Dodaj do ulubionych

Prokurator: 2 lata w zawieszeniu dla Kiszczaka

IP: *.kwbturow.com.pl 10.12.03, 11:19
tylko dwa lata w zawieszeniu? groteska.
Obserwuj wątek
    • Gość: Cezary Prokurator: 2 lata w zawieszeniu dla Kiszczaka IP: *.dialup.tiscali.it 10.12.03, 11:22
      Tylko dwa lata i to w zawieszeniu za smierc 9 ludzi!!!!!
      Widzocznie w Polsce ludzie sa rowni i rowniejsi.
      Przeciez ten wyrok uderza w poczucie sprawiedliwosci i
      elementarnego rozsadku. Pozostaje miec nadzieje, ze przeminie ta
      ponura epoka.
    • Gość: piotrowski Re: Prokurator: 2 lata w zawieszeniu dla Kiszczak IP: *.niva.no 10.12.03, 11:37
      Teraz ku..wa Czesiek uwazaj i nie strzelaj do gornikow przez 5
      lat ku..wa.
      • Gość: x Teraz nikt już nie będzie do górników strzelał, IP: 66.98.130.* 10.12.03, 11:49
        bo ich prawie nie będzie. Cieszcie się górnicy z wyroku na
        Kiszczaka, bo ten głupol strzelał do tych, którzy przyczynili
        się do znikniecia polskiego górnictwa.
        • Gość: Tomson [...] IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.12.03, 21:09
          Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
    • Gość: Lex Kisczak powinien dawno dostac dozywocie, a Michnik IP: *.asm.bellsouth.net 10.12.03, 11:58
      Kisczak powinien dawno dostac dozywocie, a Michnik wyrok w
      zawieszeniu za wybielanie KIszczak za przestepcza dzilalnosc
      w okresie stanu wojennego. Powinien siedziec e jednej celi z
      Urbanem i Jaruzelskim.
      • Gość: mk odebrac im prawa obywatelskie - zadnego glosowania IP: *.twcny.rr.com 10.12.03, 19:02
    • Gość: Tom Re: Prokurator: 2 lata w zawieszeniu dla Kiszczak IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.12.03, 12:15
      Bardzo tanio wychodzi to komunistyczne strzelanie do ludzi. No,
      ale teraz przez 5 lat nie będzie mógł nikogo zabić! Toż to
      zoologiczny antykomunizm i represjonowanie zasłużonego
      towarzysza! Krwiożerczy kapitalizm pokazał prawdziwe,
      nieludzkie oblicze, pozbawiając towarzysza Kiszczaka ulubionej
      rozrywki i możliwości samorealizacji.

      A tak poważnie, to wstyd mi za 3 Rzeczpospolitą- za to, co
      teraz myślą rodziny zamordowanych, zresztą, nie tylko w tej
      sprawie.
    • Gość: @@@ Powinien dostać dożywocie za niewywiązanie się z IP: 66.98.130.* 10.12.03, 12:26
      zadania ochrony polskiego przemysłu a w tym górnictwa przed
      sabotażową działalnościa "Solidarnosci", przyczynieniem się tym
      do bezprecedensowej nędzy ponad 60% społeczeństwa w kraju,
      utratą suwerenności nieporównywalnej nawet z okresem zaborów.
    • Gość: Alek Re: Prokurator: 2 lata w zawieszeniu dla Kiszczak IP: *.cc.telcordia.com 10.12.03, 13:35
      2 lata? Kpia sobie chyba z ludzi? Takim powinno sie zalozyc
      petle na szyje!
    • Gość: Jacek 2 lata w zawieszeniu to skandal! IP: 81.210.19.* 10.12.03, 13:38
      Jak mozna za rozkaz zabojstwa wnosic o kare w zawieszeniu?
      Panie prokuratorze wątpie czy będzie Pan mógł spojrzeć w oczy
      rodzinom zabitych górników!
      • Gość: demokrata Re: 2 lata w zawieszeniu to skandal! IP: *.gorzow.mm.pl 10.12.03, 14:01
        Rzeczywiście skandal! Tyle dostaje się za kradziez portfela z 300 zł, czyli
        życie jednego górnika jest warte ok. 30 zł (nawet nie srebrników!)

        Jeżeli jest winien śmierci górników, powinien siedzieć długo i szcześliwie.
        Jeżeli nie, to po co ta farsa?
    • douglasmclloyd Dziewięciu nie żyje 10.12.03, 14:00
      Dać mu dożywocie.
    • doro6 8 lat więzienia za groźbę użycia granatu 10.12.03, 14:58
      www1.gazeta.pl/wyborcza/1,34513,1818218.html
    • Gość: Rynio odznaczych debila orderem IP: *.look.ca 10.12.03, 15:20
      Jaja sobie robia z ludzi ale mam nadzieje ze Polacy jescze bede
      mieli swoja Ojczyzne nie jak teraz ze na stolku siedzi anty-
      polak ale jest Polakow w Polsce berdzoduzo to wezma kosy bede
      odcinac glowy debila.
    • kataryna.kataryna Re: Prokurator: 2 lata w zawieszeniu dla Kiszczak 10.12.03, 16:06
      A co na to Michnik? Cieszy się, że "człowiekowi honoru" nic się nie stanie, czy
      smuci, że nie będzie uniewinnienia?

      Prokurator uzasadniał w radio, że trzeba uwzględnić późniejsze zasługi
      Kiszczaka dla demokracji i kraju. Łatwo przychodzi usprawiedliwienie zbrodni.
      Współczuję rodzinom górników, że akurat w okolicy rocznicy.
      • Gość: romek948 Czeo oczekujesz od Michnik przyjaciela zbrodniarzy IP: *.rybnet.pl / *.rybnet.pl 10.12.03, 18:06
        Jaruzelskiego, Kiszczka i innych im podobnych, Przeciez oni strzelali tylko do
        Polakow to czym ma sie przejmowac.
    • Gość: Janek W. Czapa, tylko czapa... IP: *.chello.pl 10.12.03, 16:48
      ... dla towarzysza Kiszczaka. No i jeszcze dla Jaruzelskiego, żeby dać dowód, iż
      żyjemy w państwie praworządnym.
    • Gość: dwapotrzy Re: Prokurator: 2 lata w zawieszeniu dla Kiszczak IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.12.03, 16:59
      Kpina, już dawno powinien smażyć się na krześle, "człowiek honoru"... szlag by
      to trafił! Michnik - wstydź się!
    • Gość: romek948 Kto i kiedy odpowie za morderstwo w 1970. IP: 213.77.79.* 10.12.03, 17:28
      Jaruzelski wyslal wojsko by strzelalo do bezbronnych robotnikow.
      A jezeli to nie on to powinien byl sie poddac do dymisji odrazu,
      a tak jest zbrodniarzem. Ale o tym nie pisze jego przyjaciel
      Michnik.
    • Gość: Kuba Re: Prokurator: 2 lata w zawieszeniu dla Kiszczak IP: *.netia1.piekary.net 10.12.03, 17:58
      Adolf Hitler dostałby w tym sądzie 6 miesięcy w zawieszeniu.
      Kompletny brak dowodów.
      • Gość: Marian-obywatel Taki wyrok hańbi niezalezny wymiar sprawiedliwosc IP: *.internetdsl.tpnet.pl 10.12.03, 20:45
        jesli słowo niezależny ma własciwe znaczenie.
        Generał Kiszczak jest odpowiedzialny za smierć górników popierajacych
        przemiany ustrojowe w Polsce.
        Wyrok w tym procesie powinien być przestrogą dla innych sprawujących wladzę w
        kraju i zupełnie nie liczacych sie ze zdaniem społeczeństwa.
        Ten wyrok nie jest żadną przestrogą ,jest wyrazem ideowego zwiazku między
        partią rządzącą aktualnie a partią Kiszczaka.
    • Gość: mpnu Re: Prokurator: 2 lata w zawieszeniu dla Kiszczak IP: *.proxy.aol.com 10.12.03, 20:54
      Tylko szubienica jest dla komucha Kiszczaka!!!!
    • Gość: Jagnieszka Kiszczak ma rację. IP: *.aster.pl / 10.71.4.* 10.12.03, 23:56
      Nie ma związku. Tak uważam.
      • Gość: Marian Re: Kiszczak ma rację.? IP: *.gdynia.mm.pl 11.12.03, 00:02
        Gość portalu: Jagnieszka napisał(a):

        > Nie ma związku. Tak uważam.


        A mogłabyś swoje twierdzenie uzasadnić?
        • basia.basia Re: Kiszczak ma rację.? 11.12.03, 00:10
          Gość portalu: Marian napisał(a):

          > Gość portalu: Jagnieszka napisał(a):
          >
          > > Nie ma związku. Tak uważam.
          >
          >
          > A mogłabyś swoje twierdzenie uzasadnić?

          Proszę o to samo. W jakim celu w tym właśnie
          momencie przypomniał im o tym uprawnieniu?
      • studio.beret Nie ma związku ? Tak uważasz ? 11.12.03, 00:18
        Stan wojenny został wprowadzony w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. (z soboty na
        niedzielę) dekretem Rady Państwa na podstawie art. 33, ust. 2 Konstytucji PRL,
        który stanowił:
        „Rada Państwa może wprowadzić stan wojenny na części lub na całym terytorium
        Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, jeżeli wymaga tego wzgląd na obronność lub
        bezpieczeństwo państwa. Z tych samych powodów Rada Państwa może ogłosić
        częściową lub powszechną mobilizację.”

        Dekret został przyjęty wbrew prawu. Trwała sesja Sejmu, a Konstytucja nie
        zezwalała na wydawanie dekretów w czasie trwania sesji sejmu (art. 31, ust. 1):

        „W okresach między sesjami Sejmu Rada Państwa wydaje dekrety z mocą ustawy.
        Rada Państwa przedstawia dekrety Sejmowi na najbliższej sesji do zatwierdzenia.”

        Wprowadzenia stanu wojennego zażądała Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego (WRON)
        pod przewodnictwem gen. Wojciecha Jaruzelskiego (gen Kiszczak wchodzil w sklad
        WRON).

        Powstanie WRON i dekret o stanie wojennym zatwierdziło 13 z 14 członków Rady
        Państwa, której przewodniczył Henryk Jabłoński. Przeciwko był tylko jeden
        członek Rady Państwa - Ryszard Reiff. Rada Państwa przyjęła dekret we wczesnych
        godzinach rannych 13 grudnia, gdy postanowienia stanu wojennego były już
        realizowane, stając się tym samym marionetką w rękach wojskowej junty

        beret
        • Gość: MARIAN Jagnieszka palnęła głupstwo i teraz się wstydzi! IP: *.gdynia.mm.pl 11.12.03, 00:22
      • studio.beret Grudzień 1981 - tak było 11.12.03, 00:24
        Grudzień 1981 - tak było
        Dwunastego grudnia 1981 r. o godzinie 16.00 komendant wojewódzki MO w
        Katowicach płk Jerzy Gruba otrzymuje specjalny rozkaz - otworzyć kopertę z
        hasłem "W". W kilka sekund później siły porządkowe są w pełnej gotowości do
        działań.
        W nocy z 12 na 13 grudnia do tysięcy mieszkań wkracza Służba Bezpieczeństwa
        wspierana przez uzbrojonych milicjantów. Zapełniają się więzienne cele i
        przygotowane specjalnie dla członków NSZZ "Solidarność" ośrodki odosobnienia.
        Przerwana zostaje łączność telefoniczna. Opancerzone wozy blokują drogi.
        O godzinie 6.00 przemawia generał armii Wojciech Jaruzelski, przewodniczący
        Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, która powołała się poza konstytucyjnie i
        przejęła pełnię władzy w kraju. Telewizja i radio ciągle nadają długą listę
        nakazów i zakazów. Wprowadzono zakaz strajków i zgromadzeń. Ograniczono swobodę
        podróżowania. Wprowadzono godzinę policyjną. Do zmilitaryzowanych zakładów
        pracy wkroczyli komisarze wojskowi. Tak rozpoczęła się wojna WRON-y z narodem.
        Nie groziła nam wówczas żadna obca interwencja, choć Jaruzelski kilkakrotnie o
        nią zabiegał w Moskwie.
        Dekret o stanie wojennym był nielegalny i sprzeczny z konstytucją. Członkowie
        Rady Państwa podpisywali w ową pamiętną noc dokumenty, których w ogóle nie
        znali. Inni złożyli podpisy w kilka dni później we własnym domu. Oficjalnie
        dekret o stanie wojennym ukazał się dopiero 18 grudnia 1981 r. w Dzienniku
        Ustaw. Nie mógł on stanowić żadnej podstawy prawnej, usprawiedliwiać
        jakiejkolwiek decyzji. Dotyczy to również tajnego szyfrogramu szefa MSW
        Czesława Kiszczaka, który podpisany 12 grudnia o godz. 11.00 już o 16.00 dotarł
        do wszystkich komend wojewódzkich MO. To właśnie z przyzwolenia na otwarcie
        ognia do załóg strajkujących zakładów pracy, zawartego w tym szyfrogramie,
        skorzystali ci, którzy zastrzelili i zranili górników śląskich kopalń.
        Pierwszą reakcją na wprowadzenie stanu wojennego był szok. Ludzie pytali: z kim
        ta wojna? Kiedy zaczęli sobie uświadamiać, co się stało, postanowili sprzeciwić
        się bezprawiu. Bronili własnego honoru i godności. Decyzja mogła być tylko
        jedna - strajk! Nie przelękli się gróźb, więzienia, demonstracji siły. Domagali
        się odwołania stanu wojennego, wypuszczenia z więzień kolegów,
        przywrócenia "Solidarności".

      • studio.beret KWK "Manifest Lipcowy" 11.12.03, 00:25
        KWK "Manifest Lipcowy"

        1. W kopalni "Manifest Lipcowy" w Jastrzębiu Zdroju wszystko zaczęło się 14
        grudnia 81 r. Strajk wybuchł spontanicznie. Pamiętano jeszcze ten dzień, gdy
        podpisywano Porozumienia Jastrzębskie. Teraz górnicy wiedzieli, że znów zostali
        oszukani przez komunistyczne władze.
        Na wiecu mówiono o stanie wojennym, o internowanych, więzionych i bitych, o
        przetrzymywanych przez kilkanaście godzin na mrozie związkowcach. Pouczono, jak
        zachowywać się w trakcie strajku. Przedstawiciele dyrekcji i wojska
        kilkakrotnie informowali załogę o konsekwencjach, jakie grożą za protest w
        stanie wojennym, ale górnicy odpowiadali hymnem narodowym i zapewnieniem,
        że "Manifest Lipcowy" się nie podda. Blokada informacyjna spowodowała, że
        strajkujący nie wiedzieli, co dzieje się w kraju. łącznicy, którzy przybywali z
        innych zakładów, opowiadali o brutalnych pacyfikacjach, dlatego górnicy
        z "Manifestu Lipcowego" przystąpili do budowania barykad z lutni górniczych i
        wagoników. Jedną z nich ustawili na bramie głównej. Tylko przejście obok niej
        nie było zabarykadowane, aby każdy kto chce, mógł opuścić kopalnię. Górnicy z
        niego nie skorzystali. Postanowili zostać na terenie zakładu.
        15 grudnia siły milicyjne i wojsko brutalnie odblokowały
        kopalnie: "Moszczenica" i "Jastrzębie", a następnie udały się do KWK "Manifest
        Lipcowy". Do górników z "Manifestu Lipcowego" nie dopuszczano już nawet
        kapłanów z posługą duszpasterską.
        Około godziny 11.00 milicja i wojsko zgrupowały się w pobliżu kopalni. W
        okolicach bramy głównej stanęła wołga, w której przebywał dowodzący akcją płk
        Kazimierz Wilczyński. Obok, w samochodzie marki "Star", zlokalizowano ruchome
        stanowisko dowodzenia.
        O godz. 11.15 wezwano górników do zaprzestania strajku i opuszczenia kopalni.
        Strajkujący odpowiedzieli hymnem narodowym. Czołg zaczął rozbijać barykadę na
        bramie głównej. Milicja ostrzeliwała górników środkami chemicznymi, do działań
        wprowadzono armatkę wodną. Po sforsowaniu bramy na teren kopalni wtargnęły
        potężne siły ZOMO. Rozpoczęło się obrzucanie gazami łzawiącymi, petardami.
        Początkowo górnicy odrzucali je z powrotem, ale po kilku minutach teren był już
        tak zadymiony, że niektórzy zaczęli się dusić. W stronę milicji poleciało
        jeszcze kilka kamieni. Natarcie oddziałów zwartych zaczęło się jednak
        załamywać. W tym samym czasie przez przejście osobowe i bramę główną wbiegło
        kilkunastu funkcjonariuszy Plutonu Specjalnego ZOMO. Ubrani w ciemne, obcisłe
        mundury i żółte kaski, mieli przy sobie tylko broń automatyczną. Pluton
        Specjalny dwukrotnie ustawiał się naprzeciw górników i po kilku sekundach
        wycofywał. Za trzecim razem zza stojącego w poprzek placu czołgu rozległa się
        kanonada strzałów. Pluton Specjalny zaczął strzelać z pozycji półklęczącej do
        górników. Ktoś krzyknął, by położyć się na ziemi, bo strzelają. Po tym ataku,
        gdy górnicy zaczęli się wycofywać, na ziemi zostało czterech rannych. Strzelano
        ostrą amunicją. Rannych górników zaprowadzono do punktu sanitarnego, potem
        zabrały ich karetki pogotowia.
        Jednak pierwsze strzały padły jeszcze przed wejściem na teren kopalni. Kilku
        członków Plutonu Specjalnego strzelało do górników przez okno budynku wartowni.
        Strażnika, który ich nie chciał wpuścić zomowcy brutalnie pobili i zawlekli do
        milicyjnej suki. Został potem aresztowany.
        Po strzałach oddanych do górników trwała jeszcze przepychanka na placu przed
        cechownią. Górnicy zaczęli się cofać w głąb kopalni, a na jej teren weszły
        wzmocnione siły milicji, wspomagane armatkami wodnymi. Posuwały się za czołgiem
        drogą wewnątrzzakładową. Dotarły aż do miejsca, gdzie górnicy schowali się za
        barykadą. Tu po raz trzeci Pluton Specjalny użył broni, strzelając w
        przeszklone przejście między budynkami łaźni, którym uciekała część
        strajkujących.
        Do większych starć między ZOMO a strajkującymi już nie dochodziło. Obie strony
        zdawały sobie sprawę z tego, że za chwilę do kopalni przybędzie kolejna zmiana
        górników. Dyrektor zaapelował o zakończenie strajku. Mówił, że już są ofiary,
        że może dojść do jeszcze większej tragedii. To samo mówił dowodzącemu akcją.
        Doszło do rokowań. Dyrektor dostał zapewnienie, że górnicy będą mogli
        bezpiecznie opuścić kopalnię w ciągu 10 minut. Strajk zakończył się. Około
        13.00, górnicy z "Manifestu Lipcowego" opuszczali kopalnię, idąc między
        szpalerami ZOMO.
        W pacyfikacji KWK "Manifest Lipcowy" brały udział: 3 kompanie ZOMO, 3 kompanie
        ROMO, 4 kompanie ORMO, 2 kompanie KW MO, 30 czołgów, 15 wozów opancerzonych
        BWP, 4 armatki wodne. Do tej akcji skierowano też 15 członków Plutonu
        Specjalnego ZOMO. Według oficjalnych danych w kopalni "Manifest Lipcowy" od
        zomowskich kul zostało rannych czterech górników. Wystrzelano tam 57 ostrych
        nabojów.

      • studio.beret KWK "Wujek" 11.12.03, 00:26
        KWK "Wujek"

