Dodaj do ulubionych

Lost in translation - o tłumaczeniach raz jeszcze

17.06.07, 22:09
Pomyślałam, że przydałby się wątek, w którym można umieszczać ciekawostki
związane z tłumaczeniami. Chodzi mi o detale, które 'zagubiły' się jakoś w
polskich wersjach, czy to z powodu błędu tłumaczy, czy niekonswekwencji, czy
w końcu zwykłej 'nieprzetłumaczalności'.

Na pierwszy ogień idą dzieci Ewy/Leslie i Owena. W wersji NK są to oczywiście
Polcia i Krzyś. Nie wzbudza to podejrzeń;) Ale czytelniczki nie znające
oryginału czy innych polskich wersji zapewne zdziwi fakt, że Polcia
odziedziczyła imię po 'narzeczonej nauczyciela', Anieli Leigh (po ślubie
Selwyn), zaś Krzyś po zmarłym bracie Ewy, czyli Karolu. W oryginale bowiem
Aniela i Polcia nazywały się Persis, zaś Karol i Krzyś to Kenneth.

Ot, ciekawostka:)
Obserwuj wątek
    • pontecorvo Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 17.06.07, 22:35
      Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałam wszelkie informacje zamieszczone w tym
      forum na temat tłumaczeń i jestem pod wrażeniem, Waszej wiedzy, kochane
      forumowiczki. Ja zapoznałam się z Anią przed wieeeeelu laty, oczywiście
      wydawnictwo NK, potem nie miałam juz wiele do czynienia z cyklem, jeśli chodzi o
      powroty sentymentalne to częściej wracałam do Emilek, chyba jest to coś w
      bohaterce, co jest mi bliższe niż w Ani.
      Dlatego też nie miałam sposobności ani celu zapoznać się z nowymi
      tłumaczeniami, wydaniami. Szokiem było dla mnie, gdy wyczytałam na tym forum
      (bardzo pożytecznym noatabene), że Małgorzata Linde to Rachel, a Ewa to Leslie,
      to dla mnie prawdziwy szok, wierzcie mi. Tym bardziej wdzięczna jestem Wam, że
      mogę poznać oryginalne imiona i inne kwestie wynikłe z błędnego tłumaczenia.
      Osobiście strasznie żałuję, że istnieją aż tak poważne nieścisłości, pomyslałam
      nawet, jak trudno byłoby wymienić się wrażeniami z osobą, która czyta tylko te
      nowsze wydania. Podziwiam Was również za to, że macie umiejętności lingwistycz
      ne na tyle rozwinięte, aby czytać w oryginale, naprawdę przeogromnie
      zazdroszczę!!! Bede bardzo wdzięczna, jeżeli zechcecie, za namową supervixen,
      dzielić się Waszymi spostrzeżeniami oraz jednocześnie podzielić się informacją,
      skąd je czerpiecie. Pozdrawiam bardzo gorąco miłośniczki cyklu Ani (a nawiasem
      mówiąc uświadamiam sobie coraz bardziej, wraz z odświeżaniem poszczególnych
      tomów, że mogę coraz bardziej zaliczyć się do miłośniczek cyklu o Ani, ale z
      żalem przyznaję, że do coraz mniejszej miłości do samej bohaterki- Ani, coraz
      więcej rzeczy mnie w niej razi, to co w młodości uznawałam za zalety, teraz
      wydaje mi się "dziwactwami". Mam tylko nadzieję, że mnie nie potępicie za to
      szczere wyznanie, zapewniam, że nie chcę nikogo urazić. Po prostu Ania nie
      stanowi już dla mnie ideału, nawet literackiego ideału. Czy to objaw starzenia...?)
      • feverish Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 17.06.07, 23:03
        Te imiona to chyba nie błędne tłumaczenie, tylko po prostu tłumaczenie w starym
        stylu. Kiedyś wstawiało się polskie imiona nawet na siłę, teraz nawet jak
        polskie się samo narzuca, to zostawia się angielskie.

        Dla mnie wielką niewyjaśnioną tajemnicą jest tłumaczenie Rilli, które czytałam
        w dzieciństwie, kiedy jeszcze ni słowa po angielsku nie znałam. Brakowało kilku
        rozdziałów i naprawdę do tej pory mnie intryguje dlaczego. Kiedy już się
        angielskiego nieco nauczyłam, specjalnie zamówiłam w empiku oryginał Rilli żeby
        te braki nadrobić, i zgadnijcie co? Rozdziały wszystkie są, ale brakuje kilku
        akapitów w różnych miejscach - miejscami LMM była zbyt niepoprawna politycznie
        wobec wobec Niemców ;) a miejscami po prostu brakuje fragmentów z przyczyn
        nieodgadnionych. Oczywiście amerykański wydawca uznał to za pełne wydanie i
        jest notka, że ani jedno słowo oryginału nei zostało usunięte :))))

        Zwątpiłam, całość jest już chyba tylko na Gutenbergu.

        A ostatnio chyba tu czytałam, że ktoś piszę pracę magisterską o tlumaczeniach
        Ani z Zielonego Wzgórza :) więc może możemy mieć nadzieję że specjalistka się
        wypowie?
        • supervixen Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 17.06.07, 23:14
          > Zwątpiłam, całość jest już chyba tylko na Gutenbergu.

          A z jakiego masz wydawnictwa oryginał? Bo ja mam Bantam Books i wszystkie
          części są opatrzone notką, że tekst jest zgodny z oryginałem i 'not one word
          has been omitted'. Nawet w Anne of the Island jest zachowana niedoróbka
          redaktorska i kiedy Ania jedzie uczyć w szkole letniej, to pani Skinner
          najpierw przedstawia się jako Amelia, a potem mówi o sobie Sarah:) (I tak jest
          też na Gutenbergu, bo specjalnie sprawdziłam;) Natomiast w polskiej wersji jest
          to poprawione) A teraz mnie zaintrygowałaś z tą Rillą i staram się sobie
          przypomnieć, czy i umnie czegoś nie wycięto;)
          • supervixen Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 17.06.07, 23:26
            A w ogóle to magisterka o tłumaczeniach Ani - super temat:) Szkoda, że to
            zupełnie nie moja dziedzina naukowa:D
            • feverish Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 18.06.07, 14:17
              Dokładnie, Bantam Books, gdzie to "not one word has been omitted". Na przykład:

              Bantam Books, strona 57 w moim wydaniu:
              "Rilla came to herself with a gasp. There was a sudden quiet. Nothing to
              do now but to go home--and wait. Nobody missed Dog Monday at first. When they
              did Shirley went back for him. He found Dog Monday curled up in one of
              the shipping-sheds near the station and tried to coax him home. Dog
              Monday would not move. He wagged his tail to show he had no hard
              feelings but no blandishments availed to budge him."

              Gutenberg:
              "Rilla came to herself with a gasp. There was a sudden quiet. Nothing to
              do now but to go home--and wait. THE DOCTOR AND MRS. BLYTHE WALKED OFF
              TOGETHER--SO DID NAN AND FAITH--SO DID JOHN MEREDITH AND ROSEMARY.
              WALTER AND UNA AND SHIRLEY AND DI AND CARL AND RILLA WENT IN A GROUP.
              SUSAN HAD PUT HER BONNET BACK ON HER HEAD, HINDSIDE FOREMOST, AND
              STALKED GRIMLY OFF ALONE. Nobody missed Dog Monday at first. When they
              did Shirley went back for him. He found Dog Monday curled up in one of
              the shipping-sheds near the station and tried to coax him home. Dog
              Monday would not move. He wagged his tail to show he had no hard
              feelings but no blandishments availed to budge him."

              Te dodatkowe zdania były w polskim tłumaczeniu jakie czytałam i dlatego
              zorientowałam się, że coś tu nie gra. W wersji z Bantam Books w kilku[nastu]
              miejscach są takie braki. Kiedyś pod tym adresem:
              www.lmm-anne.net/text-roi.htm
              były wypisane te różnice, ale teraz strona zniknęła. Ale może kiedyś wróci :))
              • supervixen Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 18.06.07, 19:30
                No teraz to się czuję zbulwersowana i oszukana;) Przyznam, że nie zauważyłam
                tego przy pierwszym czytaniu, jakiś rok temu. Chyba byłam zbyt skupiona na
                wyłapywaniu tego, czego w polskiej wersji zabrakło, a nie na odwrót. Nawet mi
                nie przyszło do głowy, że coś wycięli!

