Dodaj do ulubionych

"Sakrament nawrócenia"

27.07.09, 21:34
www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/rozwaz_wiara_04.html

"Sakrament nawrócenia"

Zawsze gdy przystępujesz ze szczerą skruchą do sakramentu pokuty - który można
nazwać sakramentem nawrócenia - twoja wiara ma wielką szansę wzrostu.
Sakrament pokuty często nie spełnia właściwej roli w naszym życiu z powodu
rutyny, spowszednienia, braku przygotowania i dyspozycji. Za mało pamiętasz,
że szczególnym kanałem łaski dla ciebie i szczególnym czasem twojego spotkania
z Chrystusem jest nie tylko Eucharystia, ale również sakrament pokuty. Może
też za mało pamiętasz o modlitwie za swojego spowiednika czy kierownika
duchowego, by i on stawał się dla ciebie coraz doskonalszym Bożym narzędziem i
pomocnikiem w procesie twojego nawrócenia.

Rachunek sumienia powinien być spojrzeniem w głąb samego siebie i zobaczeniem,
na co twoje życie jest ukierunkowane, co jest dla ciebie najwyższą wartością i
kim jest dla ciebie Jezus Chrystus. - I z tego trzeba się przede wszystkim
spowiadać. Kim jest dla ciebie Jezus Chrystus? Jaki jest twój wybór
zasadniczy? Czy naprawdę wybrałeś Go do końca? Od tego trzeba by zaczynać
wyznawanie grzechów, bo to jest najważniejsze. Jeżeli nie wybrałeś Chrystusa,
to inne grzechy są skutkiem i wynikiem tej twojej podstawowej winy.

Grzechy mogą być różnego rodzaju. Są grzechy popełniane i grzechy zaniedbania.
I właśnie te ostatnie są zwykle najgorsze. To wśród nich pojawia się ten, że
ty opuszczasz Chrystusa, zostawiasz Go, dajesz Mu tylko jakiś mały kącik w
swoim sercu. I to jest największe twoje zło, właśnie ten kompromis i brak
radykalizmu, to że Chrystus ciągle nie jest dla ciebie najwyższą wartością, że
nie jest wszystkim, że twoja wiara jest ciągle letnia.

Spośród pięciu warunków sakramentu pokuty najważniejszy jest akt żalu. Jak
spędzasz czas przed spowiedzią? To właśnie żal powinien być twoim bezpośrednim
przygotowaniem na spotkanie z Chrystusem, bo on może najlepiej otworzyć cię na
ten kanał łaski, jakim jest sakrament nawrócenia. Może nie cenisz sobie
dostatecznie tego czasu przed przystąpieniem do sakramentu pokuty - a jest to
czas bezcenny. Czas ten powinieneś poświęcić przede wszystkim na wzbudzenie
skruchy. Skrucha to twoja postawa w obliczu krzyża, to odczucie, że grzechem
zraniłeś Chrystusa, to także chęć przeproszenia Boga i naprawienia zła. Twoja
skrucha powinna stawać się coraz głębsza, bo od tego zależy owocność
sakramentu pokuty. Nie możesz się nawrócić, dopóki nie będziesz tak naprawdę i
do końca skruszony.

Istnieją jakby dwa typy religijności: jeden z nich można by nazwać
"egocentrycznym", a drugi - "teocentrycznym". W pierwszym wypadku człowiek
koncentruje swoją uwagę na sobie. Nie bierze pod uwagę Boga, a jedynie własną
sytuację. Do spowiedzi idzie z tą myślą, żeby się oczyścić, bo jest mu ciężko
ze swym grzechem, i żeby być w porządku przed Bogiem. Dla takiego człowieka
spowiedź może stać się swoistą "aspiryną" na ból sumienia, pigułką, która ma
go uspokoić i przywrócić mu dobre samopoczucie. Jest tu więc ciągłe
skoncentrowanie na sobie. Taki człowiek, gdy uzyskuje rozgrzeszenie, odchodzi
od konfesjonału może niezupełnie smutny, ale i nie radosny, bo wciąż jeszcze
skoncentrowany na złu, które dopiero co zrzucił.