        2. W kopalni "Wujek" w Katowicach, o tym, że "coś się dzieje", górnicy
        dowiedzieli się już w nocy z 12 na 13 grudnia, kiedy milicja i służba
        bezpieczeństwa aresztowały ówczesnego przewodniczącego zakładowej Solidarności
        Jana Ludwiczaka. Ludwiczak zdążył zadzwonić do kolegów na kopalnię. Kilku z
        nich natychmiast pobiegło do jego mieszkania. Zostali poturbowani przez
        zomowców. Gdy wrócili pobici na kopalnię, o aresztowaniu i o tym, co zaszło,
        dowiedziała się już cała nocna zmiana. Górnicy przerwali pracę i zażądali
        natychmiastowego uwolnienia przewodniczącego. Atmosfera była napięta. Wczesnym
        rankiem 13 grudnia kilku górników udało się do parafii św. Michała, aby
        opowiedzieć ks. Henrykowi Bolczykowi, co się stało i poprosić go o odprawienie
        na terenie kopalni niedzielnej mszy św. Tuż przed nabożeństwem górnicy
        dowiedzieli się o stanie wojennym z radia. Msza odprawiona przez ks. Bolczyka i
        wygłoszone przez niego kazanie uspokoiły trochę wzburzonych górników. Tego dnia
        wszyscy rozeszli się do domów.
        14 grudnia pierwsza zmiana zadecydowała o tym, że będzie kontynuować strajk. Do
        górników przemawiał dyrektor kopalni, informując ich o stanie wojennym.
        Strajkujący wybrali swych przedstawicieli do rozmów z dyrektorem i komisarzem
        wojskowym. Kiedy delegacja wróciła do załogi i poinformowała, że zwolnienie
        Ludwiczaka nie jest możliwe oraz powtórzyła rozmowę z przedstawicielami wojska,
        górnicy postanowili kontynuować strajk. Na masówce sformułowano postulaty
        strajkowe: zwolnienie wszystkich internowanych, zniesienie stanu wojennego i
        realizacja Porozumień Jastrzębskich. Do strajku dołączyła druga zmiana. Podjęto
        prace organizacyjne, wyznaczono straż robotniczą, wybrano delegatów
        oddziałowych oraz niezbędną grupę pracowników do prac zabezpieczających. O
        godzinie 18.00 ks. Bolczyk po raz drugi poproszony przez górników odprawił
        mszę. Wzięło w niej udział tyle osób, że komunikaty musiały być dzielone na
        ćwiartki. Tego dnia po raz pierwszy pojawił się fałszywy alarm o
        nadjeżdżających siłach milicji. Przez całą noc górnicy niespokojnie
        nasłuchiwali.
        15 grudnia budowano barykady. Na nastroje miały wpływ informacje o brutalnych
        pacyfikacjach innych zakładów, m.in. o kopalni "Staszic", gdzie po pacyfikacji
        milicja sprawiła "jatkę" w hotelu robotniczym. Tego dnia górnicy udali się do
        ks. Bolczyka, ale z uwagi na ogromne napięcie poprosili go, by tylko odmówił z
        nimi różaniec. Modlitwa przerwana została dramatycznym okrzykiem: "jadą!". Po
        chwili okazało się, że był to fałszywy alarm. Górnicy poprosili księdza o
        absolucję generalną.
        16 grudnia o godz. 10.00 rano do załogi kopalni przyszedł dyrektor wraz z
        przedstawicielami wojska. Wojskowi zażądali opuszczenia kopalni, grożąc, że w
        przeciwnym razie zostanie odblokowana siłą. Strajkujący odpowiedzieli hymnem,
        pieśnią "Boże coś Polskę". Wówczas też jeden z górników powiedział, że jeśli
        wejdzie wojsko, to opuszczą kopalnię, ale jeśli milicja - będą się bronić. Płk
        Piotr Gębka usiłował wmówić górnikom, że są ostatnim zakładem, który strajkuje,
        że cała Polska już pracuje normalnie, ale oni wiedzieli, że jest to kłamstwo.
        Płk Gębka dał im godzinę na opuszczenie zakładu. Ale i to nie zostało
        dotrzymane. Po rozprawieniu się, przy użyciu armatek wodnych i gazu łzawiącego,
        z tłumem, głównie kobiet i dzieci, przed kopalnią - czołgi ruszyły do
        sforsowania muru. Była godzina 10.53. Zaczęto ostrzeliwać kopalnię środkami
        chemicznymi, górników polewano wodą z armatek. Wyłomami, zrobionymi przez
        czołgi, na teren kopalni zaczęły wchodzić oddziały milicji. Nadleciał
        helikopter, z którego zrzucano gazy łzawiące. Górnicy odrzucali granaty
        łzawiące, rzucali kamieniami. Zomowcy posuwali się w głąb kopalni i cofali.
        Około 11.30 dowodzący akcją płk Wilczyński polecił wykonanie kolejnego wyłomu w
        murze. Czołg wjechał w magazyn farb i rozpuszczalników i na chwilę utknął w
        miejscu. Wkrótce przesunął się do przodu, a przez wyrwę zaczęły wchodzić
        kolejne oddziały zomowców. W pewnym momencie w rejonie bramy kolejowej górnicy
        zaczęli mieć przewagę nad atakującymi. Udało im się wyprzeć z kopalni oddziały
        milicji. Trzech zawodowych funkcjonariuszy MO: kapitana Alfreda
        Wiewiórowskiego, porucznika Jerzego Kryskę i starszego sierżanta Stanisława
        Radzińskiego, którzy nie zdążyli uciec, wzięto jako zakładników. W siedzibie
        Komitetu Strajkowego jeńcom opatrzono rany, dano herbatę. Górnicy przeliczyli
        też amunicję w broni Wiewiórowskiego i Radzińskiego. Oni nie strzelali.
        Tymczasem na placu przed kotłownią trwały walki. W powietrzu latały kamienie,
        śruby, petardy, świece dymne, granaty łzawiące. Pękały górnicze kaski i
        zomowskie tarcze. Teren kopalni całkowicie pokrywały chmury gazów. Nad głowami
        warczał helikopter. Wyły silniki czołgów. W punkcie sanitarnym było już wielu
        górników zatrutych środkami chemicznymi i rannych od petard. Oddziały ZOMO
        posuwały się za czołgami, jednak skuteczna obrona górników zmuszała je do
        wycofywania się. Dowodzący akcją zadecydował o kolejnym natarciu. Czołg ruszył.
        W tym czasie członkowie Plutonu Specjalnego przeskoczyli przez płot na teren
        kopalni. W chwilę potem rozległy się strzały z broni automatycznej. Na placu
        przed kotłownią padli pierwsi ranni i zabici górnicy. O 12.31 płk Wilczyński
        pytał o zgodę na użycie broni. Domagali się tego dowódcy oddziałów. O 13.02
        poinformował podwładnych: "Przerwać ogień".
        Kiedy strajkujący zorientowali się, że są wśród nich zabici i ranni, zadzwonili
        do dyrektora kopalni i poinformowali, że chcą rozmawiać z wojskiem. O godzinie
        14.00, do strajkujących ponownie przyjechali pułkownik Gębka i komisarz
        wojskowy zjednoczenia pułkownik Wacław Rymkiewicz. Wraz z dyrektorem kopalni
        poszli do górników, którzy przedstawili im warunki zakończenia strajku:
        odwołanie stanu wojennego, uwolnienie Ludwiczaka, wycofanie ZOMO, podanie do
        publicznej wiadomości, że są ranni i zabici, podanie nazwiska dowodzącego
        akcją. Płk Gębka oświadczył, że żądania te nie zostaną spełnione. Górnicy
        zaprowadzili wojskowych do stacji ratownictwa, gdzie leżeli zabici. Wydano im
        również broń zatrzymanych milicjantów. Około 17.00 górnicy zaczęli zbierać się
        na placu, aby zdecydować o dalszych losach strajku. Po godzinie ustalono, że
        wydadzą zakładników. W zamian za to, będą mogli swobodnie opuścić kopalnię.
        Przy ścianie kotłowni, w miejscu gdzie zginęli górnicy, ustawiono krzyż, który
        wyniesiono ze stacji ratownictwa po zabraniu ciał zabitych. O 19.00 strajkujący
        opuścili kopalnię. ZOMO wycofało się. Wcześniej jednak zatrzymano karetki
        pogotowia, wyciągano rannych, zrywano bandaże. Uznanego za przywódcę strajku
        Stanisława Płatka, zawieziono do szpitala MSW. Stamtąd trafił do więzienia.
        Bito też personel medyczny pomagający rannym.
        Do walk z górnikami w kopalni "Wujek" skierowano 6 kompanii ZOMO, 4 kompanie
        ROMO, 1 kompanię NOMO, 1 kompanię KW MO, 6 kompanii piechoty, 6 plutonów
        czołgów, kompanię rozpoznania, 17 członków Plutonu Specjalnego ZOMO. W akcji
        brało udział 7 armatek wodnych, helikopter, około 55 wozów BWP i kilkadziesiąt
        czołgów.
        Na miejscu zginęło od kul 6 górników. Siódmy zmarł w kilka godzin po operacji.
        Dwóch następnych zmarło w styczniu Ő82, nie odzyskując przytomności.
        Wystrzelano ponad 150 nabojów. Mordercy strzelali z odległości 20, 30 i więcej
        metrów. Trafiali w ważne dla życia miejsca ciała: głowę, brzuch, klatkę
        piersiową. Strzelali nawet w plecy.
        Pierwsze śledztwo w sprawie użycia broni prowadziła Prokuratura Garnizonowa w
        Gliwicach. Wojskowi prokuratorzy przesłuchiwali i zastraszali rannych,
        rekwirowali wyjęte z ich ciał pociski. Zacierali ślady, zamiast je
        zabezpieczyć. śledztwo w sprawie użycia broni przez członków Plutonu
        Specjalnego zostało umorzone w styczniu `82 r., gdyż - jak uznał prokurator
        Prokuratury Garnizonowej w Gliwicach porucznik Janusz Brol - "użyli oni broni w
        obronie kon
      • studio.beret W KWK "Wujek" zginęli: 11.12.03, 00:27
        W KWK "Wujek" zginęli:
        JÓZEF CZEKALSKI - lat 48, żonaty, 17-letnia córka.
        Kula trafiła go prosto w serce. Mieszkał w bloku, którego okna wychodziły na
        kopalnię. Żona widziała to, co działo się 16 XII 81 r. Gdy po ustaniu walk
        wyszła z domu, usłyszała jak dwaj górnicy, wskazując na jej okna,
        powiedzieli: "tam gdzie się świeci, też zginął". Pod pierwszym prześcieradłem,
        które odkryła w stacji ratownictwa leżał jej mąż...

        KRZYSZTOF GIZA - lat 24, kawaler.
        Przyjechał do pracy z Zamojszczyzny. Pochodził z wielodzietnej rodziny, matka
        wychowywała ich sama, ojciec nie żył. Najpierw trafiono go w rękę. Gdy po
        opatrunku wrócił do kolegów strzał był celniejszy. Kula, rozrywając tętnicę,
        przeszyła szyję.

        RYSZARD GZIK - lat 35, żonaty. Osierocił 11-letnią córkę.
        Rana postrzałowa głowy. Kula przeszła uszami. Żona czekała na niego całą noc.
        Rano w kopalni kazali jechać jej do szpitala w Ligockie. Dotarła tam akurat w
        momencie, gdy ciało jej męża poddawane było sekcji zwłok...

        BOGUSŁAW KOPCZAK - lat 28.
        Wraz z żoną i półtoraroczną córeczką mieszkał w pobliżu kopalni. śmiertelna
        kula, która roztrzaskała wątrobę, przeszła na wylot przez brzuch.

        ZENON ZAJĄC - lat 22, kawaler.
        Pochodził z poznańskiego. Miał pięcioro rodzeństwa. Był młodym, wesołym
        chłopakiem. Wkrótce miał się żenić. Dostał prosto w klatkę piersiową. Kula
        uszkodziła płuca i aortę.

        ZBIGNIEW WILK - lat 30, żonaty. Osierocił dwoje małych dzieci. Syn miał 3 lata,
        córka 5. Żona dowiedziała się o jego śmierci na drugi dzień...
        Morderca strzelił z tyłu... Zbigniew Wilk miał w plecach trzy kule...

        ANDRZEJ PEŁKA - najmłodszy, zaledwie 19-letni chłopak. Zmarł w kilka godzin po
        przewiezieniu do szpitala, szepcząc: "mamusiu, ratuj".
        Mieszkał w Niedośpielinie. Rodzina opowiadała, że trafiono go trzema kulami: w
        pierś, w krtań i w głowę. Był okradziony. Plecy miał sine... jakby pobite...

        JAN STAWISIŃSKI - lat 21, kawaler. Przyjechał z Koszalina. Miał schorowanego
        ojca i dwie młodsze siostry.
        Wysoki, wysportowany. Strzelono mu w głowę. Najpierw zawieziono go do szpitala
        w Szopienicach. Po kilku dniach matka odnalazła go w szpitalu w Ochojcu.
        Zatrudniła się jako salowa, by być przy nim. Zmarł 24 stycznia 1982 r., nie
        odzyskując przytomności.

        JOACHIM GNIDA - lat 28, żonaty. Osierocił 2-letnią córkę.
        Kula wleciała w okolicę skroni, uszkodziła podstawę czaszki i płaty skroniowe.
        Walczył o życie do 2 I 1982 r. Zmarł, nie odzyskując przytomności. Żona nie
        mogła tu żyć. Wyjechała z córką do Niemiec.

        W KWK "Wujek" i "Manifest Lipcowy" wielu górników postrzelono. Większość
        zrobiono kalekami na całe życie:

        1) STANISŁAW PŁATEK - rana postrzałowa ramienia
        2) TADEUSZ PIECYK - rana postrzałowa miednicy
        3) WIESŁAW ŁOBIEŃ - rany postrzałowe ramienia i pośladka
        4) JERZY BRZEZIŃSKI - rany postrzałowe klatki piersiowej i twarzy
        5) ROMAN CZERNIK - rana postrzałowa ramienia
        6) BERNARD BIAŁAS - rany postrzałowe brzucha, przedramienia i nogi
        7) PIOTR BABRAKOWSKI - rany postrzałowe obu ud
        8) WŁADYSŁAW KOŚCIELNIAK - rana postrzałowa nogi
        9) MIROSŁAW BRONISZ - rana postrzałowa głowy
        10) STANISŁAW NADOLNY - rana postrzałowa brzucha
        11) BOGDAN DOLNY - rana postrzałowa podudzia
        12) MARIAN GIERMUZIŃSKI - rana postrzałowa klatki piersiowej
        13) HENRYK PIKOS - rana postrzałowa ręki
        14) ZYGMUNT SZKOŁA - rana postrzałowa klatki piersiowej
        15) ZBIGNIEW SZAFRANIEC - rana postrzałowa ramienia
        16) HENRYK KWOL - rana postrzałowa ramienia
        17) JÓZEF MIKOŚ - rany postrzałowe twarzy i obojczyka
        18) JÓZEF ŻMUDA - rana postrzałowa łopatki
        19) WŁADYSŁAW WÓJCIK - rana postrzałowa kolana
        20) ZBIGNIEW WÓJCIK - rana postrzałowa ręki
        21) JAN FUTYMA - rana postrzałowa ręki
        22) BOGUSŁAW TOMASZEWSKI - rana postrzałowa klatki piersiowej. Kula spustoszyła
        lewe płuco, śledzionę i wątrobę. Utkwiła 1,5 cm od serca. Nim dostał, zdążył
        zobaczyć i zapamiętać twarz strzelającego.
        23) ZDZISŁAW KRASZEWSKI - rana postrzałowa kolana
        24) FRANCISZEK GĄSIOROWSKI - rana postrzałowa barku
        25) CZESŁAW KŁOSEK - rana postrzałowa szyi z wlotem w podbródku. Kula do dziś
        tkwi w kręgosłupie szyjnym.


      • studio.beret Dziesięć lat później 11.12.03, 00:28
        Dziesięć lat później
        8 października 1991 r. Prokuratura Wojewódzka w Katowicach wszczęła na wniosek
        Nadzwyczajnej Komisji Sejmowej ds. Badań Działalności MSW postępowanie w
        sprawie pacyfikacji kopalń "Manifest Lipcowy" i "Wujek" w pierwszych dniach
        stanu wojennego. W grudniu 1992 r. do Sądu Wojewódzkiego w Katowicach wpłynął
        akt oskarżenia przeciwko 24 osobom.
        Najwyższego rangą, generała Czesława Kiszczaka, ówczesnego szefa MSW, oskarżono
        o to, że wydając tajny szyfrogram, w którym zezwalał na użycie broni wobec
        strajkujących załóg, "sprowadził powszechne niebezpieczeństwo dla ludzkiego
        życia i zdrowia", a tym samym przyczynił się do śmierci dziewięciu górników
        KWK "Wujek" i zranienia kilkudziesięciu innych, w tym również w KWK "Manifest
        Lipcowy" (art. 140 kk par. 1, który przewidywał karę od 2 do 10 lat pozbawienia
        wolności).
        Trzem oskarżonym: byłemu zastępcy komendanta wojewódzkiego MO płk. Marianowi
        Okrutnemu, dowódcy ZOMO płk. Kazimierzowi Wilczyńskiemu oraz szefowi Plutonu
        Specjalnego Romualdowi Cieślakowi zarzucono "sprawstwo kierownicze zbrodnią
        zabójstwa" (art. 16 kk w zw. z art. 148 par. 1 kk, za co groziło od 8 lat
        więzienia do kary śmierci włącznie).
        Dwudziestu członków Plutonu Specjalnego ZOMO oskarżono z art. 158 par. 2 i 3
        oraz art. 159 kk w zw. z art. 10 par. 2, tj. o udział w bójce z użyciem broni
        palnej, następstwem której było ciężkie uszkodzenie ciała lub śmierć.
        Do rozpoznania sprawy wyznaczono trybunał w składzie: sędzia Ewa Krukowska
        (przewodnicząca Składu Sędziowskiego), sędzia Marcela Faska-Jagła, sędzia Jacek
        Myśliwiec (sędzia dodatkowy). Jako ławnicy zasiedli: Jerzy Konopka, Gerard
        Gromnica, Gerard Kocot, Jadwiga Czech, Krystyna Małek oraz Stefan Lis. Stronę
        oskarżenia reprezentowali prokuratorzy: Zbigniew Zięba i Jacek Łańcuta,
        wspomagani przez pełnomocników oskarżycieli posiłkowych: mec. Leszka
        Piotrowskiego i mec. Janusza Margasińskiego. W roli pełnomocników oskarżycieli
        posiłkowych reprezentujących Komisję Zakładową NSZZ "Solidarność" wystąpili:
        mec. Marian Szweda, mec. Jolanta Zajdel-Sarnowicz oraz Anna Dembek. Rozpoczął
        się kilkuletni bój o prawdę, prawo i sprawiedliwość.

        Lista oskarżonych o pacyfikację kopalni "Manifest Lipcowy" i "Wujek" 15-16
        grudnia 1981 r.
        1. Gen. Czesław Kiszczak; ur. 19.10.1925 r., były szef MSW
        2. Kazimierz Wilczyński; ur. 2.02.1930 r., były dowódca ZOMO
        (art. 16 kk w zw. z art. 148 par. 1 kk - obaj wyłączeni do odrębnego
        postępowania ze względu na stan zdrowia)
        3. Marian Okrutny; ur. 17.10.1939 r., były z-ca kom. wojew. MO
        4. Romuald Cieślak; ur. 20.09.1947 r., były szef Plutonu Specjalnego ZOMO
        (obaj art. 16 kk w z w. z art. 148 par. 1)
        5. Lech Nowak; ur. 14.03.1954 r.
        6. Tadeusz Tinel; ur. 26.03.1957 r.
        7. Leszek Grygorowicz; ur. 22.06.1956 r.
        8. Teopold Wojtysiak; ur. 18.05.1956 r.
        (członkowie Plutonu Specjalnego ZOMO uczestniczący w pacyfikacji KWK "Manifest
        Lipcowy" - art. 158 par. 2 kk i 159 kk w zw. z art. 10 par. 2)
        9. Maciej Szulc; ur. 21.07.1953 r.
        10. Grzegorz Włodarczyk; ur. 10.01.1959 r.
        11. Dariusz Ślusarek; ur. 19.04.1952 r.
        12. Antoni Nycz; ur. 3.07.1953 r.
        13. Henryk Huber; ur. 20.02.1956 r.
        14. Zbigniew Wróbel; ur. 26.05.1954 r.
        15. Józef Rak; ur. 24.02.1954 r.
        16. Grzegorz Berdyn; ur. 23.04.1954 r.
        17. Ryszard Gaik; ur. 12.02.1954 r.
        18. Andrzej Bilewicz; ur. 16.05.1957 r.
        (członkowie Plutonu Specjalnego ZOMO uczestniczący w pacyfikacji KWK "Manifest
        Lipcowy" i "Wujek" - art. 158 par. 2 i 159 kk w zw. z art. 10 par. 2 oraz art.
        158 par. 3 kk i 159 w zw. z art. 10 par. 2)
        19. Marek Majdak; ur. 29.12.1957 r.
        20. Edward Ratajczyk; ur. 9.01.1954 r.
        21. Bonifacy Warecki; ur. 27.08.1953 r.
        22. Grzegorz Furtak; ur. 23.04.1956 r.
        23. Krzysztof Jasiński; ur. 15.10.1958 r.
        24. Andrzej Rau; ur. 16.08.1952 r.
        (członkowie Plutonu Specjalnego ZOMO uczestniczący w pacyfikacji KWK "Wujek" -
        art. 158 par. 3 kk i 159 kk w zw. z art. 10 par. 2)


      • studio.beret Część pierwsza - Katowice 11.12.03, 00:28
        Część pierwsza - Katowice
        Budujcie pomniki, ale dalej wara!

        Kiedy 10 marca 1993 r. rozpoczynał się proces oskarżonych o pacyfikację
        kopalni "Manifest Lipcowy" i "Wujek" w grudniu `81, gmach Sądu Wojewódzkiego w
        Katowicach przypominał pilnie strzeżoną fortecę. Wzdłuż ulicy stały radiowozy,
        a wokół budynku było aż niebiesko od policyjnych mundurów. Do sądu można było
        wejść tylko za okazaniem specjalnej przepustki. Już na progu rośli, uzbrojeni
        po zęby członkowie brygady antyterrorystycznej sprawdzali każdą osobę i jej
        bagaż wykrywaczami metalu. Rozpinano kurtki i płaszcze, a zawartość torebek i
        teczek lądowała na ustawionym w drzwiach stoliku. Aby dojść do sali 316, trzeba
        było pokonać kilka takich "punktów kontrolnych". Stojący w odstępie zaledwie
        kilku metrów policjanci dokładnie sprawdzali dokumenty i przepustkę.
        Na korytarzu i na sali rozpraw panowała przejmująca cisza. Wreszcie w asyście
        policji weszło 23 mężczyzn. Niektórzy niewysocy, niektórzy jeszcze młodzi - z
        włosami do ramion, jeszcze inni z wyraźną już nadwagą, w niczym nie
        przypominali stereotypu o jakimś szczególnym wyglądzie ZOMO-wców z Plutonu
        Specjalnego. Prawie wszyscy zakrywali twarze ciemnymi okularami. I chociaż
        wchodząc jeszcze się śmiali, jeszcze głośno rozmawiali, to widok przepełnionej,
        a przecież największej, sali Sądu Wojewódzkiego w Katowicach powoli gasił
        kpiące uśmieszki oskarżonych. Po kilkunastu latach stanęli twarzą w twarz ci,
        którzy strzelali, i ci, do których strzelano. Wtedy też pojawiły się
        dramatyczne pytania: czy wreszcie dowiemy się prawdy? Czy na ławie zasiedli
        wszyscy winni? Czy zbrodnia zostanie ukarana? - Nie chodzi o zemstę. Nie o to,
        by ich zamknąć. Żeby chociaż wyrazili skruchę - powiedział jeden z uczestników
        tragicznych wydarzeń z grudnia 1981 r.
        Skandal wybuchł już pierwszego dnia. Na sali rozpraw nie stawił się Czesław
        Kiszczak. Jego obrońca mec. Janusz Niemcewicz przedstawił sądowi zaświadczenie
        lekarskie podpisane przez prof. Jacka Żochowskiego, z którego wynikało, że jego
        klient "nie powinien uczestniczyć w procesie przez 4 miesiące". Mec. J.
        Niemcewicz wystąpił z wnioskiem o wyłączenie Kiszczaka do odrębnego
        postępowania. Na to absolutnie nie zgodzili się pełnomocnicy oskarżycieli
        posiłkowych.
        - Nie możemy dopuścić, by tego oskarżonego wyłączono ze sprawy - mówił mec.
        Leszek Piotrowski. - Gdyby nie jego szyfrogram, to być może pozostali nie
        siedzieliby dziś na tej ławie.
        Leszek Piotrowski wraz z drugim pełnomocnikiem Januszem Margasińskim zwrócili
        się do sądu, by Czesława Kiszczaka przebadali biegli kardiolodzy ze Śląskiej
        Akademii Medycznej. Jednak sąd nie zgodził się na to. Nieobecność Kiszczaka
        zbulwersowała również górników.
        - On musi tu przyjechać - mówił na korytarzu ze łzami w oczach jeden z
        poszkodowanych. - Sami będziemy go dowozili. Choćbyśmy mieli przez całą drogę z
        Warszawy do Katowic pchać wózek inwalidzki. Niestety, Kiszczak w Sądzie
        Wojewódzkim w Katowicach nie zjawił się ani razu. W lutym 1994 r. zapadła
        decyzja o wyłączeniu jego sprawy do odrębnego postępowania i przekazaniu jej do
        Warszawy. Od samego początku obrońcy oskarżonych próbowali przewlekać
        postępowanie. Już pierwszego dnia procesu wnioskowali o zwrócenie akt
        prokuraturze celem uzupełnienia. Wtedy też mec. Marek Barczyk, broniący na
        zlecenie NSZZ Policjantów Komendy Wojewódzkiej w Katowicach 14 oskarżonych,
        domagał się uniemożliwienia uczestniczenia w rozprawach dziennikarzom.
        Problem nieobecności Kiszczaka nie był jedynym, z którym sąd nie potrafił czy
        też nie chciał sobie poradzić. Ciągłe odraczanie rozpraw, powodowane różnymi
        wnioskami obrońców, oczekiwaniami na opinie lekarskie, sprawiło, że dopiero w
        siedem miesięcy od rozpoczęcia procesu prokuratorowi udało się odczytać akt
        oskarżenia.
        Tymczasem na sali rozpraw wśród oskarżonych zaczęło panować już pełne
        rozluźnienie. Poznikały w większości czarne okulary. Pojawiła się buta,
        bezczelne i uważne przyglądanie się uczestnikom procesu. Niektórzy oskarżeni,
        szeroko ziewając, demonstracyjnie pokazywali, jak bardzo są znudzeni tym, co
        się dzieje. Inni ironicznie się uśmiechali. Na przerwach, w kuluarach coraz
        częściej można było usłyszeć złośliwe uwagi, a nawet pogróżki. W końcu jeden z
        nich powiedział wprost:
        - Palcie znicze, budujcie pomniki, nawet kręćcie o tym film, ale dalej - wara!


      • studio.beret Ślusarek denuncjuje Mastalerza 11.12.03, 00:29
        Ślusarek denuncjuje Mastalerza
        Dariusz Ślusarek powiedział, że już 12 grudnia w godzinach popołudniowych
        otrzymał kopertę alarmową, by zgłosić się w ZOMO. Tego samego dnia wieczorem
        wraz z grupą członków Plutonu "osłaniał" funkcjonariuszy internujących
        ówczesnego przewodniczącego KZ NSZZ "Solidarność" KWK "Wujek" Jana Ludwiczaka,
        ale nie pamiętał, czy byli to funkcjonariusze MO czy SB.
        - 15 grudnia ogłoszono alarm. Z magazynu pobrałem broń i inny sprzęt. Nie wiem,
        czy ktoś wydał rozkaz co zabrać - powiedział. Dariusz Ślusarek oświadczył, że
        zabrał karabin Pm-63 ładownicą, ale nie pamiętał, ile zabrał magazynków. Miał
        też miotacz gazu i skrzynkę granatów nasadkowych. O tym, że jest w Jastrzębiu,
        zorientował się już pod kopalnią.
        - Drogą radiową otrzymaliśmy rozkaz opuszczenia pojazdów, ale nie wiem, kto go
        wydał. Wynikało z niego, że mamy wejść na teren kopalni - powiedział Ślusarek. -
        Po wejściu Plutonu Specjalnego na teren kopalni górnicy zaczęli uciekać. Potem
        przerodziło się to w panikę do tego stopnia, że to my musieliśmy ich
        powstrzymywać, żeby się nie zatratowali.
        Mimo powagi sytuacji, słowa te wywołały śmiech i dezaprobatę wśród
        przysłuchujących się jego zeznaniom.
        Przed kopalnią "Manifest Lipcowy" otrzymali kolejny rozkaz opuszczenia wozów.
        Dariusz Ślusarek zmienił w tym momencie swoje zeznania. W śledztwie prowadzonym
        w 1982 roku przez Prokuraturę Garnizonową przyznał się do użycia broni, podobno
        tylko ze względu na solidarność z kolegami. Teraz powiedział, że w
        rzeczywistości nie wyjął broni, gdyż uniemożliwiła mu to skrzynka z granatami.
        Słyszał strzały, ale nie potrafi powiedzieć, kto strzelał i z jakiej broni. Nie
        pamięta, kiedy dowiedział się o rannych i jak wyglądało składanie broni.
        Nazajutrz znów ogłoszono alarm. Dariusz Ślusarek oświadczył, że zabrał ze sobą
        taki sprzęt jak poprzedniego dnia, oprócz skrzynki z granatami. Na terenie
        kopalni "Wujek" posuwali się luźno w zwartej grupie. Po przejściu barykady z
        kamieni dotarli do łaźni. W tym czasie przemieszali się z oddziałami BCP. W
        pewnym momencie, gdy funkcjonariusze BCP zaczęli uciekać, doszło do
        zamieszania. Dariusz Ślusarek wyjął broń i oddał strzały ostrzegawcze.
        - Jestem przekonany, że nie mogłem nikogo zabić ani zranić, gdyż strzelałem pod
        kątem mniej więcej 75 stopni. Uważam, że nikt z nas nie wiedział, że są ofiary
        śmiertelne, dopóki nie przyszedł jakiś funkcjonariusz i powiedział, że jest
        sześciu zabitych. Nie komentowaliśmy tej informacji - powiedział oskarżony
        Dariusz Ślusarek. Oświadczył również, że nikt z dowódców nie rozmawiał z
        członkami Plutonu Specjalnego na ten temat. W raporcie o zużyciu amunicji podał
        przypadkową ilość wystrzelanych nabojów. Nie mógł jej dokładnie ustalić,
        ponieważ zacięła mu się broń.
        - Nikt z nas nie mógł odmówić wykonania rozkazu wejścia na teren kopalni -
        twierdził oskarżony. - Nikt też nie przypuszczał, że konsekwencje tych działań
        będą tylko nam przypisane. Wtedy wszyscy funkcjonariusze milicji mieli broń,
        niektórzy również Pm-63. Uzbrojona była także kadra wojskowa.
        Dariusz Ślusarek wspomniał również o wydzielonej z Plutonu
        kilkuosobowej "grupie śmigłowcowej", która podczas akcji na "Wujku" miała inne
        wyznaczone zadania. Nie wiedział, kto wydawał rozkazy, ponieważ podawane były
        przez radiostację i niemożliwe było rozpoznanie głosu. Na kopalni "Wujek" sam
        podjął decyzję o użyciu broni. Strzelał - jak to określił - "zgodnie z
        obowiązującymi zasadami", zaś na "Manifeście Lipcowym" w ogóle broni nie użył.
        - Miałem świadomość, że są ofiary, byłem pewien, że ktoś z Plutonu użył broni i
        dlatego, by tego kogoś odciążyć, wziąłem na siebie część odpowiedzialności.
        Teraz czuję się zwolniony z tej solidarności, ponieważ ze składanych przez
        moich kolegów wyjaśnień wynika, że na "Manifeście Lipcowym" nikt z nich broni
        nie użył - tłumaczył Ślusarek. Dodał, że napisany przez niego raport o użyciu
        broni był wynikiem sugestii przesłuchującego go prokuratora wojskowego.
        W pewnym momencie zeznania Ślusarka zabrzmiały sensacyjnie.
        - Jestem zaszokowany tym, że rzekomo nikt nie słyszał o grupie specjalnej płk.
        Perka. Wszyscy o tym wiedzą, a nabrali wody w usta - powiedział oskarżony.
        Następnie oświadczył, że grupa ta składała się z około 30-40 wybranych
        funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, wyposażonych w taką samą broń jak Pluton
        Specjalny, działających jednak w ubraniach cywilnych. Nie była to grupa
        etatowa, jej członkowie pracowali w swoich wydziałach. Spotykali się jedynie w
        czasie akcji czy szkoleń. Założona została w 1980 roku, w momencie
        powstania "Solidarności", a specjalizowała się w różnych akcjach
        prowokacyjnych, m.in. rozrzucaniu fałszywych ulotek czy wchodzeniu w tłum na
        manifestacjach.
        - Kiedyś zapytałem, na czym polega ich praca. Odpowiedzieli, że na "umilaniu
        życia członkom "Solidarności" wyższego szczebla" - mówił Dariusz Ślusarek.
        Podczas akcji w "Manifeście Lipcowym" i w "Wujku" nie widział nikogo z tej
        grupy, ale gdy spotkali się po kilku miesiącach, jeden z nich
        powiedział: "Byliśmy tam, gdzie wy 16 grudnia i byliśmy tak samo uzbrojeni".
        Zdaniem Ślusarka, z wypowiedzi tej jednoznacznie wynikało, że "ludzie Perka"
        brali udział w pacyfikacji kopalni "Wujek". Dariusz Ślusarek określił, że grupa
        ta "wkładała więcej serca" w swoją pracę, jej członkowie byli "psychicznie
        inaczej do tych działań nastawieni".
        - W Plutonie Specjalnym byliśmy szkoleni po to, by rozbrajać terrorystów czy
        niebezpiecznych bandytów. Nikt z nas nie był na tyle ideologicznie ogłupiały,
        by wykonać rozkaz: "Idź i zabij!", zaś z rozmów z SB wynikało, że zdolni są do
        wszystkiego - powiedział oskarżony. Nie potrafił jednak udzielić bliższych
        informacji na temat "grupy Perka". Znał z widzenia kilku jej członków, ale nie
        znał ich nazwisk. Była to grupa utajniona, posługująca się pseudonimami,
        np. "Głąb", "Głupek", "Żaba". Zdaniem oskarżonego została rozwiązana w roku
        1984 lub 1985.
        Dariusz Ślusarek skonkretyzował swoje zeznania, gdy pełnomocnik oskarżycieli
        posiłkowych zarzucił oskarżonym dążenie do przewlekania procesu:
        - W związku z tym, że zarzucono nam dążenie do przedawnienia sprawy, postaram
        się ją przyspieszyć - powiedział Ślusarek. - Chciałbym uzupełnić swoje
        wyjaśnienia o konkretne dane jednego z członków grupy Perka i oświadczam, że
        był nim obecny komendant wojewódzki policji w Katowicach, Ryszard Mastalerz.
        Wszyscy wiedzieliśmy o tym, ale z uwagi na to, że niektórzy pracują w resorcie,
        nie chcieliśmy do tej pory tego ujawniać.
      • studio.beret Reszta jest milczeniem? 11.12.03, 00:30
        Reszta jest milczeniem?

        Większość oskarżonych odmówiła składania wyjaśnień i odpowiedzi na pytania sądu
        i stron. Protokoły ze śledztwa, odczytywane przez sąd, nie wniosły żadnych
        nowych elementów do sprawy.

        Oskarżony Nowak, mimo iż był nieformalnym szefem plutonu odpowiedzialnym za
        sprzęt i to jemu podlegał magazyn zbrojeniowy, stwierdził w swoim zeznaniu, że
        o sporządzonym wykazie amunicji nie ma w ogóle pojęcia.

        - Poszedłem do milicji, bo chciałem się uczyć - tak rozpoczynały się, ku
        zdumieniu publiczności, odczytywane przez Sąd zeznania Leszka Grygorowicza.
        Oskarżony z dumą opowiadał o wszystkich szkoleniach, jakie przeszedł w Plutonie
        Specjalnym, jak również o tym, że był szefem 4. drużyny tzw. szkoleniowej i to
        on decydował, kto zostanie przyjęty do Plutonu. Mniej miał do powiedzenia jeśli
        chodzi o akcję na "Manifeście Lipcowym" i "Wujku", choć wówczas był w Plutonie
        strzelcem wyborowym.
        - Nie widziałem i nie słyszałem, by ktoś strzelał. Sam nawet nie wyciągnąłem
        broni z kabury - zeznawał. - W akcji na "Wujku" nie brałem udziału, bo na
        ochotnika zgłosiłem się do grupy śmigłowcowej. Myślałem, że będziemy mieli do
        wykonania jakieś ważne zadanie, ale niestety w ogóle nie wystartowaliśmy.

        Grzegorz Furtak w swoich zeznaniach stwierdził m.in., że użycie broni miało na
        celu ostrzeżenie górników i przekonanie ich, że "strzelają nie na żarty". On
        sam - jak twierdzi - strzelał oczywiście ponad głowami górników. Rozkazu, by
        strzelać, nie słyszał. Potwierdził to, co mówili wcześniej zeznający
        współoskarżeni, że nikt nie zapisywał i nikt nie sprawdzał, kto czyją broń
        bierze. On, jadąc na akcję, zabrał "pierwszą z brzegu" i jest przekonany, że
        inni też nie mieli swojej broni. O tym, że są zabici, dowiedział się dopiero od
        prokuratora. Uważa, że akcja przeprowadzona była źle. Jego zdaniem można ją
        było przeprowadzić jak na "Staszicu" - desantem z powietrza.
        Oskarżony Zbigniew Wróbel nie pamiętał w akcjach na jakich kopalniach brał
        udział. Alarm ogłaszał zawsze dowódca Plutonu Romuald Cieślak. Oskarżony
        potwierdził fakt pobierania i oddawania broni bez kontroli oraz to, że po akcji
        nikt nie liczył amunicji. Numerację regałów z bronią wprowadzono dopiero po
        grudniowych wydarzeniach. Wróbel oświadczył, że zaczął strzelać dopiero wtedy,
        gdy usłyszał, że inni strzelają. Zapewniał, że strzelał "pionowo w górę".
        Mówił, że w czasie akcji nie widział upadających górników. Widział za
        to "milicjantów ratowanych przez kolegów". Słyszał w radiostacji kilkakrotnie
        głos pułkownika Kazimierza Wilczyńskiego, domagającego się zgody na użycie
        broni. Słyszał też, że są zabici, ale nie przypuszczał, że zostali zastrzeleni.
        Po odczytaniu przez sąd zeznań ze śledztwa Zbigniew Wróbel uzupełnił je, mówiąc
        m.in. o internowaniu szefa "Solidarności" KWK "Wujek" Jana Ludwiczaka.
        - Gdy go zatrzymywaliśmy, nie znałem w ogóle określenia "internowanie".
        Myślałem, że chodzi o groźnego przestępcę - stwierdził. Sprostował również
        numer swej broni osobistej (który źle został zapisany w protokole). Tej samej,
        którą ma na wyposażeniu dzisiaj, jako pracownik sekcji pirotechnicznej kompanii
        antyterrorystycznej KWP. Nie był on jedynym członkiem Plutonu Specjalnego
        zatrudnionym w Oddziałach Prewencji KWP w trakcie trwania procesu. Jeszcze
        jedno sformułowanie z jego zeznań w śledztwie utkwiło w pamięci słuchających.
        Powiedział wówczas:
        - Moim zdaniem użycie broni było słuszne.

        - Jestem pewien, że nikogo nie zabiłem ani nie zraniłem - tymi słowami
        rozpoczyna się protokół zeznań Henryka Hubera, odczytany podczas rozprawy.
        Henryk Huber dodał, że tamte wydarzenia pamięta "cząstkowo". Oświadczył, że
        na "Manifeście Lipcowym" po prostu uciekł na widok górników. Na "Wujku" zaś,
        oślepiony przez granat łzawiący, został odprowadzony przez kolegów do wozu.
        Broni nie użył, a strzały usłyszał, będąc już w samochodzie. Tam również przez
        radiostację usłyszał, że użyto broni i są ranni. O tym, że są zabici,
        dowiedział się od kolegów.
        - To co napisałem w raporcie jest nieprawdą. Kiedy prokurator pytał, czy
        strzelałem, powiedziałem, że nie. Wówczas zasugerowano mi, że inni się
        przyznali, nawet ci, którzy byli w śmigłowcu. Wtedy ja też zdecydowałem się
        powiedzieć, że strzelałem - tłumaczył się Henryk Huber. Jego zdaniem nikt z
        dowódców nie przekazywał im co mają napisać. Członkowie Plutonu Specjalnego
        sami doszli do wniosku, że dla dobra grupy najlepiej będzie jeśli oświadczą, że
        wszyscy użyli broni.

        Oskarżony Grzegorz Berdyn wycofał się przed sądem z oświadczenia, że strzelał
        na "Manifeście Lipcowym".
        - To Romuald Cieślak kazał mi strzelać, a następnie odebrał mi moją broń i
        strzelał z niej w ścianę budynku. Nie wiem dlaczego strzelał, górnicy schowani
        byli za wozami - stwierdził Grzegorz Berdyn. W raporcie o zużyciu amunicji
        wziął na siebie wystrzelane przez Romualda Cieślaka naboje.
        - Musiałem to zrobić dla świętego spokoju. Romuald Cieślak był przecież moim
        dowódcą - oświadczył. Jego zdaniem Romuald Cieślak chodził na odprawy, ale nie
        informował podwładnych o podejmowanych decyzjach. Nie wiedzieli, gdzie i po co
        jadą. Podczas akcji rozkazy wydawane były przez radiostację. Nie wie, kto
        strzelał, nie widział zabitych ani rannych.

        Kolejni oskarżeni zdecydowanie odmawiali składania jakichkolwiek wyjaśnień
        przed sądem.
        Ryszard Gaik, Andrzej Rau, Andrzej Bilewicz i Edward Ratajczyk podtrzymali
        wyjaśnienie, które składali u prokuratora. W śledztwie wszyscy czterej
        przyznali się, że strzelali. Gaik, gdy zobaczył, że ktoś wyrzuca z okna
        kotłowni jakiś przedmiot, Rau w momencie gdy zomowcy z BCP zaczęli uciekać, a
        Bilewicz i Ratajczyk, gdy usłyszeli, że strzelają inni.
        Do użycia broni w kopalni "Manifest Lipcowy" przyznał się w śledztwie również
        Teopold Wojtysiak.
        - Strzelałem ponad głowami górników i widziałem, jak pociski trafiają w budynek
        za ich plecami - mówił wówczas Wojtysiak. - Ja strzelałem dopiero w drugiej
        fazie działań, ale ktoś z Plutonu Specjalnego strzelał już wcześniej, zaraz po
        wejściu przez bramę główną na teren kopalni. Niektórzy z oskarżonych, chcąc
        uniknąć osądzenia w trakcie śledztwa, zgłaszali, że leczą się u psychiatry.
        Jednak biegli, którzy ich przebadali, stwierdzili, że nie można mówić o
        niepoczytalności, że doskonale zdawali sobie sprawę z tego co robią.
        Pozostali czterej oskarżeni: Marek Majdak, Bonifacy Warecki, Antoni Nycz i
        Józef Rak oniemieli zupełnie. Milczeli zarówno w trakcie śledztwa, jak i na
        sali sądowej.
        W ostatnich dniach stycznia 1994 r. Sąd zakończył przesłuchiwania oskarżonych.
        Nikt z nich nie przyznał się do postawionych zarzutów. Większość korzystała z
        prawa do odmowy składania wyjaśnień. Wszyscy oskarżeni byli zgodni, co do tego,
        że nie było rozkazu użycia broni. Większość twierdziła, że nie strzelała. Ci
        zaś, którzy przyznali się do tego, przekonani są, że uczynili to "zgodnie z
        obowiązującymi zasadami" i dopiero wtedy, gdy słyszeli strzały innych. Wszyscy
        kwestionowali prawdziwość raportów o zużyciu amunicji. Pisali je
        spontanicznie: "solidaryzując się z kolegami lub wskutek sugestii". Twierdzili,
        że za "grudniową akcję" nie dostali żadnych awansów czy nagród pieniężnych, a
        jedynie brązowe odznaki "za utrzymywanie ładu i porządku publicznego", nazywane
        popularnie "miotłami". Ich zdaniem takie odznaczenia dostawali wówczas wszyscy,
        także kucharki i sprzątaczki.
        Na sali rozpraw oskarżeni nie wyrażali zbytniego zainteresowania tym co się
        dzieje. Spali, rozmawiali i czytali gazety. Ożywiali się w kuluarach. Tu było
        słychać ich głośny śmiech i niewybredne słownictwo. To w kuluarach padały
        złośliwe uwagi pod adresem dziennikarzy i obserwatorów procesu. To wreszcie tu
        można było z ust niektórych z nich usłyszeć, że jest się następnym do
        odstrzelenia, że trzeba na siebie uważać, by coś złego nie przytrafiło się po
        drodze, że broni przy sobie nie mają, ale jakiś nóż zawsze
      • studio.beret Pierwsze starcie 11.12.03, 00:31
        Pierwsze starcie
        17 lutego 1994 r. miało się rozpocząć postępowanie dowodowe. Wezwano pierwszych
        sześciu spośród setek świadków, ale na rozprawę nie stawił się oskarżony Leszek
        Grygorowicz. Zagrożony doprowadzeniem przez policję, pojawił się w dniu
        następnym, przedstawiając sądowi trzydniowe zwolnienie lekarskie. Stwierdził
        jednak, że "czuje się na siłach", aby uczestniczyć w rozprawie, co czynił
        zresztą bardzo aktywnie, zgłaszając liczne uwagi do protokołu zeznań świadka.
        Pierwszym świadkiem zeznającym w katowickim procesie był Stanisław Płatek,
        górnik KWK "Wujek", który reprezentował załogę w rozmowach z dyrekcją i
        komisarzami wojskowymi. W czasie pacyfikacji kopalni został ciężko ranny,
        później oskarżony i skazany na mocy "Dekretu o stanie wojennym" na cztery lata
        pozbawienia wolności za "nieodstąpienie od działalności związkowej". Stanisław
        Płatek rzeczowo i dokładnie przedstawił przebieg wydarzeń, rozpoczynając od 13
        grudnia, kiedy to udał się do mieszkania internowanego w nocy szefa
        zakładowej "Solidarności" Jana Ludwiczaka i zobaczył wyłamane drzwi oraz ślady
        krwi, aż do momentu masakry w kopalni podczas pacyfikacji.
        W trakcie zeznań świadka odtworzono kasetę wideo, przedstawiającą teren
        kopalni. Obecnym na sali rozpraw uczestnikom wydarzeń stanął przed oczami
        tamten dzień i tamta tragedia.
        - Tam do mnie strzelił! - krzyknął w pewnym momencie jeden z obecnych na sali
        sądowej górników, który wówczas został ciężko ranny. Funkcjonariusze Plutonu
        Specjalnego siedzieli nieporuszeni. Natomiast sąd zwrócił uwagę
        na "niewłaściwe" zachowanie obecnych na sali ludzi. Górnik, dla którego
        przeżywanie na nowo tamtych wydarzeń było zbyt bolesne, wyszedł. Na sali
        panowała pełna napięcia cisza. Świadek zeznawał dalej.
        - Dlaczego strajkowaliście, skoro wiedzieliście, że jest stan wojenny i strajk
        jest nielegalny? Czy wolno wam było popełniać przestępstwa? Czy czuje się pan
        winny, że podczas strajku, którym pan kierował, zginęli ludzie? - zaatakował
        Stanisława Płatka oskarżony Grzegorz Włodarczyk.
        - Dekret o stanie wojennym godził w konstytucję. Był nielegalny. Gdybym
        samodzielnie podejmował decyzję odnośnie strajku, mógłbym poczuwać się do winy,
        że wystawiam ludzi pod wasze lufy. Decyzję o strajku podejmowaliśmy wspólnie -
        brzmiała odpowiedź.
        Oskarżeni nie wykazywali podczas procesu skruchy czy żalu, a wręcz przeciwnie.
        Umacniani w poczuciu bezkarności przez swoich obrońców, jedni ostentacyjnie
        wyrażali całkowite znudzenie sprawą, inni zaś, pewni siebie, zachowywali się
        jak oskarżyciele. W trakcie rozpraw często można było odnieść wrażenie, iż jest
        to proces górników oskarżonych o zorganizowanie nielegalnego strajku, a nie
        zomowców winnych śmierci dziewięciu ludzi. Agresywne i bezczelne pytania,
        zadawane przez oskarżonych oraz ich obrońców, zwłaszcza mec. Marka Barczyka
        (który na zlecenie NSZZ Policjantów bronił 14 spośród oskarżonych) i adwokat
        Danuty Świk, wywoływały zdziwienie i oburzenie wśród obserwatorów procesu. Na
        uwagę, skierowaną do oskarżonych po jednej z rozpraw, "że nawet w obronie
        własnej istnieją pewne granice bezczelności" sypnęły się wyzwiska i pogróżki.
        Kiedy mec. Marek Barczyk wypytywał świadków o nazwiska łączników, którzy
        przybywali do kopalni z innych zakładów, na sali rozległy się szepty: "Po co mu
        nazwiska? Czyj to właściwie proces? O co tu chodzi?". Inny z obrońców
        oskarżonych pytał górnika zeznającego przed sądem, czy rzucając kamieniami
        kogoś trafił. Oburzony górnik, przy pełnej aprobacie widowni procesu
        zrewanżował się retorycznym pytaniem:
        - A może to ja mam być tutaj oskarżonym?

      • studio.beret Górnicy z "Wujka" 11.12.03, 00:32
        Górnicy z "Wujka"

        W pierwszym dniu kolejnej rozprawy swoje zeznania składał świadek Władysław
        Wójcik. Był postrzelony dwukrotnie: w kolano i w łydkę. Został ranny w
        momencie, gdy po jednym z natarć górnicy wycofali się. - Nie mogłem zostać
        postrzelony od strony magazynu, gdyż zasłaniał mnie murek. Strzały musiały paść
        od strony wyłomu w murze, w okolicach bramy głównej - oświadczył. W pokoju
        zabiegowym, do którego zaprowadzili go koledzy, widział cztery osoby przykryte
        prześcieradłami. Nie żyły. Lekarz robił komuś sztuczne oddychanie, ale
        bezskutecznie.

