Dodaj do ulubionych

Złota wieża na glinianych nogach

04.01.03, 11:52
Ten artykuł może być interesujący.Za miesięcznikiem "Nowe Państwo".
N.
http://kiosk.onet.pl/art.asp?DB=162&ITEM=1107302&KAT=244
Złota wieża na glinianych nogach
Amerykański peryskop

Bezklasowe państwo, w którym ambitny i pracowity pucybut wspina się po
szczeblach finansowej kariery, aż w końcu dociera na sam szczyt i zostaje
milionerem, to najpiękniejszy z amerykańskich mitów. Jak jednak na mit
przystało, niewiele ma on dziś wspólnego z rzeczywistością i - tak jak
wszędzie - jest udziałem wyłącznie wielkich szczęściarzy.

Patrząc na Amerykę końca ubiegłego i początku nowego stulecia, trudno nie
zgodzić się, że wielki sukces stał się niedostępny nawet dla najbardziej
ambitnych i przedsiębiorczych. Kasta amerykańskich bogaczy tak bardzo
oddaliła się od reszty społeczeństwa, że oprócz szacunkowych danych na temat
jej dochodów, właściwie nie wiadomo o niej prawie niczego. I pewnie nie
będzie wiadomo, bo z roku na rok złoty czubek piramidy niknie w coraz
gęściejszych chmurach.

Jak bogaci są bogaci?

Jak donosi miesięcznik Forbes, najbogatsza warstwa Amerykanów skupia w
swoich rękach obecnie około 40 procent ogólnego majątku kontrolowanego przez
osoby prywatne lub - inaczej - od 12 do 20 procent rocznych zarobków całego
społeczeństwa. Pensja przeciętnego krezusa jest średnio 11 razy większa od
poborów pracownika znajdującego się w dolnych 20 procentach najsłabiej
zarabiających. Dla porównania: w Japonii najbogatsi zarabiają cztery razy
więcej, we Francji siedem razy więcej, a w Wielkiej Brytanii dziewięć razy
więcej. Od 1982 roku, a więc od momentu, kiedy Forbes po raz pierwszy
opublikował listę najbogatszych Amerykanów, największa fortuna urosła z 2 do
83 miliardów, a jednocześnie statystyczny bogacz powiększył swój majątek z
230 milionów do 2,6 miliarda dolarów. Tak wielkiego skoku w tak krótkim
czasie nie było dotąd w historii ani Ameryki, ani reszty świata.

Kevin Phillips, autor książki Wealth and Democracy: The Political History of
the American Rich ("Wielkie fortuny i demokracja: polityczna historia
amerykańskich bogaczy"), uważa, że do nagłego wzrostu bogactwa przyczyniły
się: postęp technologiczny, zwiększenie znaczenia "ekonomii finansów"
względem "ekonomii rzeczywistej" oraz rola, jaką zaczęły w tej nowej
ekonomii odgrywać korporacje.

W 1970 roku przeciętny dzienny obrót na nowojorskiej giełdzie wynosił około
12 milionów akcji dziennie. W roku 2000 liczba ta podskoczyła do miliarda
dziennie. To prawda, że od czasu gdy gra na giełdzie stała się całkiem
prostą operacją, dostępną dla każdego posiadacza komputera podłączonego do
Internetu, z tej formy inwestowania skorzystało aż 60 procent Amerykanów. W
tłustych latach dziewięćdziesiątych dla wielu rzeczywiście był to sposób na
dorobienie do pensji. Ile jednak wobec tego musieli zarobić najbogatsi
(wspomniany już górny 1 procent finansowego patrycjatu), którzy skumulowali
w swoich rękach prawie 50 procent wartości wszystkich akcji znajdujących się
w obiegu? Przecież z racji tego, że stać ich na jednorazowe inwestowanie
bajońskich sum, mają do swojej dyspozycji całkiem inne instytucje finansowe
niż zwykły śmiertelnik. Szczególnie popularne są fundusze powiernicze, gdzie
minimalny wkład nie może być mniejszy niż kilka milionów dolarów, a
oprocentowanie jest kilkanaście razy większe niż w zwykłych bankach. Staid
Bessemer, prezes instytucji Bessemer Trust obsługującej najbogatszych
klientów, twierdzi, że uczestnicy tego funduszu pomnażają swoje wkłady
średnio o 37 procent rocznie.

