia; zawsze siedział w samochodzie, na zewnątrz pacyfikowanych zakładów i nie miał pojęcia, co dzieje się w środku. Wałach zeznał również, że podczas wieczornej odprawy 15 grudnia, dotyczącej odblokowania KWK "Wujek", oficer WP zapytał, kto zapewni ochronę czołgom. Wówczas, prowadzący odprawę oskarżony Marian Okrutny powiedział, patrząc na Wilczyńskiego: "To jest dowódca jednostki i on zaangażuje Pluton Specjalny". - Wiem, że dzisiaj Okrutny temu zaprzecza, ale ja to słyszałem - podkreślił świadek. Wałach mówił także o tajnym szyfrogramie Kiszczaka, który dopuszczał użycie broni palnej. Szyfrogram ten dostali nawet dowódcy niższego szczebla, aż do szefów kompanii i ich zastępców. To właśnie, powołując się na szyfrogram, pomocnik Wałacha wśród środków przymusu wymienił broń palną w książce rozkazów. Były dowódca pododdziału ZOMO Kazimierz Burdzy widział strzelających członków Plutonu Specjalnego w obu kopalniach i stanowczo potwierdził to przed sądem. - Funkcjonariusze Plutonu Specjalnego stali na podwyższeniu przy magazynie. Broń mieli skierowaną w stronę górników, którzy oddaleni byli o około 20 m. Zauważyłem błysk ognia z luf - mówił Burdzy. - Ktoś krzyknął "strzelają", a potem górnicy wynosili rannych i zabitych. W "Manifeście Lipcowym" jeszcze przed rozpoczęciem akcji poszedł w stronę bramy głównej. Tam zobaczył członka Plutonu Specjalnego, który biegnąc w poprzek bramy strzelał w kierunku kopalni. I tym razem świadek dostrzegł błysk z lufy broni. Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Zbrodnię zaplanowano "z góry" 11.12.03, 00:37 Zbrodnię zaplanowano "z góry" Przed Sądem Wojewódzkim w Katowicach zeznawali świadkowie, którzy w okresie, którego dotyczył proces, pełnili wysokie funkcje, zarówno w resorcie spraw wewnętrznych, jak i poza nim. Zdziwienie budzi fakt, iż im wyższą funkcję pełnili oni w 1981 roku, tym mniej wiedzieli. Bardzo często okazuje się, że nie znali szyfrogramu Kiszczaka. Niektórzy nawet nie wiedzieli, że w ogóle był. Nie wiedzą również, kto użył broni, bo albo "nie interesowali się tym", albo "nie wolno było o tym mówić". Na całkowitą kpinę zakrawa już twierdzenie, że o strzałach w "Manifeście Lipcowym" i "Wujku", o zranionych i zabitych tam górnikach, niektórzy ze ścisłego dowództwa dowiadywali się z... prasy lub od przesłuchującego ich prokuratora w ponad 10 lat po wydarzeniach... - Wtedy mówiono, że największym wrogiem są Kościół i "Solidarność". Baliśmy się cokolwiek mówić. Nie wyobrażam sobie, co byłoby, gdyby ktoś powiedział coś złego na temat pacyfikacji. Dwa dni i już by go nie było. Kiszczak preparował dokumenty. Właściwie nie wiadomo, kim on był - mówił wicenaczelnik Wydziału Prewencji Kazimierz Biel, który w 1983 r. zwolniony został z milicji za "przekonania religijne i polityczne". Biel dodał również, iż kierujący pacyfikacją Kazimierz Wilczyński był nadgorliwy w wykonywaniu poleceń Kiszczaka i Jaruzelskiego. Kazimierz Biel oraz Ryszard Pawlik, ówczesny naczelnik Wydziału Prewencji KW MO w Katowicach, oświadczyli przed sądem, że istniały plany pacyfikacyjne zakładów pracy. Posługiwano się nimi na odprawach poprzedzających akcje. Opracowywane były przez Wojewódzki Sztab Kierowania i SB. Pracami tymi kierował zastępca komendanta wojewódzkiego ds. SB, płk Baranowski. Powstały one jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego. Pawlik zapamiętał nawet, że kierunki działań zaznaczone były na nich kolorami niebieskim i czerwonym. O takich planach mówiono też w warszawskim procesie przeciwko Kiszczakowi. Czerwonym kolorem zaznaczony był kierunek otwarcia ognia do strajkujących. Zeznania świadków potwierdziły fakt, iż zbrodnia w tych kopalniach była zaplanowana "z góry" w pełnym tego słowa znaczeniu. Coraz częściej świadkowie mówili o tym, iż akcjami jednoosobowo kierował ówczesny komendant wojewódzki MO płk Jerzy Gruba oraz podkreślali rolę, jaką odgrywał I z-ca ds. Służby Bezpieczeństwa płk Baranowski, który miał łączność zarówno ze swoimi tajniakami, będącymi na terenie kopalni, jak i dowódcami ZOMO. Niestety, obaj wspomniani dowódcy już nie żyją i ustalenie większości faktów stało się niemożliwe. - O wszystkim decydował płk Gruba przy pomocy swego zastępcy płk. Baranowskiego - mówił przed sądem Władysław Leś (w 1981 r. jeden z zastępców komendanta wojewódzkiego ds. SB zajmujący się kontrwywiadem). - Słyszałem rozmowę Gruby z Wilczyńskim. Wilczyński informował, że nie dają sobie rady. Zaproponował Grubie, by posłużył się wojskiem, bo wiadomo było, że do żołnierzy górnicy mają inny stosunek niż do milicjantów. Wówczas Gruba krzyknął: "Nie wtrącaj się! Nie znasz się na tym". Zrozumiałem, że jestem tam niepotrzebny i wyszedłem z pokoju. Daniel Las (wówczas z-ca komendanta ds. administracyjno-gospodarczych) opowiadał, jak spotkał na korytarzu komendanta płk. Grubę. - "Idę dzwonić do Kiszczaka, bo ZOMO chce użyć broni", powiedział mi Gruba. Gdy ponownie zobaczyłem go pół godziny później i zapytałem o efekt rozmowy, machnął ręką i powiedział, że to już bez znaczenia bo ZOMO i tak strzelało - zeznał świadek. Obaj świadkowie brali udział w telekonferencjach, które przeprowadzane były na wysokich częstotliwościach, by nikt nie podsłuchiwał i których nie można było protokołować. Nie przypominają sobie, czy zapoznano ich wówczas z szyfrogramem Kiszczaka, bo "wiele dokumentów otwierano i czytano". Daniel Las szczególnie zapamiętał telekonferencję, którą prowadził sam szef MSW. Prawdopodobnie w jej trakcie Kiszczak powiedział, że oddziały zwarte milicji mogą użyć broni tylko na jego rozkaz. Władysław Leś oświadczył, że sztab akcji LATO `80 (w skład którego wchodził) miał za zadanie rozeznanie nastrojów społecznych, by tam, gdzie przewidywano niepokoje, skierować odpowiednie siły porządkowe. Sporządzano więc plany opisowe (a czasami graficzne) zabezpieczenia obiektów, ale nie przewidywano w nich wyprowadzenia z nich załóg. Pojęcie "odblokowania" pojawiło się dopiero w momencie wprowadzenia stanu wojennego. Świadek przyznał, że w "Wujku" działała zakonspirowana grupa podległych mu ludzi, którzy utrzymywali kontakt z płk. Baranowskim, a zadaniem ich było obserwowanie i ewentualne utrwalanie przebiegu wydarzeń. Odpowiadając na pytania oskarżonych, Leś stanowczo stwierdził, iż na terenie Katowic nie przebywały wówczas jednostki specjalne obcych państw. Wówczas oskarżony Jasiński oświadczył, że w tym czasie w katowickich koszarach ZOMO była grupa młodych żołnierzy radzieckich. Podczas zeznań świadka po raz kolejny wróciła sprawa esbeckiej grupy płk. Perka. Leś mówił, iż grupę tę powołał płk Baranowski i była to grupa dezinformacyjna, a nie dywersyjna. Nie zgodził się z tym oskarżony Ślusarek i wniósł o ustalenie składu osobowego grupy, celem przesłuchania jej członków, gdyż jego zdaniem "perkowcy" również pacyfikowali kopalnie. Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Następny świadek Witold Rupala, pomocnik oficera d 11.12.03, 00:38 Następny świadek Witold Rupala, pomocnik oficera dyżurnego ZOMO, nie potrafił wyjaśnić, dlaczego w raportach w książce wydarzeń oficera dyżurnego dwukrotnie dokonano wpisu o wyjeździe do akcji Plutonu Specjalnego. Pierwszy raz wpisano: "PLS 47 plus 1", a drugi "PLS 21 plus 4". - Ten pierwszy zapis jest niewiarygodny - tłumaczył Rupala. - Pluton nie liczył więcej niż 30 osób, zaś druga liczba oznaczała liczbę pojazdów, więc niemożliwe jest, by wyjeżdżali tylko jednym samochodem. Świadek nie potrafił nawet odpowiedzieć na pytanie oskarżonego Jasińskiego, czy przy pierwszym zapisie zamiast liczby 7 nie znajduje się litera F, co oznaczałoby wyjazd 4 funkcjonariuszy. Po kolejnym obejrzeniu zapisu świadek twierdził jedynie, że można to odczytać i tak, i tak. Jednym ze świadków, który żądał anonimowości, był Zbigniew Fedunkow, w roku 1981 pełniący obowiązki naczelnika Wydziału Wojewódzkiego Stanowiska Kierowania KW MO. "Dziury w pamięci" oraz "przejęzyczenia" świadka spowodowały, iż jego zeznania mniej wniosły do sprawy, niż się spodziewano. Dla Fedunkowa szyfrogram Kiszczaka nie miał żadnego prawnego