                Ech:/
              • amelia007 Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 19.06.09, 10:14
                Hmmm, Dog Monday czyli Wtorek? Duża dowolność przekładu, moim
                zdaniem.
                • kooreczka Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 19.06.09, 14:11
                  A próbowałaś psa wołać Poniedziałek?
              • majself Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 15.09.09, 10:04
                Dog Monday! A to przecież był po polsku - Wtorek!
        • icegirl Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 18.06.07, 17:24
          Co to znaczy: niepoprawna politycznie? Była za Niemcami?
          Ja sama odkrywam czasem braki lub niedoróbki w tekstach tłumaczonych, ale czytam
          głównie te książki, ktorymi jestem zafascynowana ;)

          --
          icegirl
          www.icegirl.republika.pl
          • feverish Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 18.06.07, 21:33
            LMM właśnie była przeciwko Niemcom, co dzisiaj nie jest aż tak mile widziane
            jak w 1914 ;) np. w "Rilli" Ania wspomina, że ufarbowała sobie włosy na zielono
            farbą kupioną od niemieckiego Żyda domokrążcy, na co Zuzanna odpowiada, że
            droga pani doktorowa była przecież wtedy zbyt młoda, żeby wiedzieć czego można
            się spodziewać się po Niemcach, i dobrze że to była tylko zielona fabra, a nie
            trucizna. "Oczywiście" ten fragmencik musiał zniknąć.
            • icegirl Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 18.06.07, 22:38
              O dzieki. Zadziwiłaś mnie :)
              --
              icegirl
              www.icegirl.republika.pl
            • minerwamcg Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 01.09.07, 12:52
              Ależ wcale nie znikł! Pamiętam go doskonale z któregoś z polskich wydań "Rilli".
              Może teraz wydawcy opuszczają...
              • hssxy Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 02.03.09, 23:59
                W najnowszej serii Wydawnictwa Literackiego jednak jest.
                tłu. Janina Zawisza Krasucka 2005 ( wydanie pierwsze w tej edycji ). Dzwoniłem do
                wydawnictwa i dowiedziałem się że najnowsze egzemplarze "100 lat" różnią się
                tylko tym napisem co widać i cena ;( raczej nie będę sprawdzał tekstu bo co do
                ceny to się zgadza :).
        • majself Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 15.09.09, 10:02
          Są też dwie wersje "Jany ze Wzgórza Latarni" / "Janki z Latarniowego Wzgórza".
          Drugie widziałam z taką pastelową okładką i zaczyna się, o zgrozo, od słów
          "Mamo, czy mój ojciec żyje?"

          Czyli ominięte kilka pierwszych rozdziałów. I nie ma ani słowa o tym w notce
          redaktorskiej, że wydanie skrócone (chyba tak się to nazywa). Czytałam "Janę..."
          we wczesnej podstawówce i pamiętam, że bardzo mnie zszokowało takie oszustwo
          biblioteczne.
          • invisse Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 20.07.11, 16:55
            Um... nie do końca, majself. Na pierwszej stronie był, jakby to powiedzieć po współczesnemu, "trailer". Dalej się wszystko zaczyna od pierwszego rozdziału normalnie, więc nie jest to wydanie skrócone. W dodatku, czego brak w większości współczesnych wydań, posiada oryginalną dedykację.
            Jest to moje ukochane wydanie "Janki" : )
    • biljana Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 18.06.07, 15:24
      tak a propos tlumaczen, to czy ktoras z was miala juz okazje przeczytac
      najnowszy przekład Ani z Zielonego Wzgorza bodajze p. Agnieszki Kuc?
      Jestem ciekawa Waszych opinii.
      • supervixen Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 18.06.07, 19:32
        Ja wciąż nie, ale... powoli zaczynam rozważać nabycie:)
    • gladka8 Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 24.06.07, 21:12
      W polskim wydaniu 'Rilli' brakuje kilku rozdziałów? Czy ktoś mógłby mnie
      poinformować, co jest w nich zawarte?
      • mela54 Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 24.06.07, 22:44
        To wydanie z "nowymi" rozdziałami czytałam tylko raz i dość dawno, więc tak
        dokładnie nie pamiętam, ale to co zostało mi w glowie to fakt, że Księżycowy
        Brodacz oświadzczył się Zuzannie i został przepędzony na cztery wiarty, a jego
        córka po ślubie z Józiem zadzierała nosa przed innymi dziewczętami, że jest
        mężatką i chyba było wspomniane, że Blythe'owie mają jeden z pierwszych we wsi
        samochód i wogóle było dużo szczegółów dotyczących różnych osób. Zupełnie nie
        rozumiem dlaczego te rozdziały wcześniej opuszczono. Po tyłu latach czytałam je
        jak objawienie!
        • feverish Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 25.06.07, 11:06
          jeśli znacie trcohę angielski, to w starym tłumaczeniu brakuje tych rozdziałów:
          www.online-literature.com/lucy_montgomery/rilla_ingleside/26/
          www.online-literature.com/lucy_montgomery/rilla_ingleside/27/
          www.online-literature.com/lucy_montgomery/rilla_ingleside/28/
          i pierwszych pięciu akapitów z tego:
          www.online-literature.com/lucy_montgomery/rilla_ingleside/30/
          ale dlaczego brakuje?? jakieś teorie? ;)
          • annag1 Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 26.06.07, 07:21
            No ja po prostu byłam w szoku kiedy zobaczyłam te rozdziały. Pobiegłam wczoraj
            do empiku, żeby obejrzeć Rillę wydaną w zeszłym roku przez WL i tam
            rzeczywiście są te rozdziały. A przy okazji zauważyłam, że Jim został
            przemianowany na Kubę. Wiem, co prawada, że Jim to Kuba, ale tak dziwnie to
            wygląda :) No, ale to kwestia przyzwyczajenia. A tak przy okazji - nie wiecie
            może czy w innych częściach Ani też są takie opuszczone rozdziały?
            • lucy-lotta Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 26.06.07, 10:49
              To znaczy, że Wydawnictwo Literackie zamieściło w Rilli także te brakujące
              rozdziały?! Jak to możliwe? Przed chwilą sprawdzałam - Rillę wydaną przez WL
              przełożyła Janina Zawisza-Krasucka, ta sama, co wydanie z NK. Ja mam wydanie
              właśnie z Naszej Księgarni, ale tam nie ma tych rozdziałów...
              Proszę o pomoc, bo już nic nie rozumiem! Gdzie znajdę te brakujące rozdziały
              Rilli w języku polskim? Które wydawnictwo wydało całość???????
              • annag1 Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 26.06.07, 11:48
                No właśnie w wydaniu WL widziałam te rozdziały. Przełożyła, tak jak napisałaś,
                Janina Zawisza-Krasucka, ta sama, co wydanie z NK. Nie wiem jak to się mogło
                stać, że w tamtym wydaniu nie było tych rozdziałów. W każdym razie ja wczoraj w
                empiku normalnie zdziczałam :))
            • feverish Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 26.06.07, 12:44
              > A przy okazji zauważyłam, że Jim został
              > przemianowany na Kubę. Wiem, co prawada, że Jim to Kuba, ale tak dziwnie to
              > wygląda :)

              to patrz na te wszystkie oryginalne wersje "Rilli" w necie. Nie było żadnego
              Jima. Był Jem. Nieszczególnie to zdrobnienie pasuje do języka polskiego i
              pewnie dlatego je zmieniono, ale kurde, ja nawet po polsku o nim myślę Jem.
              Kuba, jeszcze tego tylko brakowało... ;)
              • annag1 Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 26.06.07, 13:20
                >Nie było żadnego
                > Jima. Był Jem.

                Tak, oczywiście, Jem. Ale i tak ten Kuba wygląda koszmarnie...
                • ab7777 Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 26.06.07, 19:12
                  a Jem jest zdrobnieniem od jakiegos imienia? czy to pełna wersja? w takim razie
                  kapitan Jim to kapitan Jem?
                  • feverish Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 26.06.07, 19:55
                    nie, właśnie kapitan Jim to zawsze kapitan Jim. Ale obaj panowie (Boyd &
                    Blythe) mieli na imię James, tylko używano wobec nich innych zdrobnień.
                    • lilimeye Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 25.07.07, 17:24
                      feverish napisała:

                      > nie, właśnie kapitan Jim to zawsze kapitan Jim. Ale obaj panowie (Boyd &
                      > Blythe) mieli na imię James, tylko używano wobec nich innych zdrobnień.