Korporacje w kokosach

Oddzielny rozdział w almanachu amerykańskiego bogactwa to majątek
korporacji, a co za tym idzie - członków ich zarządów. W ostatnich
dwudziestu latach korporacje wyrosły na gospodarcze giganty. Obroty
potentata paliwowego, firmy Exxon, są równe obrotom Arabii Saudyjskiej,
majątek producenta urządzeń elektronicznych, silników i sprzętu AGD General
Electric równa się narodowemu majątkowi Kolumbii, a dochody czołowego
producenta samochodów General Motors są porównywalne z dochodami gospodarek
Hongkongu i Turcji. "Państwem w państwie" określił amerykańską korporację
Peter Capelli z Wharton School of Business z Pensylwanii. Określenie to jest
tym trafniejsze, że największe i najmajętniejsze z nich są chronione przez
ustawodawstwo specjalnymi prawami, choćby dlatego, że finansują dużą część
życia politycznego.

To, co wyniosło korporacje na szczyt bogactwa, to rezygnacja ze społecznych
sentymentów na rzecz zysku. Potem zadziałały już dokładnie te same
mechanizmy, które sprawdziły się w wypadku fortun prywatnych: technologia i
giełda. Firmy zaczęły się dorabiać na wypuszczaniu szacunkowych danych o
swoich przychodach, co windowało ich wartość rynkową, a tym samym
umożliwiało dokonywanie opłacalnych inwestycji. Dodatkowo wiele korporacji
obniżyło koszty produkcji przez budowanie fabryk w tańszych rejonach świata.
W roku 1950 tylko 3 procent amerykańskich korporacji produkowało za granicą.
W roku 1999 liczba ta była już ośmiokrotnie większa. Wreszcie do wykreowania
korporacyjnych fortun przyczyniła się polityka przeznaczania coraz
mniejszych części przychodów na wypłaty dla pracowników przy jednoczesnym
podnoszeniu zarobków zarządów. W 1988 roku pobory prezesów amerykańskich
korporacji były średnio 93 razy większe niż pensje ich podwładnych.
Dwanaście lat później - już 419 razy większe.

Milion to za mało, by być milionerem

Kilka lat temu na rynku znalazła się książka The Millionaire Next Door (w
Polsce pod tytułem Sekrety amerykańskich milionerów) Thomasa Stanley'a i
Williama Danko. Przez jakiś czas była nawet bestsellerem, bo pozwoliła
czytelnikom uwierzyć, że wielkie fortuny biorą się z wielkich pomysłów,
pracowitości i oszczędności. Jeszcze popularniejsza stała się ona poza
granicami USA. Bo jeżeli tak wygląda bogactwo w Ameryce i takie są
zachowania oraz wartości amerykańskich bogaczy, to nie jest źle. Możni z
uboższych stron świata mogą w takim razie z nimi konkurować.

Według Kevina Phillipsa i sporej grupy krytyków oraz dziennikarzy zawodowo
zajmujących się zbieraniem informacji o bogactwie w Ameryce, książka ta
mydli ludziom oczy. Pokazany w niej styl życia - gusta, upodobania
materialne - a także sposób podejmowania decyzji finansowych "milionerów z
sąsiedztwa" nie wychodzą poza ramy zachowań klasy średniej. Tymczasem
wskutek inflacji i rosnących kosztów życia żeby zostać milionerem w
tradycyjnym tego słowa znaczeniu nie wystarczy dziś mieć kilka milionów
dolarów. Po drugie zaś, przez bijące optymizmem karty książki ani razu nie
przewinęła się informacja, że w rzeczywistości amerykańskie społeczeństwo
ubożeje.

We wrześniu 2002 roku opublikowano doroczny raport o dochodach Amerykanów.
Okazało się, że tylko w ubiegłym roku liczba osób żyjących w ubóstwie, to
jest o dochodzie mniejszym niż 1500 dolarów brutto miesięcznie na rodzinę,
zwiększyła się o 1,3 miliona. Realne dochody amerykańskich rodzin spadły we
wszystkich przedziałach oprócz tego najwyższego, obejmującego wyższą klasę
średnią oraz finansowy szczyt. Co dziesiąta rodzina klasyfikuje się
jako "skrajnie uboga".

Rzeczywisty poziom majątkowy przeciętnego amerykańskiego gospodarstwa
domowego jest dzisiaj niższy niż był w roku 1977. W latach 1990-2000 dochód
rodzin w dwóch najbardziej zaludnionych i nowoczesnych rejonach Ameryki, to
jest w Nowym Jorku i Kalifornii, spadł o prawie 10 procent i nadal spada. O
tym, że nawet w klasie średniej trwa walka o przetrwanie, najlepiej świadczy
fakt, iż liczba pracowników w dobrze prosperujących firmach, którzy wykupują
dzisiaj pełne ubezpieczenie zdrowotne dla siebie i swoich rodzin, w tym
samym okresie zmniejszyła się z 45 procent do 25.

Dokładniejsza statystyka biedy w USA jest prowadzona od roku 1991, kiedy to
Edward Hyman z International Strategy and Investment Group usta
Obserwuj wątek
    • nonkonformista Złota wieża na glinianych nogach - cz.2 04.01.03, 11:54
      Dokładniejsza statystyka biedy w USA jest prowadzona od roku 1991, kiedy to
      Edward Hyman z International Strategy and Investment Group ustalił tak zwany
      Nowy Wskaźnik Ubóstwa (New Misery Index - NMI). Uzyskuje się go po zsumowaniu
      wydatków na spłacanie kredytów, opiekę medyczną, nad dziećmi, składek
      emerytalnych, strat na giełdzie oraz innych koniecznych opłat, na przykład za
      kształcenie dzieci i dojazdy do pracy. Okazuje się, że suma ta jest dzisiaj
      kilkakrotnie wyższa niż na przykład w połowie ubiegłego wieku.

      Zadłużeni i bankruci

      Myląca dla nie-Amerykanów jest także materialna zamożność przeciętnych
      mieszkańców USA. To, że mają oni więcej niż reszta świata i mieszkają w
      większych domach, bynajmniej nie odzwierciedla ich rzeczywistej sytuacji
      finansowej. Jeżeli już, to raczej fakt, że amerykańskie banki oferują bardzo
      atrakcyjnie oprocentowane kredyty i że skutecznie działa reklama. Prawdę o
      finansowej kondycji społeczeństwa mówią za to statystyki bankructwa, które
      stało się w ostatnich latach wręcz "modnym" sposobem wychodzenia z finansowej
      zapaści. Między 1990 a 2000 rokiem liczba bankrutów w USA potroiła się,
      osiągając rekordowe 1,4 miliona w 1998 roku. Co jednak ciekawe, eksperci
      poinformowali, że tylko niewielki ich odsetek to ludzie, którzy mają
      nieodpowiedzialny stosunek do pożyczek i kredytów. Przytłaczająca większość
      popada w finansowe kłopoty wskutek utraty pracy, kosztów opieki medycznej oraz
      rozwodu. - Ludzie bankrutują, bo stają się ofiarami okoliczności, a nie mają
      żadnych oszczędności - twierdzi współautorka badań, profesor Elizabeth Warren
      z wydziału prawa na Uniwersytecie Harvarda. Inne badania wykazały, że bez
      żadnych finansowych zabezpieczeń, z dnia na dzień, żyje dzisiaj 30 procent
      Amerykanów, podczas gdy kolejne 30 procent ma odłożone nie więcej niż 3
      tysiące dolarów. Wydłużenie godzin pracy czy zwiększenie wydajności w celu
      uzyskania wyższej pensji nie wchodzi w rachubę. Amerykanie przodują dzisiaj i
      w jednym, i w drugim.

      Już 14 lat temu, gdy różnice dochodów zaczęły się gwałtownie pogłębiać, znany
      ekonomista Lawrence Summers ostrzegł, że nowe metody pomnażania fortun bogaczy
      i nowe przyczyny ubożenia biednych "wepchnęły USA na drogę społecznej
      depresji" i że "standard życia przeciętnego obywatela dramatycznie się
      obniży". Kevin Phillips posuwa się w swoich prognozach jeszcze dalej. Obecny
      stan amerykańskiego społeczeństwa porównuje do sytuacji innych supermocarstw w
      przeddzień ich upadku: Holandii z połowy XVIII wieku i Wielkiej Brytanii z
      początków ubiegłego stulecia. Jakkolwiek by na to patrzeć, twierdzi Phillips,
      dystrybucja majątku i sposób jego gromadzenia ma wpływ na kondycję
      społeczeństwa. Wieża o najbardziej złotym czubku nie utrzyma się na glinianych
      nogach. Czy czeka nas powtórka z historii?

      Nowe Państwo 12/2002
    • nonkonformista Ochrona rynku w USA 05.01.03, 23:19
      Chyba poważne treści dezawujące mity Ameryki nie mają wzięcia...Szybko spadają
      w dół. No ale cóź amerofile mogą przeciwstawić faktom? Na tym forum zazwyczaj
      niewiele.
      Zatem przesuniemy wątek trochę do góry. Co by się opatrzył milionerom z Long
      Island :-)) - tym razem krókim tekstem o wolności rynku USA.Za RzP.
      N.

      www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_030104/ekonomia/ekonomia_a_1.html
      Polska-USA Co można zyskać na kontrakcie z Lockheed Martin na F-16
      Pobudzić zainteresowanie

      Wybór F-16 dla polskiej armii odczują głównie polskie firmy, z którymi
      producent samolotu chce współpracować w ramach programu offsetowego. Nie można
      za to liczyć, mimo całego politycznego tła kontraktu, że w tej sytuacji
      polskie przedsiębiorstwa będą miały łatwiejszy dostęp do amerykańskiego rynku.

      Stany Zjednoczone pilnie strzegą dostępu do swojego rynku. Mimo to wartość
      naszego eksportu za ocean przewyższa wielkość importu. Amerykański Departament
      Handlu podaje, że od początku 2002 roku do końca października obroty z Polską
      wyniosły prawie 1,5 mld USD. Nasz eksport był w tym czasie o 330 mln USD
      większy niż import. Amerykańskie dane różnią się diametralnie od polskich ze
      względu na różnice w czasie rejestrowania transakcji oraz reeksport towarów. -
      Moim zdaniem, propozycja zakupu F-16 jest ważna nie tylko dla Lockheeda, lecz
      i dla USA. Dzięki niej będzie można umacniać wzajemne stosunki między naszymi
      krajami i przyjaźń między naszymi prezydentami - zapowiadała w grudniu w
      rozmowie z "Rz" Linda Mysliwy Colin, asystentka sekretarza ds. rozwoju handlu
      USA. Jej zdaniem, główną zaletą podpisania kontraktu z producentem samolotu
      będzie rozbudzenie zainteresowania naszym rynkiem wśród amerykańskich firm.
      Podobnego zdania jest Krzysztof Dąbrowski, polski radca handlowy w USA. - Nie
      spodziewałbym się, że polskie firmy uzyskają łatwiejszy dostęp do
      amerykańskiego rynku. Z powodu podpisania tak dużego kontraktu na pewno
      wzrośnie za to zainteresowanie Polską jako partnerem handlowym - sygnalizuje
      Krzysztof Dąbrowski.

      Na początek firmy

      Jak dotychczas amerykański producent samolotów F-16, firma Lockheed Martin,
      powołał nieformalne stowarzyszenie 40 polskich firm, które będą uczestniczyć w
      programie offsetowym myśliwców. Nie wiadomo, jakie podmioty wchodzą w jego
      skład. Amerykanie wymienili Mielec, Świdnik i ComputerLand. Ich zdaniem,
      dzięki obecności w grupie nasze przedsiębiorstwa będą mogły nawiązać szerokie
      kontakty międzynarodowe z firmami amerykańskimi oraz innymi partnerami
      Lockheeda Martina. Philip Georgariou, dyrektor regionalny ds. współpracy
      gospodarczej koncernu, zapowiedział, że te przedsiębiorstwa będą także
      uczestniczyły w projektach Lockheeda nie związanych z offsetem. Amerykanie
      szacowali, że wartość ich programu offsetowego może wynieść ok. 8 mld USD.
      Polska ocena była znacząco niższa.

      Lepszy klimat dla biznesu

      Amerykańska ambasada w Warszawie nie była w stanie podać "Rz", czy i jakich
      ułatwień mogą spodziewać się nasi przedsiębiorcy handlujący z USA w związku z
      wyborem F-16. Ministerstwo Gospodarki poinformowało "Rz", że obecnie handel
      między Polską a USA odbywa się według klauzuli najwyższego uprzywilejowania
      oraz systemu GSP. Klauzula zobowiązuje państwa członkowskie Światowej
      Organizacji Handlu (WTO) do traktowania w ten sam sposób produktów i
      przedsiębiorstw innych państw członkowskich i dotyczy ponad tysiąca wyrobów.
      Amerykańskie firmy mają także prawo do zwolnień celnych od towarów kupowanych
      w Polsce, ponieważ nasz kraj należy do systemu GSP, którym zostaliśmy objęci w
      1990 roku. Zgodnie z jego zapisami, amerykańscy importerzy sprowadzający z
      Polski ok. 3,5 tys. produktów od ponad dziesięciu lat mogą ubiegać się o
      zwolnienie z cła. Taka możliwość zniknie, kiedy wejdziemy do UE. Bo "15" nie
      jest objęta GSP, a jej nowi członkowie automatycznie zostaną wykluczeni.

      Rynek nie dla wszystkich

      Amerykanie chronią swój rynek na różne dostępne sposoby. Obawiając się choroby
      szalonych krów, zakazali importu nie tylko krów, ale i kóz. Tymczasem w USA
      również pojawiają się przypadki zakażenia bydła BSE. W niektórych stanach
      można produkować nabiał z niepasteryzowanego mleka i reklamować takie
      produkty, ale cały kraj objęty jest zakazem importu tych wyrobów. Takie
      obostrzenia dotykają głównie producentów serów. Za oceanem firmy z kapitałem
      zagranicznym muszą prowadzić bardziej rozbudowaną księgowość niż
      przedsiębiorstwa lokalne. Mają także utrudnienia w dostępie do zamówień
      publicznych.

      - Władze stanowe arbitralnie naliczają podatek dochodowy od firm z udziałem
      kapitału zagranicznego. Może to prowadzić do sytuacji opodatkowania w USA
      przychodów powstałych za granicą, czyli do podwójnego opodatkowania -
      informuje Wydział Ekonomiczno-Handlowy Ambasady RP w Nowym Jorku.

      Amerykanie wystrzegają się towarów, które ich zdaniem sprzedawane są poniżej
      kosztu wytworzenia. Jeżeli uznają, że ma to miejsce, nakładają cła
      antydumpingowe. Ministerstwo Gospodarki podaje dwa przykłady zakończonych na
      niekorzyść naszych producentów postępowań. Do węglowych blach stalowych z
      Polski doliczane jest 61,98-proc. cło karne. Natomiast produkowane u nas
      stalowe pręty żebrowane objęte są cłem antydumpingowym w wysokości od 47,13
      proc. do 52,07 proc.

      Trudne faktury, trudna certyfikacja

      Wydział Ekonomiczno-Handlowy Ambasady RP w Nowym Jorku wymienia także inne
      utrudnienia, jakich powinni się spodziewać polscy przedsiębiorcy handlujący z
      USA. - Wymogi informacyjne na amerykańskich fakturach są nadmierne, kosztowne
      i uciążliwe oraz utrudniają dostęp do rynku firmom nowym i małym. Służba celna
      USA nie uznaje Unii Europejskiej jako kraju pochodzenia. Firmy z UE zmuszone
      są dostarczać dodatkową dokumentację i stosować dodatkowe procedury, co może
      powodować dodatkowe koszty - zaznaczają polscy dyplomaci. Przykładem
      związanych z tym utrudnień jest import z Polski do USA chustek z chińskiego
      jedwabiu. Chociaż powstają one w Polsce (z chińskiego surowca), USA stosują
      względem nich cła, jakimi objęte są wyroby chińskie. Innym przykładem
      utrudnień w handlu jest ustawa federalna w sprawie połowów. Stanowi ona, że
      zbudowane poza USA jednostki nie mogą łowić na amerykańskich wodach
      terytorialnych. Wyklucza to możliwość utworzenia działającego w Stanach
      Zjednoczonych przedsiębiorstwa o kapitale polskim i amerykańskim.

      Koszty polskich eksporterów mogą podnosić także wymogi dotyczące certyfikacji
      i rejestracji wyrobów. Za oceanem działa ponad 2,7 tys. stanowych, miejskich i
      innych podmiotów, które zajmują się badaniem produktów. - Władze stanowe i
      lokalne nie stosują tych samych wymogów: często znacznie się one różnią -
      informują polscy dyplomaci.

      Wiele kontrowersji ze strony UE wywołały dodatkowe podatki, jakimi obłożone są
      importowane towary i usługi wykonywane na rzecz amerykańskich firm poza USA.
      Przykładowo, naprawy amerykańskich statków poza terytorium tego kraju są
      obłożone 50-proc. podatkiem.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka