Jako, że moja działalność literacka niegdyś była ściśle powiązana z kociakiem, pozwolę sobie wspomnieć, o moim powrocie do opowiadań. Przepisuję i poprawiam trochę zmieniając to starocie - 7-dreams'a tu->
siedem-marzen.blog.onet.pl/ byłoby miło, gdyby ktoś się wypowiedział która wersja *marzeń* jest lepsza albo w ogóle, czy się podoba. Macie pierwszy rozdział,a raczej jego część, chociaż pewnie nikomu nie będzie chciało się tego czytać, noale. Wybaczcie błędy, zwykłam nie czytać swoich tekstów.
Wiem, że wielu z niecierpliwością wyczekiwało tego dnia. Wielu o nim marzyło. Ale nie ja. Ja raczej chciałam,żeby ten dzień nigdy nie nastąpił. I to nie tak, że Maciek nie był złym chłopakiem. Lubił tylko czasami wyciąć jakiś numer. Tak dla zabawy, ale czasami nie wychodziło mu zabawnie. A teraz wyjeżdża. Przeprowadza się z Polski do Stanów Zjednoczonych na stałe. Wraz z rozstaniem nadchodzi koniec. Wszyscy mi mówili "Marta, nie martw się. Będzie dobrze, wyjeżdża do ojca, ale może wróci do matki, do Polski.", aleja wiem, że tak nie będzie. Nawet gdyby, to i tak już nigdy nie będziemy razem.On pozna tam jakąś dziewczynę, klęknie przed nią na kolano. Potem zaprosi całą rodzinę do USA. Ich mamy będą płakać, a ona powie "tak". On sam wcale nie zaprzeczy. I tyle będę miała z wyczekiwania na jego powrót. Ale nie mogę się pogodzić
z jego wyjazdem. Wiem, że będę musiała. To nie była wielka miłość. Nie wierzę w taką poniżej co najmniej siedemnastu lat. Ale była pierwsza, młodzieńcza,niezapomniana. Nieustraszona. Nie wiem, czy mi się uda tak po prostu powiedzieć„Pojechał sobie. No trudno. Szkoda, ale przecież zawsze powtarzałam sobie, że mówi się trudno i żyje się dalej”, po czym zacząć planować zakupy z Kingą i Julką, moimi najlepszymi przyjaciółkami. Nie sądzę. Dzisiaj wieczorem wylatuje do Stanów. Pojadę z nim na lotnisko, chociaż to nie będzie dla mnie łatwe. Tymczasem muszę zmierzyć się ze swym codziennym wyzwaniem – doprowadzeniem siebie do porządku, żeby wyglądać jak człowiek. Ile nie miałabym sukienek, bluzeczek,spodni czy spódniczek – mnie zawsze jest mało, a każdego ranka, niczym swoim obowiązkiem, zwykłam narzekać, iż nie mam się w co ubrać. Jakkolwiek to zabrzmi– odkąd pamiętam lubiłam ubierać się zgodnie z nastrojem. Nigdy nie myślałam nad karierą w świecie mody. Ja tylko, tak jakoś, czułam się upoważniona do uważania się kimś, ko się na niej zna.
Jak każdego ranka – wrzuciłam do torby szkolne podręczniki i ze swojego pokoju przeszłam do kuchni, by nie iść do szkoły z pustym żołądkiem i przywitać się z mamą. Tego dnia tym samym wprawiając ją w zaskoczenie i być może lekkie zbulwersowanie. Najwyraźniej moja matka jeszcze nie pogodziła się z czernię. Nie bardzo ucieszyłam się z postanowienia mej szanownej rodzicielki, której nie byłam w stanie nazwać zdrobniale, kiedy podejmowała ową decyzję,
i ojczyma. To tylko chłopak, jakby ich było mało na tym świecie, mówili. A najbardziej mnie dobijał fakt, że mają rację.