        - W pewnym momencie usłyszałem strzał jakby z korkowca. Zobaczyłem, że kolega,
        który stał obok, przewrócił się. Chciałem go podnieść, wtedy poczułem ostry ból
        ramienia - mówił kolejny świadek Henryk Kwol. - Moim zdaniem strzały padły albo
        od bramy wjazdowej, albo z helikoptera, który ciągle unosił się nad kopalnią.
        Henryk Kwol miał również przestrzelony w dwóch miejscach górniczy hełm.
        Sanitarkę, którą jechał do szpitala, zatrzymał wysoki funkcjonariusz ZOMO.
        Interweniujący lekarz został uderzony w twarz tak mocno, że wpadł do samochodu.
        Kierowca ruszył natychmiast i zawiózł rannego do szpitala. Tam ukryto go przed
        milicją pod zmienionym nazwiskiem na oddziale... położniczym.

        Kolejny ze świadków, Zbigniew Wójcik, to, co działo się na terenie kopalni,
        oglądał z okna na poddaszu kotłowni. Przebywał tam do czasu, gdy został ranny w
        rękę.
        - Nad kopalnią unosił się helikopter. W jego drzwiach ktoś siedział i coś
        zrzucał albo strzelał. Nie wiem, co to było - powiedział górnik.

        Następny zeznający, Roman Czernik, również został ranny. Stał wówczas na
        odcinku między wagą a kotłownią. Oddziały milicji znajdowały się w odległości
        około 20 m.
        Zeznający dotychczas górnicy zgodnie twierdzili, że nie dochodziło do walki
        wręcz. Nikt z nich nie widział, by z dachu kotłowni zrzucano jakiekolwiek
        przedmioty na nacierających milicjantów. Oświadczyli również, że podczas
        przesłuchań w 1982 r. byli zastraszani przez milicję.
        - Straszono mnie więzieniem. Sugerowano odpowiedzi - powiedział Zbigniew Wójcik.

        Ryszard Pikus był pierwszym ze świadków, który zeznał, że doszło do
        bezpośredniego starcia między górnikami, a nacierającymi zomowcami.
        - Mogliśmy się wzajemnie dotknąć. Odpychaliśmy się różnymi przedmiotami. Ja
        miałem w ręce metalowy pręt. Ale jak uderzyłem nim w tarczę milicjanta, to
        wyleciał mi z rąk - powiedział górnik. Potem trwało wzajemne obrzucanie się
        kamieniami, cegłami, petardami. Potężny huk wywołał panikę. Pikus schylił się,
        by podnieść kamień i wówczas poczuł silne uderzenie w głowę.
        - Jeden z górników zaprowadził mnie do punktu opatrunkowego. Po około 20
        minutach zaczęto przynosić górników zalanych krwią i nie dających oznak życia -
        mówił świadek.

        O walce wręcz mówił również inny górnik, Jerzy Kaleta. Razem z kolegami miał za
        zadanie bronić wstępu milicji na teren kopalni od strony barykad koło bramy
        kolejowej. Postanowili dopuścić blisko przeciwnika, by potem "pogonić ich".
        - Pobiegłem na barykadę za zomowcami. Próbowałem odebrać tarczę jednemu z nich.
        Wówczas wykręcił mi rękę i chyba czymś uderzył. Poczułem silny ból. Okazało
        się, że mam wybity bark - zeznawał górnik. Kiedy dotarł na punkt opatrunkowy,
        nie było tam jeszcze osób z ranami postrzałowymi. Zaczęto je przynosić po
        upływie około trzydziestu minut.
        - W budynku dyrekcji dowiedziałem się, że strzelają na bramie głównej -
        oświadczył Kaleta.

        - Widziałem błysk broni, natomiast nie jestem pewien, czy widziałem
        funkcjonariusza z bronią. Błyski widziałem w wyłomie między wagą a bramą
        główną. Ta grupa stała bardziej na prawo, ale nie jestem w stanie powiedzieć,
        czy wyróżniała się w jakiś sposób np. ubiorem - oświadczył kolejny ze świadków,
        Władysław Kościelniak. Górnik widział czołg, który zrobił wyłom obok bramy
        wjazdowej. Z zomowcami, którzy weszli na teren kopalni za czołgiem, górnicy
        obrzucali się nawzajem kamieniami.
        - W pewnym momencie spostrzegłem jak na ziemię upadł górnik. Koledzy podbiegli
        i wynieśli go na tyły. Po chwili poczułem silny ból w nodze. Gdy zaprowadzono
        mnie na punkt opatrunkowy, było już kilku rannych - opowiadał świadek.

        Zbigniew Szafraniec zraniony został jako jeden z pierwszych. Widział zomowców z
        bronią palną. Były to prawdopodobnie RAK-i. Zomowcy stali w pobliżu budynku
        wagi w okolicy magazynu. Odległość między nimi i górnikami, gdy padły pierwsze
        strzały, wynosiła około 10 m. Świadek nie zauważył, by milicjanci, którzy mieli
        broń, wyróżniali się spośród pozostałych zomowców.

        Piotr Babrakowski, pracownik PRG, gdy został postrzelony w uda obu nóg
        znajdował się w okolicach kotłowni. Trwał wówczas atak zomowców. Przypuszcza,
        że ten, który do niego strzelał, mógł stać koło bramy głównej.

        - Stałem przy płocie przylegającym do ul. Wincentego Pola. Chciałem zobaczyć,
        co się dzieje. Zobaczyłem potężne siły milicji i samochód z działkiem wodnym.
        Cofnąłem się, żeby nie polano mnie wodą, a potem obudziłem się w szpitalu -
        mówił górnik Mirosław Bronisz, który w wyniku postrzału w głowę doznał urazu
        czaszki i obrzęku mózgu.

        Wiesław Łobień, kolejny z poszkodowanych, pamięta, że o godzinie 11.00 usłyszał
        potężny wybuch. Pobiegł w kierunku wagi, by zobaczyć, co się stało.
        - Widziałem, jak czołg wycofał się przed schody kotłowni. Za nim ruszyli
        górnicy. W pewnym momencie górnicy wycofali się. Jeden z nich upadł. Wtedy
        podbiegło do niego czterech funkcjonariuszy. Złapali go za ręce i nogi i
        zanieśli w kierunku magazynu odzieżowego - mówił świadek. - Potem trwało
        wzajemne obrzucanie się kamieniami. Odwróciłem się tyłem do zomowców, którzy
        stali w odległości 30 m i schyliłem się, by podnieść kamień. Nagle poczułem
        silny ból w łokciu i pośladku. Po chwili zorientowałem się, że po nodze i ręce
        cieknie mi krew.
        Łobień został na placu jeszcze godzinę. Gdy ZOMO wycofało się, górnicy zdjęli
        kaski i odśpiewali "Jeszcze Polska nie zginęła". Wtedy dopiero udał się do
        punktu opatrunkowego.
        - Na podłodze w punkcie opatrunkowym była centymetrowa warstwa wody zmieszanej
        z krwią rannych górników - opowiadał. W szpitalu w Ligocie Łobień wraz z innym
        nieprzytomnym górnikiem noc spędził w sali, gdzie na drzwiach umieszczona była
        tabliczka z napisem "pomieszczenie gospodarcze"...

        - To wydarzenie odbiło się na mnie takim piętnem, że nigdy tego nie zapomnę -
        stwierdził podczas składania zeznań Zbigniew Szafraniec. Karetkę, którą
        wieziono go do szpitala, zatrzymał patrol ZOMO.
        Sanitariusz polecił udawać mu nieprzytomnego i reanimował go. Mimo to
        sanitariusz i kierowca zostali brutalnie wyciągnięci z karetki.
        - Do wozu weszło dwóch funkcjonariuszy, którzy po próbie zbadania mi pulsu
        powiedzieli: "zostawmy go, z niego i tak już nic nie będzie" - mówił
        Szafraniec. Po chwili karetka ruszyła z miejsca i zawiozła go do szpitala w
        Ochojcu.

        - Już nigdy w życiu nie chciałbym przebyć tego upokorzenia, jakiego doznałem na
        komendzie. Stałem na korytarzu w samych spodniach, z opatrunkiem na ręce, a
        każdy przechodzący milicjant szydził ze mnie i z "Solidarności". Po prostu
        pluli mi w twarz. Na komendzie przesłuchiwał mnie funkcjonariusz w cywilu. On
        również mnie zastraszał. Mówił np. "teraz cię mamy" - powiedział w sądzie Jerzy
        Kaleta.
        W głosach wielu zeznających wyczuwało się rozgoryczenie. Minęło już tyle lat od
        tamtych wydarzeń, a winni nadal nie ponieśli kary.

        Zdaniem kolejnych świadków, tragedia rozegrała się podczas trzeciego,
        nieudanego, ataku zomowców.
        - Ten atak był inny niż poprzednie. Helikopter jakby zawisł nad nami, panował
        niesamowity huk. Zomowcy, którzy weszli, nagle rozproszyli się i wtedy padli
        zabici i ranni - mówił Franciszek Pomichowski. - Strzały padły z ukrycia.
        Zomowcy strzelali do nas jak do kaczek.

        - Oni strzelali tak, aby sobie kogoś odstrzelić - powiedział świadek, Józef
        Żmuda. Oświadczył również, iż widział milicjanta, strze
      • studio.beret Kolejny ze świadków, Kazimierz Rembilas, mówił, że 11.12.03, 00:33
        Kolejny ze świadków, Kazimierz Rembilas, mówił, że nie wierzył w to, że ktoś
        użyje broni.
        - Nagle usłyszałem dramatyczny krzyk: strzelają ostrą amunicją! Po tym krzyku
        zapanowała przejmująca cisza... - powiedział.
        O strzałach z ostrej amunicji mówił inż. Ryszard Widuch, oglądający wydarzenia
        z okien kotłowni, w które strzelali milicjanci.
        - Jeżeli izolacja kotłów nie została zmieniona, to do dziś powinny w niej tkwić
        pociski - powiedział świadek. W dzień po pacyfikacji był na miejscu tragedii.
        - Zielone łuski ze "ślepaków" można było zgarniać grabiami, ale ludzie pokazali
        mi też dwa miejsca, w których leżało kilkadziesiąt mosiężnych łusek po ostrej
        amunicji. Były one po prawej i lewej stronie barykady, już poza terenem
        kopalni - zeznawał. - Zaprowadziłem w to miejsce prokuratora wojskowego, ale on
        zabrał tylko kilka i w ogóle się tym nie interesował.
        Świadek dodał również, że trzy łuski, które zabrał ze sobą, przekazał
        Herbertowi Szafrańcowi, przewodniczącemu komisji do zbadania wydarzeń w
        kopalni "Wujek".

        - Cały czas słychać było strzały, ale nie potrafię określić, czy wśród nich
        były odgłosy wystrzałów z broni palnej - mówił Władysław Szmelczerczyk. -
        Dopiero po kilku dniach żołnierze stacjonujący pod kopalnią pokazali nam broń,
        z której do nas strzelano. Były to RAK-i.
        Jeden z oskarżonych zapytał, czy żołnierze, którzy pokazywali świadkowi broń,
        brali udział w akcji i czy byli wyposażeni w RAK-i. Szmelczerczyk odparł, że
        żołnierzy było trzech i pokazywali im tylko jednego RAK-a. Stwierdził również,
        że podczas jednego ze starć odległość między górnikami a zomowcami była na
        długość czołgu. W pewnym momencie dowiedział się, że są ranni. Chciał pomóc w
        noszeniu ich na punkt opatrunkowy.
        - Koledzy powiedzieli mi, że są również zabici, a wśród nich mój przyjaciel
        Zbigniew Wilk - opowiadał Szmelczerczyk. - Nie chciałem w to wierzyć. Poszedłem
        się czegoś dowiedzieć na markownię, a następnie udałem się do stacji
        ratownictwa górniczego. Tam były ciała zabitych chłopaków i wśród nich
        zobaczyłem Zbyszka. Pomyślałem wtedy, że nie będę uczestniczył w dalszym
        odpieraniu ataków. Chciałem iść, powiadomić o tym co się stało i zaopiekować
        się żoną Zbyszka i dwójką małych dzieci. W tym momencie ktoś krzyknął, że od
        bramy głównej wchodzi milicja, złapałem styl od łopaty i pobiegliśmy w tamtym
        kierunku. Do tego ataku jednak nie doszło.

        Uczestnicy tamtych wydarzeń często wspominali je z trudem. Już kolejny raz
        muszą mówić o tragedii, którą przeżyli. O bestialstwie tych, którzy w "imieniu
        władzy ludowej" przyszli pacyfikować kopalnię. - Karetkę, którą jechałem wraz z
        górnikiem rannym w żebra, zatrzymał porucznik MO, który miał w ręku pałkę i
        pistolet - mówił Józef Żmuda. - Porucznik kazał wysiąść rannemu górnikowi, ale
        on nie miał sił. Wtedy milicjant wyciągnął go z karetki za włosy. Bił pałką i
        kopał. Sanitariusz próbował interweniować, ale wtedy z karetki wyciągnięto i
        jego. Do szpitala pojechałem tylko z kierowcą.
        Kazimierz Rembilas opowiadał o gehennie, jaką przeszedł od momentu zakończenia
        strajku. Wtedy pracował jeszcze na kopalni "Wujek" (zwolniono go po
        internowaniu). Przy zjeździe na dół często "towarzyszył" mu funkcjonariusz
        Służby Bezpieczeństwa, pilnował, przeszukiwał szafkę.
        - Zarzucano nam, że opiekujemy się rodzinami zamordowanych kolegów, że staramy
        się utrzymać w pamięci miejsce tragedii i hańby. Hańby, która spoczywa zarówno
        na mundurze zielonym, jak i na szarym - oświadczył przed sądem górnik.

        - Zomowcy się śmiali, a ich dowódca powiedział, że karetki będą mogły wjechać,
        jeśli górnicy sami usuną sobie przewrócony barakowóz - mówiła pielęgniarka
        Barbara Jęśko, będąca świadkiem rozmowy lekarki z jednym z dowódców ZOMO, do
        którego zwrócono się, by umożliwił dojazd karetek. - Po przeciwnej stronie stał
        oddział ZOMO, tarasując drugą drogę, którą mogłyby wjeżdżać sanitarki. Dowódca
        oświadczył, że ZOMO się nie usunie.
        Barbara Jęśko powiedziała również, że słyszała od personelu, iż karetki są
        zatrzymywane, milicjanci wyciągają z nich rannych, biją i zrywają bandaże.
        Dodała, że w obawie przed ZOMO środki opatrunkowe były przemycane przez obsługę
        sanitarek pod noszami.

        Świadek Bogdan Dolny nie widział ludzi z bronią, ale gdy na teren kopalni
        weszło ZOMO na schodach magazynu odzieżowego zauważył trzech lub czterech
        mężczyzn w żółtych hełmach z przyłbicami, ubranych w jasnoniebieskie milicyjne
        kurtki.
        - Zaraz potem spostrzegłem leżącego górnika. Chciałem podejść do niego i pomóc,
        ale gdy byłem zaledwie metr od niego usłyszałem dwie lub trzy serie z karabinu
        i poczułem przeszywający ból w nodze - zeznawał. - W momencie gdy usłyszałem
        strzały, to zomowcy wycofywali się pod magazyn odzieżowy, a ci w żółtych
        hełmach pozostali na schodach magazynu.
        Później, analizując to wydarzenie w szpitalu, świadek nie wykluczył, że strzały
        mogły paść właśnie z ich strony.

        - Widziałem tuż obok magazynu odzieżowego czterech mężczyzn ubranych w mundury
        moro. Mieli krótką broń, nie mieli natomiast pałek i tarcz - stwierdził kolejny
        ze świadków, Stanisław Sarna. Świadek usłyszał strzały i zobaczył, jak stojący
        obok górnik z krzykiem: "Jezu, dostałem!" upadł na ziemię. Koledzy podnieśli go
        i mówili, że nie żyje. Zdaniem świadka, strzały padły od strony magazynu
        odzieżowego.

        Ludwik Karmiński był tym górnikiem, który chwycił za rękaw płk. Piotra Gębkę
        (przybyłego na teren kopalni 16 grudnia wraz z trzema innymi oficerami wojska w
        celu pertraktacji) mówiąc: "Panie pułkowniku, jakoś się przecież dogadamy". Ale
        Piotra Gębkę interesowało już tylko uzbrojenie górników.
        - Przecież my i tak jesteśmy jak biblijny Dawid wobec Goliata - tłumaczył
        Karmiński. Płk Gębka był wściekły, twierdził, że postulaty przekraczają jego
        kompetencje. Wyszarpnął rękaw i dając godzinne ultimatum, opuścił teren kopalni.
        - Mieliśmy wrażenie, że rozmawiał z nami nie żołnierz, ale oficer polityczny -
        mówił świadek. - Zresztą płk Gębka kłamał. Dawał oficerskie słowo honoru, że
        strajkuje już tylko nasza kopalnia. Godzinne ultimatum również nie zostało
        dotrzymane. Czołgi forsowały mur już o godzinie 10.53.
        Karmiński był w tej grupie górników, która podczas zamieszania ujęła trzech
        milicjantów. Dwaj z nich mieli krótką broń, a oficer - karabin maszynowy.
        Górnicy przeliczyli amunicję. Okazało się, że z tej broni nie strzelano. Gdy
        świadek dowiedział się, że są zabici, zwrócił się do milicjantów: "Co
        zrobiliście? Jak prawdziwi bandyci!". Wtedy jeden z nich upadł na kolana,
        błagając o łaskę. Mówił, że ma żonę, dzieci, że nie wie, dlaczego są zabici, bo
        był zakaz użycia broni. Milicjanci zostali przekazani oficerom wojska, ponownie
        przybyłym na teren kopalni w towarzystwie jakiegoś pułkownika z Warszawy, z
        którym górnicy negocjowali warunki zakończenia strajku. Pułkownikowi Gębce
        oddano również broń zakładników, a on przeliczył amunicję. Gdy wojskowi chcieli
        opuścić teren kopalni górnicy zatrzymali ich, mówiąc: "Chodźcie zobaczyć, co
        zrobiliście!" i zaprowadzili do stacji ratownictwa górniczego.
        - Byliśmy zbulwersowani ich zachowaniem. Leżeli tam zabici górnicy, stał krzyż,
        koledzy klęczeli i modlili się, a oni nie zdjęli nawet czapek - wspominał przed
        sądem Karmiński.

        - Widziałem, jak przy wyłomie w murze, obok bramy głównej, zomowcy ustawili
        karabin maszynowy. Jeden z nich leżał za karabinem, a drugi podawał mu taśmę z
        nabojami - mówił przed sądem górnik Paweł Zając. - Zauważyłem też oficera,
        który dawał ręką znak do rozpoczęcia strzelania. Najpierw padły pojedyncze
        strzały, a potem całe serie. Z lufy tego karabinu spostrzegłem błysk ognia.
        Świadek nie był jednak w stanie określić czy oficer ten był ubrany w mundur
        wojskowy czy milicyjny. Widział też, że ktoś do niego podchodził, a on wydawał
        rozkazy. Po raz pierwszy w zeznaniach górników pojawiła się informacja o
        karabinie maszynowym. Do tej pory mówiono tylko o
      • studio.beret Wojsko miało odstraszać 11.12.03, 00:34
        Wojsko miało odstraszać
        Z ogromnym zainteresowaniem czekano na zeznania oficerów wojska, którzy brali
        udział w pacyfikacji kopalni. Wszyscy zdawali sobie pytanie, co będą mieli do
        powiedzenia ci, którzy również nie są bez winy...

        - Na poprzedzającej akcję odprawie odniosłem wrażenie, że wojsko miało
        odstraszyć, a nie bezpośrednio angażować się w pacyfikację - stwierdził Zygmunt
        Ostrowski, wówczas kapitan dowodzący batalionem piechoty zmechanizowanej.
        Zdaniem Ostrowskiego zomowcy, którzy wchodzili na teren kopalni za czołgiem,
        nie byli kompanią zawodową, lecz taką z "mobilizacji".
        - Jestem pewien, że w ogóle nie mieli ochoty do walki, bo jak jeden z nich
        oberwał, to go pięciu wynosiło - mówił świadek.
        Gdy z ciekawości wszedł na teren kopalni, usłyszał w pewnym momencie
        charakterystyczny dźwięk. Były to seryjne strzały z RAK-ów. Dochodziły, jego
        zdaniem, ze strony wyłomu przy bramie głównej. Nie widział jednak
        strzelających, gdyż było duże zadymienie terenu. Dopiero po jakimś czasie
        zauważył, że trzech zomowców niesie stamtąd zakrwawionego górnika. Pomógł im
        donieść go do karetki. Co dalej stało się z tym górnikiem - nie wie.

        (...)

        • Gość: up Re: Wojsko miało odstraszać IP: *.proxy.aol.com 11.12.03, 21:49
      • studio.beret Dziękuję wam koledzy! 11.12.03, 00:35
        Dziękuję wam koledzy!

        Sąd Wojewódzki w Katowicach przesłuchiwał również funkcjonariuszy Batalionów
        Centralnego Podporządkowania ZOMO, którzy w grudniu 1981 r. odblokowywali
        strajkujące zakłady, ale nie zostali oskarżeni w sprawie o śmierć i rany
        górników z "Wujka". Na podstawie ich zeznań trudno jednak odtworzyć to, co
        naprawdę działo się podczas akcji. Wszyscy twierdzili, że nie wiedzieli, gdzie
        i po co jadą. O tym, gdzie są, dowiadywali się już na miejscu, po wyjściu z
        wozów. Nie pamiętają, czy informowano ich o zasadach użycia broni i czy
        zapoznano ich z dekretem o stanie wojennym. Dowódca Plutonu ZOMO oświadczył, że
        ich zadaniem było odblokowanie zakładów i przywrócenie ładu i porządku, ale na
        czym ma to polegać - nikt im nie mówił. Wszyscy pamiętali, że górnicy byli
        zdeterminowani, że rzucali w nich różnymi przedmiotami. Wspominali, że górnicy
        kilkakrotnie odpierali ich atak.

        - Doszliśmy do połowy placyku i nasz atak zaczął się załamywać - mówił przed
        sądem Zbigniew Kaczmarczyk. - Wtedy dowódca ds. politycznych, porucznik
        Solejdowicz zaczął krzyczeć, żebyśmy się nie wycofywali. Ale i tak uciekaliśmy.
        Porucznik Solejdowicz, o którym wspomniał świadek, w trakcie procesu pełnił
        funkcję przewodniczącego NSZZ Policjantów w Katowicach, na którego zlecenie
        mec. Barczyk bronił 14 oskarżonych.

        Niektórzy z zomowców twierdzili, że doszło do walki wręcz, inni - że nie było
        zagrożenia. Większość jednak zdecydowanie uważała, że na widok górników,
        biegnących w ich stronę, ogarnął ich strach. Zeznając przed prokuratorem, jeden
        z nich powiedział:
        - Za nami szedł mężczyzna w mundurze moro. Położył rękę na kaburze i
        powiedział: "Jak się który cofnie, to kula w łeb. To nie przelewki".

        Większość z zeznających widziała członków Plutonu Specjalnego, zarówno podczas
        pacyfikacji "Manifestu Lipcowego" jak i "Wujka". Żaden jednak nie powiedział na
        rozprawie, by widział, jak strzelali. Kilku natomiast stwierdziło, iż strzelał
        wojskowy.
        - Zauważyłem iskrzenie na budynku okna kotłowni, skąd zrzucano na zomowców
        różne przedmioty. To świadczyło o tym, iż użyto broni palnej. Odwróciłem się i
        zobaczyłem kapitana Wojska Polskiego, który strzelał z broni długiej kbkAK -
        zeznawał Henryk Mozgol. - Strzały przeszyły górnika, który wypadł z okna.