Kiedy patrzymy na Judasza, możemy odkryć w jego zachowaniu po zdradzie Jezusa
wiele elementów spowiedzi. Jest rachunek sumienia, bo Judasz zastanawia się
nad tym, co zrobił i uświadamia sobie własne zło. Występuje również żal -
Judasz naprawdę żałuje. Chce nawet zmienić się, a więc jest postanowienie
poprawy. Jest też wyznanie grzechu, kiedy Judasz idzie do kapłanów i wyznaje:
"Zgrzeszyłem, wydawszy krew niewinną" (Mt 27, 4). Jest nawet zadośćuczynienie,
bo rzuca on kapłanom te 30 srebrników, które od nich otrzymał. Nie chce
zapłaty krwi. Właściwie w zachowaniu i postawie Judasza dostrzec można prawie
wszystko, co ma miejsce w przypadku spowiedzi, zabrakło tylko jednej,
najważniejszej rzeczy - wiary w miłosierdzie Jezusa (zob. L. Evely, Le chemin
de joie, 116). To dlatego "spowiedź" Judasza jest taka smutna, tragiczna,
zakończona rozpaczą i samobójstwem.

Nasza spowiedź winna być spowiedzią na miarę Piotra, który uwierzył w
miłosierdzie Chrystusa i skoncentrował się nie tyle na swoim grzechu, ile na
przebaczeniu. Człowiek o religijności "teocentrycznej" nie tyle patrzy na
własne grzechy, co raczej grzech bierze za punkt wyjścia, by przez wiarę
odkryć miłosierdzie Boga. Przystępując do konfesjonału, myśli on przede
wszystkim o tym, że zranił Chrystusa i chce odnowić zranioną przez siebie
przyjaźń. Chce przez skruchę i żal pozwolić Jezusowi na przebaczenie i przez
to przynieść Mu radość. Ukrzyżowaliście Chrystusa - powie święty Proboszcz z
Ars - ale kiedy idziecie się spowiadać, idziecie uwolnić Pana naszego z krzyża.

Jeżeli zraniłeś Chrystusa, to Jego rany krwawią. Powinieneś więc przychodzić
do sakramentu pokuty, aby te rany mogły się goić. Powinieneś przychodzić ze
względu na Niego; nie po to, żeby się uspokoić, ale żeby wywołać Jego radość z
kształtowania w tobie przez łaski sakramentu nowego, odrodzonego człowieka.

Niektórzy zarzucają sobie, że po spowiedzi nie poprawiają się. Może i ty
sądzisz, że spowiedź jest po to, abyś był lepszy i jeżeli nie stajesz się
lepszy, to uważasz, że twoje spowiedzi nie mają sensu; może uważasz, że jeżeli
masz być lepszy i nie poprawiasz się, to lepiej, żebyś nie przychodził do
spowiedzi, bo nie ma postępu. Tymczasem, kiedy tak bardzo chcesz być lepszy,
kiedy tak bardzo zależy ci na postępie, to okazuje się, że chcesz nie tyle
Boga, nie tyle Jego miłosierdzia, ile raczej własnej doskonałości, i to są
braki twojej wiary. Idziesz do spowiedzi po to, aby później być już tak
dobrym, by nie potrzebować Boga, który jest miłosierdziem. Idziesz do Boga po
przebaczenie, aby potem już nigdy Jego przebaczenia nie potrzebować, byś mógł
obchodzić się bez Niego, choć On ciągle chce ci przebaczać, przebaczać z radością.

Jak mało wierzymy w to Boże pragnienie nieustannego przebaczania. Ciągle wśród
odchodzących od konfesjonału tak mało twarzy radosnych. - A przecież po
spowiedzi świat powinien być dla ciebie inny, jaśniejszy, prześwietlony wiarą
w miłosierdzie Pana.