                      Jim i Jem wymawia się tak samo, różnica polega tylko na zapisie. Pewnie dlatego
                      tłumaczka wybrała formę Jim.

                      Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz, czemu tlumaczone, a nawet pozmieniane są
                      niektóre imiona, a niektóre nie? Mamy panią Rachel Lynd w oryginale, której
                      tłumaczka zmienia nie tylko imię, ale też nazwisko i to na niemieckie (!), a z
                      drugiej strony zostawia oryginalne Ruby, Minnie, czy Jim. Ciekawe skąd ta
                      niekonsekwencja?
                      • feverish Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 25.07.07, 17:50
                        > Jim i Jem wymawia się tak samo, różnica polega tylko na zapisie.

                        jeju, gdzie taką wymowę słyszałaś? :O Jim wymawia się przez krótkie i [w
                        zapisie fonetycznym takie i bez kropeczki], Jem przez e [e]. Aż to sprawdziałam
                        w nagraniach LibriVox, z całą pewnościa wymawia się inaczej, i to wyraźnie
                        inaczej.
                        • lilimeye Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 25.07.07, 18:47
                          feverish napisała:

                          > > Jim i Jem wymawia się tak samo, różnica polega tylko na zapisie.
                          >
                          > jeju, gdzie taką wymowę słyszałaś? :O Jim wymawia się przez krótkie i [w
                          > zapisie fonetycznym takie i bez kropeczki], Jem przez e [e]. Aż to sprawdziałam
                          >
                          > w nagraniach LibriVox, z całą pewnościa wymawia się inaczej, i to wyraźnie
                          > inaczej.

                          Co to za nagrania? Dostępne w necie? Słuchowisko czy audiobook? Pytam tyle, bo
                          baaardzo bym chciała posłuchać!!!

                          Co do wymowy, może się mylę, ale wydawało mi się, ze obie wersje wymawia się
                          przez to i bez kropeczki, czyli głoskę będącą czymś pośrednim między i, y i e.
                          Ale skoro słyszałaś wymowę oryginalną to pewnie masz rację :)
                          • feverish Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 25.07.07, 22:55
                            librivox.org/
                            Kolekcja audiobooków. Niektóre są bardzo amatorskie, ale inne naprawdę bardzo
                            przyjemne do posłuchania. Polecam :)


                            a "Jem" wymawia się przez [e] dlatego że to graficznie sylaba zamknięta. i, ale
                            długie [i:], byłoby, gdyby dopisać jeszcze jedno e na końcu (Jeme). Tak jak:
                            Pete - pet
                            gene - gen
                            potencjalne Jeme - Jem
                            wbrew pozorom nawet w angielskim jakieś zasady są :))))




                            a jak już mowa o Jemie, to jeszcze jedno "lost in translation":

                            Anne's House of Dreams: "Instead, let's look at Little Jem. It should be
                            spelled with a G."

                            Gem przez G to klejnot. Wymawia się tak samo jak Jem przez J. W żaden sposób
                            nie da się tego przetumaczyć na polski.
                            • supervixen Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 25.07.07, 23:28
                              Za to Ania sugeruje, że jej syn powinien się nazywać Brylancik, hehe;)
                              • feverish Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 26.07.07, 11:54
                                > Za to Ania sugeruje, że jej syn powinien się nazywać Brylancik, hehe;)

                                o_o
                                ja miałam szczęście trafić na tłmaczenie, gdzie litościwie to zdanie pominięto.
                            • lilimeye Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 26.07.07, 22:09
                              Dzięki, Feverish za audiobooki! Bardzo, bardzo!

                              > wbrew pozorom nawet w angielskim jakieś zasady są :))))
                              Ano, są :) Ja po anglistyce, ale się trochę fonetyki zapomniało... oj, wstyd...
                              trzeba by odświeżyć :)
                      • majself Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 15.09.09, 10:07
                        lilimeye napisała:

                        > Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz, czemu tlumaczone, a nawet pozmieniane są
                        > niektóre imiona, a niektóre nie? Mamy panią Rachel Lynd w oryginale, której
                        > tłumaczka zmienia nie tylko imię, ale też nazwisko i to na niemieckie (!), a z
                        > drugiej strony zostawia oryginalne Ruby, Minnie, czy Jim. Ciekawe skąd ta
                        > niekonsekwencja?

                        To jak byś przetłumaczyła Ruby i Minnie?
                        • lilimeye Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 28.11.09, 22:09
                          Gdybym to ja była tłumaczką zostawiłabym oryginalne imiona. Dawniej jednak
                          zwyczaj był inny i imiona przekładano. Dlatego wydaje mi się trochę dziwne, że
                          skoro tłumaczka nie miała obiekcji, żeby zmienić zupełnie imię pani Rachel
                          Lynde, Leslie, Valancy, Barneya i wielu innych akurat te kilka zostawiła w
                          postaci oryginalnej. Zwykła konsekwencja wymagałaby, żeby tu też zamienić na
                          jakieś polskie imiona, których przecież nie brakuje :)
    • supervixen Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 05.07.07, 09:16
      Taka drobnostka: kwiaty, które Ania dostawała co roku od Jima to nie konwalie!
      Po angielsku nazywają się mayflowers, nie znam polskiego odpowiednika, ale
      wpiszcie w graficzne Google, konwalie to to raczej nie są:)
      • annag1 Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 05.07.07, 09:19
        A czy te kwiaty to nie były czasem pierwiosnki?
        • supervixen Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 05.07.07, 09:46
          Moje poświęcenie dla sprawy nie zna granic po prostu:) Sprawdziłam to:D No i w
          Wymarzonym Domu (kapitan Jim!), Złotym Brzegu i Dolinie Tęczy są konwalie, a w
          Rilli są pierwiosnki:)
          • annag1 Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 05.07.07, 11:51
            Sprawdziłam w słowniku. Mayflower to konwalijka. Ale z drugiej strony wiem, że
            konwalia to lily of the valley. A może konwalia i konwalijka to coś innego? :))
            Ale znalazłam też stronę gdzie jest zdjęcie Canadian Mayflower. Link:
            www.lynnbenevento.com/flower-paintings.htm
            • feverish Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 05.07.07, 13:06
              Wg moich poszukiwań :) mayflower to może być konwalijka dwulistna, przylaszczka
              pospolita, głóg albo po prostu "kwiat majowy".

              Konwalijka dwulistna to coś takiego:
              przyroda.osiedle.net.pl/obrazy/konwalijka_dwulistna.jpg
              Po angielsku znana jest też jako "false lily of the valley".

              Przylaszczka pospolita:
              przyroda.osiedle.net.pl/obrazy/przylaszczka_pospolita.jpg
              Głóg może wyglądać rozmaicie zależnie od gatunku, ale to raczej krzak niż
              kwiatek.

              Natomiast "kwiat majowy" wygląda tak:
              www.weymouthnj.org/Trailing_arbutus.jpg
              Prtzypuszczam, że właśnie o to chodziło LMM, bo to symbol Nowej Szkocji (więc
              na Wyspie Księcia Edwarda pewnie też rośnie). Tylko tłumaczenie "kwiat majowy"
              raczej odpada, bo to zadna nazwa gatunkowa i w Polsce chyba nikt by nie
              wiedział o co chodzi. Jakiejś "profesjonalnej" nazwy tego kwiatu - w necie nie
              mogę znaleść :(

              Mayflower to raczej nie jest pierwiosnek, ale pewnie pojawił się w tłumaczeniu,
              bo w gruncie rzeczy nie wiadomo, co to były za "mayflowers", a "pierwiosnek"
              jest w miarę podobny do tych symbolicznych "mayflowers", nie myli się z
              prawdziwymi konwaliami, no i nazwa dobrze brzmi - zbieranie przylaszczek już by
              nie było takie "romantyczne" ;)))
              • supervixen Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 05.07.07, 14:17
                Feverish, niezwykle pouczające są wyniki Twoich poszukiwań:)

                Ale muszę powiedzieć, że mi się 'przylaszczka' bardzo podoba:D Taka fikuśna
                nazwa:)

                A konwalia mi zawsze tam pasowała... Może dlatego, że był to prezent od Jima
                dla jego matki, a konwalie kojarzą mi się właśnie z dawaniem ich mamie:) Zawsze
                jest ich wysyp w okolicach Dnia Matki, no i moja mama je bardzo lubi:)
                • feverish Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 05.07.07, 15:17
                  dziękuję za wyrazy uznania ;) a kontynuując moje rozważania, jeżli nie można
                  znaleść polskiej nazwy dla tego nowoszkockiego "majowego kwiatu", to chyba też
                  skłaniałabym się w stronę konwalii. Z tego co wyczytalam, przylaszczki i
                  pierwiosnki rosną w Eurazji - o Ameryce ani słowa; natomiast konwalie w Ameryce
                  rosną. Z tego co pamiętam to chodziło o kwiatki z Doliny Tęczy, a zatem dziko
                  rosnące. Konwalie pasują. W oryginale z całą pewnością nie chodziło o konwalie,
                  ale ostatecznie to nie podręcznik do botaniki. Cóż, lost in translation ;)
                  • majself Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 15.09.09, 10:11
                    Dodam, że przecież konwalia JEST kwiatem majowym (konwalia majowa z definicji).
                    Mnie bardzo pasuje, te pierwiosnki zupełnie z pupy.

                    Nb. bardzo pouczający temat!
              • fragrantart Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 21.07.07, 14:26
                Witam wszystkich

                To moze ja jeszcze tak dodam w kwestii sprostowania LMM raczej na pewno chodzilo
                o ta rosline www.netstate.com/states/symb/flowers/images/mayflower.jpg
                poniewaz po pierwsze primo jak juz ktos tu napisal jest ona uznawana za symbol
                Nowej Szkocji, wiec i na Wsypie KE tez pewnie wystepuje, a po drugie primo
                zaproponowane powyzej rosliny nie moga wchodzic w gre dlatego ze ani
                przylaszczka [pospolita m.in. w polskich lasach] jak i konwalijka nie wystepuja
                w ogole [w przynajmniej nie masowo i nie jako naturalne zbiorowiska] na
                terytorium Kanady, no a jak wiadomo glogi to sa duze krzewy lub male drzewa wiec
                tez odpadaja ;-)

                tutaj www.chebucto.ns.ca/Heritage/FSCNS/Scots_NS/New_Scotland/Mayflower.html
                pisza ze "In 1901, by an Act of the Legislature, the Trailing Arbutus (Epigaea
                repens), commonly known as the mayflower, was declared to be the floral emblem
                of Nova Scotia, and to have been so from time immemorial."

                A co do profesjonalnej nazwy kwaitu mayflower to po polsku faktycznie moze nie
                miec on oficjalnego odpowiednika [dlatego ze nie wystepuje on naturalnie w
                Polsce, ani nie jest tez uprawiany jako roslina ozdobna - w kazdym razie na
                pewno nie w PL], natomiast w wersji angielskiej jest to Trailing Arbutus lub po
                prostu Mayflower. Szukajac po jego tzw. lacinskiej nazwie [czyli Epigaea repens]
                nie figuruje on w zadnym polskim podreczniku z roslinami ozdobnymi ani na zadnej
                polsko jezycznej stronie.

                Trailing Arbutus (Epigaea repens), commonly known as the mayflower, was declared
                to be the floral emblem of Nova Scotia

                Tak z ciekawostek - angielsko-jezyczna wikipedia podaje ze jest to gatunek
                plozacego krzewu [czyli roslina okrywowa], z rodziny Wrzosowatych [a wiec
                najprawdopodobniej lubiacy kwasne podloze;)] oraz, ze spotykany jest rowniez w
                centralnej Europie, niestety nie precyzuja gdzie konkretnie
                [en.wikipedia.org/wiki/Epigaea_repens].

                Pozdrawiam wszystkich dociekliwych;-)
                • lilimeye Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 25.07.07, 17:48
                  fragrantart napisała:

                  > Tak z ciekawostek - angielsko-jezyczna wikipedia podaje ze jest to gatunek
                  > plozacego krzewu [czyli roslina okrywowa], z rodziny Wrzosowatych [a wiec
                  > najprawdopodobniej lubiacy kwasne podloze;)] oraz, ze spotykany jest rowniez w
                  > centralnej Europie, niestety nie precyzuja gdzie konkretnie

                  Mayflower to także nazwa statku, którym do Ameryki płn. przybyli pierwsi
                  angielscy osadnicy. I tak sobie myślę, że skoro Anglicy tak nazwali statek, to
                  może ta roślina występuje gdzieś w Wielkiej Brytanii. Chyba, że było odwrotnie i
                  to kwiat otrzymał nazwę na cześć okrętu :)
                  --
                  "Aż do przesady wychwalano wyobraźnię. Biedaczka ta nie może jednak zrobić ani
                  kroku poza granicę nibynóżek."
            • k_linka Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 10.12.07, 21:00
              Wtrace sie bo do ciekawej dyskusji. Epigea repens jest znana jako "pierwiosnek
              kanadyjski" ale z polskim pierwiosnkiem (jak rowniez przylaszczka, konwalia i
              konwalijka) nie jest spokrewniona. Nalezy do rodziny wrzosowatych i z roslin
              rosnacych w Polsce to chyba najbardziej przypomina gruszyczke
              pl.wikipedia.org/wiki/Gruszyczka_okr%C4%85g%C5%82olistna
      • marysia_am Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 09.02.10, 22:13
        Polecam ciekawą stronę:

        www.dobreksiazki.webpark.pl/lmm.htm
        Jest tam też i mayflower :)
        • jadwiga1350 Doktor Stalling 21.03.10, 20:19
          W " Błekitnym zamku"( Nasza Księgarnia)pastor budzący strach w
          Joannie, nazywany jest doktorem Stallingiem. Czy w innych wydaniach
          to też doktor? Bo tak ogólnie w książkach LMM, pastor to po prostu
          pastor, żaden doktor. Może miał doktorat z teologii i stąd ten tytuł?
          Albo pomyłka tłumacza?
          • supervixen Re: Doktor Stalling 21.03.10, 21:32
            W oryginale też jest Dr Stallingiem. Wydaje mi się więc, że jakiś doktorat miał,
            tak na szybko nie znalazłam żadnej informacji, żeby anglikańskich pastorów tak
            nazywano z innego zwyczaju, ale może ktoś zna się na tym i pomoże:)
    • icegirl Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 05.07.07, 14:02
      A jak miała na imię mama Joanny z Błękitnego? Tłumaczenie nieustannie podaje, ż
      Fryderyka, ale Fryderyk bylo imieniem jej ojca, więc należałoby przetłumaczyć:
      Pani Fryderykowa.
      --
      icegirl
      www.icegirl.republika.pl
      • supervixen Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 05.07.07, 14:13
        Matka Joanny to Mrs Frederick Stirling. Nie pamiętam, czy gdzieś padło jej
        imię, ale zdecydowanie była panią Fryderykową. To tak samo jak pani Harmonowa
        Andrews:)

        Ale zauważyć trzeba, że pani Lynde nie była nigdy Mrs Thomas:) No, ale ona była
        w tym małżeństwie chyba bardzo dominująca:)
        • icegirl Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 05.07.07, 15:04
          Padło! Amelia :) Teraz znalazłam.
          • sowca Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 23.11.07, 23:58
            Podnosze wątek, bo coś mnie zaintrygowało i oszołmomiło.
            Znam "Błękitny Zamek" doskonale, czytałam go wielokrotnie, to ejdna
            z moich ukochanych książek... dlatego nie mogę się nadziwić, skąd
            wzięły się te informacje o imieniu matki Joanny? Czy to kwestia
            tłumaczenia? W moim nie ma ani słowa o żadnej Amelii i Fryderyku -
            pani Stirling ma na imię Fryderyka, jej mąż Karol. Wobec tego nalezy
            przyąc imię Fryderyka za poprawne, inaczej bowiem mówiono by o
            niej "pani Karolowa".
      • icegirl Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 05.07.07, 14:24
        A jeszcze co do tłumaczeń. Kiedy ktoś się spytał, co jest największym
        szczęściem, Joanna odpowiedziała, że kichnąć jak ma się ochotę. Oto, dlaczego
        tak odpowiedziała:
        Now, in the Stirling code, it was very bad form to sneeze in public.
        Z tego, co widzę, w Błękitnym Zamku brak nie tylko rozdziałów, ale i zdań.
        • supervixen Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 05.07.07, 14:43
          icegirl, a ja się ostatnio zastanawiałam, w jakiej książce było to o kichaniu:)
          Jak mogłam o Joannie zapomnieć:)

          A zdania, owszem, czasem poginęły w tłumaczeniu.