znaczenia, a "każdy dobrze wyszkolony kapral" potraktowałby go jako "przypomnienie zasad". Gdy na wniosek prokuratora odczytano mu punkt "e" szyfrogramu, Fedunkow przyznał, że "są tam pewne zmiany", ale i tak "nikt nie traktował go poważnie" i wszyscy opierali się na starym rozkazie, w myśl którego zgodę na użycie broni palnej przez oddziały zwarte musiał wydać szef MSW. Fedunkow dodał, że szyfrogram dotarł do dowódców najniższego szczebla, a ci mieli obowiązek zapoznać z nim podległych sobie funkcjonariuszy. Świadek w roku 1981 opracowywał plany graficzne akcji pacyfikacyjnych. Pierwszy z planów KWK "Wujek" powstał 16 grudnia o godz. 4.00 nad ranem. Drugi - zdaniem świadka - był planem rekonstrukcyjnym, wykonanym na zlecenie Komendy Głównej MO. Nie odzwierciedlał on jednak faktycznych wydarzeń. Pytany przez pełnomocników oskarżycieli posiłkowych, dlaczego nie uwzględnił w planach np. esbeckiej grupy płk. Perka, skoro twierdził, że tam byli, świadek odparł, iż "esbecy mu nie podlegali". Fedunkow dodał również, że to decyzja szefa MSW o "odblokowaniu" zakładów spowodowała, iż zaczęły powstawać plany graficzne. Powołany w Warszawie sztab AKCJI LATO `80 miał swoje odpowiedniki we wszystkich KW MO. Fedunkow ujawnił też, iż na szczeblach wojewódzkich (a zatem z pewnością i na szczeblu centralnym) prowadzony był od stycznia 1981 r. dziennik sztabowy, w którym ścisłe kierownictwo omawiało przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego. Świadek zeznał również, iż Pluton Specjalny może być wysłany jako grupa saperska, zaś do ochrony czołgów przeznaczono pododdziały płk. Kamińskiego, uzbrojone w broń osobistą. Zmienił również swoje zeznania odnośnie kierowania pacyfikacją "Manifestu Lipcowego". U prokuratora twierdził, że akcją kierował oskarżony Okrutny. Przed sądem powiedział, że wtedy "przejęzyczył się", a akcją kierował komendant rejonowy Jastrzębia. Były wojewoda (odwołany 15 grudnia 1981 r.) Henryk Lichoś oraz jego zastępcy Tadeusz Wnuk i Zdzisław Gorczyca, którzy w roku 1981 byli członkami Wojewódzkiego Komitetu Obrony, twierdzili, że nie wiedzieli nic ani o odblokowywaniu zakładów pracy, ani o użyciu broni palnej. - WKO to była zasłona dymna dla wojska i milicji - mówił Lichoś. - Ja nie widziałem nawet szyfrogramu, a powinienem. Jego zastępcy również twierdzili, że nie zapoznano ich z dokumentem Kiszczaka. Wszyscy mówili, że decyzje o odblokowaniu zapadły poza WKO. - Na jednym z późniejszych posiedzeń komendant Gruba powiedział, że broni użyto w obronie własnej, ale nie mówił kto. Informacje podawane na tych posiedzeniach były obowiązującą wykładnią - zeznał Gorczyca. O odblokowaniu zakładów pracy i szyfrogramie Kiszczaka także "nic nie wiedział" Józef Piszczek - sekretarz pionu ideowo-wychowawczego KW PZPR, zajmujący się współpracą z dziennikarzami. O pacyfikacji "Wujka" dowiedział się 16 grudnia w godzinach popołudniowych, gdy zadzwoniono do niego z Wydziału Prasy KC PZPR z poleceniem, by pomógł zebrać Polskiej Agencji Prasowej informacje na temat tych wydarzeń. - Miałem z tym trudności. Dopiero pomoc gen. Romana Paszkowskiego, mianowanego w tym dniu wojewodą katowickim, pozwoliła mi zredagować komunikat. Ukazał się on następnego dnia na pierwszej stronie "Trybuny Robotniczej" - mówił Piszczek. - Później nie interesowałem się tym, kto strzelał i w jakich okolicznościach, gdyż PZPR nie miała możliwości zbierania informacji na ten temat. Kto użył broni "nie dociekał" również gen. Jan Łazarczyk, ponieważ "nie miał uprawnień do prowadzenia dochodzenia", a nadto przekonany był, że sprawa dotyczyła milicji, a nie wojska. Łazarczyk, mimo iż był wówczas szefem Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego i uczestniczył w posiedzeniach WKO, również oświadczył, iż nie znał szyfrogramu Kiszczaka. Twierdził, że o strzałach w "Manifeście Lipcowym" powiadomił go dowódca Śląskiego Okręgu Wojskowego, prosząc o wyjaśnienie tej sprawy. - Miałem pretensje do komendanta Jerzego Gruby, że zataił to przede mną - stwierdził świadek. Gdy odczytano mu fragment dziennika sztabowego, z którego wynika, że o użyciu broni poinformował go komendant Gruba mówiąc: "Moi komandosi strzelali w obronie twoich czołgów" i podał nazwiska rannych górników, Łazarczyk oświadczył, iż nie pamięta tej rozmowy. (...) Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Ekspertyzy i dowody 11.12.03, 00:39 Ekspertyzy i dowody Wojewódzki biegły lekarz sądowy prof. Władysław Nasiłowski, który w grudniu 1981 r. przeprowadzał sekcje zwłok górników z KWK "Wujek", oświadczył przed Sądem, iż żadna rana nie pochodziła z rykoszetu, a strzały oddano z odległości nie mniejszej niż metr, z broni o kalibrze zbliżonym do 9 mm. Wszyscy zabici trafieni zostali w ważne dla życia miejsca ciała, tj. głowę, klatkę piersiową, brzuch, plecy. Odpowiadając na pytanie, czy fakt, iż w ciałach górników z "Manifestu Lipcowego" utkwiły pociski, zaś większość ran górników z "Wujka" to rany przestrzałowe, świadczyć może o tym, że w "Wujku" strzelano z broni o większej sile rażenia lub większym kalibrze, odparł, iż nie jest to wykluczone, ale być może w "Manifeście Lipcowym" strzelano z większej odległości. Podczas zeznań Stanisława Wiewióry, byłego inspektora WSK KW MO, który, jak twierdził, nie przygotowywał żadnych planów działań w zakładach pracy, a rysował je dopiero po pacyfikacjach, by zrekonstruować wydarzenia, pełnomocnicy oskarżycieli posiłkowych okazali sądowi szkice akcji pacyfikacyjnych innych zakładów. Mec. Anna Dembek poinformowała, iż otrzymała je za pośrednictwem "Solidarności" kopalni "Wujek", zaś mec. Leszek Piotrowski, oświadczając, że jest w posiadaniu takich samych szkiców, zastrzegł, że nie ujawni, od kogo je dostał. Opatrzone klauzulą "tajne", stanowiły one kolejny, istotny dowód rzeczowy. (...) Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Zatarto ślady - wyczyszczono dokumenty 11.12.03, 00:39 Zatarto ślady - wyczyszczono dokumenty Zeznania przed sądem złożył dziennikarz Jan Dziadul, który w 1990 r. otrzymał zezwolenie na przeczytanie milicyjnych dokumentów, dotyczących m.in. pacyfikacji KWK "Wujek". Dziadul stwierdził, że z archiwum katowickiej KW MO przyniesiono mu pakiet dokumentów pod nazwą "Gotowość". - Była to paczka zawinięta w szary papier - mówił świadek. - Nie była w ogóle zabezpieczona, a w dokumentach panował ogromny bałagan. Jan Dziadul odnalazł tam notatkę, że w lutym 1990 r. dokumenty te przeglądali dwaj zastępcy komendanta wojewódzkiego ds. SB oraz oskarżony Marian Okrutny. - W paczce było kilka tysięcy stron dokumentów, dotyczących przygotowań do wprowadzenia stanu wojennego oraz trzy dzienniki sztabowe, w których zapisywano wydawane podczas akcji polecenia i rozkazy. Dziennik prowadzony przez SB był dokładniejszy. Zawierał zapisy, których nie było w dzienniku WSK - mówił świadek. - Wszystkie najważniejsze zapisy były wielokrotnie podkreślane i przekreślane. Także te, które dotyczyły użycia broni. Zastanawiałem się, kiedy to zrobiono. Wśród tych zapisów był również ten, w którym dowodzący akcją Kazimierz Wilczyński domagał się zgody na użycie broni. Wówczas padła anonimowa odpowiedź: "Nie, czekaj na rozkaz". Zdanie to jest kilkakrotnie podkreślone, a przecinek wygląda inaczej od innych, sprawia wrażenie, jakby był dopisany później. W tym przypadku ten jeden mały znak interpunkcyjny jest niezwykle istotny. Zmienia bowiem całkowicie treść i sens zdania. Czy kiedykolwiek uda się wyjaśnić kto i kiedy go dopisał? Jan Dziadul opowiadał również o rozmowie, jaką przeprowadził z ówczesnym komendantem wojewódzkim MO, nieżyjącym już Jerzym Grubą. Gruba powiedział Dziadulowi, iż nie wydał zgody na użycie broni. Twierdził, że Wilczyński pytał go o to, gdy strzały już padły, "była to musztarda po obiedzie" i to Wilczyński powinien tę sprawę wyjaśnić. Dziadul powiedział, że pytał Grubę, czy można było zaniechać akcji na KWK "Wujek", skoro przedstawiciele wojska byli u strajkujących i widzieli ich determinację. Gruba twierdził, że decyzje zapadły w WKO, w województwie katowickim przebywali przedstawiciele