Nie mogłam zrozumieć dlaczego Maciek wyjeżdża tak nagle, na początku maja, a nie poczeka nawet do końca roku szkolnego. On jednak nie raczył uchylić rąbka tajemnicy zapewniając, że to wyjątkowo długa historia i sam nie jest pewny, czy rodzice ucieszyliby się,gdyby ktokolwiek spoza ich rodziny się dowiedział. Zostawił mnie tego dnia,którego miał wylatywać do Nowego Jorku skazując na łaskę i niełaskę otoczenia.Nie jestem popularna,
a ludzie nie pozostając mi dłużnymi nie są dla mnie mili. Ja po prostu lubię nazywać rzeczy po imieniu, co może się nie podobać innym. W ostatni tydzień roku szkolnego, kiedy nauczyciele nie są w stanie zmusić młodzieży z Gimnazjum im. Kazimierza Wielkiego do nauki, na lekcjach biologii zawsze oglądamy filmy.„Oglądamy”, bo większość z nas nie jest w stanie skupić się na czymkolwiek innym niż wakacje. Rzecz w tym, że według autorów owych filmów w świecie zwierząt każdy ma swojego naturalnego wroga. Zawsze wydawało mi się, że z ludźmi jest tak samo. Jednakże dzisiaj, zupełnie wyjątkowo i wręcz niespotykanie Tomek był dla mnie miły. Tak, ten Tomek. Ten, z którym wytrwale kłócę się od szkoły podstawowej. Zaczęło się od tego, że Kinga i Bartek zerwali swoją zabawę w bycie parą. Byli najfajniejszą parą w szkole. Ja będąc najlepszą przyjaciółką Kingi, wstawiłam się za nią, a on najlepszym kumplem Bartka również wstawił się za swoim przyjaciele. Moje stosunki z Tomkiem są gorsze niż te Kinga i Bartka. Śmiało możemy nazywać się największymi wrogami w szkole. Dzisiaj, kiedy to najbardziej spodziewałam się solidnej porcji kpin
i złośliwości z jego strony, on, kiedy tylko na niego spoglądałam, zdawał sięsilić na blady uśmiech. Ale ja nie chcę tego. Nie lubię, kiedy ludzie są mili zlitości. Chętnie wykrzyczałabym im w twarz co o tym myślę, ale nie mam już siłybyć sobą. Tą wybuchową, miłą dla niewielu Martą. Nie dzisiaj, nie teraz.
Zaraz po lekcjach pognałam do domu, błądząc wśród uliczek zamieszkiwanego przeze mnie
i moją rodzinę jak w labiryncie. Wzdłuż całej Ulicy Wiśniowej parę lat temu posadzono wiśnie. Tej wiosny, kwitnąc wyglądały pięknie. Ja, niestety, nie byłam w stanie cieszyć się tym widokiem. Zaledwie dobiegłam do domu, rzuciłam torbę z książkami gdzieś w bok, niczym się nie przejmując i pognałam w stronę domu Maćka. Jego matka postanowiła zawieźć go na warszawskie Okęcie i nie miała nic przeciwko temu, żebym i ja się z nimi zabrała. Kiedy znalazłam się już na osiedlu, które, nawisem mówiąc, mieściło się na drugim końcu miasta, po dojściu do bloku Maćka, wbiegłam schodami na ostatnie piętro i nie siląc się na pukanie wpadłam do mieszkanie. Przywitałam się szybko z jego mamą i nie czekając na odwzajemnienie, weszłam do pokoju chłopaka. To było dość małe pomieszczenie,którego znaczną część zajmowało duże, zasłane zapewne przez matkę właściciela pokoju łóżko. Wszędzie dookoła stały pudła z przeróżnymi przedmiotami, a nieco zabałaganiony pokój stał się niezwykle pusty i nienaturalnie czysty. Czy może,jakby to ujął Maciek, pozbawiony tego swojego niespotykanego artystycznego nieładu.
- Cześć – przywitałam się przełykając głośno ślinę i opuszczając wzrok.
- O, hej – chłopak odwrócił się gwałtownie od okna, przy którym stał i uśmiechnął się blado. Staliśmy tak wpatrując się w siebie i nie mogąc zdobyć się na jakikolwiek ruch, cokolwiek, by przerwać tę niezręczną ciszę. Niezdolni do niczego innego, doskonale wiedząc, że tylko tracimy czas, ostatnie chwile, w których mogliśmy jeszcze nacieszyć się sobą.Po raz ostatni.
...
więcej na blogu, całość się nie zmieściła

. Ale przecież zawsze narzekaliście, że piszę za krótko, no nie?