W Ewangelii wszystkie "spowiedzi" kończą się ucztą: Pan przychodzi w gościnę
do Zacheusza i celnik Mateusz, przyszły ewangelista, zaprasza na ucztę
Chrystusa, prosząc na nią jednocześnie innych celników i grzeszników, by
wszyscy radowali się, że on otrzymał przebaczenie. Ucztę przygotował również
ojciec syna marnotrawnego (zob. L. Evely, Le chemin de joie, 112). Ewangelia
stale łączy przebaczenie z elementem radości.

O nawróceniu decyduje skrucha. W sakramencie pokuty spotykamy Chrystusa, który
chce nam przebaczyć i leczyć rany naszego grzechu, ale jeżeli nie pokazujesz
Jezusowi swoich ran, to On nie może ich uleczyć.

Jeżeli twoja skrucha nie będzie miała granic, to nie będzie też miało granic
miłosierdzie Pana. Pomyśl, jakie są twoje spowiedzi. Skrucha jest aktem
pokory. W pokorze powinieneś nieustannie wzrastać, stąd i skrucha powinna w
tobie wciąż wzrastać. Nigdy nie dość skruchy i nigdy nie dość żalu. Im
bardziej poczujesz się grzeszny i gorszy od innych, tym więcej zrobisz miejsca
dla łaski i dla twojej wiary.

Sakrament pokuty powinien być sakramentem oczekiwanym. Przecież jest to
szczególny czas naszego spotkania z Chrystusem. - Miłość chce być oczekiwana,
a jeżeli nie jest oczekiwana, doznaje zranienia.
Obserwuj wątek
    • kaczy.i.indyczy Patronowie sakramentu nawrócenia 27.07.09, 21:36
      www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/rozwaz_wiara_04.html

      Patronowie sakramentu nawrócenia

      Jednym z patronów sakramentu nawrócenia jest Zacheusz. Kiedy wspominamy tę
      przedziwną postać, przychodzi nam na myśl na zasadzie kontrastu postać boga-
      tego młodzieńca. Bogatemu młodzieńcowi, jako człowiekowi bardzo "porządnemu",
      było chyba trudno o skruchę. Przecież przestrzegał wszystkich przykazań
      Dekalogu, dlaczego więc miałby być skruszony. A Jezus powiedział, że takiemu
      człowiekowi będzie bardzo trudno wejść do królestwa niebieskiego. On nie
      dostrzegł w sobie tego największego zła, tego, jak bardzo był przywiązany do
      bogactw i urzędu oraz tego, że nie wybrał Boga do końca. Jemu wydawało się, że
      jeżeli przestrzega Dekalogu, to "jest w porządku" wobec Boga. Nie wiemy, co
      stało się z nim później, ale ten tak bardzo wyraźny ból Jezusa po jego odejściu
      wskazuje, jak zły był jego duchowy stan.

      Obok tego "porządnego" młodego człowieka Ewangelia ukazuje nam swoiste extremum
      - kanalię i łotra - Zacheusza. Można użyć tak ostrych określeń, bo Zacheusz,
      przywódca celników, czyli kolaborantów i złodziei, był naprawdę człowiekiem
      godnym pożałowania zarówno w opinii własnej, jak i otoczenia. Kiedy ten wielki
      grzesznik napotkał miłosierne spojrzenie Jezusa, coś w nim drgnęło - i ta jego
      niezwykła reakcja: "Panie, oto połowę mojego majątku daję ubogim, a jeżeli kogo
      w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie" (Łk 19, 8). Kto z nas potrafiłby oddać
      połowę majątku ubogim, a krzywdy wynagrodzić czterokrotnie? Jest w tym swoiste
      szaleństwo hojności skruszonego grzesznika, który odkrył, że jest kochany.
      Zacheusz naprawdę oszalał ze zdumienia i radości. Jezus do "porządnego" młodego
      człowieka zwrócił się z zachętą, by ten oddał swoje bogactwo, ale Zacheuszowi
      nie mówił nic, on sam to zrobił, bez zachęty. Mamy więc człowieka "porządnego",
      który nie odpowiedział na "spojrzenie z miłością" i odszedł smutny, i mamy
      herszta złodziei, który okazał się tak wrażliwy na miłość Boga.

      Znajdujące się w wielu kościołach boczne kandelabry nazywa się od imienia
      Zacheusza - zacheuszkami. Ich symbolika jest bardzo głęboka. Ma ona przypominać
      nam to niezwykłe wydarzenie, kiedy to Jezus, zamiast wstąpić na posiłek do kogoś
      porządnego, takiego choćby jak bogaty młodzieniec, powiedział do herszta
      złodziei: "Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim
      domu" (Łk 19, 5). Przyjście do kogoś w gościnę oznaczało wówczas nawiązanie z
      tym kimś pewnej duchowej komunii. To nie było tylko zwykłe przyjście na posiłek
      czy przyjęcie. Nie chodziło o to, żeby coś zjeść, ale by wejść z kimś w
      szczególny, intymny kontakt. Jezus wybrał Zacheusza, aby wejść w osobową komunię
      właśnie z nim. Przychodząc do domu pewnie największego złodzieja Jerycha, samą
      swoją obecnością dokonał konsekracji tego domu. Dom Zacheusza stał się przez to
      jakby świątynią i sanktuarium. Może czasem mamy ochotę powiedzieć Jezusowi:
      Panie Jezu, jaki Ty masz kiepski gust, jeśli wybierasz sobie na sanktuarium dom
      i serce złodzieja. Ale taki jest Bóg - szalony w swojej miłości ku człowiekowi.
      Jezus przyszedł do Zacheusza, aby przynieść zbawienie jego domowi. Domowi, to
      znaczy samemu Zacheuszowi, jego rodzinie, ale i tym wszystkim, którzy do niego
      przychodzili i zasiadali z nim do stołu, a więc podobnym jemu celnikom i
      grzesznikom. Przyszedł, by z nimi tworzyć komunię, by przyjąć ich do tej
      konsekrowanej przez siebie świątyni. Serce Zacheusza stało się sanktuarium Boga,
      bo było to serce naprawdę skruszone. Tylko bowiem z serca skruszonego Jezus może
      uczynić swoją prawdziwą świątynię.

      Patronem sakramentu pokuty jest również dobry łotr. Jego "spowiedź" odbyła się
      na krzyżu. Tam przyznał się do winy mówiąc: "My przecież odbieramy słuszną karę
      za nasze uczynki" (Łk 23, 41). Co działo się wtedy w jego duszy, pozostanie dla
      nas tajemnicą. Jedynie po skutkach możemy domyślać się niezwykłego cudu łaski.
      Ten człowiek musiał być bardzo skruszony, z pewnością czuł się kimś najgorszym,
      był przecież bandytą i człowiekiem bez czci w opinii otoczenia. Ukrzyżowanie
      bowiem oznaczało również pozbawienie skazanego wszelkich praw. Łotr umierał w
      męczarniach na oczach wszystkich i godził się na to. Tym swoim stwierdzeniem:
      "My słusznie cierpimy", jakby mówił - "tak, mnie się to należy, zasłużyłem na
      to". Musiał wtedy zstąpić gdzieś w głąb swej grzeszności i zdobyć się na głębię
      skruchy. To z pewnością ta postawa skruchy i głębokiej pokory uczyniła jego
      serce dyspozycyjnym na przyjęcie Bożego daru wiary. Jak przecież wielka musiała
      być jego wiara, jeśli w umierającym obok pobitym, oplutym i wciąż jeszcze
      wyszydzanym Jezusie rozpoznał Króla - "Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz
      do swego królestwa" (Łk 23, 42). Nam tak trudno się nawrócić, bo za mało skruchy
      w naszym sercu, a jeżeli mało w nas skruchy, to i wiara nasza taka płytka.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka