bogumilka
23.04.02, 04:02
Przez dziesięciolecia Niemcy były motorem integracji. Gdy teraz unijny silnik
zaczął się krztusić, kanclerz Schröder, ku uciesze Brytyjczyków i Francuzów,
nie chce dodać gazu.
JOSEF JOFFE
25.02.2002
Pakt na rzecz stabilizacji i wzrostu był ceną, jaką trzeba było zapłacić, by
Niemcy zgodziły się porzucić swoją ukochaną markę na rzecz euro.
Najpotężniejszy gospodarczo kraj Europy nigdy nie pozwoliłby rozrzutnym
Włochom, albo innym narodom ze skłonnościami do życia ponad stan, na psucie
nowej waluty poprzez wydawanie więcej, niż się ma i utrzymywanie wysokich
deficytów budżetowych, które prowadzą do inflacji. Każdy członek unii
monetarnej musiał wdziać fiszbinowy gorset "made in Germany". Przede wszystkim
żadne państwo nie mogło mieć deficytu wyższego niż 3 proc. PKB, albowiem...
Teutońska dyscyplina
To "albowiem" oznaczało, po pierwsze, oficjalne upomnienie ze strony Komisji
Europejskiej: Achtung! Zbliżyliście się zbyt blisko do wyznaczonego pułapu. Po
drugie, groziło znacznymi karami finansowymi na wypadek, gdyby reżim finansowy
został naruszony. Teutońska dyscyplina miała odtąd obowiązywać od Cork do
Kalabrii i od Portugalii do granicy z Polską. Nikt wtedy nie przypuszczał, że
to właśnie Niemcy mogą okazać się lisem w kurniku.
Nie tylko Niemcy zbliżają się do granicy 3 procent, ale Gerhard Schröder prośbą
i groźbą zmusił Komisję, by wycofała się z pomysłu wysłania oficjalnego
upomnienia. Cóż, kiedy kieruje się największą gospodarką w Unii Europejskiej,
można sobie pozwolić na wiele.
W rezultacie Schröder, odniósł sukces, ale Europa poniosła klęskę. Skoro
kaznodzieja daje w gaz, dlaczego jego trzódka miałaby zachowywać
wstrzemięźliwość?
W jaki sposób Komisja będzie w stanie ukarać Włochy, Portugalię czy Francję,
których deficyty także rosną, jeżeli nie była w stanie ujarzmić berlińskiego
niedźwiedzia? Euro, które od czasu swojego debiutu w 1999 roku spadło o prawie
25 procent wobec dolara, z pewnością nie zyska szybko na wartości.
Odpór dany Komisji nie jest jedynym grzechem, popełnionym przez tak niegdyś
proeuropejskich Niemców. W ostatnim czasie Schröder był w tej dziedzinie
wyjątkowo aktywny. Weźmy samochody, tak drogie europejskim konsumentom.
Komisarz UE ds. Konkurencji Mario Monti chce złamać nieformalny układ, który
pozwala producentom samochodów na stosowanie różnych cen na różnych rynkach.
Nie podoba się to Schröderowi, który myśli o zyskach i zatrudnieniu w fabrykach
Volkswagena, Daimlera, Opla. Liberalizacja rynku energii? - Nie - mówi Berlin -
nie chcemy paneuropejskich opłat za przesył energii. Dlaczego? Ponieważ opłaty
te najwyższe są w Niemczech.
A co z telekomunikacją? Niemieckie Ministerstwo Gospodarki blokuje dostęp do
wysoce lukratywnego rynku lokalnego (w przeciwieństwie do niezwykle
konkurencyjnego rynku połączeń międzystrefowych), gdzie Deutsche Telekom wciąż
sprawuje faktyczny monopol. Doszło do tego, że taniej jest zadzwonić z Berlina
do Nowego Jorku, niż w godzinach szczytu porozmawiać lokalnie w stolicy Niemiec.
Wszystko, o czym tu mówimy, nazywa się "neomerkantylizmem", czyli ochroną
rodzimego rynku przed konkurencją zza granicy. Rząd Schrödera zaczął w coraz
bardziej bezwstydny sposób stosować tę doktrynę, zastraszając europejskie
gremia, jakby był bezpośrednim następcą Ludwika XIV i wyznającego protekcjonizm
ministra finansów, Jean-Baptiste Colberta.
Bez cudzoziemców
W tej historii nie chodzi jednak tylko o spór pomiędzy Brukselą a Berlinem.
Sprawą spędzającą obecnie sen z powiek niemieckiej klasie politycznej jest
upadek Leo Kircha, tajemniczego magnata medialnego. Kirch winny jest bankom
około 6 mld euro. Kiedy Robert Murdoch, amerykańsko-australijski potentat
zaoferował swoją pomoc, Schröder wysłał sygnał: Żadnych cudzoziemców! Szybko
rozeszła się pogłoska, że kanclerz preferuje "narodowe rozwiązanie", o czym
wcześniej przekonał się John Malone, Amerykanin, którego spółka Liberty Media
chciała zainwestować w niemiecką telewizję kablową. Transakcja nie doszła do
skutku, ponieważ uznano, że Liberty zyskałaby zbyt silną pozycję na rynku.
Taka inwestycja bardzo przydałaby się jednak Niemcom. Deutsche Telekom, którego
połączenia miał na oku Malone, oferuje prywatnym odbiorcom sieć o
przepustowości 760 kilobitów, podczas gdy w USA internauci mogą surfować z
prędkością 5 megabitów. Po raz kolejny zadziałała zasada merkantylistów: "Chroń
producenta, nie konsumenta", a to oznacza konieczność zamknięcia rynku przed
zagraniczną konkurencją.
Ta historia nie wróży niczego dobrego Europie. Zmagając się z czteromilionowym
bezrobociem, rząd Schrödera uznał najwyraźniej, że może utrzymać poparcie
elektoratu, zwlekając ze zmianami i wprowadzeniem konkurencji. Kto w takim
razie zajmie się Europą? Przez dziesięciolecia Niemcy były motorem integracji.
W momencie gdy ten silnik zaczyna się krztusić, jest mało prawdopodobne, by
koniecznego przyspieszenia nadali mu Francuzi czy Brytyjczycy, którzy zapewne z
satysfakcją patrzą, jak potężnym Niemcom zaczyna przypadać rola hamulcowego.
Autor jest redaktorem naczelnym "Die Zeit", autorem książki "Wielkie mocarstwa".