Gość: AG
IP: *.proxy.aol.com
09.01.03, 01:00
MIROSŁAW SKOWRON 2003-01-03
Obserwując zachodnie media, nie sposób przeoczyć pewnego dysonansu pomiędzy
oficjalnymi, uroczystymi komentarzami a spojrzeniem specjalizujących się w
tematyce unijnej dziennikarzy i komentatorów. Owszem, także tam obecny jest
znany z naszych mediów optymizm i przekonanie o wiekopomności wydarzenia.
Pojawiają się też krytyczne opinie o nieprzystosowaniu krajów
postkomunistycznych do unijnych norm, problemach z rolnictwem, budżetami i
restrukturyzacją przemysłu. Co ciekawe, znaczna część publikacji skupiona
jest jednak na krytyce... polityków, negocjatorów i komisarzy z
bogatej "piętnastki" krajów członkowskich! I to ze względu na fakt, że
okazali się zbyt skąpi... pozwalając wynegocjować krajom kandydującym zbyt
mało! Wielu komentarzy pojawiających się dziś w największych zachodnich
mediach, w Polsce opublikować by się nie odważono...
Z tekstów podsumowujących proces rozszerzenia wynika, że Unia nie tylko nie
wydała żadnych dodatkowych środków, ale zdołała na rozszerzeniu sporo
zaoszczędzić. "Pomimo że największe, będzie to zarazem najtańsze rozszerzenie
w dziejach wspólnoty" - podobne opinie dość często powtarzają się w ustach
polityków i dziennikarzy. I właśnie sknerstwo Brukseli i chęć dorobienia się
na nie najbogatszych wszak kandydatach są niemal powszechnie krytykowane.
Rozszerzenie zamiast przewidywanych 40 mld euro (ceny i tak określanej jako
niewygórowana) będzie kosztowało 10 mld, a więc cztery razy mniej.
Niewykluczone, że kwota ta będzie jeszcze niższa. Wielu środków przyznanych
jako pomoc potencjalna (np. fundusze na restrukturyzację) kandydatom nigdy
nie uda się uzyskać. "Rozszerzenie okazało się o wiele tańsze, niż zakładano -
mówi cytowana powszechnie Michaele Schreyer, unijna komisarz do spraw
budżetu. - Naprawdę trudno było o lepszą cenę".
"Kraje Europy Środkowej są zdecydowanie biedniejsze niż państwa iberyjskie
bądź Grecja w momencie wstępowania do UE. Dostaną również o wiele mniej
pieniędzy z Brukseli niż Hiszpanie - pisze brytyjski The Economist. - Jeżeli
Polacy, Czesi bądź Słowacy oczekują w ich miejsce znacznego wzrostu poziomu
inwestycji, mogą się srodze zawieść". Patrzący na sytuację z boku amerykański
International Herald Tribune, przytacza za unijnymi dokumentami kwoty
zaoszczędzone i przeznaczone do wydania. I tak w ciągu trzech pierwszych lat
rozszerzenie UE na wschód będzie kosztowało każdego mieszkańca "piętnastki"
zaledwie 9 euro rocznie. Nowe kraje otrzymają zaś "zaledwie ułamek tego, co
będzie przysługiwało w tym czasie starym członkom UE". W pierwszym roku pomoc
dla Polski nie przekroczy 67 euro na osobę, dla Węgier 49 zaś dla Czech 29. W
tym samym czasie, na identyczne cele niepomiernie bogatsza Irlandia otrzyma
ze wspólnego budżetu aż 418 euro na osobę, Grecja 437, zaś Hiszpania 126.
Proporcje te prawdopodobnie nie zmienią się aż do 2007 roku, kiedy
dyskutowany będzie w UE nowy okres budżetowy. "Przyjęcie nowych członków do
UE nie będzie triumfem, na jaki liczyło pokolenie 1989 - dodaje brytyjski The
Economist. - Środkowoeuropejscy członkowie UE mogą się w pewnym momencie
zacząć zastanawiać, w co się wpakowali".
Trudno podobne komentarze i zastrzeżenia znaleźć w mediach
środkowoeuropejskich. Warszawa, Budapeszt i Bratysława opisują kopenhaski
szczyt jako wiekopomny sukces i ukoronowanie owocnych negocjacji. Czeskie
media mają nawet swoim politykom za złe, iż nie cieszą się z wyników szczytu,
tak jak ich polscy i węgierscy koledzy. Nie brak optymistów i na Zachodzie.
Publicyści Sunday Telegraph piszą, iż "nowi członkowie dościgną państwa
<<piętnastki>> szybciej, niż myślą. Stanie się tak dzięki zdyscyplinowanej
polityce fiskalnej i monetarnej". Częściej pojawiają się jednak obawy, czy
przedsiębiorstwa z krajów regionu wytrzymają konkurencję z unijnymi oraz
obawy o jakość nowych członków. Co ciekawe, jako poważny garb i problem
mogący powracać w przyszłości zachodnie media wskazują... nierozliczenie się
krajów postkomunistycznych z przeszłością! "Znaczna część nowego bogactwa
jest podejrzanej przeszłości, korupcja to zjawisko powszechne, poziom
polityków, urzędników i sędziów z Europy Środkowej waha się od niskiego do
tragicznie niskiego - pisze The Economist. - Żaden z krajów byłego bloku
radzieckiego nie rozliczył się z czynów popełnionych przez ludzi ancien
régime, tak jak uczyniła to np. południowoafrykańska Komisja Prawdy i
Pojednania (...) W Polsce zarówno premier, jak i prezydent byli w
komunistycznych czasach ministrami".
Krytyka skierowana jest jednak głównie w stronę Brukseli. The Observer ma
nadzieję, iż nowi członkowie zdołają doścignąć najbogatsze kraje, choć przez
nieugiętą postawę UE potrwa to znacznie dłużej, niż powinno. Za chorobliwe
skąpstwo gani też Unię szkocki (!) The Scotsman, przypominając, iż finansowo
najwięcej na upadku komunizmu zyskał właśnie Zachód. Publicyści dziennika
dopytują się wręcz, gdzie podziały się sumy zaoszczędzone na zbrojeniach,
mogące zasilić niezbyt hojny fundusz akcesyjny. Najostrzej kopenhaski szczyt
i cały proces negocjacji traktuje jednak Roger Boyes z The Times: "Unia
Europejska urządziła kabaret z okazji ogłoszenia decyzji o przyjęciu nowych
członków, ale w rzeczywistości przez ostatnie dwa lata terroryzowała Europę
Środkową i zmuszała ją do ciągłych ustępstw. (...) Uczyniono wszystko, by
zneutralizować przyszłe zdolności konkurencyjne nowych członków i zdławić tę
energię, która czyni ów region ważnym (...). Z całą pewnością powinniśmy
świętować z okazji integracji Wschodu z Zachodem. Jednak rozwlekłe negocjacje
w tej kwestii były prowadzone w atmosferze przypominającej operację wrogiego
przejęcia spółki akcyjnej. UE zachowuje się haniebnie: historyczna integracja
została sprowadzona przez nią do rangi pchlego targu".
Tygodnik Solidarność nr 1, 03.01.2003