        Ponieważ ten sensacyjny wątek pojawił się po raz pierwszy, sąd odczytał
        zeznania świadka, które dwa lata temu składał przed prokuratorem. Tam nie było
        na ten temat ani słowa.
        - Gdy zacząłem mówić o tym prokuratorowi, zakrzyczano mnie. Prokurator mówił,
        że bronię kolegów, że w czasie akcji nie użyto broni długiej, tylko Pm-63.
        Twierdził, że nie było zagrożenia, że to my byliśmy tą bandą, która atakowała.
        Dopiero dzisiaj miałem swobodę wypowiedzi - wyjaśniał te rozbieżności świadek.

        Strzelającego kapitana wojska widzieli również inni. Zbigniew Chwedczuk
        oświadczył, iż jest pewien, że wojskowy strzelał ostrą amunicją.
        - Twierdzę tak, bo jak strzelał, widziałem odpryski na murze - powiedział przed
        sądem.

        Nowym wątkiem, pojawiającym się w sprawie, była walka o ciało górnika leżącego
        na placu kopalnianym.
        - Widziałem, jak z dachu spadł górnik. Doszło wręcz do walki o jego ciało
        między nami a górnikami. Nasi funkcjonariusze wynieśli go za teren kopalni -
        mówił Bogdan Sapor. Inny z zeznających zomowców stwierdził, że uciekając z
        kolegami z plutonu, widział leżącego górnika.
        - Ten górnik miał półotwarte oczy, a z jego ciała unosiła się para. Byłem
        przekonany, że spadł z dachu kotłowni. Koledzy, którzy odnosili go do karetki
        stwierdzili, że "i tak nic z niego nie będzie". Jednym z tych zomowców, którzy
        wynosili ciało rannego górnika, był Andrzej Czapla.
        - Podbiegliśmy do niego - mówił Czapla. - Krwawiła mu głowa. Zanieśliśmy go do
        karetki. Jeszcze żył.
        Na podstawie zeznań trudno było ustalić, czy świadkowie mówią o tej samej
        osobie. Ponadto do tej pory wiadomo było, że wszyscy zabici i ranni górnicy
        przebywali na punkcie opatrunkowym. Czyżby więc było więcej ofiar?

        Duże były również sprzeczności w zeznaniach, które świadkowie składali dwa lata
        wcześniej w prokuraturze, a tym, co mówili na rozprawie. Zenon Jenerowicz nie
        potrafił wytłumaczyć, dlaczego w protokole z przesłuchania w prokuraturze
        znalazło się sformułowanie: "Widziałem strzelających członków Plutonu
        Specjalnego".
        - Nie mogłem ich widzieć, bo stali za moimi plecami. Strzały padły z tyłu, więc
        mogłem wiedzieć, że to oni strzelali, bo tylko oni mieli broń - mówił na
        rozprawie Jenerowicz. Przed prokuratorem Jenerowicz twierdził, że widział
        siedzących na murze członków Plutonu z Pm-63 oraz że ktoś z plutonu strzelał w
        kierunku kotłowni. Kilkakrotnie wówczas powtarzał: "Zaznaczam, że na placu byli
        członkowie Plutonu i strzelali". Inny ze świadków, Zbigniew Chwedczuk, dwa lata
        wcześniej powiedział prokuratorowi, że "strzelał Pluton Specjalny w obronie
        naszego życia".
        - Do leżącego milicjanta podbiegł górnik z dzidą. Wówczas ktoś z Plutonu
        strzelił i trafił go w pierś. Górnik upadł i to powstrzymało pozostałych -
        mówił prokuratorowi Chwedczuk. Zeznając przed sądem, stwierdził, że mógł tylko
        podejrzewać, iż to oni strzelali.
        - Porucznik Solejdowicz mówił nam, że Pluton Specjalny będzie nas osłaniać.
        Poza tym widziałem ich w miejscu, gdzie czołg zrobił wyłom - tłumaczył
        świadek. - Ale ja widziałem tylko strzelającego wojskowego.

        - Zaraz po akcji chciałem podziękować chłopcom z Plutonu Specjalnego za to, że
        strzelali - oświadczył, ku zaskoczeniu wszystkich, Zenon Tomasik, wówczas
        członek BCP ZOMO. Jego zdaniem, gdyby nie strzelali, to być może by nie żył.
        Tomasik, zeznając przed sądem, stwierdził, że nie wiedział, kto strzelał.
        Prokuratorowi z kolei mówił, że członkowie Plutonu Specjalnego strzelali
        seriami z RAK-ów, gdy górnicy zbytnio zbliżali się do milicjantów. Zapytany
        przez sąd, kiedy właściwie mówi prawdę - czy wtedy, gdy twierdzi, że nie wie,
        kto użył broni, czy wtedy, gdy dziękuje członkom Plutonu - odparł, że w całości
        podtrzymuje zeznania, złożone u prokuratora i skoro mówił, że strzelał Pluton
        Specjalny, to widocznie tak było.

        Jedynym świadkiem, który podczas rozprawy, stanowczo i spokojnie potwierdził,
        iż zarówno na KWK "Manifest Lipcowy" jak i KWK "Wujek" strzelał Pluton
        Specjalny był Fryderyk Parnicki. W pewnym momencie akcji, gdy zomowcy uciekali
        przed górnikami, Fryderyk Parnicki usłyszał: "Stój, będę strzelać".
        - Koło wyłomu w bramie głównej stało trzech lub czterech członków Plutonu
        Specjalnego i strzelało "z biodra". Skuliłem się przy ziemi, bo bałem się, że
        mogę zostać trafiony. Usłyszałem również strzał ponad głowami i okrzyki
        górników: "Nie bójcie się, to ślepe" - twierdził świadek. Kiedy po dwóch czy
        trzech seriach zapanowała cisza i górnicy zaczęli odciągać leżących kolegów
        domyślił się, że są ofiary. Strzelających członków Plutonu Specjalnego Parnicki
        widział również na "Manifeście Lipcowym".
        - Na teren kopalni wtargnęło trzech członków Plutonu Specjalnego. Usłyszałem
        dwa strzały, a następnie krótkie serie z RAK-ów. Potem dwóch z nich uciekało, a
        trzeci puścił jeszcze serię "z biodra" w kierunku kopalni. Robił tzw. osłonkę -
        oświadczył.
        Fryderyk Parnicki był jedynym zomowcem, którego zeznania, składane w sądzie,
        nie różniły się od tego, co mówił prokuratorowi i podczas wizji lokalnej.
        Zeznania te bardzo nie podobały się oskarżonym, ale świadek spokojnie i
        rzeczowo odpowiadał na wszystkie pytania.

        Jak memento tamtego, tragicznego czasu brzmiała "dowcipna" wypowiedź jednego z
        przesłuchiwanych zomowców:
        - Kiedy już po akcji czekaliśmy pod kopalnią, kilku z wychodzących górników
        zapytało: czy wy jesteście Polakami czy Rosjanami przebranymi w polskie
        mundury? Oni naprawdę myśleli, że jesteśmy Rosjanami - mówił przed sądem
        Andrzej Czapla, wówczas członek Batalionów Centralnego Podporządkowania ZOMO.
        Nie potrafił jednak, nawet po tylu latach ustosunkować się d
      • studio.beret Na "Manifeście Lipcowym" 11.12.03, 00:36
        Na "Manifeście Lipcowym"
        Kiedy Sąd Wojewódzki w Katowicach rozpoczął przesłuchania uczestników wydarzeń
        w KWK "Manifest Lipcowy" na sali padły mocne słowa:
        - Pamiętam tego człowieka! Rozpoznałem osobę, która do mnie strzelała. Jest na
        tej sali - oświadczył świadek Bogusław Tomaszewski i wskazał oskarżonego Leszka
        Grygorowicza. Bogusław Tomaszewski był pierwszym spośród 136 przesłuchiwanych
        dotychczas świadków, od którego obrońca oskarżonych zażądał złożenia
        przyrzeczenia. Był też jedynym do tej pory świadkiem, wskazującym bezpośrednio
        osobę, która do niego strzelała w grudniu 1981 roku. Bogusław Tomaszewski
        podczas pacyfikacji KWK "Manifest Lipcowy" był na czele około 700-osobowej
        grupy górników. Zapamiętał grupę zomowców w ciemnych mundurach, która
        trzykrotnie wchodziła na teren kopalni przez biuro przepustek i wycofywała się.
        Za drugim i trzecim razem twarze zasłaniały im żółte maski gazowe, ale gdy
        wchodzili po raz pierwszy mieli tylko hełmy na głowach.
        - Odległość między nami a nimi wynosiła około 6-8 metrów. Ten człowiek stał na
        wprost mnie. Mogłem mu się dokładnie przyjrzeć i zapamiętać - mówił
        Tomaszewski. - Przez 11 lat śnił mi się. Niewysoki, z ciemnym wąsikiem. Miał
        krzywe nogi i w związku z tym charakterystycznie się poruszał. Za każdym razem
        gdy wchodzili nie zmieniał swojej pozycji i zawsze stał naprzeciwko mnie.
        Przy trzecim wejściu właśnie ta grupa uzbrojona w karabiny maszynowe i
        pistolety, z pozycji półklęczącej oddała strzały do górników. Kula trafiła
        Tomaszewskiego w lewą stronę klatki piersiowej, około 1,5 cm od serca. Lekarze
        z trudem uratowali mu życie. Podczas operacji usunięto mu żebro, część płuca,
        śledziony i wątroby.
        - Lekarz, który mnie operował powiedział, że otrzymałem bezpośredni postrzał,
        że nie był to rykoszet - zeznał świadek. - To on przechowywał wyjęty pocisk
        kalibru 9 mm, ale potem przyjechało dwóch oficerów z Gliwic i zarekwirowało
        nabój.
        Tomaszewski rozpoznał oskarżonego Grygorowicza już trzy lata wcześniej w
        prokuraturze, podczas pokazywania poszkodowanym członków Plutonu Specjalnego i
        powiedział, że to właśnie on go postrzelił. Bez trudu wskazał również
        fotografię Grygorowicza na dokumentacji pokazanej przez sąd, zawierającej
        zdjęcia funkcjonariuszy Plutonu sprzed 13 lat. Oświadczył również, że w
        prokuraturze pokazano mu inną dokumentację zdjęciową i tam tego oskarżonego nie
        było.

        (...)

        Strzelali wszyscy

        Major Edward Wałach, zastępca dowódcy ZOMO, Kazimierza Wilczyńskiego, zeznał,
        że gdy dowiedział się, iż w "Manifeście Lipcowym" użyto broni w rejonie bramy
        głównej i są ranni górnicy wezwał szefa Plutonu Specjalnego i kazał mu wyjaśnić
        tę sprawę. Romuald Cieślak poszedł do swych podwładnych, następnie wrócił i
        oświadczył: "Majorze, wszyscy strzelali". Major Wałach sam zaproponował
        Wilczyńskiemu, iż zapyta szefa Plutonu Specjalnego o to, kto strzelał, gdyż
        kilka minut wcześniej spotkał ich na terenie kopalni.
        - Mieli przy sobie tylko broń, nic więcej. Dziwnie się zachowywali, byli
        podnieceni, podekscytowani. Dziwiło mnie to, bo górnicy byli bardzo daleko i
        nic im z ich strony nie groziło. Zwróciłem się do nich: idźcie lepiej do
        samochodów, nie będziecie potrzebni - zeznawał świadek. Potem płk Wilczyński
        zlecił Cieślakowi sporządzenie meldunku w tej sprawie. Ponieważ trwało to zbyt
        długo rozkazał, by wszyscy członkowie Plutonu Specjalnego, biorący udział w
        akcji, sporządzili własnoręcznie raporty o użyciu broni. Wałach pamiętał, że
        zaczęły one napływać dopiero nocą, a zbierał je mjr Buniowski, ten sam, który
        po wydarzeniach w "Wujku" otrzymał od Wilczyńskiego polecenie przestrzelania
        broni Plutonu Specjalnego. Te zeznania były bardzo niekorzystne dla
        oskarżonych, którzy twierdzili, że nie strzelali, raporty im "sugerowano", a
        niektórzy wręcz mówili, że nie wiedzą, skąd wzięła się liczba wystrzelanych
        nabojów przy ich nazwisku. Jak wynika z zeznań świadka - wpisywali ją sami...
        Edward Wałach wspominał również brutalną pacyfikację KWK "Jastrzębie". Pamiętał
        ukrytych w budynku cechowni górników. Pluton Specjalny wybił szyby, a z tyłu
        kompania Solejdowicza użyła środków chemicznych.
        - To był makabryczny widok. Czegoś takiego nie widziałem i chyba mało kto
        widział. Ludzie uciekali przez te wybite szyby. Przewracali i ranili się o
        potłuczone szkło, klękali, podnosili ręce do góry, a zomowcy maltretowali ich.
        Bili, bili i jeszcze raz bili. Zupełnie bezpodstawnie - mówił świadek. - Ja
        biegłem, krzyczałem, żeby się opamiętali, drogą radiową apelowałem do dowódców
        kompanii, ale nikt nie słuchał. Byłem zbulwersowany. Przed wyjazdem do
        następnej kopalni ostrzegłem: jeśli ktokolwiek dotknie górnika, będzie miał ze
        mną do czynienia.
        Wałach mówił również, iż słyszał przez radio jak płk Gruba zwracał się do
        Wilczyńskiego, by dobrze przygotował się do akcji w "Manifeście Lipcowym".
        Zresztą, jak zaznaczył, Wilczyński miał dziwny styl dowodzenia; zawsze siedział
        w samochodzie, na zewnątrz pacyfikowanych zakładów i nie miał pojęcia, co
        dzieje się w środku. Wałach zeznał również, że podczas wieczornej odprawy 15
        grudnia, dotyczącej odblokowania KWK "Wujek", oficer WP zapytał, kto zapewni
        ochronę czołgom. Wówczas, prowadzący odprawę oskarżony Marian Okrutny
        powiedział, patrząc na Wilczyńskiego: "To jest dowódca jednostki i on
        zaangażuje Pluton Specjalny".
        - Wiem, że dzisiaj Okrutny temu zaprzecza, ale ja to słyszałem - podkreślił
        świadek. Wałach mówił także o tajnym szyfrogramie Kiszczaka, który dopuszczał
        użycie broni palnej. Szyfrogram ten dostali nawet dowódcy niższego szczebla, aż
        do szefów kompanii i ich zastępców. To właśnie, powołując się na szyfrogram,
        pomocnik Wałacha wśród środków przymusu wymienił broń palną w książce rozkazów.

        Były dowódca pododdziału ZOMO Kazimierz Burdzy widział strzelających członków
        Plutonu Specjalnego w obu kopalniach i stanowczo potwierdził to przed sądem.
        - Funkcjonariusze Plutonu Specjalnego stali na podwyższeniu przy magazynie.
        Broń mieli skierowaną w stronę górników, którzy oddaleni byli o około 20 m.
        Zauważyłem błysk ognia z luf - mówił Burdzy. - Ktoś krzyknął "strzelają", a
        potem górnicy wynosili rannych i zabitych.
        W "Manifeście Lipcowym" jeszcze przed rozpoczęciem akcji poszedł w stronę bramy
        głównej. Tam zobaczył członka Plutonu Specjalnego, który biegnąc w poprzek
        bramy strzelał w kierunku kopalni. I tym razem świadek dostrzegł błysk z lufy
        broni.

      • studio.beret Zbrodnię zaplanowano "z góry" 11.12.03, 00:37
        Zbrodnię zaplanowano "z góry"

        Przed Sądem Wojewódzkim w Katowicach zeznawali świadkowie, którzy w okresie,
        którego dotyczył proces, pełnili wysokie funkcje, zarówno w resorcie spraw
        wewnętrznych, jak i poza nim. Zdziwienie budzi fakt, iż im wyższą funkcję
        pełnili oni w 1981 roku, tym mniej wiedzieli. Bardzo często okazuje się, że nie
        znali szyfrogramu Kiszczaka. Niektórzy nawet nie wiedzieli, że w ogóle był. Nie
        wiedzą również, kto użył broni, bo albo "nie interesowali się tym", albo "nie
        wolno było o tym mówić". Na całkowitą kpinę zakrawa już twierdzenie, że o
        strzałach w "Manifeście Lipcowym" i "Wujku", o zranionych i zabitych tam
        górnikach, niektórzy ze ścisłego dowództwa dowiadywali się z... prasy lub od
        przesłuchującego ich prokuratora w ponad 10 lat po wydarzeniach...

        - Wtedy mówiono, że największym wrogiem są Kościół i "Solidarność". Baliśmy się
        cokolwiek mówić. Nie wyobrażam sobie, co byłoby, gdyby ktoś powiedział coś
        złego na temat pacyfikacji. Dwa dni i już by go nie było. Kiszczak preparował
        dokumenty. Właściwie nie wiadomo, kim on był - mówił wicenaczelnik Wydziału
        Prewencji Kazimierz Biel, który w 1983 r. zwolniony został z milicji
        za "przekonania religijne i polityczne". Biel dodał również, iż kierujący
        pacyfikacją Kazimierz Wilczyński był nadgorliwy w wykonywaniu poleceń Kiszczaka
        i Jaruzelskiego.

        Kazimierz Biel oraz Ryszard Pawlik, ówczesny naczelnik Wydziału Prewencji KW MO
        w Katowicach, oświadczyli przed sądem, że istniały plany pacyfikacyjne zakładów
        pracy. Posługiwano się nimi na odprawach poprzedzających akcje. Opracowywane
        były przez Wojewódzki Sztab Kierowania i SB. Pracami tymi kierował zastępca
        komendanta wojewódzkiego ds. SB, płk Baranowski. Powstały one jeszcze przed
        wprowadzeniem stanu wojennego. Pawlik zapamiętał nawet, że kierunki działań
        zaznaczone były na nich kolorami niebieskim i czerwonym. O takich planach
        mówiono też w warszawskim procesie przeciwko Kiszczakowi. Czerwonym kolorem
        zaznaczony był kierunek otwarcia ognia do strajkujących. Zeznania świadków
        potwierdziły fakt, iż zbrodnia w tych kopalniach była zaplanowana "z góry" w
        pełnym tego słowa znaczeniu.
        Coraz częściej świadkowie mówili o tym, iż akcjami jednoosobowo kierował
        ówczesny komendant wojewódzki MO płk Jerzy Gruba oraz podkreślali rolę, jaką
        odgrywał I z-ca ds. Służby Bezpieczeństwa płk Baranowski, który miał łączność
        zarówno ze swoimi tajniakami, będącymi na terenie kopalni, jak i dowódcami
        ZOMO. Niestety, obaj wspomniani dowódcy już nie żyją i ustalenie większości
        faktów stało się niemożliwe.

        - O wszystkim decydował płk Gruba przy pomocy swego zastępcy płk.
        Baranowskiego - mówił przed sądem Władysław Leś (w 1981 r. jeden z zastępców
        komendanta wojewódzkiego ds. SB zajmujący się kontrwywiadem). - Słyszałem
        rozmowę Gruby z Wilczyńskim. Wilczyński informował, że nie dają sobie rady.
        Zaproponował Grubie, by posłużył się wojskiem, bo wiadomo było, że do żołnierzy
        górnicy mają inny stosunek niż do milicjantów. Wówczas Gruba krzyknął: "Nie
        wtrącaj się! Nie znasz się na tym". Zrozumiałem, że jestem tam niepotrzebny i
        wyszedłem z pokoju.

        Daniel Las (wówczas z-ca komendanta ds. administracyjno-gospodarczych)
        opowiadał, jak spotkał na korytarzu komendanta płk. Grubę.
        - "Idę dzwonić do Kiszczaka, bo ZOMO chce użyć broni", powiedział mi Gruba. Gdy
        ponownie zobaczyłem go pół godziny później i zapytałem o efekt rozmowy, machnął
        ręką i powiedział, że to już bez znaczenia bo ZOMO i tak strzelało - zeznał
        świadek.

        Obaj świadkowie brali udział w telekonferencjach, które przeprowadzane były na
        wysokich częstotliwościach, by nikt nie podsłuchiwał i których nie można było
        protokołować. Nie przypominają sobie, czy zapoznano ich wówczas z szyfrogramem
        Kiszczaka, bo "wiele dokumentów otwierano i czytano". Daniel Las szczególnie
        zapamiętał telekonferencję, którą prowadził sam szef MSW. Prawdopodobnie w jej
        trakcie Kiszczak powiedział, że oddziały zwarte milicji mogą użyć broni tylko
        na jego rozkaz.

        Władysław Leś oświadczył, że sztab akcji LATO `80 (w skład którego wchodził)
        miał za zadanie rozeznanie nastrojów społecznych, by tam, gdzie przewidywano
        niepokoje, skierować odpowiednie siły porządkowe. Sporządzano więc plany
        opisowe (a czasami graficzne) zabezpieczenia obiektów, ale nie przewidywano w
        nich wyprowadzenia z nich załóg. Pojęcie "odblokowania" pojawiło się dopiero w
        momencie wprowadzenia stanu wojennego. Świadek przyznał, że w "Wujku" działała
        zakonspirowana grupa podległych mu ludzi, którzy utrzymywali kontakt z płk.
        Baranowskim, a zadaniem ich było obserwowanie i ewentualne utrwalanie przebiegu
        wydarzeń. Odpowiadając na pytania oskarżonych, Leś stanowczo stwierdził, iż na
        terenie Katowic nie przebywały wówczas jednostki specjalne obcych państw.
        Wówczas oskarżony Jasiński oświadczył, że w tym czasie w katowickich koszarach
        ZOMO była grupa młodych żołnierzy radzieckich. Podczas zeznań świadka po raz
        kolejny wróciła sprawa esbeckiej grupy płk. Perka. Leś mówił, iż grupę tę
        powołał płk Baranowski i była to grupa dezinformacyjna, a nie dywersyjna. Nie
        zgodził się z tym oskarżony Ślusarek i wniósł o ustalenie składu osobowego
        grupy, celem przesłuchania jej członków, gdyż jego zdaniem "perkowcy" również
        pacyfikowali kopalnie.



      • studio.beret Następny świadek Witold Rupala, pomocnik oficera d 11.12.03, 00:38
        Następny świadek Witold Rupala, pomocnik oficera dyżurnego ZOMO, nie potrafił
        wyjaśnić, dlaczego w raportach w książce wydarzeń oficera dyżurnego dwukrotnie
        dokonano wpisu o wyjeździe do akcji Plutonu Specjalnego. Pierwszy raz
        wpisano: "PLS 47 plus 1", a drugi "PLS 21 plus 4".
        - Ten pierwszy zapis jest niewiarygodny - tłumaczył Rupala. - Pluton nie liczył
        więcej niż 30 osób, zaś druga liczba oznaczała liczbę pojazdów, więc niemożliwe
        jest, by wyjeżdżali tylko jednym samochodem. Świadek nie potrafił nawet
        odpowiedzieć na pytanie oskarżonego Jasińskiego, czy przy pierwszym zapisie
        zamiast liczby 7 nie znajduje się litera F, co oznaczałoby wyjazd 4
        funkcjonariuszy. Po kolejnym obejrzeniu zapisu świadek twierdził jedynie, że
        można to odczytać i tak, i tak.
        Jednym ze świadków, który żądał anonimowości, był Zbigniew Fedunkow, w roku
        1981 pełniący obowiązki naczelnika Wydziału Wojewódzkiego Stanowiska Kierowania
        KW MO. "Dziury w pamięci" oraz "przejęzyczenia" świadka spowodowały, iż jego
        zeznania mniej wniosły do sprawy, niż się spodziewano. Dla Fedunkowa szyfrogram
        Kiszczaka nie miał żadnego prawnego znaczenia, a "każdy dobrze wyszkolony
        kapral" potraktowałby go jako "przypomnienie zasad". Gdy na wniosek prokuratora
        odczytano mu punkt "e" szyfrogramu, Fedunkow przyznał, że "są tam pewne
        zmiany", ale i tak "nikt nie traktował go poważnie" i wszyscy opierali się na
        starym rozkazie, w myśl którego zgodę na użycie broni palnej przez oddziały
        zwarte musiał wydać szef MSW. Fedunkow dodał, że szyfrogram dotarł do dowódców
        najniższego szczebla, a ci mieli obowiązek zapoznać z nim podległych sobie
        funkcjonariuszy. Świadek w roku 1981 opracowywał plany graficzne akcji
        pacyfikacyjnych. Pierwszy z planów KWK "Wujek" powstał 16 grudnia o godz. 4.00
        nad ranem. Drugi - zdaniem świadka - był planem rekonstrukcyjnym, wykonanym na
        zlecenie Komendy Głównej MO. Nie odzwierciedlał on jednak faktycznych wydarzeń.
        Pytany przez pełnomocników oskarżycieli posiłkowych, dlaczego nie uwzględnił w
        planach np. esbeckiej grupy płk. Perka, skoro twierdził, że tam byli, świadek
        odparł, iż "esbecy mu nie podlegali". Fedunkow dodał również, że to decyzja
        szefa MSW o "odblokowaniu" zakładów spowodowała, iż zaczęły powstawać plany
        graficzne. Powołany w Warszawie sztab AKCJI LATO `80 miał swoje odpowiedniki we
        wszystkich KW MO. Fedunkow ujawnił też, iż na szczeblach wojewódzkich (a zatem
        z pewnością i na szczeblu centralnym) prowadzony był od stycznia 1981 r.
        dziennik sztabowy, w którym ścisłe kierownictwo omawiało przygotowania do
        wprowadzenia stanu wojennego. Świadek zeznał również, iż Pluton Specjalny może
        być wysłany jako grupa saperska, zaś do ochrony czołgów przeznaczono
        pododdziały płk. Kamińskiego, uzbrojone w broń osobistą. Zmienił również swoje
        zeznania odnośnie kierowania pacyfikacją "Manifestu Lipcowego". U prokuratora
        twierdził, że akcją kierował oskarżony Okrutny. Przed sądem powiedział, że
        wtedy "przejęzyczył się", a akcją kierował komendant rejonowy Jastrzębia.

        Były wojewoda (odwołany 15 grudnia 1981 r.) Henryk Lichoś oraz jego zastępcy
        Tadeusz Wnuk i Zdzisław Gorczyca, którzy w roku 1981 byli członkami
        Wojewódzkiego Komitetu Obrony, twierdzili, że nie wiedzieli nic ani o
        odblokowywaniu zakładów pracy, ani o użyciu broni palnej.
        - WKO to była zasłona dymna dla wojska i milicji - mówił Lichoś. - Ja nie
        widziałem nawet szyfrogramu, a powinienem.
        Jego zastępcy również twierdzili, że nie zapoznano ich z dokumentem Kiszczaka.
        Wszyscy mówili, że decyzje o odblokowaniu zapadły poza WKO.
        - Na jednym z późniejszych posiedzeń komendant Gruba powiedział, że broni użyto
        w obronie własnej, ale nie mówił kto. Informacje podawane na tych posiedzeniach
        były obowiązującą wykładnią - zeznał Gorczyca.

        O odblokowaniu zakładów pracy i szyfrogramie Kiszczaka także "nic nie wiedział"
        Józef Piszczek - sekretarz pionu ideowo-wychowawczego KW PZPR, zajmujący się
        współpracą z dziennikarzami. O pacyfikacji "Wujka" dowiedział się 16 grudnia w
        godzinach popołudniowych, gdy zadzwoniono do niego z Wydziału Prasy KC PZPR z
        poleceniem, by pomógł zebrać Polskiej Agencji Prasowej informacje na temat tych
        wydarzeń.
        - Miałem z tym trudności. Dopiero pomoc gen. Romana Paszkowskiego, mianowanego
        w tym dniu wojewodą katowickim, pozwoliła mi zredagować komunikat. Ukazał się
        on następnego dnia na pierwszej stronie "Trybuny Robotniczej" - mówił
        Piszczek. - Później nie interesowałem się tym, kto strzelał i w jakich
        okolicznościach, gdyż PZPR nie miała możliwości zbierania informacji na ten
        temat.

        Kto użył broni "nie dociekał" również gen. Jan Łazarczyk, ponieważ "nie miał
        uprawnień do prowadzenia dochodzenia", a nadto przekonany był, że sprawa
        dotyczyła milicji, a nie wojska. Łazarczyk, mimo iż był wówczas szefem
        Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego i uczestniczył w posiedzeniach WKO, również
        oświadczył, iż nie znał szyfrogramu Kiszczaka. Twierdził, że o strzałach
        w "Manifeście Lipcowym" powiadomił go dowódca Śląskiego Okręgu Wojskowego,
        prosząc o wyjaśnienie tej sprawy.
        - Miałem pretensje do komendanta Jerzego Gruby, że zataił to przede mną -
        stwierdził świadek. Gdy odczytano mu fragment dziennika sztabowego, z którego
        wynika, że o użyciu broni poinformował go komendant Gruba mówiąc: "Moi
        komandosi strzelali w obronie twoich czołgów" i podał nazwiska rannych
        górników, Łazarczyk oświadczył, iż nie pamięta tej rozmowy.

        (...)

      • studio.beret Ekspertyzy i dowody 11.12.03, 00:39
        Ekspertyzy i dowody

        Wojewódzki biegły lekarz sądowy prof. Władysław Nasiłowski, który w grudniu
        1981 r. przeprowadzał sekcje zwłok górników z KWK "Wujek", oświadczył przed
        Sądem, iż żadna rana nie pochodziła z rykoszetu, a strzały oddano z odległości
        nie mniejszej niż metr, z broni o kalibrze zbliżonym do 9 mm. Wszyscy zabici
        trafieni zostali w ważne dla życia miejsca ciała, tj. głowę, klatkę piersiową,
        brzuch, plecy.
        Odpowiadając na pytanie, czy fakt, iż w ciałach górników z "Manifestu
        Lipcowego" utkwiły pociski, zaś większość ran górników z "Wujka" to rany
        przestrzałowe, świadczyć może o tym, że w "Wujku" strzelano z broni o większej
        sile rażenia lub większym kalibrze, odparł, iż nie jest to wykluczone, ale być
        może w "Manifeście Lipcowym" strzelano z większej odległości.

        Podczas zeznań Stanisława Wiewióry, byłego inspektora WSK KW MO, który, jak
        twierdził, nie przygotowywał żadnych planów działań w zakładach pracy, a
        rysował je dopiero po pacyfikacjach, by zrekonstruować wydarzenia, pełnomocnicy
        oskarżycieli posiłkowych okazali sądowi szkice akcji pacyfikacyjnych innych
        zakładów. Mec. Anna Dembek poinformowała, iż otrzymała je za
        pośrednictwem "Solidarności" kopalni "Wujek", zaś mec. Leszek Piotrowski,
        oświadczając, że jest w posiadaniu takich samych szkiców, zastrzegł, że nie
        ujawni, od kogo je dostał. Opatrzone klauzulą "tajne", stanowiły one kolejny,
        istotny dowód rzeczowy.

        (...)

      • studio.beret Zatarto ślady - wyczyszczono dokumenty 11.12.03, 00:39
        Zatarto ślady - wyczyszczono dokumenty

        Zeznania przed sądem złożył dziennikarz Jan Dziadul, który w 1990 r. otrzymał
        zezwolenie na przeczytanie milicyjnych dokumentów, dotyczących m.in.
        pacyfikacji KWK "Wujek".
        Dziadul stwierdził, że z archiwum katowickiej KW MO przyniesiono mu pakiet
        dokumentów pod nazwą "Gotowość".
        - Była to paczka zawinięta w szary papier - mówił świadek. - Nie była w ogóle
        zabezpieczona, a w dokumentach panował ogromny bałagan.
        Jan Dziadul odnalazł tam notatkę, że w lutym 1990 r. dokumenty te przeglądali
        dwaj zastępcy komendanta wojewódzkiego ds. SB oraz oskarżony Marian Okrutny.
        - W paczce było kilka tysięcy stron dokumentów, dotyczących przygotowań do
        wprowadzenia stanu wojennego oraz trzy dzienniki sztabowe, w których zapisywano
        wydawane podczas akcji polecenia i rozkazy. Dziennik prowadzony przez SB był
        dokładniejszy. Zawierał zapisy, których nie było w dzienniku WSK - mówił
        świadek. - Wszystkie najważniejsze zapisy były wielokrotnie podkreślane i
        przekreślane. Także te, które dotyczyły użycia broni. Zastanawiałem się, kiedy
        to zrobiono.
        Wśród tych zapisów był również ten, w którym dowodzący akcją Kazimierz
        Wilczyński domagał się zgody na użycie broni. Wówczas padła anonimowa
        odpowiedź: "Nie, czekaj na rozkaz". Zdanie to jest kilkakrotnie podkreślone, a
        przecinek wygląda inaczej od innych, sprawia wrażenie, jakby był dopisany
        później. W tym przypadku ten jeden mały znak interpunkcyjny jest niezwykle
        istotny. Zmienia bowiem całkowicie treść i sens zdania. Czy kiedykolwiek uda
        się wyjaśnić kto i kiedy go dopisał?
        Jan Dziadul opowiadał również o rozmowie, jaką przeprowadził z ówczesnym
        komendantem wojewódzkim MO, nieżyjącym już Jerzym Grubą. Gruba powiedział
        Dziadulowi, iż nie wydał zgody na użycie broni. Twierdził, że Wilczyński pytał
        go o to, gdy strzały już padły, "była to musztarda po obiedzie" i to Wilczyński
        powinien tę sprawę wyjaśnić. Dziadul powiedział, że pytał Grubę, czy można było
        zaniechać akcji na KWK "Wujek", skoro przedstawiciele wojska byli u
        strajkujących i widzieli ich determinację. Gruba twierdził, że decyzje zapadły
        w WKO, w województwie katowickim przebywali przedstawiciele WRON, m.in.
        ówczesny minister górnictwa gen. Czesław Piotrowski i to rozkazami wojskowymi
        zmuszono ich do odblokowania kopalni. Zdaniem Gruby, WRON nie mogła dopuścić,
        by zabrakło węgla. Gdyby się tak stało to - jak się wyraził - ten cały stan
        wojenny szlag by trafił, zaś zaniechanie akcji w "Wujku" odebrane byłoby jako
        moralne zwycięstwo strajkujących, a na to ówczesna władza nie mogła sobie
        pozwolić. Gruba powiedział też Dziadulowi, że gdyby dowiedział się, iż
        w "Manifeście Lipcowym" Pluton Specjalny strzelał i ranił górników, zrobiłby
        awanturę i nie skierował go do akcji w "Wujku". Nie wiedział, dlaczego Pluton
        Specjalny tam pojechał. Twierdził, iż ta decyzja zapadła poza nim.

        - Słyszałem, jak górnicy powiedzieli, że jeśli na teren kopalni wejdzie wojsko,
        to będą rozmawiać i opuszczą ją, a jak wejdzie milicja to będą się bronić -
        potwierdził zeznania niektórych uczestników tamtych wydarzeń ówczesny naczelny
        dyrektor KWK "Wujek" Maciej Zaremba.
        Zaremba pamiętał, że kiedy przybył do kopalni, dowiedział się, iż załoga
        podjęła strajk. Poszedł do strajkujących i zaproponował, by wybrali
        przedstawicieli, którzy będą prowadzić rozmowy. Wkrótce przyjechała również
        delegacja wojskowych. Rozmowy jednak nie dały rezultatu i siły porządkowe
        przystąpiły do pacyfikacji. Z okien swojego gabinetu dyrektor niewiele widział.
        O rannych i zabitych poinformował go lekarz zakładowy. Dyrektor Zaremba linią
        górniczą połączył się ze zjednoczeniem i tą drogą wezwał karetki i pomoc
        medyczną.
        - Kiedy górnicy dowiedzieli się o zabitych, zaprzestali obrony. Zadzwonili do
        mnie i zapytali, czy wiem, co się stało. Powiedzieli też, że chcą rozmawiać z
        wojskiem - mówił Zaremba.
        Kiedy Maciej Zaremba udał się z delegacją wojskową do górników, strajkujący
        wręczyli im postulaty. Spełniony został tylko jeden, dotyczący umożliwienia
        bezpiecznego opuszczenia kopalni. Świadek stanowczo stwierdził, że to nie on
        wydał polecenie posprzątania terenu kopalni przed przyjazdem prokuratorów
        wojskowych. Jego zdaniem mógł to uczynić główny inżynier powierzchni. Uważa
        jednak, że teren kopalni uprzątnięto już po wizji przeprowadzonej przez
        prokuratorów. Zdaniem Nadzwyczajnej Komisji Sejmowej ds. Badań Działalności
        MSW, prokuratorzy oglądali miejsce wydarzeń już wtedy, gdy zostało ono
        uprzątnięte. Ktoś specjalnie wydał takie polecenie, by uniemożliwić ustalenie
        sprawców zbrodni.
        Niewiele do powiedzenia mieli; Jadwiga Dworowy, kierowniczka tajnej kancelarii
        katowickiego ZOMO i Lech Banaszkiewicz, który prowadził kancelarię Sztabu X
        Dywizji Pancernej w Opolu.
        - Nie wiem, jak to możliwe, że w dzienniku brakuje 50 kart z zapisami. Gdy w
        1983 roku odchodziłam z pracy, podpisywałam protokół zdawczo-odbiorczy i wtedy
        niczego nie brakowało - oświadczyła Dworowy. Okazuje się, że wyrwane karty
        obejmują zapisy, dotyczące wydarzeń w okresie od 13 do 17 grudnia 1981 r.
        Świadek dowiedziała się o tym dopiero od przesłuchującego ją prokuratora.
        Uważa, że możliwe jest, iż zniszczono je z premedytacją - by z dokumentów MO
        usunąć wszystkie zapisy o planowaniu i przebiegu akcji w kopalniach.
        Lech Banaszkiewicz w ogóle nie pamiętał treści dokumentów opracowywanych przez
        Śląski Sztab Wojskowy. Mówił, że już w styczniu 1981 r. otrzymał zalakowane
        koperty, które nakazano otworzyć w nocy z 12 na 13 grudnia. Były tam zadania na
        wypadek wprowadzenia stanu wojennego, m.in. instrukcja dotycząca użycia broni
        przez żołnierzy. Po latach niektóre dokumenty przekazywane były do Śląskiego
        Sztabu Wojskowego lub niszczone.
        - Zawsze mówiłem, że do górników strzelał Pluton Specjalny - powiedział przed
        Sądem Wojewódzkim w Katowicach Andrzej Zalewski, ekspert Nadzwyczajnej Komisji
        Sejmowej ds. Badań Działalności MSW. Powtórnego przesłuchania Andrzeja
        Zalewskiego zażądali oskarżeni. Powoływali się oni na publikację w
        tygodniku "Nie", w której napisano m.in., że Zalewski przed Sądem Wojewódzkim w
        Warszawie w procesie przeciwko Kiszczakowi przyznał, iż "do spółki z Rokitą i
        prokuratorem zataił, iż na "Wujku" strzelał ktoś jeszcze".
        Ku ogromnemu zaskoczeniu tych, którzy byli wówczas na sali rozpraw, jak i
        samego świadka, w protokole z warszawskiego sądu pojawił się dziwny
        zapis: "Jestem przekonany, że moja opinia została wykorzystana i wprowadzona do
        raportu. Były duże różnice między tym co opracowałem, a tym co było w raporcie.
        Wycofano fragmenty, które miały służyć innemu postępowaniu. Jeden fragment
        dotyczył tego, że strzały padły ze strony żołnierzy, a drugi, że w czasie
        badania broni eliminowano broń znajdującą się na wyposażeniu Wojska Polskiego".
        Tymczasem Zalewski zarówno przed sądem w Katowicach, jak i w Warszawie zeznał,
        iż istotnie przy sporządzaniu tego raportu pominięto dwa fragmenty. Dotyczyły
        one jednak wskazanych przez górników miejsc, z których otwarto ogień do
        strajkujących, oraz rozdziału poświęconego broni i amunicji użytej w trakcie
        pacyfikacji. Oba te dokumenty są w posiadaniu katowickiego sądu. Pytany o
        rozbieżności w protokołach, Zalewski wyjaśnił, że w Warszawie sędzia nie
        dyktuje co umieścić w protokole. W związku z tym zeznający nie ma możliwości
        sprostowania na bieżąco swoich wypowiedzi.
        - Cały protokół to zbitka wielu moich wypowiedzi, być może protokolantka
        popełniła błędy - tłumaczył Zalewski. - Przede wszystkim ten zapis podważa moją
        wiarygodność jako świadka, a to wpływa również na podważenie sporządzonej
        przeze mnie opinii, która przecież została jednogłośnie zaakceptowana przez
        Komisję Sejmową - dodał.


      • studio.beret Sąd zwrócił się do Komendy Wojewódzkiej Policji i 11.12.03, 00:41
        Sąd zwrócił się do Komendy Wojewódzkiej Policji i UOP w Katowicach z pytaniem,
        gdzie znajdują się dzienniki ówczesnego Wojewódzkiego Stanowiska Kierowania MO.
        Policja poinformowała, że już w latach 80. przekazano je SB, a potem przejął je
        UOP. UOP zaś w swej odpowiedzi ograniczył się do "pouczenia" sądu, że dokumenty
        te są opatrzone klauzulą "tajne", a zatem odtajnione mogą zostać po... 30
        latach. Wcześniej - tylko za zgodą szefa MSW. Sam fakt, gdzie są te dzienniki i
        czy w ogóle się zachowały, UOP także potraktował jako tajemnicę.
        Niczego sąd nie dowiedział się o tzw. esbeckiej grupie płk. Perka, która
        zdaniem oskarżonych, wyposażona w taką samą broń jak oni, również pacyfikowała
        kopalnie. Mimo iż w skład grupy Perka wchodzili milicjanci z KW MO i - jak
        twierdzili oskarżeni - niektórzy pracują tam do dzisiaj i to na wysokich
        stanowiskach - Komenda Policji odpowiedziała, że na temat składu i działalności
        tej grupy nie posiada absolutnie żadnych informacji.
        Podobnie zresztą katowicka policja oraz Oddziały Prewencji w Piotrowicach
        poinformowały, że z powodu braku dokumentów nie potrafią wskazać, którzy
        funkcjonariusze MO brali udział w akcjach pacyfikacyjnych, dlatego też nie
        będzie możliwe wytypowanie egzemplarzy broni, które były użyte w kopalniach. Na
        takie samo pytanie, skierowane do Śląskiego Okręgu Wojskowego, sąd nie otrzymał
        żadnej odpowiedzi
      • studio.beret Zatuszowali sprawę 11.12.03, 00:41
        Zatuszowali sprawę

        Katowicki sąd przesłuchał również prokuratorów, którzy umorzyli pierwsze
        śledztwo przeprowadzone w 1982 r. w sprawie użycia broni w kopalniach "Manifest
        Lipcowy" i "Wujek": Janusza Brola z Wojskowej Prokuratury Garnizonowej w
        Gliwicach, który śledztwo prowadził i Waldemara Wilka z Naczelnej Prokuratury
        Wojskowej, który je nadzorował. Zeznania obu prokuratorów zgodne były tylko
        wówczas gdy mówili, że o wszystkim decydowali ich przełożeni.
        Waldemar Wilk i Janusz Brol w kilka godzin po wydarzeniach byli na terenie
        kopalni. Obejrzeli jedynie zwłoki pomordowanych i ustalili ich dane personalne.
        Wilk oświadczył, że z uwagi na późną porę. Nie potrafili powiedzieć, dlaczego
        nie zabezpieczono terenu kopalni do następnego dnia. Brol stwierdził natomiast,
        iż zbierali łuski, fotografowali teren, przesłuchiwali milicjantów i rannych
        górników. Obaj mówili, iż w Warszawie żądano szybkiego zakończenia śledztwa,
        dlatego prowadzili je "powierzchownie i żywiołowo", oraz że Naczelną
        Prokuraturę Wojskową interesowało głównie to, jak dalece górnicy zostali
        zapoznani z dekretem o stanie wojennym. Zdaniem Wilka, obowiązywała wówczas
        tylko jedna wersja, że w KWK "Wujek" strzelał Pluton Specjalny. Tak twierdzili
        przełożeni. Dlatego nie dociekali, kto jeszcze miał broń. Nikt wtedy nie mówił,
        że strzelał również wojskowy.
        - Zastanawialiśmy się, komu postawić zarzuty. Przecież ta kilkunastoosobowa
        grupa nie mogła znacząco wzmocnić setek milicjantów. Jeśli wprowadza się do
        akcji ludzi z bronią, to wiadomo po co - mówił świadek Wilk. - W śledztwie
        ustalono, że to dowodzący akcją o tym zadecydował oraz że szef Plutonu
        Specjalnego zwracał się o zgodę na użycie broni.
        Stwierdzono wówczas, że członkowie Plutonu Specjalnego wystrzelali 157 naboi
        oraz że pierwszy zaczął strzelać ich dowódca.
        - W tej grupie na pewno byli i ci, którzy strzelali w powietrze, i ci, którzy
        strzelali do górników - oświadczył Wilk. Zdaniem Brola ustalono ponad wszelką
        wątpliwość, że to strzelał Pluton Specjalny. Natomiast nie można było
        jednoznacznie stwierdzić, z czyjej konkretnie broni zabito górników, gdyż
        wszyscy członkowie Plutonu przyznali się wprawdzie, że strzelali, ale nikt nie
        wiedział, czy wydano mu wówczas jego broń. - Mówili, że w sytuacjach alarmowych
        pobierali broń jak leci. Pytaliśmy o to magazynierów, którzy to potwierdzili -
        zeznał Brol.
        Śledztwo w pierwszej wersji umorzono, gdyż, jak stwierdzili prokuratorzy, nie
        można było w takiej sytuacji postawić konkretnych zarzutów poszczególnym
        członkom Plutonu Specjalnego. Z Naczelnej Prokuratury Wojskowej przyszło jednak
        inne postanowienie. Stwierdzono w nim, że śledztwo w sprawie użycia broni
        zostało umorzone z braku dowodów popełnienia przestępstwa, ponieważ Pluton
        Specjalny działał w obronie własnej. Pod taką decyzją podpisał się prokurator
        Janusz Brol.
        - Brak doświadczenia zawodowego i życiowego spowodował, że to podpisałem -
        tłumaczył się przed sądem.

        (...)

      • studio.beret ZOMO kontratakuje 11.12.03, 00:42
        ZOMO kontratakuje

        Dopiero po czterech latach procesu szef Plutonu Specjalnego ZOMO Romuald
        Cieślak przyznał się, że okłamał swoich przełożonych i prokuratora,
        oświadczając, że jego podwładny Krzysztof Jasiński zgubił legitymację służbową
        podczas akcji w "Wujku". Uczynił to na jego prośbę, a nadto chciał go uchronić
        przed surowymi konsekwencjami, za utratę legitymacji.
        Jasiński od samego początku twierdził, że jest niewinny. Odmówił składania
        wyjaśnień w śledztwie. Dopiero na sali rozpraw oświadczył, że nie pacyfikował
        ani KWK "Manifest Lipcowy", ani KWK "Wujek". Podstawą oskarżenia Jasińskiego
        był napisany przez niego raport o zużyciu amunicji. Oskarżony tłumaczył, że
        napisał go, by uniknąć kary za utratę legitymacji. Wersję tę potwierdził Maciej
        Przybylski - członek Plutonu Specjalnego, który wraz z nim był wówczas w
        Pyrzowicach i nie został objęty aktem oskarżenia. Temat wrócił, gdyż sąd dotarł
        do akt osobowych Oddziałów Prewencji, w których mowa jest o tym, że Jasiński
        zgubił legitymację podczas pacyfikacji "Wujka".
        - To nieprawda - zeznał Cieślak - Jasiński nie był na "Wujku", gdyż został
        oddelegowany do obsługi helikoptera i był wówczas w Pyrzowicach.
        Zapytany przez sąd, czy nie obawiał się, że podaje swym przełożonym fałszywe
        informacje, Cieślak odparł, że było to postępowanie wewnętrzne i nie bał się
        powiedzieć nieprawdy. Na potwierdzenie swej niewinności przez kolegów z ławy
        oskarżonych Jasiński musiał czekać aż cztery lata. Zaskakuje fakt, iż dopiero
        teraz jego przełożony zdecydował się o tym powiedzieć. Być może Jasiński miał
        już dosyć ponoszenia odpowiedzialności za to, co zrobili jego koledzy i ceną za
        dalsze milczenie było oczyszczenie go z zarzutów przez współoskarżonych.

        Następna "bomba" wybuchła, gdy kilku z oskarżonych oświadczyło, że raporty,
        które po wydarzeniach własnoręcznie sporządzali, zostały napisane na rozkaz.
        - Nie chcieliśmy do tej pory ujawniać nazwiska osoby, która kazała nam je
        pisać, bo już nie żyje - mówił Dariusz Ślusarek. - To płk Nikiel, zastępca
        komendanta ds. politycznych, który infiltrował Pluton Specjalny od początku
        jego istnienia, przyszedł i powiedział, że wojna została wygrana, a my w końcu
        jesteśmy Plutonem Specjalnym.
        Potwierdził to szef Plutonu, Romuald Cieślak, który oświadczył, że po akcji
        żaden z dowódców drużyn nie zgłaszał mu informacji, iż jego podwładni użyli
        broni. Cieślak potwierdził, że protestował przeciwko pisaniu raportu. Dlatego
        sporządzono je dopiero wówczas, gdy rozpoczęło się śledztwo - w trzy dni po
        wydarzeniach, po rozkazie Nikiela i naciskach ze sztabu.
        Podobne oświadczenia złożyli Leszek Grygorowicz i Józef Rak.
        - Sugerowano mi, że mam wpisać ilość zużytej amunicji - powiedział Grygorowicz.
        Z kolei Rak udowadniał, iż raporty nie były napisane zgodnie z przepisami.
        Powinno się w nich wskazać numer broni, z której strzelano, miejsce i
        okoliczności użycia.
        - Sporządziliśmy je na rozkaz i dlatego pisali je nawet ci członkowie Plutonu
        Specjalnego, którzy nie uczestniczyli w akcji - dodał Rak.

        Raporty o użyciu broni były główną podstawą oskarżenia. Oskarżeni próbowali ją
        podważać. Dziwi fakt, że zrobili to dopiero po czterech latach procesu. Ponadto
        kilku z nich w swoich wyjaśnieniach przyznało się, że strzelali w powietrze.
        Sam szef Plutonu również w swym wcześniejszym oświadczeniu zeznał, iż po
        strzałach w "Manifeście Lipcowym" jego podwładni powiedzieli mu, że wszyscy
        strzelali.
        Krzysztof Jasiński, który twierdzi, że w ogóle nie brał udziału w akcjach,
        powiedział wprost, że raport został mu podyktowany.
        - Na polecenie KW MO broń Plutonu Specjalnego została przestrzelona w tym dniu.
        Przypuszczam, że przestrzelono i moją broń - mówił Jasiński. - Zrobiono to
        niezgodnie z przepisami, bo nie powinny robić tego osoby, które rzekomo tej
        broni używały, a broń przestrzelał Nowak i dwóch innych kolegów z plutonu.
        - Nie przestrzeliwałem żadnej broni - zastrzegł się niespodziewanie Lech
        Nowak. - O tym, że była przestrzelona, dowiedziałem się dopiero na tej sali
      • studio.beret Są winni 11.12.03, 00:43
        Są winni

        - Wysoki Sądzie, wnoszę o uznanie oskarżonych za winnych - powiedział
        prokurator Jacek Ańcuta. - Użycie broni na KWK "Manifest Lipcowy" i "Wujek"
        było celowe i bezzasadne. Nie wysyła się kilkunastu osób tam, gdzie nie może
        poradzić sobie kilkadziesiąt. Zwłaszcza jeżeli wyposażone są jedynie w broń
        automatyczną, przypomina to bowiem igranie z ogniem na beczce prochu.
        Po ponad czterech latach trwania procesu oskarżonych o pacyfikację śląskich
        kopalni w pierwszych dniach stanu wojennego Sąd Wojewódzki w Katowicach zamknął
        wreszcie przewód sądowy i przystąpił do wysłuchania końcowych przemówień stron.
        Rozprawa, na której głos zabrał prokurator Jacek Ańcuta, zgromadziła więcej,
        niż zwykle, dziennikarzy. Do sądu przyszli również górnicy. Dawno na tej sali
        nie wyczuwało się takiej powagi i takiego napięcia.
        Przewodnicząca składu sędziowskiego odrzuciła wniosek mec. Janusza
        Margasińskiego, by odłożyć przemowy stron i dać czas na zapoznanie się z nowymi
        wyjaśnieniami Mariana Okrutnego, i udzieliła głosu prokuratorowi.
        - Jest to proces doniosły i bezprecedensowy. Dotyczy wydarzeń lokalnych sprzed
        16 lat, ale tło historyczne wyrasta poza region. W tym czasie dorosło nowe
        pokolenie Polaków, ten proces będzie kształtował ich opinie o tych
        wydarzeniach - mówił prokurator Jacek Ańcuta. - Narosło tak wiele mitów i
        legend, że trudno oddzielić fikcję od prawdy. To wszystko już za nami. Przed
        nami wyrok Wysokiego Sądu, który zapewne nie przyniesie kresu tym mitom, ale z
        całą pewnością da wiarygodną ocenę tych wydarzeń.
        Prokurator przyznał, że toczący się proces jest poszlakowy. Opiera się głównie
        na zeznaniach świadków, a te nie zawsze są ścisłe. Innego materiału dowodowego
        już nie będzie, gdyż prowadząca w 1981 r. śledztwo Prokuratura Garnizonowa
        dołożyła wszelkich starań, by pozacierać ślady, by nigdy nie można było
        postawić konkretnego zarzutu zabójstwa poszczególnym oskarżonym. MSW zniszczyło
        zaś wszystkie dokumenty, które mogłyby pomóc w wyjaśnieniu prawdy.
        Zdaniem prokuratora Ańcuty to, co udało się zebrać w śledztwie, wskazuje na
        bezsporną winę zasiadających na ławie oskarżonych. Prokurator uznał, że w
        przypadku pacyfikacji "Manifestu Lipcowego" i "Wujka" argument siły wziął górę.
        Nie próbowano rozmawiać z górnikami, tak jak w KWK "Piast". Nie może być
        również mowy o obronie koniecznej, gdyż to milicja była agresorem.
        - Dziś wiemy, że faktem jest, iż był stan wojenny, były strajki, pacyfikowanie
        zakładów pracy, w którym uczestniczył Pluton Specjalny. Faktem jest, że są
        zabici i ranni - mówił prokurator Ańcuta. - Wiadomo, że akcje poprzedzały
        narady, że w Jastrzębiu dowodził Okrutny, że w "Manifeście Lipcowym" strzały
        padły jeszcze przed wejściem na teren kopalni przez portiernię i bramę główną,
        a członkowie Plutonu Specjalnego strzelali do górników z tzw. pozycji
        strzeleckich i robili to precyzyjnie.
        - Marian Okrutny mógł w każdej chwili przerwać akcję. Romuald Cieślak mógł
        zapobiec użyciu broni - oświadczył prokurator. - Obaj winni są kierowania
        zabójstwem.

        Na sali rozpraw zapanowała głucha cisza, gdy prokurator zażądał kar dla
        oskarżonych. Dla dwóch dowódców zażądał 12 lat pozbawienia wolności za
        pacyfikację KWK "Manifest Lipcowy" i 15 za KWK "Wujek". Łącznie domagał się
        skazania ich na 15 lat więzienia i 10 lat pozbawienia praw publicznych. Dla
        członków Plutonu Specjalnego, którzy strzelali do górników w "Manifeście
        Lipcowym" prokurator Łańcuta zażądał 8 lat więzienia, dla tych, którzy
        pacyfikowali KWK "Wujek" lub brali udział w obu akcjach - 15 lat pozbawienia
        wolności. Prokurator domagał się również kar dodatkowych, m.in. zakazu
        zajmowania stanowisk związanych z ochroną porządku publicznego i podania wyroku
        do wiadomości publicznej.
        - Wysoki Sądzie, członkowie Plutonu Specjalnego dobrze wywiązali się z
        poleconego im zadania. Wszyscy, jeszcze w czasie postępowania prowadzonego w
        1981 r., otrzymali nagrody i awansowali o jeden stopień - uzasadniał
        prokurator. Odniósł się również do wyjaśnień składanych przez oskarżonych w
        trakcie śledztwa i podczas procesu. Zauważył, że elementy wspólne, jak np.: że
        pobierali broń dowolnie, że dyktowano im raporty o zużyciu amunicji, nasuwają
        podejrzenie, że oskarżonych uczono tej wersji wydarzeń.
        Prokurator nie uwzględnił tłumaczenia oskarżonego Tadeusza Tinel, który
        twierdził, iż nie brał udziału w pacyfikacji "Manifestu Lipcowego", gdyż z
        uwagi na wystąpienie objawów niedocukrzenia został w samochodzie. Nie przyjął
        do wiadomości wyjaśnień oskarżonego Krzysztofa Jasińskiego, który dopiero na
        sali rozpraw oświadczył, że w ogóle nie brał udziału w tych akcjach, a raport
        napisał, gdyż bał się konsekwencji za zagubioną wcześniej legitymację. Nie
        została również zastosowana odrębna kwalifikacja prawna w stosunku do
        oskarżonego Leszka Grygorowicza, który - jako jedyny z oskarżonych - został
        rozpoznany przez górnika z "Manifestu Lipcowego", do którego strzelał i ciężko
        go ranił.
        Zgromadzona na sali rozpraw publiczność zgotowała prokuratorowi gorącą owację.
        Oskarżeni byli zaskoczeni, wręcz przerażeni. Niektórzy nerwowo się uśmiechali,
        inni spuszczali głowy, chowali twarze w dłoniach. Chyba nie spodziewali się, że
        prokurator zażąda maksymalnej kary. Po raz pierwszy, mimo że proces trwał już
        tyle lat, dotarło do nich, że to co stało się w grudniu `81 musi zostać
        osądzone. Tego dnia nie zachowywali się butnie i wyzywająco. Nie czytali gazet,
        nie rozmawiali, nie komentowali.

        - Kainowa zbrodnia została dokonana. Gdyby nie stan wojenny, nie byłoby tej
        zbrodni - mówił pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych reprezentujących KZ
        NSZZ "Solidarność", mec. Marian Szweda. - Z tej ławy uciekli dwaj oskarżeni.
        Oficerowie wysokiej rangi. Ukryli się za chorobą, zostawiając swoich
        podwładnych.
        Największa sala Sądu Najwyższego w Katowicach w trakcie końcowych mów
        pełnomocników oskarżycieli posiłkowych wypełniona była prawie do ostatniego
        miejsca. Wielu górników przyszło w mundurach, niektórzy z
        opaskami "Solidarności". Mimo że publiczność zgromadziła się tak licznie, na
        sali panowały przejmująca cisza, powaga i spokój.
        Mec. Marian Szweda stwierdził, iż wprowadzenie Plutonu Specjalnego do
        pacyfikacji było zaplanowane i świadome. Tak, jak zaplanowane było użycie broni.

        - Oskarżeni świadomie i cynicznie uczestniczyli w strasznej zbrodni. Wykonali
        najbardziej brutalną część scenariusza stanu wojennego - oświadczyła mec. Anna
        Dembek. Przekonywała ona, że Pluton Specjalny działał według ściśle określonego
        planu.
        Mec. Dembek stwierdziła, że Polska była wówczas państwem policyjnym, zaś
        brutalna pacyfikacja obu kopalni miała służyć sterroryzowaniu i zastraszeniu
        społeczeństwa. Zwróciła też uwagę na konsekwentne zacieranie śladów i
        utrudnianie dotarcia do prawdy, zarówno przez oskarżonych, jak i przez świadków
        związanych z ówczesnym aparatem władzy. Skomentowała również naganne zachowanie
        się oskarżonych w trakcie procesu.
        - Udowodniono im, że uczestniczyli w strasznej zbrodni. Gdyby nawet przyjąć, że
        wówczas byli młodzi i indoktrynowani, to przecież od tych wydarzeń minęło 15
        lat. Wiele się zmieniło w naszym kraju. Na tej sali słuchaliśmy zeznań
        pokrzywdzonych, ich odczucia zostały zaprezentowane - mówiła mecenas. - Na tym
        tle przerażająca jest postawa oskarżonych. Postawa cyniczna, lekceważąca.
        Czytają, śpią, żartują. Często prezentują niczym nie uzasadnioną niechęć i
        agresję w stosunku do pokrzywdzonych. To także świadczy o tym, że oskarżeni to
        osoby szczególne, nieprzypadkowe, starannie wyselekcjonowane do takich właśnie
        zadań, jak akcje w obu kopalniach. Ani jeden nie wyłamał się. Nie wykazał
        cienia skruchy czy zwykłego, ludzkiego współczucia dla ofiar tragedii. Jak więc
        ich ocenić? To z premedytacją działający, wyszkoleni kaci. A jak wykazała
        historia, kaci przegranej sprawy...

        Mec. Jolanta Zajdel-Sarnowicz skupiła się głównie na osobach
      • studio.beret Mordercy czy ofiary? 11.12.03, 00:44
        Stanisław Płatek, który jako jedyny z pokrzywdzonych zabrał głos, powiedział,
        że podejmując strajk, górnicy działali zgodnie z prawem i Statutem Związku.
        - Przecież my nikomu nie zagrażaliśmy. Zamknęliśmy się w swoim domu. To do nas
        przyprowadzono niepożądanych gości.
        Zwrócił też uwagę na to, co nie znalazło się w akcie oskarżenia: na brak
        zarzutów o zacieranie śladów, o bicie personelu medycznego, niedopuszczanie
        karetek pogotowia i wyciąganie z nich rannych, o zniszczenie mienia kopalni.
        Domagał się, by sąd dodatkowo oskarżył wszystkich o utrudnienie postępowania, a
        dwóch dowódców o niedopełnienie obowiązków.
        Mordercy czy ofiary?

        Proces oskarżonych o strzelanie do górników w pierwszych dniach stanu wojennego
        dobiegał końca. Sąd wysłuchiwał już końcowych przemówień obrony.
        Mariana Okrutnego, ówczesnego zastępcę komendanta MO w Katowicach, broniło aż
        trzech adwokatów. Wszyscy wnieśli o uniewinnienie oskarżonego.
        Mec. Arkadiusz Glanc uznał, iż oprócz poszlak nie ma żadnych dowodów na to, by
        przyjąć, że Okrutny brał czynny udział w kierowaniu zabójstwem. Zwrócił też
        uwagę, że proces nie wyjaśnił udziału w wydarzeniach służb specjalnych z byłej
        NRD i Czechosłowacji. O tym, że nie ustalono, czy w obu kopalniach strzelał
        Pluton Specjalny, mówiła mec. Anna Frydryszak.
        - Przecież świadkowie zeznawali, że na terenie obu kopalni byli również inni
        uzbrojeni ludzie. Nie wyjaśniono, jaką rolę w pacyfikacji pełniła tzw. grupa
        Perka, która podlegała Baranowskiemu - mówiła mec. Frydryszak. Jej zdaniem
        akcjami kierowali: nieżyjący już komendant MO Jerzy Gruba i jego zastępca ds.
        SB Zygmunt Baranowski, zaś rola Okrutnego sprowadzała się jedynie do
        przekazywania poleceń i rozkazów.

        Obrońcy z urzędu, broniący sześciu spośród dwudziestu dwóch oskarżonych,
        zgodnie stwierdzili, że na obu kopalniach wydarzyły się straszne tragedie. Nie
        ma jednak, ich zdaniem, żadnego dowodu na to, by to kule członków Plutonu
        Specjalnego zabiły czy raniły górników, dlatego też wszyscy wnieśli o
        uniewinnienie swoich klientów.
        - Na ławie oskarżonych siedzą prości, mali ludzie. Wykonawcy i podwykonawcy -
        mówił mec. Paweł Koehler. - Nie można obwiniać ich za wszystkie krzywdy.
        Przecież ówcześni decydenci są znani. Niektórzy do dzisiaj cieszą się opinią
        mężów stanu.

        Mec. Józef Pichura stwierdził wręcz, że na sali rozpraw odczuwa się wyraźny
        podział polityczny, sięgający roku 1945.
        - Te procesy dostarczają nam wiedzy o tym zbrodniczym systemie - mówił mec.
        Pichura. - Dowodem na popełnienie przestępstwa na obu kopalniach jest to, że
        pozacierano ślady i za to powinni odpowiadać ci, co to zrobili.

        Podkreślano, że wszyscy oskarżeni mieli prawo uważać, iż wykonują rozkazy i
        działają w granicach prawa. Obrońcy sugerowali, że ich klienci po przeczytaniu
        dekretu o stanie wojennym musieli poczuć się żołnierzami, że udział w akcjach
        był dla nich "ciężkim obowiązkiem", że porzekonani byli, iż "jadą przywracać
        porządek".
        - Przecież oni nie jechali tam na ochotnika. Mieli broń z ostrą amunicją. Nie
        mogli jej wyrzucić - uzasadniał mec. Koehler. Mec. Wojewodzic pytał zaś,
        dlaczego nie objęto aktem oskarżenia wszystkich, którzy brali udział w
        pacyfikacjach: kadry wojskowej i milicyjnej czy załóg czołgów, które rozbiły
        mur kopalni.

        - Byłem wtedy po tamtej stronie. Pamiętam ten moment, tę noc. Myśleliśmy, że
        się nie odważą. To były ogromne emocje - mówił mec. Feliks. - Oni, oczywiście,
        mogli odmówić wykonania rozkazu uczestniczenia w tych akcjach. Groziłoby im za
        to kilka lat więzienia, może nawet kara śmierci. Dziś byliby bohaterami. Być
        może przekroczyli granice obrony koniecznej. Ale, jak powiedział jeden z
        oskarżonych - "strach to jest strach". Nie wiemy, kto z oskarżonych ma prawo
        chodzić dziś z podniesioną głową. Może wszyscy? To postępowanie tego nie
        wyjaśniło. Dla nich ogromną karą jest ten proces.

        Zaskakującą linię obrony przyjął mec. Marek Barczyk. Prawie godzinę odczytywał
        z kartek cytaty orzecznictwa Sądu Najwyższego o przestępstwie umyślnym i
        nieumyślnym oraz tzw. niebezpiecznych narzędziach. Mimo iż - jak sam zaznaczył -
        broni 14 konkretnych ludzi i w odróżnieniu od innych adwokatów jest obrońcą z
        wyboru, niewiele czasu poświęcił swym klientom. Skupił się głównie na raportach
        o zużyciu amunicji, których, jak uznał "wartość dowodowa została dostatecznie
        podważona" oraz na raporcie tzw. Komisji Rokity, który jego zdaniem nie ma
        żadnej wartości dowodowej.
        Mówiąc o raportach, mec. Barczyk przypomniał, iż oskarżeni wyjaśniali, że
        pisali je na polecenie, w imię solidarności z kolegami, a nawet, w przypadku
        jednego z nich, w obawie przed konsekwencjami za zgubienie legitymacji. Mec.
        Barczyk mówił też o tym, że w trakcie obu akcji broń miał nie tylko Pluton
        Specjalny, ale cała kadra zawodowa i dwie kompanie liniowe. Wspomniał o udziale
        w akcji grupy Perka i służb specjalnych innych państw.
        W pewnym momencie mowa obrońcy zamieniła się w mowę oskarżycielską wobec
        drugiej strony. Mec. Barczyk atakował pełnomocników oskarżycieli posiłkowych.
        - Pełnomocnik, weteran procesu sprzed kilkunastu lat sugeruje sądowi, że każdy
        wyrok, który nie będzie skazujący, będzie takim, którego sąd będzie się
        wstydził - perorował obrońca - a inny pełnomocnik domaga się wyroku
        sprawiedliwego, tzn. surowego, a nawet surowszego, niż zażądał prokurator. Boję
        się żyć w kraju, w którym przyszłe wybory parlamentarne może wygrać ta opcja
        prawicowo-związkowa. Mec. Barczyk suchej nitki nie zostawił na
        przedstawicielach środków masowego przekazu. Przypominając
        manifestacje "Solidarności" pod gmachem sądu, Marek Barczyk mówił
        o "nienawiści" wobec oskarżonych, dla których zarówno udział w tamtych
        wydarzeniach, jak i obecnie toczący się proces jest "ogromną tragedią".
        W wystąpieniu tego obrońcy niechęć i awersja wobec oskarżycieli, pełnomocników,
        dziennikarzy i "Solidarności" wzięła górę nad realistycznymi argumentami,
        przemawiającymi na korzyść oskarżonych.

        Sąd Wojewódzki w Katowicach udzielił również głosu wszystkim oskarżonym.
        Większość ograniczyła się do krótkiego oświadczenia: "jestem niewinny, proszę o
        uniewinnienie".

        Marian Okrutny stwierdził, że śledztwo w tej sprawie wszczęte zostało na
        podstawie tzw. Raportu Rokity, który jego zdaniem "zawiera zbiór nieprawd", zaś
        prokuratura za wszelką cenę usiłowała udowodnić, że na kopalniach popełniono
        zbrodnię.
        - Jeden z pełnomocników oskarżył mnie o zaplanowanie przy biurku mordu z zimną
        krwią. To absurd i pomówienie - mówił Okrutny. - Wszystkie decyzje w tamtym
        czasie podejmował szef MSW Czesław Kiszczak, a w województwie komendant Jerzy
        Gruba i jego zastępca ds. SB Zygmunt Baranowski.
        Okrutny dodał, że prokuratura popełniła wiele błędów oraz że kierowała się
        starą zasadą, że "wojsko ma być czyste".
        - Nie otrzymałem rozkazu strzelania. Nawet gdybym go dostał, to nie
        przekazałbym go swoim podwładnym - oświadczył szef Plutonu Romuald Cieślak.
        Stwierdził, że rany odniesione przez górników świadczą o tym, że strzelano z
        broni o większej sile rażenia, niż RAK-i, w które wyposażony był Pluton
        Specjalny. Dodał, że wszyscy "zgodnie z prawem brali udział w przywracaniu ładu
        i porządku".
        - Proces powstał na zamówienie polityczne - mówił z kolei oskarżony Maciej
        Szulc. - Należało znaleźć winnych i ukarać. Działałem zgodnie z prawem, a na
        kopalnie nie pojechałem dobrowolnie.
        O "tendencyjnym" prowadzeniu śledztwa mówił również Józef Rak. Twierdził, że
        prokurator nie dał mu czasu na zapoznanie się z dokumentami.

        Zbigniew Wróbel przyznał, że oddał strzały ostrzegawcze. Wcześniej jednak
        ktoś "strzelał zza pleców Plutonu Specjalnego". Dodał, że swoją pracę zawsze
        wykonywał dobrze. Przecież ochraniał nawet Papieża i wszystkich prezydentów. Do
        dziś zresztą pracuje w brygadzie antyterrorystycznej.

        Wszyscy oskarżeni zarzucili prokuratorowi, że nie uwzględnił innych biorących w
        pacyfikacjach
      • studio.beret Sądowy skandal 11.12.03, 00:45
        Sądowy skandal

        - Napiszcie wreszcie, że to nie proces. To farsa. Oni kpią sobie z nas. Śmieją
        się i tyle. Powinni ich wreszcie pozamykać, to przestaliby chorować. Gdzie tu
        sprawiedliwość? Nas traktowano jak przestępców, a tych, co do nas strzelali,
        nikt nie może ukarać. Kiszczaka uniewinnili, to pewnie im też nic nie zrobią -
        mówili zdenerwowani górnicy, kiedy po raz kolejny oskarżeni doprowadzali do
        zrywania rozpraw. Nie stawiali się na sali sądowej z powodu "nagłej choroby",
        strajku na kolei czy zepsutego budzika. Obrońcy nie mieli pojęcia, gdzie
        przebywają ich klienci, a sąd usprawiedliwiał te nieobecności "na gębę".
        Oskarżony Dariusz Ślusarek przyszedł dwukrotnie na salę sądową kompletnie
        pijany i dopiero za drugim razem, kiedy bełkotał i osuwał się z ławki został
        ukarany siedmiodniowym aresztem. Za pomocą bezczelnych trików, naigrawając się
        wręcz z powagi sądu, który na to przyzwalał, oskarżeni i ich obrońcy
        przeciągali proces przez prawie pięć lat, licząc na przedawnienie swoich
        czynów. Ale najbardziej skandalicznie - i to bynajmniej nie z powodu działania
        oskarżonych - wyglądał finał procesu.

        Kiedy po wysłuchaniu oskarżonych wydawało się, że sąd przystąpi do wysłuchania
        replik oskarżycieli posiłkowych i obrońców, mec. Leszek Piotrowski po raz
        kolejny zwrócił się o "formalne poinformowanie oskarżonych o możliwości zmiany
        kwalifikacji zarzucanych im czynów na surowszą". Mec. Piotrowskiego poparli
        mecenasi Janusz Margasiński i Marian Szweda. Pełnomocnicy oskarżycieli
        posiłkowych już wcześniej zwracali się do sądu z takim wnioskiem. Niestety,
        skład sędziowski nie uwzględnił tego żądania. I tym razem po naradzie
        przewodnicząca Ewa Krukowska poinformowała, iż wniosek został odrzucony, gdyż
        łączyłoby się to ze wznowieniem postępowania, a nadto uznała, że skoro
        pełnomocnicy o tym mówili, to strony powinny brać pod uwagę taką ewentualność.
        Był to jednak błąd sądu i dziwi upór, z jakim konsekwentnie odrzucano ten
        wniosek. Sąd miał bowiem obowiązek poinformować oskarżonych o możliwości zmiany
        kwalifikacji prawnej zarzucanych im czynów. Tylko formalne poinformowanie przez
        sąd niesie za sobą odpowiednie skutki prawne, co może zostać wykorzystane przy
        apelacji.
        W tej sytuacji mec. Leszek Piotrowski zgłosił wniosek o odwołanie całego składu
        sędziowskiego.
        - W postanowieniu z kwietnia 1993 r. jest mowa o tym, że kwalifikacja czynów
        zarzucanych w akcie oskarżenia jest jedynie propozycją i że jest otwarta droga
        do jej zmiany - uzasadniał mec. Piotrowski. - Odrzucenie przez sąd wniosku o
        uprzedzeniu oskarżonych o możliwości zmiany kwalifikacji prawnej zarzucanych im
        czynów świadczy o tym, że sąd wyraził swój pogląd na sprawę jeszcze przed
        wydaniem wyroku. Świadczy to też o tym, że sąd nie chce przyjąć surowszej
        kwalifikacji i wyraża pogląd prawny korzystny dla oskarżonych.


      • studio.beret Po ponad półtoragodzinnej przerwie przewodnicząca 11.12.03, 00:45
        Po ponad półtoragodzinnej przerwie przewodnicząca składu wznowiła przewód
        sądowy i przerwała rozprawę do czasu rozpatrzenia wniosku o wyłączenie składu
        orzekającego. Gdyby skład sędziowski został wyłączony, proces praktycznie
        rozpocząłby się od nowa. Nie oznacza to jednak, że musiałby trwać kolejne
        cztery lata. To właśnie pobłażliwość tego sądu wobec jawnej gry na zwłokę,
        prowadzonej przez oskarżonych spowodowała, że trwał on tak długo. Wniosek o
        odwołanie składu wywołał zaskoczenie obrońców, oskarżonych, a także samych
        sędziów i ławników. Tymczasem to ten skład sędziowski konsekwentnie odrzucał
        wnioski pełnomocników oskarżycieli posiłkowych m.in. o tymczasowe aresztowanie,
        w czasie gdy oskarżeni systematycznie zrywali rozprawy, czy też nie wyrażał
        zgody na ujawnienie ich danych osobowych i wizerunków. Również skandaliczne
        wyłączenie do odrębnego postępowania głównego oskarżonego, Czesława Kiszczaka,
        na podstawie tylko jednego zwolnienia lekarskiego i nieprzyjęci wniosku
        pełnomocników, by przebadali go biegli kardiolodzy ze Śląskiej Akademii
        Medycznej, położyły się cieniem na tym procesie. Ostatni błąd sądu przepełnił
        czarę goryczy i wniosek o wyłączenie tego składu sędziowskiego musiał wreszcie
        paść na tej sali.
        Sprawa znalazła zadziwiające "rozwiązanie". Na własne żądanie ze składu
        orzekającego wyłączona została sędzina Marcela Faska-Jagła. Zgodnie z
        przepisami wyrok może wydać tylko ten skład sędziowski, który uczestniczył w
        całym procesie. Jak na ironię, parę miesięcy wcześniej przewodnicząca składu
        Ewa Krukowska postanowiła wyłączyć sędziego dodatkowego Jacka Myśliwca z uwagi
        na stan jego zdrowia. Teraz okazało się, że po kilkumiesięcznej przerwie sędzia
        Jacek Myśliwiec... wraca do składu orzekającego w miejsce sędziny Marceli Faski-
        Jagły. Taka sytuacja oznaczała jednak, że można uznać, iż sprawę rozpatruje
        nowy skład sędziowski. Sędzina Faska-Jagła po raz pierwszy zgłosiła wniosek o
        wyłączenie jej ze sprawy, gdy mec. Piotrowski zawnioskował o zmianę całego
        składu orzekającego. Wówczas jednak oba wnioski zostały odrzucone przez
        zawodowych sędziów powołanych przez prezesa Sądu Najwyższego w Katowicach. Tym
        bardziej zaskakiwał fakt, iż mimo że w ciągu kilku miesięcy nie zmieniło się
        nic (oprócz tego, że wybory wygrała AWS) rezygnacja sędziny Faski-Jagły została
        nagle przyjęta. Nie mniej zaskakujące były również powody, które w swej
        rezygnacji podała pani sędzina. Stwierdziła ona m.in.: "Uczestnictwo w tym
        procesie wymagało z mojej strony znacznej kondycji psychofizycznej. I to nie
        tylko z uwagi na złożoność zagadnień, ale także z uwagi na panującą wokół niego
        atmosferę. (...) Od 10 lat mieszkam w osiedlu przy kopalni "Wujek". Codziennie
        spotykam oskarżycieli posiłkowych, ich rodziny i innych świadków z grona
        pracowników kopalni. Każde działanie tworzące nieprawdziwy, a zarazem negatywny
        obraz sądu uczyniło i czyni moją sytuację oraz mojej najbliższej rodziny
        szczególnie trudną. (...) Uważam, że postępowanie pełnomocników prowadzi do
        nieuzasadnionego "podgrzewania" nastrojów społecznych, a z uwagi na realne
        zagrożenie bezpieczeństwa mojego i mojej rodziny, uznaję i odczuwam takie
        postępowanie za ingerencję w niezawisłość sędziowską i jako wpływające na moją
        swobodę orzekania".
        Wydaje się, że w ten sposób sędzina Faska-Jagła jasno wyraziła jaki wyrok, mimo
        zdecydowanych dowodów świadczących na niekorzyść oskarżonych, chciała wydać w
        tej sprawie. Sugerując jednocześnie, że czuje się "zagrożona" przez tych, do
        których strzelano, a nie tych, którzy strzelali, uwłaczała godności wszystkich
        ofiar tej tragedii. Szkoda też, że nigdy nie zastanowiła się nad samopoczuciem
        poszkodowanych, świadków czy obserwatorów procesu, pod adresem których
        wielokrotnie padały pogróżki ze strony tych, których nikt nie chciał dotąd
        sprawiedliwie osądzić.

        I nie chce dalej... Oskarżeni o strzelanie do górników KWK "Manifest Lipcowy"
        i "Wujek" w grudniu `81 nie kryli radości i ulgi, gdy
        przewodnicząca "odnowionego" składu sędziowskiego nieoczekiwanie poinformowała,
        iż sąd może zmienić kwalifikację prawną zarzucanych im czynów na... łagodniejszą
      • studio.beret Wyrok 11.12.03, 00:46
        Wyrok

        W swej końcowej mowie prokurator Jacek Ańcuta zażądał 15 lat pozbawienia
        wolności dla byłego zastępcy komendanta wojewódzkiego MO w Katowicach, Mariana
        Okrutnego i szefa Plutonu Specjalnego, Romualda Cieślaka. Dla oskarżonych o
        strzelanie do górników prokurator domagał się od 8 do 15 lat więzienia oraz kar
        dodatkowych i pozbawienia praw publicznych, zakazu zajmowania stanowisk i
        pełnienia funkcji związanych z ochroną i bezpieczeństwem, a także przepadku
        mienia i podanie wyroku do wiadomości publicznej.

        Pełnomocnicy oskarżycieli posiłkowych zwracali się o zmianę kwalifikacji
        prawnej czynów zarzucanych oskarżonym na surowszą niż w akcie oskarżenia.
        Żądali, by odpowiadali oni za zabójstwo lub usiłowanie zabójstwa (tj. art. 148
        kk) i domagali się wyższych kar niż prokurator. Skład sędziowski z uporem
        odrzucał wnioski pełnomocników w tej sprawie.

        Nowy skład orzekający, nie dość, że po raz kolejny odrzucił wniosek
        pełnomocników, to z własnej inicjatywy uprzedził strony, że jest możliwa zmiana
        kwalifikacji prawnej na wiele łagodniejszą, tj. art. 160 kk. W tej sytuacji
        zomowcy, którzy strzelali do górników, odpowiadać mogli jedynie za "narażenie
        człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia, ciężkiego uszkodzenia
        ciała lub rozstroju zdrowia".
        Najwyższa kara, jaka grozi za ten czyn, to zaledwie 3 lata pozbawienia wolności
        i to jeszcze w zawieszeniu. Dalsze przepisy mówią o tym, że "jeśli sprawca
        działał nieumyślnie", to kara jest jeszcze łagodniejsza: do roku pozbawienia
        wolności, ograniczenia wolności lub grzywny. W kuluarach nikt nie krył
        zaskoczenia tym bulwersującym oświadczeniem.

        Sąd nie uwzględnił też kolejnego wniosku mec. L. Piotrowskiego, o zastosowanie
        wobec oskarżonych "środków zapobiegawczych". Przewodnicząca składu uznała, że
        jest to bezzasadne, gdyż oskarżeni nie utrudniają postępowania. Jak na ironię,
        tego dnia proces rozpoczął się z półtoragodzinnym opóźnieniem, ponieważ spóźnił
        się oskarżony Tadeusz Tinel. Tłumaczył się, że podczas jazdy musiał zmienić
        koło, a ponadto na drodze były trudne warunki i dlatego jechał wolniej.

        Mimo iż sąd wskazał już, że chce potraktować łagodniej oskarżonych, prokurator
        Jacek Ańcuta stanowczo zaznaczył, iż nie zaszły żadne okoliczności, by zmieniać
        wysokość kar, których żądał dla oskarżonych w swej pierwszej mowie
        oskarżycielskiej. Podkreślił, iż na ławie nie zasiadają przeciętni
        funkcjonariusze, lecz profesjonaliści, którzy mogli przewidzieć, czym zakończy
        się ich udział w pacyfikacji. Sąd po raz drugi wysłuchał końcowych przemówień
        stron...

        Po ponad czteroipółletnim trwaniu skandalicznego procesu oskarżonych o
        strzelanie do górników śląskich kopalni w pierwszych dniach stanu wojennego w
        Sądzie Wojewódzkim w Katowicach odczytano wyrok:

        - W imieniu Rzeczypospolitej Polskiej Sąd uniewinnia od zarzucanych czynów:
        Lecha Nowaka, Tadeusza Tinela, Antoniego Nycza, Henryka Huberta, Józefa Raka,
        Marka Majdaka, Bonifacego Wareckiego, Krzysztofa Jasińskiego, Leszka
        Grygorowicza - czytała sędzina Ewa Krukowska - a nadto uznając, iż Dariusz
        Ślusarek, Ryszard Gaik, Andrzej Bilewicz, Andrzej Rau, Maciej Szulc, Grzegorz
        Włodarczyk, Zbigniew Wróbel, Teopold Wojtysiak, Grzegorz Berdyn, Edward
        Ratajczyk i Romuald Cieślik użyli broni, czym narazili na bezpośrednie
        niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszkodzenia ciała, tj. wyczerpali
        znamiona występku określonego w art. 160 kk, postanawia z uwagi na
        przedawnienie umorzyć wobec nich postępowanie. Sąd uniewinnia również
        oskarżonego Mariana Okrutnego od zarzutu kierowania zbrodnią. Kosztami
        postępowania postanawia obciążyć Skarb Państwa.

        Przez kilka sekund po ogłoszeniu tego zaskakującego, haniebnego wyroku na sali
        rozpraw panowała przejmująca cisza. Ludzie jakby nie wierzyli w to, co
        usłyszeli, jakby nie dotarło do nich, że ci, którzy strzelali, zostali
        uniewinnieni. Dopiero po chwili rozległ się gwar.
        - Hańba! Skandal! Sąd pod sąd! Precz z komunistycznym sądem! Okrągły stół! -
        skandowała zbulwersowana publiczność.
        - Jeżeli ktoś nie chce wysłuchać uzasadnienia, to niech opuści salę! -
        zareagowała sędzia Ewa Krukowska.
        - Niech się pani nie wysila! Nikt nie ma zamiaru słuchać tego, co ma pani do
        powiedzenia! Tym haniebnym wyrokiem powiedzieliście już wszystko! Wolno
        mordować ludzi i nie ponosić za to żadnej odpowiedzialności! - krzyczeli
        rozgoryczeni ludzie, demonstracyjnie opuszczając salę rozpraw.

        Wyrokowi przysłuchiwało się jedynie ośmiu spośród 22 oskarżonych. Do końca
        odczytywania uzasadnienia wytrwał tylko jeden.

        Sąd, uzasadniając wyrok, uznał, że ci, którzy strzelali do górników,
        działali "zgodnie z prawem" i w "obronie własnej". W kilka minut od rozpoczęcia
        odczytania uzasadnienia z sali rozpraw wyszedł jedyny z oskarżycieli
        posiłkowych, który nie opuścił jej wraz z kolegami.
        - Jezu! - mówił, trzymając się za głowę - takie samo uzasadnienie słyszałem na
        tej sali 16 lat temu, kiedy mnie i moich kolegów za ten strajk sadzali do
        więzienia.

        Na korytarzu, w otoczeniu policjantów i dziennikarzy, ludzie patrzą sobie w
        oczy, jakby nawzajem u siebie szukali odpowiedzi na to, co usłyszeli.
        - Mordowali niewinnych ludzi, a teraz są niewinni! Przecież są raporty, które
        sami napisali, są zeznania świadków. Niewinni? Nie ma dowodów? A Grygorowicz?
        Przecież został rozpoznany, że strzelał i też jest niewinny?! To jakie dowody
        ten sąd musi mieć, by uznać ich winę? - wciąż nie mogą się otrząsnąć. Inni nie
        komentują wyroku. Nie dlatego, że się z nim zgodzili. Dlatego, że nie są w
        stanie powiedzieć słowa.

      • studio.beret Przed sądem na wyrok oczekiwał kilkudziesięcioosob 11.12.03, 00:47
        Przed sądem na wyrok oczekiwał kilkudziesięcioosobowy tłum. Górnicy,
        członkowie "Solidarności" i Ligi Republikańskiej z transparentem "Ukarać
        komunistycznych zbrodniarzy". Rozdają ulotki z nazwiskami oskarżonych. Napięcie
        wzrasta z minuty na minutę. Wokół policyjne radiowozy. Ludzie wiedzą, że nie
        mają szans wejść do środka, bo do budynku wpuszczani są tylko ci, którzy mają
        specjalne przepustki. Nawet wdowy po zamordowanych górnikach mają problem z
        wejściem. O 12.23 z sądu wybiegł pierwszy z oskarżycieli posiłkowych.
        - Niewinni! - krzyknął zdławionym głosem. - Niewinni wszyscy...
        - Co? Niemożliwe!? Czerwoni mordercy! Czerwona zaraza! Hańba! - krzyczą
        zgromadzeni ludzie. Wybucha petarda. Potem następne. W zaparkowanych obok
        samochodach włączają się alarmy. Niektórzy nie krzyczą. Po prostu płaczą. Tak
        jak wtedy, 16 lat temu, gdy dowiedzieli się o strzałach w kopalniach.
        - I to ma być państwo prawa? Zbrodniarze będą chodzić wolni po ulicach? -
        mówią.
        Gdy wychodziłam z budynku ludzie podchodzili do mnie, podając ręce. Pytali: "Co
        będzie? Jak to możliwe? Dlaczego tak się stało?". Co będzie... Na pewno będzie
        rewizja. Ale też będzie i tak, że w kolejną rocznicę zbrodni oprawcy nadal będą
        bezkarni. A stało się tak dlatego, że ten sąd od samego początku robił
        wszystko, by uniewinnić oskarżonych. Ten wyrok zapadł nie ostatniego, lecz
        pierwszego dnia procesu.

      • studio.beret SZYFROGRAM NR Zw-I-01486 11.12.03, 00:48
        Od: Ministra Spraw Wewnętrznych, Warszawa, dnia 13 grudnia 1991 r.
        Do: Komendantów Wojewódzkich MO (woj. wszystkie)
        Komendantów Szkół MSW i MO
        TAJNE
        Egz. nr 1
        SZYFROGRAM NR Zw-I-01486
        Treść:
        Na podstawie art. art. 23, 26, 27 i 28 dekretu z dnia 13 grudnia 1981 r., o
        stanie wojennym wprowadzone zostały następujące zasady użycia środków przymusu
        bezpośredniego, w tym broni palnej przez funkcjonariuszy MO i pracowników
        (członków) formacji (organizacji) powołanych do ochrony porządku publicznego
        lub mienia społecznego oraz żołnierzy w wypadkach nadzwyczajnych:
        a) użycie środków przymusu bezpośredniego w tym broni palnej następuje na
        zasadach określonych w obowiązujących dotychczas przepisach,
        b) w wypadkach nadzwyczajnych można użyć środków przymusu bezpośredniego w tym
        chemicznych środków obezwładniających i urządzeń do miotania wody, a w
        przypadkach wyjątkowych również broni palnej, gdy nie można uniknąć
        niebezpieczeństwa, zagrożenia życia lub zamachu,
        c) użycie chemicznych środków obezwładniających i urządzeń do miotania wody,
        następuje na podstawie decyzji Komendanta Wojewódzkiego MO, a w odniesieniu do
        sił zbrojnych - dowódcy okręgu wojskowego,
        d) użycie broni palnej przez oddziały i pododdziały zwarte następuje na
        podstawie decyzji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, a w odniesieniu do sił
        zbrojnych Ń Ministra Obrony Narodowej,
        e) w przypadkach, w których wszelka zwłoka groziłaby bezpośrednim
        niebezpieczeństwem dla życia lub zdrowia albo mienia społecznego w znacznych
        rozmiarach decyzję o użyciu wyżej wymienionych środków podejmuje dowódca
        oddziału lub pododdziału o czym niezwłocznie zawiadamia swego przełożonego,
        f) decyzje o wyposażeniu członków ORMO oraz innych formacji i organizacji
        powołanych do ochrony porządku publicznego lub mienia społecznego w środki
        przymusu bezpośredniego, a w szczególnie uzasadnionych przypadkach również w
        broń palną podejmuje Minister Spraw Wewnętrznych,
        g) w okresie stanu wojennego formacje i organizacje powołane do ochrony
        porządku publicznego lub mienia społecznego, z wyjątkiem sił zbrojnych,
        podlegają w sprawach operacyjnych Ministrowi Spraw Wewnętrznych i organom MO,
        h) wypadkami nadzwyczajnymi w rozumieniu dekretu są przypadki:
        - sprowadzenia niebezpieczeństwa powszechnego dla życia, zdrowia lub wolności
        obywateli,
        - sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa zagrożenia dla mienia
        społecznego, indywidualnego lub osobistego w znacznych rozmiarach,
        - sprowadzenia niebezpieczeństwa zagrożenia obiektów ważnych dla obronności lub
        bezpieczeństwa państwa,
        - sprowadzenia bezpośredniego zagrożenia albo zajęcia budynków administracji
        państwowej oraz organizacji politycznych i społecznych, a także ważnych
        obiektów i urządzeń gospodarki narodowej.

        MINISTER SPRAW WEWN˘TRZNYCH
        gen. dyw. CZ. KISZCZAK
        13 XII 1981 r. godz. 11.00


        • Gość: Slepa Temida Powinni mu zabrac wysoka rente, to byloby sprawied IP: *.proxy.aol.com 11.12.03, 03:17
          liwe .ILe maja renty ci, ktorzy byli przesladowani, okaleczeni, bici i rodziny
          zabitych?
          • Gość: Prawy ZDRADA, ZDRADA ,ZDRADA , ZDRADA !!!!!!!!!!!!!!! IP: *.proxy.aol.com 11.12.03, 03:23
            • Gość: gosc Re: ZDRADA, ZDRADA ,ZDRADA , ZDRADA !!!!!!!!!!!!! IP: *.hrl.com 18.12.03, 01:43
              Kiszczak powinien byc rozstrzelany za zbrodnie ktore popelnil. Ludzka pamiec tych ktorzy pamietaja pomordowancyh z jego rozkazu
              nigdy nie bedzie wymazana.W histori Polski wspolczesnej wedlug mnie zawsze bedzie zbrodniarzem.
    • Gość: Jakow Re: Prokurator: 2 lata w zawieszeniu dla Kiszczak IP: 212.21.228.* 18.12.03, 01:55
      Grotkeska polskiego sadownictwa trwa. Zamiast wziasc sie za Walese, ktory
      odpowiada za nieszczescia jakie spotkal narod polski po 1989 (w tym tysiace
      samobojstw na tle ekonomicznym - rzecz w PRL, niespotykana), czy
      Kwasniewskiego, ktory wyslal polskich zolnierzy aby mordowali Irakijczykow, to
      sadzi sie generala Kiszczaka, ktory slusznie doprowadzil do porzadku warcholow z
      "Solidarnosci".

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka