heyyeah
04.11.11, 19:03
No więc mój problem generalnie rzecz biorąc polega na tym, że wolałabym się urodzić np. 1950 roku i mieć do czynienia z cudownym rock and rollem i bluesem jako najbardziej popularną muzyką. Nie mogę przeżyć tego, że moje ukochane zespoły w większości się rozpadły/ktoś z ich obsady zmarł. Led Zeppelin bez Bonza to nie to samo, Robert nie chce jechać w trasę. AC/DC bez Bona Scotta jest połowę gorsze, przepraszam ale taka jest prawda. Czemu do cholery umarł Jimi Hendrix, a urodził się ten pieprzony Justin Bieber?! A Janis Joplin?
Dzisiaj jak wpiszesz "The Runaways" w Google, to wyskakuje ci film z Kristen Stewart i Dakotą Fanning, zamiast informacji o zespole. Sam film nie był taki zły, ale proszę- zrobił się sławniejszy niż sam zespół.
Wiem, że narzekam i to robi się nudne, ale po prostu chce wiedzieć czy ktoś ma tak jak ja.