cuski
16.12.05, 01:56
Czerwona tarcza słońca coraz szybciej chyliła się ku zachodowi. Ostatnie
długie promienie przetykały łagodnie czuby najwyższych sosen, wzniecając
kręgi iskier w napotkanych pojedynczych płatkach śniegu. Dobiegał końca
kolejny, mroźny grudniowy dzień.
Na skraju niewielkiej świerkowej polany tkwił nieruchomo samotny człowiek.
Zamyślonym wzrokiem błądził po obsypanych świeżym śnieżnym pierzem drzewach,
jak gdyby czegoś jeszcze poszukiwał. Tuż za nim, na starych drewnianych
saneczkach, leżała ścięta przeszło godzinę temu mała choinka na święta. Nic
nie mąciło przedwieczornej ciszy, nawet urwis-wiatr z rzadka tylko potrącał
tę czy inną gałązkę.
- Najwyższy czas wracać już do domu - pomyślał samotny człowiek.
Było już naprawdę późno. Zdecydował się nie wracać tą samą drogą co zawsze,
tylko wybrał mniej wygodny skrót przez sosnowy zagajnik. Dokuczało mu
zmęczenie i niewiele go obchodziły pierwsze płatki śniegu, które niebawem
poczęły wirować w powietrzu. Odetchnął za to z ulgą, kiedy doleciało go
znajome naszczekiwanie psów, a później zamajaczyły tuż przed nim - niczym
wielkie śnieżne grzyby - wtulone w grudniową noc domki rodzinnej wioski. W
każdym z nich paliło się światło, rozlegały się
krzyki zachwyconych dzieci, raz nawet poczuł zapach przyrządzonej świątecznej
ryby. Tylko ostatni domek mocno odróżniał się od pozostałych: nienaturalnie
cichy, mroczny, jakiś nieswój - nawet dróżkę prowadzącą do drzwi zdążył
przysypać świeży śnieg.
Był to jego dom. Dom-przyjaciel, ale również niemy świadek bolesnych wydarzeń.
Dwa lata wcześniej przetoczyła się przez wioskę epidemia szkarlatyny.
Bezlitosna choroba, drwiąc z wysiłków lekarzy, wyciągała drapieżne ręce po
coraz to nowe ofiary. Zanim została pokonana, wielu ludziom nadszarpnęła
zdrowie. W domu leśniczego poczyniła największe spustoszenie: najpierw
straciła życie córka, a w parę dni później również młoda żona leśniczego.
Usłużny i miły do tej pory człowiek zmienił się w samotnika o ponurym
spojrzeniu. Ludzie zaczęli się go bać. Prawie nikt go
nie odwiedzał, zresztą on sam wolał całe dnie przesiadywać w lesie, gdzie
spędził też pierwsze święta po stracie rodziny.
Upływający czas łagodził stopniowo ból tęsknoty za najbliższymi. Młody
leśniczy stał się spokojniejszy i przestał stronić od ludzi. Nadal jednak
częstym gościem na jego twarzy był bezbrzeżny smutek, zwłaszcza kiedy widział
inne rodziny, szczęśliwe, rozbrzmiewające hałasem dziecięcych zabaw. On był
sam i to najbardziej go gryzło.
Wśród nocnej ciszy
głos się rozchodzi:
Wstańcie, pasterze - doleciał go w pewnej chwili donośny śpiew kolędy z domu
sąsiada-piekarza.
- Tak, to prawda - pomyślał leśniczy. - Ja też mam powstać i nie dać się
zwyciężyć rozpaczy, chociaż straciłem najbliższe mi istoty. Może i dla mnie
zajaśnieje dziś szczęśliwa gwiazda ?
Pracy w domu czekało go mnóstwo. Najpierw narąbał drew i rozpalił w piecu,
gdyż w całym mieszkaniu było bardzo chłodno. Potem wziął się za sprzątanie.
Wytrzepał stary chodnik, pozamiatał, poodkurzał. Przy ubieraniu choinki
poczuł się nagle dziwnie radosny - po raz pierwszy w ciągu tych ostatnich
ponurych lat. Przyrządzając kolację w małej kuchence, z wdzięcznością
wspominał żonę, która, wykazując dużo cierpliwości, nauczyła go gotowania
kilku potraw. Myślał też o niespełna
siedmioletniej córeczce, często śpiewającej mu wesołe piosenki. Którąś z tych
piosenek zapamiętał dosyć dobrze i nawet polubił. Nakrywając teraz do stołu,
mruczał dziecięcą kolędę, z rzadka tylko fałszując.
Tuż przed posiłkiem wyszedł na chwilę z domu. Lubił takie krótkie, wieczorne
spacery. Pod nogami chrzęścił świeży dywan ze śniegu, wiatr ustał zupełnie i
tylko niebo nad głową iskrzyło się coraz to nowymi gwiazdami. Wieczorną ciszę
przerywały jedynie radosne okrzyki dzieci sąsiadów. Trójka chłopców wybiegła
na dwór, by ulepić przed domem bałwana ze świeżego śniegu. Po skończeniu
zabawy zmęczeni ale i szczęśliwi chłopcy pobiegli do domu cieszyć się z
otrzymanych świątecznych prezentów.
Wróciwszy do mieszkania, leśniczy bardziej wyczuł niż spostrzegł jakąś
zmianę. Podejrzliwie obejrzał wszystkie kąty. Wszędzie panował porządek,
tylko że ktoś niespostrzeżenie odwiedził jego mieszkanie i potrącił choinkę.
Dolna gałąź drzewka kołysała się jeszcze, przyozdobiona wielkim sercem z
piernika.
- Kto go tu powiesił? - zdziwił się leśniczy, podchodząc bliżej. Delikatnie
wziął piernik do ręki. Oby twoje serce było wielkie - błysnął lukrowy napis
na boku czekoladowego serduszka. Ze wzruszenia mężczyzna wypuścił piernik z
dłoni.
- To na pewno dzieci piekarza go przyniosły - domyślił się wreszcie. -
Kochane dzieciaki, pamiętały o mnie!
Zasiadł do kolacji. Dopiero w tym momencie poczuł, jak bardzo był zmęczony i
głodny. Barszcz z grzybami, chociaż może nie najlepiej przyrządzony, smakował
mu jak rzadko kiedy. Równie szybko zniknęła z talerza ryba w galarecie. Kiedy
rozpoczął deser, usłyszał pukanie do drzwi. Właściwie nie było to pukanie,
tylko jedno dość silne uderzenie w drzwi.
- Co się tam dzieje? Czyżby wiatr na nowo rozpoczął swe nocne harce? -
pomyślał. - Nie, tym razem to nie może być wiatr.
Dłuższą chwilę nasłuchiwał, ale hałas nie powtórzył się więcej. Nie mogąc
dłużej powstrzymywać ciekawości, szarpnął za klamkę i gwałtownie otworzył
drzwi. Zamiast wybuchnąć złością, ze zdziwienia aż otworzył usta.
Na progu siedziała drobna, wynędzniała postać. Podarte, przyprószone śniegiem
stare ubranie nie stanowiło wystarczającego zabezpieczenia przed kłującym
zimnem, czego najlepszym dowodem był głośny kaszel dziecka.
Leśniczy nie tracił czasu. Zabrał niespodziewanego przybysza do środka,
ściągnął zeń podarte ubranie, polecił ogrzać się przy piecu. Dziewięcioletnia
może, wystraszona dziewczynka z przyjemnością przytuliła się do ciepłego
kaflowego pieca. Po dwóch kubkach gorącej herbaty zaczęła trochę nabierać
rumieńców, nadal jednak kaszlała. Chciwie pochłonęła podaną jej resztę
barszczu. Kiedy postawił przed nią dopiero co odgrzane drugie danie,
spojrzała na niego z wdzięcznością, choć nieśmiało,
i zabrała się do jedzenia.
Leśniczy czuł się tak onieśmielony, że nie bardzo wiedział, jak zacząć
rozmowę. W pewnym momencie jego wzrok padł na czekoladowe serduszko, wiszące
teraz spokojnie na gałęzi choinki. Podszedł do drzewka, zerwał piernik i
przyniósł go dziecku. W oczach dziewczynki błysnęła prawdziwa radość. Wbiła
zęby w piernik i delektowała się każdym jego kęsem.
- Dziękuję - wykrztusiła między jednym a drugim kęsem. - Kiedy jeszcze miałam
mamę, marzyłam o takich piernikach. Ale mama była biedna...
Nie zamierzał pytać o nic więcej. Najprawdopodobniej matka dziewczynki
wędrowała od wioski do wioski i najmowała się do każdej domowej pracy -
prania, sprzątania... Co się właściwie stało z tą biedną kobietą i w jaki
sposób jej córka trafiła do domku leśniczego? Odpowiedź na to pytanie
leśniczy uznał za sprawę mało ważną. Być może dziewczynka sama kiedyś o tym
opowie, jak nabierze więcej sił i ochoty.
- Czy upieczesz mi jeszcze takie serduszko? - zapytało dziecko już śmielszym
głosem.
- Jeśli zostaniesz, upiekę ci całe mnóstwo czekoladowych serduszek - obiecał.
Jakiś czas siedzieli jeszcze przy piecu. Później, kiedy dziewczynka zaczęła
się robić senna, przeniósł ją na łóżko w sypialni, dokładnie okrył grubą
kołdrą i sam też położył się spać. Kaszel minął i dziecko zapadło w zdrowy,
głęboki sen.
Przed zaśnięciem leśniczy jeszcze chwilę się modlił. Wspominał zmarłą żonę i
córeczkę, dwa ponuro przeżyte lata i to, że dane mu było w dniu dzisiejszym
wyzwolić się z ciemnej nocy duchowego załamania. Wspominał i dziękował, a
jego anioł stróż z radością przedkładał tę modlitwę u tronu Najwyższego.
- Boże, najbardziej Ci dziękuję, że znowu zesłałeś mi kogoś, kogo mogę
kochać - wyszeptał na zakończenie leśniczy, po czym mocniej przytu