          Na przykład taki kawałek z rozmowy Ani i Hazel w Szumiących Topolach,
          przezabawny w swej prostocie:

          "Oh, Miss Shirley, can you smell the apple-blosson fragrance?"
          Having a nose, Anne could.
          • lucy-lotta Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 07.07.07, 13:24
            Czytając "Rillę..." dręczy mnie jedno pytanie. W którymś tomie Rilla narzeka,
            że ma takie staromodne imię Marilla i że chciałaby nazywać się Berta. A w innej
            części okazuje się, że najmłodsza córka Blythe'ów nosi imię Berta Marilla. O co
            w tym chodzi???
            • supervixen Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 07.07.07, 13:36
              To wynika z tego, że polska tłumaczka uprościła sobie sprawę:) W oryginale jest:

              "Why couldn't they have called her by her first name, Bertha, which was
              beautiful and dignified, instead of that silly "Rilla"?"

              Czyli tak naprawdę Rilla narzeka, że nie nazywają jej pierwszym imieniem, jakim
              jest Berta... (ale dziwię jej się, Marilla bardziej mi się podoba:))
              • lucy-lotta Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 07.07.07, 13:42
                Ach, to tak! Dziękuję supervixen! A tak na marginesie, mnie też bardziej podoba
                się Marilla :D.
    • supervixen Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 24.07.07, 22:00
      Ach, no i jeszcze mi się przypomniało, że Wtorek to tak naprawdę Poniedziałek:D
      • ab7777 Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 25.07.07, 18:12
        widzę ,że tłumacze sporo pomineli;/
      • yanga Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 25.08.07, 13:06
        Pewnie stało się tak dlatego, że Poniedziałek to aż cztery sylaby -
        stanowczo za długo, jak na psie imię.
        Btw. Co za wspaniałe forum, odkryłam je zupełnym przypadkiem, ale
        teraz będę zaglądać regularnie. Zachęciłyście mnie do przeczytania
        Ani w oryginale, żebym tylko znalazła czas! Ale jestem tak
        przywiązana do tych starych przekładów Bernsteinowej i Zawiszy-
        Krasuckiej, że wybaczam im wszystkie błędy. Czytałam je prawie 60
        lat temu, w czasach, kiedy relacje tłumacz-autor w ogóle nie były
        dla mnie istotne. Wtedy liczyło się tylko to, że po prostu BYŁAM
        Anią (naprawdę tak mam na imię), a moja przyjaciółka Danusia -
        Dianą. Ona to nawet wyglądała jak Diana...
    • nighthrill Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 02.09.07, 12:22
      Zachęcona wątkiem kupiłam dziś dwie części wydane przez WL w 2007 roku - jedna
      to "Ania ze Złotego Brzegu", druga "Wymarzony dom Ani". Pierwszą tłumaczyła
      Aleksandra Kowalak-Bojarczuk, drugą Stefan Fedyński - pierwsze to tłumaczenie
      Ani w wersji męskiej,z którym się spotykam:) Zobaczymy...Oczywiście czytałam już
      te tomy, ale w wersji NK ( tłum. Rozalia Bersteinowa? czy ona tłumaczyła
      wszystkie tomy z tych wydanych pod koniec lat 80., z których każdy miał inny
      kolor?), poza tym akurat te tylko po razie. Pamiętam, że kiedy miałam 11-12 lat,
      to "Wymarzony dom" wydawał mi się najnudniejszą częścią cyklu - żądnych dzieci,
      Ania już dorosła, jakoś tak szaro i smutno, w dodatku Joy umiera...Więc teraz
      dopiero przeczytam drugi raz, a mam 27 lat, więc na pewne sprawy na pewno
      inaczej spojrzę.
      Na razie moja pierwsza, powierzchowna bardzo uwaga co do kupionych dziś tomów
      wydanych przez WL - świetne okładki!( i zachęcająca cena - 14 zł). Ania wygląda
      subtelnie i dużo lepiej, niż ją sobie wyobrażałam, tzn. jest pięknością, a
      wiemy, że należała raczej do osób z charakterystycznym wyglądem, a nie wielką
      urodą:)
      Czy ktoś z Was czytał te tłumaczenia? Ciekawa jestem opinii.

      I na koniec : byłam w Empiku, Matrasie i taniej książce - wszędzie wybór Ań
      niepełny, w wydaniach nie można przebierać, bo było tylko WL. O innych książkach
      Montgomery nie wspomnę - była tylko pierwsza część "Pat" w tłumaczeniu Ewy
      Fiszer. W ogóle to wybrałam się po "Rillę", ale nie sposób jej kupić...
    • pontecorvo Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 17.09.07, 23:49
      Zachęcona w innym wątku do przeczytania wywiadu z Agnieszką Kuc, tłumaczką
      nowego wydania Ani, sięgnęłam po ten tekst. Zdziwiły mnie uwagi o utraconym
      kontekście literackim w tradycyjnym przekładzie i o roli kobiet:
      "Agnieszka Kuc: - W tej książce są m.in. sądy na temat roli kobiet w
      społeczeństwie. Na przykład Marilla jest osobą dość wyemancypowaną jak na
      ówczesne warunki. Na kartach książki wspomniana jest też postać stworzona przez
      pisarkę Mariettę Holley, autorkę cyklu powieści o Samancie Smith Allen. U
      Rozalii Bernsteinowej w ogóle nie ma wzmianki o tej postaci. Literacka Allen
      głosiła postępowe poglądy na temat prawa kobiet do głosowania oraz dostępu do
      edukacji."

      Jak udało się tej Bernsteinowej tyle ominąć?
      • mist3 Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 24.11.07, 13:55
        ja kupiłam ostatnio wszystkie książki wydane przez WL o Ani - te najnowsze
        tłumaczenia. I jakoś lepiej do mnie przemawiają. Te starsze są dla mnie za
        bardzo przesłodzone. No i podoba mi się to, że imiona nie są tłumaczone (ale
        wiem, że to kwestia gustu).
        Faktem jest, że jest to mój powrót do Ani po kilku latach - a więc może zwracam
        uwagę na coś innego. Ale jakoś przy tych nowych tłumaczeniach mam wrażenie, że
        one są robione mniej 'na kolanach.'
        Teraz muszę znowu parę/ paręnaście miesięcy pooszczędzać i kupić sobie w końcu
        Anię w wersji oryginalnej.
    • black_steed Emilka- co z tytułami? 24.11.07, 18:02
      To będzie chyba do tego wątku...?
      Kilka lat temu ktoś dał mi w prezencie cały komplet powieści o
      Emilce. Wydawnictwo Kakadu, czy coś takiego, bardzo ładnie wydane,
      twarda oprawa. Przełożyła Bogumiła Kaniewska.
      Przeczytałam wszystkie III tomy, oczywiście wsiąkłam kompletnie i
      pokochałam :)
      Kiedyś, na jakimś wyjeździe postanowiłam wypożyczyć Emilkę z
      miejscowej biblioteki. I szok! Okazało się, że np. w moich książkach
      przyjaciółka Emilki nie ma na imię Ilsa, ani Ilza, tylko... Elza!
      Podobnie z Tadeuszem Kentem. Jego imię, w innych wydaniach zdrabnia
      się Tadzio. U mnie nie ma Tadzia, jest Teddy lub Ted. Ostatecznie
      przyzwyczaiłam się całkiem do Ilzy/Ilsy, ale do Tadzia już nie
      mogę :-))
      I jeszcze sprawa tytułów.
      Pierwszy tom to "Emilka ze Srebrnego Nowiu". Widziałam też "Emilkę z
      Księżycowego Nowiu. Tom II u mnie nazywa się "Emilka dorasta", ale
      wiem, że istnieje też "Emilka dojrzewa".
      Z trzecim tomem jest najgorzej. Ja mam "Emilka szuka szczęścia".
      Spotkałam się jeszcze z: "Emilka szuka swojej gwiazdy", "Emilka na
      fali życia" i "Dorosłe życie Emilki". Z początku aż strach mnie
      wziął, bo może jakiś tom przeoczyłam :-)) Aż taka różnica w tytułach
      jednej książki?!
      Nurtuje mnie ta sprawa bardzo, przyznam.
      • s.wioletta Re: Emilka- co z tytułami? 26.11.07, 20:59
        Kilkanascie lat temu przeczytalam wszystkie tomy tlumaczenia p.
        Kaniewskiej. Jednak w konfrontacji z innymi przekładami ten stary
        jest do bani - w oryginale milosc Emilki to Frederick Kent, więc
        dlaczego u diabła stał się Tadziem? Poza tym jest sporo pominietych
        epizodow (np. Ilsa przebiera sie za staruszke, aby zazartowac z
        nadetego mlodzieńca - "Emilka dojrzewa")
        Polecam przekład Anny Barbary Ciepłowskiej - lekki i taki "świeży".

