andrzej_b2
11.08.05, 09:07
Bazar przy pl. Szembeka w PRL-u… Widzę go do dziś oczami dziecka.
Na placu o wymiarach zbliżonych do dzisiejszego funkcjonowało kilkanaście bud
z zieleniną, mięsem, kaszą, mąką i owocami, które były miejscem pracy ludzi –
fachowców. Profesjonalność ich ocenić można było natychmiast w zderzeniu z
handlem uspołecznionym. W zakamarkach pamięci odnajduję nazwiska niektórych
kupców, pogardliwie nazywanych przez władzę ludową „handlarzami”, np.: pp.
Markowscy, pan Wdowiak. W dni niehandlowe bazar traktowany był jako raczej
rezerwowe miejsce zaopatrzenia grochowian i wówczas przedstawiał widok dość
senny, ale dwa dni w tygodniu: wtorek i piątek to było wydarzenie. My, dzieci
miejskie, odbierałyśmy je jako spotkanie z egzotyką.
Gdy za oknami panowała jeszcze noc, mieszkańców budził turkot furmanek
jadących Grochowską i to wskazywało nieomylnie, że dziś jest dzień targowy.
Grochowska wtedy była wybrukowana kostką granitową, co zwielokrotniało odgłos
toczących się obręczy i uderzenia kopyt końskich. Różne furmanki chłopskie
jechały spod Mińska, Garwolina i Okuniewa, nierzadko prowadząc za sobą
uwiązaną krowę na sprzedaż. Pierwsze wozy zajmowały najlepsze pozycje, tj. od
strony Komorskiej i Gdeckiej, konie zawsze stawały łbami w kierunku płotu.
Zasadą było, że należało przyjść na bazar skoro świt. Wtedy podobno były
najniższe ceny(?), no i największy wybór towarów. A co za asortyment, dziś
już nie spotykany: słoma w snopkach do napełniania sienników i na podściółkę
dla zwierząt gospodarskich (tak, były na Grochowie takie), siano na paszę,
drewno na rozpałkę porąbane i powiązane w pęczki. Poza tym świnie młode i
starsze, króliki, drób gdaczący i gęgający, ogromny wybór nabiału: sery białe
(tłuste, innych nikt nie znał), śmietana gęsta, że można było nożem krajać,
jajka kurze, gęsie, kacze, jagody, grzyby (świeże i suszone), no i festiwal
owoców, a pokątnie mięso. Tylko starsi pamiętają, że kury na rosół kupowało
się żywe i tłuste. W domu dopiero odbywał się ubój, skubanie i patroszenie.
Kto dziś pamięta jabłka: papierówki, glogerówki, renety landzberskie i
kosztele; gruszki: bery, bergamotki (tu nazywane „pergamutkami”) i
pomarańczówki, których zapachy mieszały się z wonią końskich odchodów.
Same zakupy na bazarze to cały ceremoniał. Przede wszystkim obowiązywało
targowanie się, poprzedzone oceną towaru „na oko” (dziś
powiedzielibyśmy „oceną organoleptyczną”), macaniem, smakowaniem towarów, z
nieodłącznym dmuchaniem kurom i kaczkom w kuper, macaniem kur i wiecznym
narzekaniem na złą jakość towaru. Po wyartykułowaniu wreszcie ceny przez
klientkę, należało odejść od handlującego – aby go zmiękczyć – by za chwilę
wrócić i dobić targu. Takie zakupy, w których asystowałem matce, trwały
godzinami, urozmaicone były jeszcze konwersacją z napotkanymi sąsiadkami. To
był także swoisty salon Grochowa, gdzie można było usłyszeć najświeższe
nowinki. Pamiętam, że wracałem z takich zakupów zawsze umęczony i zmordowany
do granic.
Kiedy słońce dobiegało południa, ruch na placu powoli zamierał, i wzrastało
zainteresowanie handlujących chłopów napojem wyskokowym, który można było
kupić pokątnie w każdym sąsiadującym domu na Komorskiej, Zamienieckiej,
Pustelnickiej. Działały tu od zawsze zakonspirowane meliny.