WRON, m.in. ówczesny minister górnictwa gen. Czesław Piotrowski i to rozkazami wojskowymi zmuszono ich do odblokowania kopalni. Zdaniem Gruby, WRON nie mogła dopuścić, by zabrakło węgla. Gdyby się tak stało to - jak się wyraził - ten cały stan wojenny szlag by trafił, zaś zaniechanie akcji w "Wujku" odebrane byłoby jako moralne zwycięstwo strajkujących, a na to ówczesna władza nie mogła sobie pozwolić. Gruba powiedział też Dziadulowi, że gdyby dowiedział się, iż w "Manifeście Lipcowym" Pluton Specjalny strzelał i ranił górników, zrobiłby awanturę i nie skierował go do akcji w "Wujku". Nie wiedział, dlaczego Pluton Specjalny tam pojechał. Twierdził, iż ta decyzja zapadła poza nim. - Słyszałem, jak górnicy powiedzieli, że jeśli na teren kopalni wejdzie wojsko, to będą rozmawiać i opuszczą ją, a jak wejdzie milicja to będą się bronić - potwierdził zeznania niektórych uczestników tamtych wydarzeń ówczesny naczelny dyrektor KWK "Wujek" Maciej Zaremba. Zaremba pamiętał, że kiedy przybył do kopalni, dowiedział się, iż załoga podjęła strajk. Poszedł do strajkujących i zaproponował, by wybrali przedstawicieli, którzy będą prowadzić rozmowy. Wkrótce przyjechała również delegacja wojskowych. Rozmowy jednak nie dały rezultatu i siły porządkowe przystąpiły do pacyfikacji. Z okien swojego gabinetu dyrektor niewiele widział. O rannych i zabitych poinformował go lekarz zakładowy. Dyrektor Zaremba linią górniczą połączył się ze zjednoczeniem i tą drogą wezwał karetki i pomoc medyczną. - Kiedy górnicy dowiedzieli się o zabitych, zaprzestali obrony. Zadzwonili do mnie i zapytali, czy wiem, co się stało. Powiedzieli też, że chcą rozmawiać z wojskiem - mówił Zaremba. Kiedy Maciej Zaremba udał się z delegacją wojskową do górników, strajkujący wręczyli im postulaty. Spełniony został tylko jeden, dotyczący umożliwienia bezpiecznego opuszczenia kopalni. Świadek stanowczo stwierdził, że to nie on wydał polecenie posprzątania terenu kopalni przed przyjazdem prokuratorów wojskowych. Jego zdaniem mógł to uczynić główny inżynier powierzchni. Uważa jednak, że teren kopalni uprzątnięto już po wizji przeprowadzonej przez prokuratorów. Zdaniem Nadzwyczajnej Komisji Sejmowej ds. Badań Działalności MSW, prokuratorzy oglądali miejsce wydarzeń już wtedy, gdy zostało ono uprzątnięte. Ktoś specjalnie wydał takie polecenie, by uniemożliwić ustalenie sprawców zbrodni. Niewiele do powiedzenia mieli; Jadwiga Dworowy, kierowniczka tajnej kancelarii katowickiego ZOMO i Lech Banaszkiewicz, który prowadził kancelarię Sztabu X Dywizji Pancernej w Opolu. - Nie wiem, jak to możliwe, że w dzienniku brakuje 50 kart z zapisami. Gdy w 1983 roku odchodziłam z pracy, podpisywałam protokół zdawczo-odbiorczy i wtedy niczego nie brakowało - oświadczyła Dworowy. Okazuje się, że wyrwane karty obejmują zapisy, dotyczące wydarzeń w okresie od 13 do 17 grudnia 1981 r. Świadek dowiedziała się o tym dopiero od przesłuchującego ją prokuratora. Uważa, że możliwe jest, iż zniszczono je z premedytacją - by z dokumentów MO usunąć wszystkie zapisy o planowaniu i przebiegu akcji w kopalniach. Lech Banaszkiewicz w ogóle nie pamiętał treści dokumentów opracowywanych przez Śląski Sztab Wojskowy. Mówił, że już w styczniu 1981 r. otrzymał zalakowane koperty, które nakazano otworzyć w nocy z 12 na 13 grudnia. Były tam zadania na wypadek wprowadzenia stanu wojennego, m.in. instrukcja dotycząca użycia broni przez żołnierzy. Po latach niektóre dokumenty przekazywane były do Śląskiego Sztabu Wojskowego lub niszczone. - Zawsze mówiłem, że do górników strzelał Pluton Specjalny - powiedział przed Sądem Wojewódzkim w Katowicach Andrzej Zalewski, ekspert Nadzwyczajnej Komisji Sejmowej ds. Badań Działalności MSW. Powtórnego przesłuchania Andrzeja Zalewskiego zażądali oskarżeni. Powoływali się oni na publikację w tygodniku "Nie", w której napisano m.in., że Zalewski przed Sądem Wojewódzkim w Warszawie w procesie przeciwko Kiszczakowi przyznał, iż "do spółki z Rokitą i prokuratorem zataił, iż na "Wujku" strzelał ktoś jeszcze". Ku ogromnemu zaskoczeniu tych, którzy byli wówczas na sali rozpraw, jak i samego świadka, w protokole z warszawskiego sądu pojawił się dziwny zapis: "Jestem przekonany, że moja opinia została wykorzystana i wprowadzona do raportu. Były duże różnice między tym co opracowałem, a tym co było w raporcie. Wycofano fragmenty, które miały służyć innemu postępowaniu. Jeden fragment dotyczył tego, że strzały padły ze strony żołnierzy, a drugi, że w czasie badania broni eliminowano broń znajdującą się na wyposażeniu Wojska Polskiego". Tymczasem Zalewski zarówno przed sądem w Katowicach, jak i w Warszawie zeznał, iż istotnie przy sporządzaniu tego raportu pominięto dwa fragmenty. Dotyczyły one jednak wskazanych przez górników miejsc, z których otwarto ogień do strajkujących, oraz rozdziału poświęconego broni i amunicji użytej w trakcie pacyfikacji. Oba te dokumenty są w posiadaniu katowickiego sądu. Pytany o rozbieżności w protokołach, Zalewski wyjaśnił, że w Warszawie sędzia nie dyktuje co umieścić w protokole. W związku z tym zeznający nie ma możliwości sprostowania na bieżąco swoich wypowiedzi. - Cały protokół to zbitka wielu moich wypowiedzi, być może protokolantka popełniła błędy - tłumaczył Zalewski. - Przede wszystkim ten zapis podważa moją wiarygodność jako świadka, a to wpływa również na podważenie sporządzonej przeze mnie opinii, która przecież została jednogłośnie zaakceptowana przez Komisję Sejmową - dodał. Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Sąd zwrócił się do Komendy Wojewódzkiej Policji i 11.12.03, 00:41 Sąd zwrócił się do Komendy Wojewódzkiej Policji i UOP w Katowicach z pytaniem, gdzie znajdują się dzienniki ówczesnego Wojewódzkiego Stanowiska Kierowania MO. Policja poinformowała, że już w latach 80. przekazano je SB, a potem przejął je UOP. UOP zaś w swej odpowiedzi ograniczył się do "pouczenia" sądu, że dokumenty te są opatrzone klauzulą "tajne", a zatem odtajnione mogą zostać po... 30 latach. Wcześniej - tylko za zgodą szefa MSW. Sam fakt, gdzie są te dzienniki i czy w ogóle się zachowały, UOP także potraktował jako tajemnicę. Niczego sąd nie dowiedział się o tzw. esbeckiej grupie płk. Perka, która zdaniem oskarżonych, wyposażona w taką samą broń jak oni, również pacyfikowała kopalnie. Mimo iż w skład grupy Perka wchodzili milicjanci z KW MO i - jak twierdzili oskarżeni - niektórzy pracują tam do dzisiaj i to na wysokich stanowiskach - Komenda Policji odpowiedziała, że na temat składu i działalności tej grupy nie posiada absolutnie żadnych informacji. Podobnie zresztą katowicka policja oraz Oddziały Prewencji w Piotrowicach poinformowały, że z powodu braku dokumentów nie potrafią wskazać, którzy funkcjonariusze MO brali udział w akcjach pacyfikacyjnych, dlatego też nie będzie możliwe wytypowanie egzemplarzy broni, które były użyte w kopalniach. Na takie samo pytanie, skierowane do Śląskiego Okręgu Wojskowego, sąd nie otrzymał żadnej odpowiedzi Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Zatuszowali sprawę 11.12.03, 00:41 Zatuszowali sprawę Katowicki sąd przesłuchał również prokuratorów, którzy umorzyli pierwsze śledztwo przeprowadzone w 1982 r. w sprawie użycia broni w kopalniach "Manifest Lipcowy" i "Wujek": Janusza Brola z Wojskowej Prokuratury Garnizonowej w Gliwicach, który śledztwo prowadził i Waldemara Wilka z Naczelnej Prokuratury Wojskowej, który je nadzorował. Zeznania obu prokuratorów zgodne były tylko wówczas gdy mówili, że o wszystkim decydowali ich przełożeni. Waldemar Wilk i Janusz Brol w kilka godzin po wydarzeniach byli na terenie kopalni. Obejrzeli jedynie zwłoki pomordowanych i ustalili ich dane personalne. Wilk oświadczył, że z uwagi na późną porę. Nie potrafili powiedzieć, dlaczego nie zabezpieczono terenu kopalni do następnego dnia. Brol stwierdził natomiast, iż zbierali łuski, fotografowali teren, przesłuchiwali milicjantów i rannych górników. Obaj mówili, iż w Warszawie żądano szybkiego zakończenia śledztwa, dlatego prowadzili je "powierzchownie i żywiołowo", oraz że Naczelną Prokuraturę Wojskową interesowało głównie to, jak dalece górnicy zostali zapoznani z dekretem o stanie wojennym. Zdaniem Wilka, obowiązywała wówczas tylko jedna wersja, że w KWK "Wujek" strzelał Pluton Specjalny. Tak twierdzili przełożeni. Dlatego nie dociekali, kto jeszcze miał broń. Nikt wtedy nie mówił, że strzelał również wojskowy. - Zastanawialiśmy się, komu postawić zarzuty. Przecież ta kilkunastoosobowa grupa nie mogła znacząco wzmocnić setek milicjantów. Jeśli wprowadza się do akcji ludzi z bronią, to wiadomo po co - mówił świadek Wilk. - W śledztwie ustalono, że to dowodzący akcją o tym zadecydował oraz że szef Plutonu Specjalnego zwracał się o zgodę na użycie broni. Stwierdzono wówczas, że członkowie Plutonu Specjalnego wystrzelali 157 naboi oraz że pierwszy zaczął strzelać ich dowódca. - W tej grupie na pewno byli i ci, którzy strzelali w powietrze, i ci, którzy strzelali do górników - oświadczył Wilk. Zdaniem Brola ustalono ponad wszelką wątpliwość, że to strzelał Pluton Specjalny. Natomiast nie można było jednoznacznie stwierdzić, z czyjej konkretnie broni zabito górników, gdyż wszyscy członkowie Plutonu przyznali się wprawdzie, że strzelali, ale nikt nie wiedział, czy wydano mu wówczas jego broń. - Mówili, że w sytuacjach alarmowych pobierali broń jak leci. Pytaliśmy o to magazynierów, którzy to potwierdzili - zeznał Brol. Śledztwo w pierwszej wersji umorzono, gdyż, jak stwierdzili prokuratorzy, nie można było w takiej sytuacji postawić konkretnych zarzutów poszczególnym członkom Plutonu Specjalnego. Z Naczelnej Prokuratury Wojskowej przyszło jednak inne postanowienie. Stwierdzono w nim, że śledztwo w sprawie użycia broni zostało umorzone z braku dowodów popełnienia przestępstwa, ponieważ Pluton Specjalny działał w obronie własnej. Pod taką decyzją podpisał się prokurator Janusz Brol. - Brak doświadczenia zawodowego i życiowego spowodował, że to podpisałem - tłumaczył się przed sądem. (...) Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret ZOMO kontratakuje 11.12.03, 00:42 ZOMO kontratakuje Dopiero po czterech latach procesu szef Plutonu Specjalnego ZOMO Romuald Cieślak przyznał się, że okłamał swoich przełożonych i prokuratora, oświadczając, że jego podwładny Krzysztof Jasiński zgubił legitymację służbową podczas akcji w "Wujku". Uczynił to na jego prośbę, a nadto chciał go uchronić przed surowymi konsekwencjami, za utratę legitymacji. Jasiński od samego początku twierdził, że jest niewinny. Odmówił składania wyjaśnień w śledztwie. Dopiero na sali rozpraw oświadczył, że nie pacyfikował ani KWK "Manifest Lipcowy", ani KWK "Wujek". Podstawą oskarżenia Jasińskiego był napisany przez niego raport o zużyciu amunicji. Oskarżony tłumaczył, że napisał go, by uniknąć kary za utratę legitymacji. Wersję tę potwierdził Maciej Przybylski - członek Plutonu Specjalnego, który wraz z nim był wówczas w Pyrzowicach i nie został objęty aktem oskarżenia. Temat wrócił, gdyż sąd dotarł do akt osobowych Oddziałów Prewencji, w których mowa jest o tym, że Jasiński zgubił legitymację podczas pacyfikacji "Wujka". - To nieprawda - zeznał Cieślak - Jasiński nie był na "Wujku", gdyż został oddelegowany do obsługi helikoptera i był wówczas w Pyrzowicach. Zapytany przez sąd, czy nie obawiał się, że podaje swym przełożonym fałszywe informacje, Cieślak odparł, że było to postępowanie wewnętrzne i nie bał się powiedzieć nieprawdy. Na potwierdzenie swej niewinności przez kolegów z ławy oskarżonych Jasiński musiał czekać aż cztery lata. Zaskakuje fakt, iż dopiero teraz jego przełożony zdecydował się o tym powiedzieć. Być może Jasiński miał już dosyć ponoszenia odpowiedzialności za to, co zrobili jego koledzy i ceną za dalsze milczenie było oczyszczenie go z zarzutów przez współoskarżonych. Następna "bomba" wybuchła, gdy kilku z oskarżonych oświadczyło, że raporty, które po wydarzeniach własnoręcznie sporządzali, zostały napisane na rozkaz. - Nie chcieliśmy do tej pory ujawniać nazwiska osoby, która kazała nam je pisać, bo już nie żyje - mówił Dariusz Ślusarek. - To płk Nikiel, zastępca komendanta ds. politycznych, który infiltrował Pluton Specjalny od początku jego istnienia, przyszedł i powiedział, że wojna została wygrana, a my w końcu jesteśmy Plutonem Specjalnym. Potwierdził to szef Plutonu, Romuald Cieślak, który oświadczył, że po akcji żaden z dowódców drużyn nie zgłaszał mu informacji, iż jego podwładni użyli broni. Cieślak potwierdził, że protestował przeciwko pisaniu raportu. Dlatego sporządzono je dopiero wówczas, gdy rozpoczęło się śledztwo - w trzy dni po wydarzeniach, po rozkazie Nikiela i naciskach ze sztabu. Podobne oświadczenia złożyli Leszek Grygorowicz i Józef Rak. - Sugerowano mi, że mam wpisać ilość zużytej amunicji - powiedział Grygorowicz. Z kolei Rak udowadniał, iż raporty nie były napisane zgodnie z przepisami. Powinno się w nich wskazać numer broni, z której strzelano, miejsce i okoliczności użycia. - Sporządziliśmy je na rozkaz i dlatego pisali je nawet ci członkowie Plutonu Specjalnego, którzy nie uczestniczyli w akcji - dodał Rak. Raporty o użyciu broni były główną podstawą oskarżenia. Oskarżeni próbowali ją podważać. Dziwi fakt, że zrobili to dopiero po czterech latach procesu. Ponadto kilku z nich w swoich wyjaśnieniach przyznało się, że strzelali w powietrze. Sam szef Plutonu również w swym wcześniejszym oświadczeniu zeznał, iż po strzałach w "Manifeście Lipcowym" jego podwładni powiedzieli mu, że wszyscy strzelali. Krzysztof Jasiński, który twierdzi, że w ogóle nie brał udziału w akcjach, powiedział wprost, że raport został mu podyktowany. - Na polecenie KW MO broń Plutonu Specjalnego została przestrzelona w tym dniu. Przypuszczam, że przestrzelono i moją broń - mówił Jasiński. - Zrobiono to niezgodnie z przepisami, bo nie powinny robić tego osoby, które rzekomo tej broni używały, a broń przestrzelał Nowak i dwóch innych kolegów z plutonu. - Nie przestrzeliwałem żadnej broni - zastrzegł się niespodziewanie Lech Nowak. - O tym, że była przestrzelona, dowiedziałem się dopiero na tej sali Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Są winni 11.12.03, 00:43 Są winni - Wysoki Sądzie, wnoszę o uznanie oskarżonych za winnych - powiedział prokurator Jacek Ańcuta. - Użycie broni na KWK "Manifest Lipcowy" i "Wujek" było celowe i bezzasadne. Nie wysyła się kilkunastu osób tam, gdzie nie może poradzić sobie kilkadziesiąt. Zwłaszcza jeżeli wyposażone są jedynie w broń automatyczną, przypomina to bowiem igranie z ogniem na beczce prochu. Po ponad czterech latach trwania procesu oskarżonych o pacyfikację śląskich kopalni w pierwszych dniach stanu wojennego Sąd Wojewódzki w Katowicach zamknął wreszcie przewód sądowy i przystąpił do wysłuchania końcowych przemówień stron. Rozprawa, na której głos zabrał prokurator Jacek Ańcuta, zgromadziła więcej, niż zwykle, dziennikarzy. Do sądu przyszli również górnicy. Dawno na tej sali nie wyczuwało się takiej powagi i takiego napięcia. Przewodnicząca składu sędziowskiego odrzuciła wniosek mec. Janusza Margasińskiego, by odłożyć przemowy stron i dać czas na zapoznanie się z nowymi wyjaśnieniami Mariana Okrutnego, i udzieliła głosu prokuratorowi. - Jest to proces doniosły i bezprecedensowy. Dotyczy wydarzeń lokalnych sprzed 16 lat, ale tło historyczne wyrasta poza region. W tym czasie dorosło nowe pokolenie Polaków, ten proces będzie kształtował ich opinie o tych wydarzeniach - mówił prokurator Jacek Ańcuta. - Narosło tak wiele mitów i legend, że trudno oddzielić fikcję od prawdy. To wszystko już za nami. Przed nami wyrok Wysokiego Sądu, który zapewne nie przyniesie kresu tym mitom, ale z całą pewnością da wiarygodną ocenę tych wydarzeń. Prokurator przyznał, że toczący się proces jest poszlakowy. Opiera się głównie na zeznaniach świadków, a te nie zawsze są ścisłe. Innego materiału dowodowego już nie będzie, gdyż prowadząca w 1981 r. śledztwo Prokuratura Garnizonowa dołożyła wszelkich starań, by pozacierać ślady, by nigdy nie można było postawić konkretnego zarzutu zabójstwa poszczególnym oskarżonym. MSW zniszczyło zaś wszystkie dokumenty, które mogłyby pomóc w wyjaśnieniu prawdy. Zdaniem prokuratora Ańcuty to, co udało się zebrać w śledztwie, wskazuje na bezsporną winę zasiadających na ławie oskarżonych. Prokurator uznał, że w przypadku pacyfikacji "Manifestu Lipcowego" i "Wujka" argument siły wziął górę. Nie próbowano rozmawiać z górnikami, tak jak w KWK "Piast". Nie może być również mowy o obronie koniecznej, gdyż to milicja była agresorem. - Dziś wiemy, że faktem jest, iż był stan wojenny, były strajki, pacyfikowanie zakładów pracy, w którym uczestniczył Pluton Specjalny. Faktem jest, że są zabici i ranni - mówił prokurator Ańcuta. - Wiadomo, że akcje poprzedzały narady, że w Jastrzębiu dowodził Okrutny, że w "Manifeście Lipcowym" strzały padły jeszcze przed wejściem na teren kopalni przez portiernię i bramę główną, a członkowie Plutonu Specjalnego strzelali do górników z tzw. pozycji strzeleckich i robili to precyzyjnie. - Marian Okrutny mógł w każdej chwili przerwać akcję. Romuald Cieślak mógł zapobiec użyciu broni - oświadczył prokurator. - Obaj winni są kierowania zabójstwem. Na sali rozpraw zapanowała głucha cisza, gdy prokurator zażądał kar dla oskarżonych. Dla dwóch dowódców zażądał 12 lat pozbawienia wolności za pacyfikację KWK "Manifest Lipcowy" i 15 za KWK "Wujek". Łącznie domagał się skazania ich na 15 lat więzienia i 10 lat pozbawienia praw publicznych. Dla członków Plutonu Specjalnego, którzy strzelali do górników w "Manifeście Lipcowym" prokurator Łańcuta zażądał 8 lat więzienia, dla tych, którzy pacyfikowali KWK "Wujek" lub brali udział w obu akcjach - 15 lat pozbawienia wolności. Prokurator domagał się również kar dodatkowych, m.in. zakazu zajmowania stanowisk związanych z ochroną porządku publicznego i podania wyroku do wiadomości publicznej. - Wysoki Sądzie, członkowie Plutonu Specjalnego dobrze wywiązali się z poleconego im zadania. Wszyscy, jeszcze w czasie postępowania prowadzonego w 1981 r., otrzymali nagrody i awansowali o jeden stopień - uzasadniał prokurator. Odniósł się również do wyjaśnień składanych przez oskarżonych w trakcie śledztwa i podczas procesu. Zauważył, że elementy wspólne, jak np.: że pobierali broń dowolnie, że dyktowano im raporty o zużyciu amunicji, nasuwają podejrzenie, że oskarżonych uczono tej wersji wydarzeń. Prokurator nie uwzględnił tłumaczenia oskarżonego Tadeusza Tinel, który twierdził, iż nie brał udziału w pacyfikacji "Manifestu Lipcowego", gdyż z uwagi na wystąpienie objawów niedocukrzenia został w samochodzie. Nie przyjął do wiadomości wyjaśnień oskarżonego Krzysztofa Jasińskiego, który dopiero na sali rozpraw oświadczył, że w ogóle nie brał udziału w tych akcjach, a raport napisał, gdyż bał się konsekwencji za zagubioną wcześniej legitymację. Nie została również zastosowana odrębna kwalifikacja prawna w stosunku do oskarżonego Leszka Grygorowicza, który - jako jedyny z oskarżonych - został rozpoznany przez górnika z "Manifestu Lipcowego", do którego strzelał i ciężko go ranił. Zgromadzona na sali rozpraw publiczność zgotowała prokuratorowi gorącą owację. Oskarżeni byli zaskoczeni, wręcz przerażeni. Niektórzy nerwowo się uśmiechali, inni spuszczali głowy, chowali twarze w dłoniach. Chyba nie spodziewali się, że prokurator zażąda maksymalnej kary. Po raz pierwszy, mimo że proces trwał już tyle lat, dotarło do nich, że to co stało się w grudniu `81 musi zostać osądzone. Tego dnia nie zachowywali się butnie i wyzywająco. Nie czytali gazet, nie rozmawiali, nie komentowali. - Kainowa zbrodnia została dokonana. Gdyby nie stan wojenny, nie byłoby tej zbrodni - mówił pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych reprezentujących KZ NSZZ "Solidarność", mec. Marian Szweda. - Z tej ławy uciekli dwaj oskarżeni. Oficerowie wysokiej rangi. Ukryli się za chorobą, zostawiając swoich podwładnych. Największa sala Sądu Najwyższego w Katowicach w trakcie końcowych mów pełnomocników oskarżycieli posiłkowych wypełniona była prawie do ostatniego miejsca. Wielu górników przyszło w mundurach, niektórzy z opaskami "Solidarności". Mimo że publiczność zgromadziła się tak licznie, na sali panowały przejmująca cisza, powaga i spokój. Mec. Marian Szweda stwierdził, iż wprowadzenie Plutonu Specjalnego do pacyfikacji było zaplanowane i świadome. Tak, jak zaplanowane było użycie broni. - Oskarżeni świadomie i cynicznie uczestniczyli w strasznej zbrodni. Wykonali najbardziej brutalną część scenariusza stanu wojennego - oświadczyła mec. Anna Dembek. Przekonywała ona, że Pluton Specjalny działał według ściśle określonego planu. Mec. Dembek stwierdziła, że Polska była wówczas państwem policyjnym, zaś brutalna pacyfikacja obu kopalni miała służyć sterroryzowaniu i zastraszeniu społeczeństwa. Zwróciła też uwagę na konsekwentne zacieranie śladów i utrudnianie dotarcia do prawdy, zarówno przez oskarżonych, jak i przez świadków związanych z ówczesnym aparatem władzy. Skomentowała również naganne zachowanie się oskarżonych w trakcie procesu. - Udowodniono im, że uczestniczyli w strasznej zbrodni. Gdyby nawet przyjąć, że wówczas byli młodzi i indoktrynowani, to przecież od tych wydarzeń minęło 15 lat. Wiele się zmieniło w naszym kraju. Na tej sali słuchaliśmy zeznań pokrzywdzonych, ich odczucia zostały zaprezentowane - mówiła mecenas. - Na tym tle przerażająca jest postawa oskarżonych. Postawa cyniczna, lekceważąca. Czytają, śpią, żartują. Często prezentują niczym nie uzasadnioną niechęć i agresję w stosunku do pokrzywdzonych. To także świadczy o tym, że oskarżeni to osoby szczególne, nieprzypadkowe, starannie wyselekcjonowane do takich właśnie zadań, jak akcje w obu kopalniach. Ani jeden nie wyłamał się. Nie wykazał cienia skruchy czy zwykłego, ludzkiego współczucia dla ofiar tragedii. Jak więc ich ocenić? To z premedytacją działający, wyszkoleni kaci. A jak wykazała historia, kaci przegranej sprawy... Mec. Jolanta Zajdel-Sarnowicz skupiła się głównie na osobach Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Mordercy czy ofiary? 11.12.03, 00:44 Stanisław Płatek, który jako jedyny z pokrzywdzonych zabrał głos, powiedział, że podejmując strajk, górnicy działali zgodnie z prawem i Statutem Związku. - Przecież my nikomu nie zagrażaliśmy. Zamknęliśmy się w swoim domu. To do nas przyprowadzono niepożądanych gości. Zwrócił też uwagę na to, co nie znalazło się w akcie oskarżenia: na brak zarzutów o zacieranie śladów, o bicie personelu medycznego, niedopuszczanie karetek pogotowia i wyciąganie z nich rannych, o zniszczenie mienia kopalni. Domagał się, by sąd dodatkowo oskarżył wszystkich o utrudnienie postępowania, a dwóch dowódców o niedopełnienie obowiązków. Mordercy czy ofiary? Proces oskarżonych o strzelanie do górników w pierwszych dniach stanu wojennego dobiegał końca. Sąd wysłuchiwał już końcowych przemówień obrony. Mariana Okrutnego, ówczesnego zastępcę komendanta MO w Katowicach, broniło aż trzech adwokatów. Wszyscy wnieśli o uniewinnienie oskarżonego. Mec. Arkadiusz Glanc uznał, iż oprócz poszlak nie ma żadnych dowodów na to, by przyjąć, że Okrutny brał czynny udział w kierowaniu zabójstwem. Zwrócił też uwagę, że proces nie wyjaśnił udziału w wydarzeniach służb specjalnych z byłej NRD i Czechosłowacji. O tym, że nie ustalono, czy w obu kopalniach strzelał Pluton Specjalny, mówiła mec. Anna Frydryszak. - Przecież świadkowie zeznawali, że na terenie obu kopalni byli również inni uzbrojeni ludzie. Nie wyjaśniono, jaką rolę w pacyfikacji pełniła tzw. grupa Perka, która podlegała Baranowskiemu - mówiła mec. Frydryszak. Jej zdaniem akcjami kierowali: nieżyjący już komendant MO Jerzy Gruba i jego zastępca ds. SB Zygmunt Baranowski, zaś rola Okrutnego sprowadzała się jedynie do przekazywania poleceń i rozkazów. Obrońcy z urzędu, broniący sześciu spośród dwudziestu dwóch oskarżonych, zgodnie stwierdzili, że na obu kopalniach wydarzyły się straszne tragedie. Nie ma jednak, ich zdaniem, żadnego dowodu na to, by to kule członków Plutonu Specjalnego zabiły czy raniły górników, dlatego też wszyscy wnieśli o uniewinnienie swoich klientów. - Na ławie oskarżonych siedzą prości, mali ludzie. Wykonawcy i podwykonawcy - mówił mec. Paweł Koehler. - Nie można obwiniać ich za wszystkie krzywdy. Przecież ówcześni decydenci są znani. Niektórzy do dzisiaj cieszą się opinią mężów stanu. Mec. Józef Pichura stwierdził wręcz, że na sali rozpraw odczuwa się wyraźny podział polityczny, sięgający roku 1945. - Te procesy dostarczają nam wiedzy o tym zbrodniczym systemie - mówił mec. Pichura. - Dowodem na popełnienie przestępstwa na obu kopalniach jest to, że pozacierano ślady i za to powinni odpowiadać ci, co to zrobili. Podkreślano, że wszyscy oskarżeni mieli prawo uważać, iż wykonują rozkazy i działają w granicach prawa. Obrońcy sugerowali, że ich klienci po przeczytaniu dekretu o stanie wojennym musieli poczuć się żołnierzami, że udział w akcjach był dla nich "ciężkim obowiązkiem", że porzekonani byli, iż "jadą przywracać porządek". - Przecież oni nie jechali tam na ochotnika. Mieli broń z ostrą amunicją. Nie mogli jej wyrzucić - uzasadniał mec. Koehler. Mec. Wojewodzic pytał zaś, dlaczego nie objęto aktem oskarżenia wszystkich, którzy brali udział w pacyfikacjach: kadry wojskowej i milicyjnej czy załóg czołgów, które rozbiły mur kopalni. - Byłem wtedy po tamtej stronie. Pamiętam ten moment, tę noc. Myśleliśmy, że się nie odważą. To były ogromne emocje - mówił mec. Feliks. - Oni, oczywiście, mogli odmówić wykonania rozkazu uczestniczenia w tych akcjach. Groziłoby im za to kilka lat więzienia, może nawet kara śmierci. Dziś byliby bohaterami. Być może przekroczyli granice obrony koniecznej. Ale, jak powiedział jeden z oskarżonych - "strach to jest strach". Nie wiemy, kto z oskarżonych ma prawo chodzić dziś z podniesioną głową. Może wszyscy? To postępowanie tego nie wyjaśniło. Dla nich ogromną karą jest ten proces. Zaskakującą linię obrony przyjął mec. Marek Barczyk. Prawie godzinę odczytywał z kartek cytaty orzecznictwa Sądu Najwyższego o przestępstwie umyślnym i nieumyślnym oraz tzw. niebezpiecznych narzędziach. Mimo iż - jak sam zaznaczył - broni 14 konkretnych ludzi i w odróżnieniu od innych adwokatów jest obrońcą z wyboru, niewiele czasu poświęcił swym klientom. Skupił się głównie na raportach o zużyciu amunicji, których, jak uznał "wartość dowodowa została dostatecznie podważona" oraz na raporcie tzw. Komisji Rokity, który jego zdaniem nie ma żadnej wartości dowodowej. Mówiąc o raportach, mec. Barczyk przypomniał, iż oskarżeni wyjaśniali, że pisali je na polecenie, w imię solidarności z kolegami, a nawet, w przypadku jednego z nich, w obawie przed konsekwencjami za zgubienie legitymacji. Mec. Barczyk mówił też o tym, że w trakcie obu akcji broń miał nie tylko Pluton Specjalny, ale cała kadra zawodowa i dwie kompanie liniowe. Wspomniał o udziale w akcji grupy Perka i służb specjalnych innych państw. W pewnym momencie mowa obrońcy zamieniła się w mowę oskarżycielską wobec drugiej strony. Mec. Barczyk atakował pełnomocników oskarżycieli posiłkowych. - Pełnomocnik, weteran procesu sprzed kilkunastu lat sugeruje sądowi, że każdy wyrok, który nie będzie skazujący, będzie takim, którego sąd będzie się wstydził - perorował obrońca - a inny pełnomocnik domaga się wyroku sprawiedliwego, tzn. surowego, a nawet surowszego, niż zażądał prokurator. Boję się żyć w kraju, w którym przyszłe wybory parlamentarne może wygrać ta opcja prawicowo-związkowa. Mec. Barczyk suchej nitki nie zostawił na przedstawicielach środków masowego przekazu. Przypominając manifestacje "Solidarności" pod gmachem sądu, Marek Barczyk mówił o "nienawiści" wobec oskarżonych, dla których zarówno udział w tamtych wydarzeniach, jak i obecnie toczący się proces jest "ogromną tragedią". W wystąpieniu tego obrońcy niechęć i awersja wobec oskarżycieli, pełnomocników, dziennikarzy i "Solidarności" wzięła górę nad realistycznymi argumentami, przemawiającymi na korzyść oskarżonych. Sąd Wojewódzki w Katowicach udzielił również głosu wszystkim oskarżonym. Większość ograniczyła się do krótkiego oświadczenia: "jestem niewinny, proszę o uniewinnienie". Marian Okrutny stwierdził, że śledztwo w tej sprawie wszczęte zostało na podstawie tzw. Raportu Rokity, który jego zdaniem "zawiera zbiór nieprawd", zaś prokuratura za wszelką cenę usiłowała udowodnić, że na kopalniach popełniono zbrodnię. - Jeden z pełnomocników oskarżył mnie o zaplanowanie przy biurku mordu z zimną krwią. To absurd i pomówienie - mówił Okrutny. - Wszystkie decyzje w tamtym czasie podejmował szef MSW Czesław Kiszczak, a w województwie komendant Jerzy Gruba i jego zastępca ds. SB Zygmunt Baranowski. Okrutny dodał, że prokuratura popełniła wiele błędów oraz że kierowała się starą zasadą, że "wojsko ma być czyste". - Nie otrzymałem rozkazu strzelania. Nawet gdybym go dostał, to nie przekazałbym go swoim podwładnym - oświadczył szef Plutonu Romuald Cieślak. Stwierdził, że rany odniesione przez górników świadczą o tym, że strzelano z broni o większej sile rażenia, niż RAK-i, w które wyposażony był Pluton Specjalny. Dodał, że wszyscy "zgodnie z prawem brali udział w przywracaniu ładu i porządku". - Proces powstał na zamówienie polityczne - mówił z kolei oskarżony Maciej Szulc. - Należało znaleźć winnych i ukarać. Działałem zgodnie z prawem, a na kopalnie nie pojechałem dobrowolnie. O "tendencyjnym" prowadzeniu śledztwa mówił również Józef Rak. Twierdził, że prokurator nie dał mu czasu na zapoznanie się z dokumentami. Zbigniew Wróbel przyznał, że oddał strzały ostrzegawcze. Wcześniej jednak ktoś "strzelał zza pleców Plutonu Specjalnego". Dodał, że swoją pracę zawsze wykonywał dobrze. Przecież ochraniał nawet Papieża i wszystkich prezydentów. Do dziś zresztą pracuje w brygadzie antyterrorystycznej. Wszyscy oskarżeni zarzucili prokuratorowi, że nie uwzględnił innych biorących w pacyfikacjach Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Sądowy skandal 11.12.03, 00:45 Sądowy skandal - Napiszcie wreszcie, że to nie proces. To farsa. Oni kpią sobie z nas. Śmieją się i tyle. Powinni ich wreszcie pozamykać, to przestaliby chorować. Gdzie tu sprawiedliwość? Nas traktowano jak przestępców, a tych, co do nas strzelali, nikt nie może ukarać. Kiszczaka uniewinnili, to pewnie im też nic nie zrobią - mówili zdenerwowani górnicy, kiedy po raz kolejny oskarżeni doprowadzali do zrywania rozpraw. Nie stawiali się na sali sądowej z powodu "nagłej choroby", strajku na kolei czy zepsutego budzika. Obrońcy nie mieli pojęcia, gdzie przebywają ich klienci, a sąd usprawiedliwiał te nieobecności "na gębę". Oskarżony Dariusz Ślusarek przyszedł dwukrotnie na salę sądową kompletnie pijany i dopiero za drugim razem, kiedy bełkotał i osuwał się z ławki został ukarany siedmiodniowym aresztem. Za pomocą bezczelnych trików, naigrawając się wręcz z powagi sądu, który na to przyzwalał, oskarżeni i ich obrońcy przeciągali proces przez prawie pięć lat, licząc na przedawnienie swoich czynów. Ale najbardziej skandalicznie - i to bynajmniej nie z powodu działania oskarżonych - wyglądał finał procesu. Kiedy po wysłuchaniu oskarżonych wydawało się, że sąd przystąpi do wysłuchania replik oskarżycieli posiłkowych i obrońców, mec. Leszek Piotrowski po raz kolejny zwrócił się o "formalne poinformowanie oskarżonych o możliwości zmiany kwalifikacji zarzucanych im czynów na surowszą". Mec. Piotrowskiego poparli mecenasi Janusz Margasiński i Marian Szweda. Pełnomocnicy oskarżycieli posiłkowych już wcześniej zwracali się do sądu z takim wnioskiem. Niestety, skład sędziowski nie uwzględnił tego żądania. I tym razem po naradzie przewodnicząca Ewa Krukowska poinformowała, iż wniosek został odrzucony, gdyż łączyłoby się to ze wznowieniem postępowania, a nadto uznała, że skoro pełnomocnicy o tym mówili, to strony powinny brać pod uwagę taką ewentualność. Był to jednak błąd sądu i dziwi upór, z jakim konsekwentnie odrzucano ten wniosek. Sąd miał bowiem obowiązek poinformować oskarżonych o możliwości zmiany kwalifikacji prawnej zarzucanych im czynów. Tylko formalne poinformowanie przez sąd niesie za sobą odpowiednie skutki prawne, co może zostać wykorzystane przy apelacji. W tej sytuacji mec. Leszek Piotrowski zgłosił wniosek o odwołanie całego składu sędziowskiego. - W postanowieniu z kwietnia 1993 r. jest mowa o tym, że kwalifikacja czynów zarzucanych w akcie oskarżenia jest jedynie propozycją i że jest otwarta droga do jej zmiany - uzasadniał mec. Piotrowski. - Odrzucenie przez sąd wniosku o uprzedzeniu oskarżonych o możliwości zmiany kwalifikacji prawnej zarzucanych im czynów świadczy o tym, że sąd wyraził swój pogląd na sprawę jeszcze przed wydaniem wyroku. Świadczy to też o tym, że sąd nie chce przyjąć surowszej kwalifikacji i wyraża pogląd prawny korzystny dla oskarżonych. Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Po ponad półtoragodzinnej przerwie przewodnicząca 11.12.03, 00:45 Po ponad półtoragodzinnej przerwie przewodnicząca składu wznowiła przewód sądowy i przerwała rozprawę do czasu rozpatrzenia wniosku o wyłączenie składu orzekającego. Gdyby skład sędziowski został wyłączony, proces praktycznie rozpocząłby się od nowa. Nie oznacza to jednak, że musiałby trwać kolejne cztery lata. To właśnie pobłażliwość tego sądu wobec jawnej gry na zwłokę, prowadzonej przez oskarżonych spowodowała, że trwał on tak długo. Wniosek o odwołanie składu wywołał zaskoczenie obrońców, oskarżonych, a także samych sędziów i ławników. Tymczasem to ten skład sędziowski konsekwentnie odrzucał wnioski pełnomocników oskarżycieli posiłkowych m.in. o tymczasowe aresztowanie, w czasie gdy oskarżeni systematycznie zrywali rozprawy, czy też nie wyrażał zgody na ujawnienie ich danych osobowych i wizerunków. Również skandaliczne wyłączenie do odrębnego postępowania głównego oskarżonego, Czesława Kiszczaka, na podstawie tylko jednego zwolnienia lekarskiego i nieprzyjęci wniosku pełnomocników, by przebadali go biegli kardiolodzy ze Śląskiej Akademii Medycznej, położyły się cieniem na tym procesie. Ostatni błąd sądu przepełnił czarę goryczy i wniosek o wyłączenie tego składu sędziowskiego musiał wreszcie paść na tej sali. Sprawa znalazła zadziwiające "rozwiązanie". Na własne żądanie ze składu orzekającego wyłączona została sędzina Marcela Faska-Jagła. Zgodnie z przepisami wyrok może wydać tylko ten skład sędziowski, który uczestniczył w całym procesie. Jak na ironię, parę miesięcy wcześniej przewodnicząca składu Ewa Krukowska postanowiła wyłączyć sędziego dodatkowego Jacka Myśliwca z uwagi na stan jego zdrowia. Teraz okazało się, że po kilkumiesięcznej przerwie sędzia Jacek Myśliwiec... wraca do składu orzekającego w miejsce sędziny Marceli Faski- Jagły. Taka sytuacja oznaczała jednak, że można uznać, iż sprawę rozpatruje nowy skład sędziowski. Sędzina Faska-Jagła po raz pierwszy zgłosiła wniosek o wyłączenie jej ze sprawy, gdy mec. Piotrowski zawnioskował o zmianę całego składu orzekającego. Wówczas jednak oba wnioski zostały odrzucone przez zawodowych sędziów powołanych przez prezesa Sądu Najwyższego w Katowicach. Tym bardziej zaskakiwał fakt, iż mimo że w ciągu kilku miesięcy nie zmieniło się nic (oprócz tego, że wybory wygrała AWS) rezygnacja sędziny Faski-Jagły została nagle przyjęta. Nie mniej zaskakujące były również powody, które w swej rezygnacji podała pani sędzina. Stwierdziła ona m.in.: "Uczestnictwo w tym procesie wymagało z mojej strony znacznej kondycji psychofizycznej. I to nie tylko z uwagi na złożoność zagadnień, ale także z uwagi na panującą wokół niego atmosferę. (...) Od 10 lat mieszkam w osiedlu przy kopalni "Wujek". Codziennie spotykam oskarżycieli posiłkowych, ich rodziny i innych świadków z grona pracowników kopalni. Każde działanie tworzące nieprawdziwy, a zarazem negatywny obraz sądu uczyniło i czyni moją sytuację oraz mojej najbliższej rodziny szczególnie trudną. (...) Uważam, że postępowanie pełnomocników prowadzi do nieuzasadnionego "podgrzewania" nastrojów społecznych, a z uwagi na realne zagrożenie bezpieczeństwa mojego i mojej rodziny, uznaję i odczuwam takie postępowanie za ingerencję w niezawisłość sędziowską i jako wpływające na moją swobodę orzekania". Wydaje się, że w ten sposób sędzina Faska-Jagła jasno wyraziła jaki wyrok, mimo zdecydowanych dowodów świadczących na niekorzyść oskarżonych, chciała wydać w tej sprawie. Sugerując jednocześnie, że czuje się "zagrożona" przez tych, do których strzelano, a nie tych, którzy strzelali, uwłaczała godności wszystkich ofiar tej tragedii. Szkoda też, że nigdy nie zastanowiła się nad samopoczuciem poszkodowanych, świadków czy obserwatorów procesu, pod adresem których wielokrotnie padały pogróżki ze strony tych, których nikt nie chciał dotąd sprawiedliwie osądzić. I nie chce dalej... Oskarżeni o strzelanie do górników KWK "Manifest Lipcowy" i "Wujek" w grudniu `81 nie kryli radości i ulgi, gdy przewodnicząca "odnowionego" składu sędziowskiego nieoczekiwanie poinformowała, iż sąd może zmienić kwalifikację prawną zarzucanych im czynów na... łagodniejszą Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Wyrok 11.12.03, 00:46 Wyrok W swej końcowej mowie prokurator Jacek Ańcuta zażądał 15 lat pozbawienia wolności dla byłego zastępcy komendanta wojewódzkiego MO w Katowicach, Mariana Okrutnego i szefa Plutonu Specjalnego, Romualda Cieślaka. Dla oskarżonych o strzelanie do górników prokurator domagał się od 8 do 15 lat więzienia oraz kar dodatkowych i pozbawienia praw publicznych, zakazu zajmowania stanowisk i pełnienia funkcji związanych z ochroną i bezpieczeństwem, a także przepadku mienia i podanie wyroku do wiadomości publicznej. Pełnomocnicy oskarżycieli posiłkowych zwracali się o zmianę kwalifikacji prawnej czynów zarzucanych oskarżonym na surowszą niż w akcie oskarżenia. Żądali, by odpowiadali oni za zabójstwo lub usiłowanie zabójstwa (tj. art. 148 kk) i domagali się wyższych kar niż prokurator. Skład sędziowski z uporem odrzucał wnioski pełnomocników w tej sprawie. Nowy skład orzekający, nie dość, że po raz kolejny odrzucił wniosek pełnomocników, to z własnej inicjatywy uprzedził strony, że jest możliwa zmiana kwalifikacji prawnej na wiele łagodniejszą, tj. art. 160 kk. W tej sytuacji zomowcy, którzy strzelali do górników, odpowiadać mogli jedynie za "narażenie człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia, ciężkiego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia". Najwyższa kara, jaka grozi za ten czyn, to zaledwie 3 lata pozbawienia wolności i to jeszcze w zawieszeniu. Dalsze przepisy mówią o tym, że "jeśli sprawca działał nieumyślnie", to kara jest jeszcze łagodniejsza: do roku pozbawienia wolności, ograniczenia wolności lub grzywny. W kuluarach nikt nie krył zaskoczenia tym bulwersującym oświadczeniem. Sąd nie uwzględnił też kolejnego wniosku mec. L. Piotrowskiego, o zastosowanie wobec oskarżonych "środków zapobiegawczych". Przewodnicząca składu uznała, że jest to bezzasadne, gdyż oskarżeni nie utrudniają postępowania. Jak na ironię, tego dnia proces rozpoczął się z półtoragodzinnym opóźnieniem, ponieważ spóźnił się oskarżony Tadeusz Tinel. Tłumaczył się, że podczas jazdy musiał zmienić koło, a ponadto na drodze były trudne warunki i dlatego jechał wolniej. Mimo iż sąd wskazał już, że chce potraktować łagodniej oskarżonych, prokurator Jacek Ańcuta stanowczo zaznaczył, iż nie zaszły żadne okoliczności, by zmieniać wysokość kar, których żądał dla oskarżonych w swej pierwszej mowie oskarżycielskiej. Podkreślił, iż na ławie nie zasiadają przeciętni funkcjonariusze, lecz profesjonaliści, którzy mogli przewidzieć, czym zakończy się ich udział w pacyfikacji. Sąd po raz drugi wysłuchał końcowych przemówień stron... Po ponad czteroipółletnim trwaniu skandalicznego procesu oskarżonych o strzelanie do górników śląskich kopalni w pierwszych dniach stanu wojennego w Sądzie Wojewódzkim w Katowicach odczytano wyrok: - W imieniu Rzeczypospolitej Polskiej Sąd uniewinnia od zarzucanych czynów: Lecha Nowaka, Tadeusza Tinela, Antoniego Nycza, Henryka Huberta, Józefa Raka, Marka Majdaka, Bonifacego Wareckiego, Krzysztofa Jasińskiego, Leszka Grygorowicza - czytała sędzina Ewa Krukowska - a nadto uznając, iż Dariusz Ślusarek, Ryszard Gaik, Andrzej Bilewicz, Andrzej Rau, Maciej Szulc, Grzegorz Włodarczyk, Zbigniew Wróbel, Teopold Wojtysiak, Grzegorz Berdyn, Edward Ratajczyk i Romuald Cieślik użyli broni, czym narazili na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszkodzenia ciała, tj. wyczerpali znamiona występku określonego w art. 160 kk, postanawia z uwagi na przedawnienie umorzyć wobec nich postępowanie. Sąd uniewinnia również oskarżonego Mariana Okrutnego od zarzutu kierowania zbrodnią. Kosztami postępowania postanawia obciążyć Skarb Państwa. Przez kilka sekund po ogłoszeniu tego zaskakującego, haniebnego wyroku na sali rozpraw panowała przejmująca cisza. Ludzie jakby nie wierzyli w to, co usłyszeli, jakby nie dotarło do nich, że ci, którzy strzelali, zostali uniewinnieni. Dopiero po chwili rozległ się gwar. - Hańba! Skandal! Sąd pod sąd! Precz z komunistycznym sądem! Okrągły stół! - skandowała zbulwersowana publiczność. - Jeżeli ktoś nie chce wysłuchać uzasadnienia, to niech opuści salę! - zareagowała sędzia Ewa Krukowska. - Niech się pani nie wysila! Nikt nie ma zamiaru słuchać tego, co ma pani do powiedzenia! Tym haniebnym wyrokiem powiedzieliście już wszystko! Wolno mordować ludzi i nie ponosić za to żadnej odpowiedzialności! - krzyczeli rozgoryczeni ludzie, demonstracyjnie opuszczając salę rozpraw. Wyrokowi przysłuchiwało się jedynie ośmiu spośród 22 oskarżonych. Do końca odczytywania uzasadnienia wytrwał tylko jeden. Sąd, uzasadniając wyrok, uznał, że ci, którzy strzelali do górników, działali "zgodnie z prawem" i w "obronie własnej". W kilka minut od rozpoczęcia odczytania uzasadnienia z sali rozpraw wyszedł jedyny z oskarżycieli posiłkowych, który nie opuścił jej wraz z kolegami. - Jezu! - mówił, trzymając się za głowę - takie samo uzasadnienie słyszałem na tej sali 16 lat temu, kiedy mnie i moich kolegów za ten strajk sadzali do więzienia. Na korytarzu, w otoczeniu policjantów i dziennikarzy, ludzie patrzą sobie w oczy, jakby nawzajem u siebie szukali odpowiedzi na to, co usłyszeli. - Mordowali niewinnych ludzi, a teraz są niewinni! Przecież są raporty, które sami napisali, są zeznania świadków. Niewinni? Nie ma dowodów? A Grygorowicz? Przecież został rozpoznany, że strzelał i też jest niewinny?! To jakie dowody ten sąd musi mieć, by uznać ich winę? - wciąż nie mogą się otrząsnąć. Inni nie komentują wyroku. Nie dlatego, że się z nim zgodzili. Dlatego, że nie są w stanie powiedzieć słowa. Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret Przed sądem na wyrok oczekiwał kilkudziesięcioosob 11.12.03, 00:47 Przed sądem na wyrok oczekiwał kilkudziesięcioosobowy tłum. Górnicy, członkowie "Solidarności" i Ligi Republikańskiej z transparentem "Ukarać komunistycznych zbrodniarzy". Rozdają ulotki z nazwiskami oskarżonych. Napięcie wzrasta z minuty na minutę. Wokół policyjne radiowozy. Ludzie wiedzą, że nie mają szans wejść do środka, bo do budynku wpuszczani są tylko ci, którzy mają specjalne przepustki. Nawet wdowy po zamordowanych górnikach mają problem z wejściem. O 12.23 z sądu wybiegł pierwszy z oskarżycieli posiłkowych. - Niewinni! - krzyknął zdławionym głosem. - Niewinni wszyscy... - Co? Niemożliwe!? Czerwoni mordercy! Czerwona zaraza! Hańba! - krzyczą zgromadzeni ludzie. Wybucha petarda. Potem następne. W zaparkowanych obok samochodach włączają się alarmy. Niektórzy nie krzyczą. Po prostu płaczą. Tak jak wtedy, 16 lat temu, gdy dowiedzieli się o strzałach w kopalniach. - I to ma być państwo prawa? Zbrodniarze będą chodzić wolni po ulicach? - mówią. Gdy wychodziłam z budynku ludzie podchodzili do mnie, podając ręce. Pytali: "Co będzie? Jak to możliwe? Dlaczego tak się stało?". Co będzie... Na pewno będzie rewizja. Ale też będzie i tak, że w kolejną rocznicę zbrodni oprawcy nadal będą bezkarni. A stało się tak dlatego, że ten sąd od samego początku robił wszystko, by uniewinnić oskarżonych. Ten wyrok zapadł nie ostatniego, lecz pierwszego dnia procesu. Odpowiedz Link Zgłoś
studio.beret SZYFROGRAM NR Zw-I-01486 11.12.03, 00:48 Od: Ministra Spraw Wewnętrznych, Warszawa, dnia 13 grudnia 1991 r. Do: Komendantów Wojewódzkich MO (woj. wszystkie) Komendantów Szkół MSW i MO TAJNE Egz. nr 1 SZYFROGRAM NR Zw-I-01486 Treść: Na podstawie art. art. 23, 26, 27 i 28 dekretu z dnia 13 grudnia 1981 r., o stanie wojennym wprowadzone zostały następujące zasady użycia środków przymusu bezpośredniego, w tym broni palnej przez funkcjonariuszy MO i pracowników (członków) formacji (organizacji) powołanych do ochrony porządku publicznego lub mienia społecznego oraz żołnierzy w wypadkach nadzwyczajnych: a) użycie środków przymusu bezpośredniego w tym broni palnej następuje na zasadach określonych w obowiązujących dotychczas przepisach, b) w wypadkach nadzwyczajnych można użyć środków przymusu bezpośredniego w tym chemicznych środków obezwładniających i urządzeń do miotania wody, a w przypadkach wyjątkowych również broni palnej, gdy nie można uniknąć niebezpieczeństwa, zagrożenia życia lub zamachu, c) użycie chemicznych środków obezwładniających i urządzeń do miotania wody, następuje na podstawie decyzji Komendanta Wojewódzkiego MO, a w odniesieniu do sił zbrojnych - dowódcy okręgu wojskowego, d) użycie broni palnej przez oddziały i pododdziały zwarte następuje na podstawie decyzji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, a w odniesieniu do sił zbrojnych Ń Ministra Obrony Narodowej, e) w przypadkach, w których wszelka zwłoka groziłaby bezpośrednim niebezpieczeństwem dla życia lub zdrowia albo mienia społecznego w znacznych rozmiarach decyzję o użyciu wyżej wymienionych środków podejmuje dowódca oddziału lub pododdziału o czym niezwłocznie zawiadamia swego przełożonego, f) decyzje o wyposażeniu członków ORMO oraz innych formacji i organizacji powołanych do ochrony porządku publicznego lub mienia społecznego w środki przymusu bezpośredniego, a w szczególnie uzasadnionych przypadkach również w broń palną podejmuje Minister Spraw Wewnętrznych, g) w okresie stanu wojennego formacje i organizacje powołane do ochrony porządku publicznego lub mienia społecznego, z wyjątkiem sił zbrojnych, podlegają w sprawach operacyjnych Ministrowi Spraw Wewnętrznych i organom MO, h) wypadkami nadzwyczajnymi w rozumieniu dekretu są przypadki: - sprowadzenia niebezpieczeństwa powszechnego dla życia, zdrowia lub wolności obywateli, - sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa zagrożenia dla mienia społecznego, indywidualnego lub osobistego w znacznych rozmiarach, - sprowadzenia niebezpieczeństwa zagrożenia obiektów ważnych dla obronności lub bezpieczeństwa państwa, - sprowadzenia bezpośredniego zagrożenia albo zajęcia budynków administracji państwowej oraz organizacji politycznych i społecznych, a także ważnych obiektów i urządzeń gospodarki narodowej. MINISTER SPRAW WEWN˘TRZNYCH gen. dyw. CZ. KISZCZAK 13 XII 1981 r. godz. 11.00 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Slepa Temida Powinni mu zabrac wysoka rente, to byloby sprawied IP: *.proxy.aol.com 11.12.03, 03:17 liwe .ILe maja renty ci, ktorzy byli przesladowani, okaleczeni, bici i rodziny zabitych? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Prawy ZDRADA, ZDRADA ,ZDRADA , ZDRADA !!!!!!!!!!!!!!! IP: *.proxy.aol.com 11.12.03, 03:23 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: gosc Re: ZDRADA, ZDRADA ,ZDRADA , ZDRADA !!!!!!!!!!!!! IP: *.hrl.com 18.12.03, 01:43 Kiszczak powinien byc rozstrzelany za zbrodnie ktore popelnil. Ludzka pamiec tych ktorzy pamietaja pomordowancyh z jego rozkazu nigdy nie bedzie wymazana.W histori Polski wspolczesnej wedlug mnie zawsze bedzie zbrodniarzem. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Jakow Re: Prokurator: 2 lata w zawieszeniu dla Kiszczak IP: 212.21.228.* 18.12.03, 01:55 Grotkeska polskiego sadownictwa trwa. Zamiast wziasc sie za Walese, ktory odpowiada za nieszczescia jakie spotkal narod polski po 1989 (w tym tysiace samobojstw na tle ekonomicznym - rzecz w PRL, niespotykana), czy Kwasniewskiego, ktory wyslal polskich zolnierzy aby mordowali Irakijczykow, to sadzi sie generala Kiszczaka, ktory slusznie doprowadzil do porzadku warcholow z "Solidarnosci". Odpowiedz Link Zgłoś