        Wioletta.
      • s.wioletta Re: Emilka- co z tytułami? 26.11.07, 21:09

        Jesli chodzi o przeklad tytulu ostatniego tomu "Emily's quest" to
        chyba najtrafniejszy jest ten "Emilka szuka... " choc w tytule nie
        ma ani szczescia ani gwiazdy.
        • black_steed Re: Emilka- co z tytułami? 27.11.07, 15:12
          Dzięki :)) Niestety mój angielski nie pozwala mi poczytać
          oryginału...
          Ale akcja z przebraniem się za staruszkę była. Dobrze pamiętam! :))
          • pontecorvo Re: Emilka- co z tytułami? 28.11.07, 09:49
            Drażni mnie to omijanie przez tłumacza wybranych scen; u mnie np.
            nie było tego epizodu ze staruszką. Naprawdę frustrujące! I jaki to
            ma sens, aby coś ominąć?
            • 1802l Re: Emilka- co z tytułami? 28.11.07, 12:32
              Czasem wydawnictwa tego żądają...
              • pontecorvo Re: Emilka- co z tytułami? 28.11.07, 13:22
                1802l napisała:

                > Czasem wydawnictwa tego żądają...
                Ale dlaczego? Jaki mogą mieć powód?
                • sowca Re: Emilka- co z tytułami? 06.12.07, 17:52
                  Ech, napisalam posta w srodku wątku i nikt na niego nie odpowiada :(
                  więc się buntuję i wklejam go ponownie na koncu, bo mnie to
                  intryguje:D
                  Znam "Błękitny Zamek" doskonale, czytałam go wielokrotnie, to ejdna
                  z moich ukochanych książek... dlatego nie mogę się nadziwić, skąd
                  wzięły się te informacje o imieniu matki Joanny? Czy to kwestia
                  tłumaczenia? W moim nie ma ani słowa o żadnej Amelii i Fryderyku -
                  pani Stirling ma na imię Fryderyka, jej mąż Karol. Wobec tego nalezy
                  przyąc imię Fryderyka za poprawne, inaczej bowiem mówiono by o
                  niej "pani Karolowa".
                  • s.wioletta Re: Emilka- co z tytułami? 11.12.07, 23:50
                    Z oryginalu wynika, ze ojciec Joanny to Fryderyk
                    stirling a matka ma na imie Amelia.

                    (...)"Mrs. Frederick was openly in tears. All her defences were down.

                    "I must tell you," she sobbed, "that Valancy has been acting very
                    strangely for over two weeks now. She hasn't been a bit like herself-
                    -Christine could tell you. I have hoped against hope that it was
                    only one of her colds coming on. But it is--it must be something
                    worse."

                    "This is bringing on my neuritis again," said Cousin Gladys, putting
                    her hand to her head.

                    "Don't cry, Amelia," said Herbert kindly, pulling nervously at his
                    spiky grey hair."(...)
                    Mysle, ze to wina tlumaczenia - zamiast "pani Fryderyka" powinno
                    byc "pani Fryderykowa"
                    • sowca Re: Emilka- co z tytułami? 12.12.07, 18:29
                      No i właśnie - po jaką różyczkę było to zmieniać w polskim
                      tłumaczeniu? Imię Amelia jest niepoprawne politycznie, czy jak?
                      • feverish Re: Emilka- co z tytułami? 14.12.07, 01:17
                        > No i właśnie - po jaką różyczkę było to zmieniać w polskim
                        > tłumaczeniu? Imię Amelia jest niepoprawne politycznie, czy jak?

                        Ja myślę, że tłumacz był albo niedouczony, albo po prostu bardzo
                        zmęczony i nie myślał co robi. Redakcja powinna wyłapywać takie
                        błedy, ale chyba miała podobny problem jak tłumacz.
                        • sowca Re: Emilka- co z tytułami? 06.01.09, 23:45
                          W ogóle przeczytałam jeszze raz przytoczony tu oryginalny fragment i
                          aż mnie zatchnęło z oburzenia. Kim jest Christine? Czy to ta sama
                          osoba co ciocia Tekla? A Gladys? Czy to Georginia? Kto by się
                          spodziewal, ze to w oryginale tak wygląda! Nienaiwdze takiego
                          spolszczania. Jeśli jest w oryginale Ann czy Kate to zrozumiałe, że
                          można przetłumaczyć Ania czy Kasia. Ale żeby zmieniac Christine na
                          Tekle, to trzeba być... (tu włączają się wpojone w dzieciństwie
                          przekonania, że nie nalezy nikogo obrazać)... to trzeba miec
                          wyjątkowo oryginalne przekonania i ekscentryczny umysł. Ewentualnie
                          spaczone poczucie humoru? :p
                          • amelia007 Re: Emilka- co z tytułami? 19.06.09, 10:18
                            I Barneya na Edwarda. Z całym szacunkiem, ale Barney to mi się
                            kojarzy jednoznacznie z Flinstonami, a nie z przystojnym brunetem o
                            tajemniczej przeszłości. Imię Edward pasuje do niego idealnie, ale
                            Barney to tragedia, tragedia!
                            • sowca Re: Emilka- co z tytułami? 20.06.09, 00:08
                              Tyle, ze właśnie w oryginale było chyba Barney :p ale zgadzam się,
                              że Edward to jedyne imię, które pasuje do mojego ukochanego
                              bohatera...
                    • s.wioletta Re: Emilka- co z tytułami? 13.12.07, 08:43
                      W ogóle z tymi tłumaczeniami to parodia. Np. " Emilka dojrzewa" słowo
                      "doughnut" u jednej tłumaczki oznacza orzechy, a u innej -
                      (słusznie) pączki.
                      Ale oczywiscie najbardziej denerwuje zmiana imion bohaterów i
                      pomijanie fragmentów powieści.
                      • sowca Re: Emilka- co z tytułami? 13.12.07, 22:15
                        Jak to, więc to, co Emilce podarował Jimmy, a co skonfiskowała
                        ciotka Ruth i wydawała tylko trochę po obiedzie, to były pączki, a
                        nie orzechy?
                        • s.wioletta Re: Emilka- co z tytułami? 13.12.07, 22:44
                          sowca napisała:

                          > Jak to, więc to, co Emilce podarował Jimmy, a co skonfiskowała
                          > ciotka Ruth i wydawała tylko trochę po obiedzie, to były pączki, a
                          > nie orzechy?

                          W moim tłumaczeniu to były słodycze, w oryginale "snacks" czyli
                          przekąska. Natomiast pączki a nie orzechy zajadał kuzyn Jimmy kiedy
                          Emilka przybyła nocą do Srebrnego Nowiu.
                          • yennefer_z_v Re: Emilka- co z tytułami? 06.01.09, 01:04
                            Witam, Ja tu trafiłam trochę przypadkiem, ale wątek mnie wciągnął, bo od lat jako przykład ciekawostek tłumaczeniowych podaję wszystkim "Emilka dojrzewa" i "Emilka szuka swojej gwiazdy". Wiele lat temu leżałam chora w łóżku i poprosiłam mamę o wypożyczenie wszystkich tomów Emilki poza pierwszym - dostałam podwójnie tom 3. Niby jak mama miała się domyślić, że inwencja tłumaczy jest aż tak niezmierzona.
                            Ale przynajmniej miałam szansę porównać tłumaczenia. I do dziś nie wiem, co Emilka sobie kupiła za zarobione (?) pieniądze (nie pamiętam szczegółów, ale była sytuacja tego typu). W jednej wersji były to zebrane dzieła jakiegoś pisarza. W drugiej... porcelana.
                            • supervixen Re: Emilka- co z tytułami? 06.01.09, 16:46
                              Emilka kupiła 'a set of Parkman'.

                              W moim starym tłumaczeniu z KAW tłumaczka kilka pierwszych wzmianek
                              o Parkmanie zupełnie przemilcza - po prostu tych zdań nie tłumaczy.
                              Dopiero pisząc o tym, jak Emilka wydała pieniądze zarobione
                              na "Kobiecie..." wspomina, że Emilka kupiła za nie między innymi
                              serwis porcelanowy. Jestem w stanie zrozumieć, że tłumaczka mogła
                              nie wiedzieć, kto to był ten Parkman, ale mogła się domyślić, że
                              chodziło o JAKIEŚ książki - bo LMM pisze, że nawet po latach 'set of
                              Parkman' był Emilce droższy niż inne książki w jej biblioteczce. I
                              że był 'frayed' - co raczej trudno powiedzieć o porcelanie... No ale
                              w każdym razie tłumaczka w ogóle gubi kontekst i nie wiadomo w tej
                              wersji, że ten Parkman był też nagrodą w konkursie poetyckim i
                              zgarnęła go podła Ewelina.


                              Wydaje mi się, że chodziło o dzieła tego pana:
                              en.wikipedia.org/wiki/Francis_Parkman
      • lucy-lotta Re: Emilka- co z tytułami? 09.12.07, 11:26
        black_steed napisała:

        > Pierwszy tom to "Emilka ze Srebrnego Nowiu". Widziałam też "Emilkę
        z
        > Księżycowego Nowiu. Tom II u mnie nazywa się "Emilka dorasta", ale
        > wiem, że istnieje też "Emilka dojrzewa".
        > Z trzecim tomem jest najgorzej. Ja mam "Emilka szuka szczęścia".
        > Spotkałam się jeszcze z: "Emilka szuka swojej gwiazdy", "Emilka na
        > fali życia" i "Dorosłe życie Emilki". Z początku aż strach mnie
        > wziął, bo może jakiś tom przeoczyłam :-))

        Co do pierwszego tomu, to muszę się zgodzić, że są dwa tytuły. Ja
        osobiście przepadam za KSIĘŻYCOWYM Nowiem - ta nazwa bardziej mi się
        podoba. Co do tomu II to tytułów jest cztery jak nie więcej: Emilka
        dojżewa, Emilka dorasta, Emilka szuka swojej gwiazdy, kiedyś
        widziałam, że było w przygotowaniu "Poszukiwania Emilki", ale coś
        takiego chyba nigdy nie wyszło. Jeśli chodzi o trzecią - ja mam
        Dorosłe życie Emilki, czytałam także Emilkę na falch życia i
        widziałam Emilka szuka szczęścia :) :) :)
    • pontecorvo Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 04.12.08, 13:54
      Właśnie tak sobie myślę, w związku z sąsiednim wątkiem: LMM a realia polskie
      (kwestia I wojny w Rilli) i w ogóle o jakichkolwiek wzmiankach o PL w jej
      książkach i przyszła mi do głowy ta scena, gdy Zuzanna czyta gazetę o
      doniesieniach wojennych i zdaje się pojawia się Przemyśl (?), Zuzanna buntuje
      się, jak to nie można normalnie przeczytać takich "nienormalnych" nazw:) Czy
      wiecie, jak to w oryginale brzmi? Czy faktycznie ten Przemyśl tam się pojawia?
      • supervixen Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 04.12.08, 14:02
        Jest Przemysl, Lodz i Warsaw;) A także taki fragment (mam niejasne
        wrażenie, że go nie ma wersji NK, ale moge się mylić):

        "Could you not?" said Susan. "Well, Sophia Crawford, I felt as if I
        could ask anyone to go when I read last night that there were no
        children under eight years of age left alive in Poland. Think of
        that, Sophia Crawford"--Susan shook a floury finger at Sophia--"not--
        one--child--under--eight--years--of--age!"
        • pontecorvo Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 04.12.08, 14:13
          Dzięki Supervixen za błyskawiczną odpowiedź, to się często nie zdarza na tym
          (moim ulubionym zresztą) forum:))

          No - czyli faktycznie, o istnieniu PL LMM wiedziała, chociaż, w 1914 r. to
          Polski tak właściwie w sensie politycznym nie było, prawda? Chociaż właściwie,
          to pojawiają się nazwy miast polskich, a sama nazwa PL nie pada, prawda? Czy
          wiedziała o naszej historii? W końcu była wykształcona i oczytana, więc chyba
          tak (???)

          Co do Twego przywołanego fragmentu, to coś mi świta, ale musiałabym (po pracy)
          zajrzeć do Rilli z NK, wiem, że dialogi Zuzanny z Zofią były pełne tego
          niepowtarzalnego uroku mieszaniny ponuractwa i optymizmu, ale z tymi dziećmi
          poniżej 8 roku? Czy coś było? Trzeba sprawdzić!

          Dzięki raz jeszcze za przywołany fragment.
          PS. Cieszę się z przywołania tego wątku (że był powód), bo uważam go za
          nadzwyczaj ciekawy, a był już blisko "degradacji" do czeluści netu:))
          • klymenystra Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 04.12.08, 17:29
            Pamietam, ze w pewnym momencie Zuzanna albo Ania, nie pamietam, mowi, ze Polakom
            (i chyba Francuzom tez) ichniejsze nazwy moga wydawac sie dziwne. Czyli ze narod
            polski istnial w swiadomosci LMM.
            • supervixen Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 04.12.08, 21:00
              Tylko że po raz kolejny w oryginale jest inaczej:)

              "These foreign names are far from being decent, in my opinion," said
              disgusted Susan.

              "I dare say the Austrians and Russians would think Saskatchewan and
              Musquodoboit about as bad, Susan," said Miss Oliver.

              Nie ma nic o Polakach, a Polsce jest ta jedna wzmianka, którą już
              przytoczyłam.

              Aha, i z polskich nazw były jeszcze Mlawa i Bzura:)
        • klymenystra Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 04.12.08, 17:28
          O ile pamietam, to ona tam mowi o Rosji, nie o Polsce. W moim tlumaczeniu :D
          • cahir4 Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 05.12.08, 23:20
            w moim też o Rosji (ciekawa zmiana swoją drogą) i o dzieciach, o ile dobrze
            pamiętam, poniżej lat pięciu, nie ośmiu
            • spinelli swiadomosc istnienia Polski:) 06.12.08, 19:28
              pamietajcie, ze gdy LMM pisala Rille "Ania z Zielonego Wzgorza" byla juz
              przetlumaczona na jez. polski.

              I Wojna Swiatowa wywarla straszne pietno na psychice pisarki, sledzila na mapie
              ruchy wojsk, niektore fragmenty Rilli sa jak wyjete z jej pamietnikow.
              • supervixen Re: swiadomosc istnienia Polski:) 06.12.08, 20:14
                Śledziła, i tym bardziej mnie dziwi wzmianka o Polsce, której wtedy
                nie było. (A jednocześnie o polskich nazwach mówi w kontekście
                Rosjan i Austriaków)

                Spinelli, pamiętasz może jak to z tą polskością było w pamiętnikach?
                • spinelli Pamietniki 06.12.08, 21:37
                  Dec. 7, 1914

                  A "Globe" headline to-day was "The Germans Capture Lodz"
                  This war is at least extending my knowledge of geography. Six months ago I did
                  not know where was such a place in the world as Lodz. (...) Today, the news that
                  the Germans have captured it in their second drive for Warsaw made my heart
                  sink into my boots. I know all about it now - its size, its standint, its
                  military significance. And so of scores of other places whose namews have been
                  lettered on my memory in blood since that fateful 4fth of August - Mlawa, Bzura,
                  Jaroslav, Tomaskowff, Yser, Lys, Aisne, Marne, Prysmysl(!) A t the last
                  mantioned the newspaper with have been poking fun since the siege of it began.
                  Nobody seems to know how it is pronounced. I daresay the Austrians would thin
                  that Saskatchewan and Musquodoboit were about as bad.

                  Czyli jest wspomniana Lodz, Mlawa itd i oczywiscie Przemysl, z ktorej to nazwy
                  wszyscy robili sobie zarty bo nikt nie wiedzial jak ja wymowic.
                  Co odzwierciedla rozmowa Susan z kuzynka Sofia Crawford


                  Potem, Dec. 12, 1914

                  To-day's war news was better than it has been for some time - the second German
                  invasion of Poland seems to have been definitely chcecked. Ever since it began -
                  a fortnight of so ago - I have been racked with dread. If Germany should smash
                  Russia and then hurl her victorious..... (...)

                  Czyli jest o Polsce w kontekscie Rosji, LMM przezywa napad na Polske
                  jednoczesnie wiedzac, ze jesli powiodlby sie to bylaby to porazka Rosji.
                  • spinelli i tutaj to znamienne zdanie o dzieciach 06.12.08, 21:40
                    czyli znow Rilla jest odbiciem pamietnikow. LMM pisze w swoim dzienniku 21
                    marca, 1916 roku:

                    I read a horrible statement in a peper the other day. It hautns me. Wen I cannot
                    sleep at nights it tears my soul. "No child under eight years of age is left
                    alive in Poland. They have all perished from starvation or exposure". And this
                    is the year 1916 in the Christian era!
                    • capriglione Re: i tutaj to znamienne zdanie o dzieciach 24.02.09, 11:54
                      spinelli napisała:

                      "No child under eight years of age is left
                      > alive in Poland. They have all perished from starvation or exposure". And this
                      > is the year 1916 in the Christian era!

                      A nie mogła wiedzieć, co przyniosą kolejne lata (39-45)... Dla jej wrażliwości
                      chyba to i lepiej.
        • zawsze.aliks Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 15.04.09, 21:48
          A w Ani z Zielonego Ania deklamuje wiersz "Upadek Polski" i uznaje
          go za bardzo przejmujacy.
          • mamalilki Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 05.05.09, 23:15
            No i stało się. Przez Was kupiłam Rillę (akurat wyprzedawali, zapłaciłam 5 zł. 5
            zł za Rillę?!) w nowym tłumaczeniu. Nie rozumiem tendencji, żeby spolszczyć to,
            co było angielskie (Mary Vance jest Marysią, Jim jest Kubą) i zangielszczyć to,
            co dawniej zostało spolszczone (Jaś jest Jimsem, Krzyś Kenem, Ewa Leslie itd).
            Ze zdumieniem przeczytałam zagubione w tłumaczeniu trzy (!!!) rozdziały. Nie
            widzę powodu (poza krytyką Lenina) dla którego wyleciały. I w ogóle chyba juz
            jestem za stara na takie numery, żeby Blythowie robili sobie wycieczki
            samochodem i oglądali aeroplany. Chyba zostanę przy dawnych wersjach, nawet
            jeśli mają swoje potknięcia :-)
            • spinelli Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 06.05.09, 04:21
              Wyjasnij prosze, bo nie pamietam juz Rilli w polskim tlmaczeniu. Czy w
              dawniejszych wydaniach nie bylo tych rozdzialow o Leninie a pojawily sie dopiero
              w tym, tak?
              Te tlumaczenia imion faktycznie idiotyczne. Czy kiedy mowisz o Jimie to chodzi o
              najstarszego syna Blythe'ow? W oryginale mowiono na niego zdrobniale Jem. Od
              James (co moze tlumaczyloby odrobine tego Kube jako, ze James to polska wersja
              Jakuba).
              I o co chodzi z tym samolotem i samochodem bo w oryginale byly. Czyzby we
              wczesnych tlumaczeniach Rilli ich nei bylo?

              Zobowiazana wielce:)
              Spin



              mamalilki napisała:

              > No i stało się. Przez Was kupiłam Rillę (akurat wyprzedawali, zapłaciłam 5 zł.
              > 5
              > zł za Rillę?!) w nowym tłumaczeniu. Nie rozumiem tendencji, żeby spolszczyć to,
              > co było angielskie (Mary Vance jest Marysią, Jim jest Kubą) i zangielszczyć to,
              > co dawniej zostało spolszczone (Jaś jest Jimsem, Krzyś Kenem, Ewa Leslie itd).
              > Ze zdumieniem przeczytałam zagubione w tłumaczeniu trzy (!!!) rozdziały. Nie
              > widzę powodu (poza krytyką Lenina) dla którego wyleciały. I w ogóle chyba juz
              > jestem za stara na takie numery, żeby Blythowie robili sobie wycieczki
              > samochodem i oglądali aeroplany. Chyba zostanę przy dawnych wersjach, nawet
              > jeśli mają swoje potknięcia :-)
              • mamalilki Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 06.05.09, 13:25
                No właśnie dopiero z tego wątku się dowiedziałam, że dawne tłumaczenie nie ma 3
                rozdziałów: o oświadczynach Księzycowego brodacza, Oczekiwanie (taki pełen
                niepokoju rozdział o listopadzie 1917) i Czarna niedziela (O wiośnie 1918 i o
                tym jak dostali wiadomość , że Niemcy ostrzeliwują Paryż). Tam są wzmianki o
                Rosji i Leninie, wątek z samochodem i małżeństwem Zuzanny.
                Wiem że Jim to naprawdę Jakub. nawet kiedy się rodził było w polskim tłumaczeniu
                że dostał imiona Jakub Mateusz. Ale Jim do niego bardziej pasowało niż Kuba...
                Wiele szczegółów było pominiętych w dawniejszym tłumaczeniu. Np o tym że Flora
                (ukochana Jima) pojechała do Anglii jako sanitariuszka a on przyjeżdzal do niej
                na urlopy. W polskiej Rilli było że żegnają się pocałunkiem (przy wszystkich - i
                to bylo wydarzenie na cale Glen) a po 4 latach rozłąki niemal od razu są
                przygotowania do ślubu. Teraz już wiem, kiedy mieli czas rozwinąć znajomość :-)
                • aga.andro Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 06.05.09, 13:59
                  Co do rozwoju znajomości Jima i Flory - to myślę, że przyjaźniąc się od
                  dzieciństwa mieli na to dość czasu ;) A po wojnie szybko założyli rodzinę i
                  płodzili dzieci, coby wyrównać bilans strat...
              • klymenystra Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 10.05.09, 18:11
                Ja mam takie wydanie (cala seria, bardzo charakterystyczna), gdzie rowniez
                bardzo wiele zostalo pominiete. Oryginal czytalam z duzym zdumieniem :)
                • spinelli Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 11.05.09, 17:36
                  klymenystra napisała:

                  > Ja mam takie wydanie (cala seria, bardzo charakterystyczna), gdzie rowniez
                  > bardzo wiele zostalo pominiete.<

                  Moja "Rilla" o ile pamietam byla wydana przez Klasyke Mlodych (razem z "Mloda
                  Gwardia" i "Jak hartowala sie stal") musialy wiec byc te rozdzialy z krytyka
                  Lenina pominiete:)
                  • jadwiga1350 Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 11.06.09, 10:51
                    Mam takie małe pytanko:jakie imiona w oryginale nosi ciotka
                    Gilberta? W wersji ktorą czytałam jest Mary Maria, co mnie zawsze
                    irytowało, bo to przecież Maria Maria.

                    Jak to było z Zuzanną Baker? Wyszła w końcu za mąż,czy nie?
                    • mamalilki Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 11.06.09, 17:34
                      Nie wyszła, bo oświadczył jej się Księżycowy Brodacz! Wyrzuciła go z domu rzecz
                      jasna. Rozdział "Miodowy miesiąc" jest tylko o wakacjach jakie spędzała u kuzynki.
                    • spinelli Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 11.06.09, 20:54
                      jadwiga1350 napisała:

                      > Mam takie małe pytanko:jakie imiona w oryginale nosi ciotka
                      > Gilberta?<


                      Tak wlasnie: Mary Maria. Poniewaz u nikogo w ksiazce nie wzbudalo to zdziwienia
                      (a w Glen St. Mary nic co dziwne nie uchodzilo uwadze) wiec pewnie bylo to
                      normalne. Byc moze Mary Maria miala dwie babki o takich imionach i zeby zadnej
                      sie nie narazic nadano jej dziwaczny zlepek imion. A moze obie byly Mary wiec
                      zeby juz zupelnie nie bylo dziwacznie to jedno imie zamieniono na Maria:)
                      • turzyca Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 14.01.10, 22:07
                        > Tak wlasnie: Mary Maria. Poniewaz u nikogo w ksiazce nie wzbudalo to zdziwienia

                        Na podstawie mieszkania w Niemczech i obserwacji, ze dla nich Anne, Anna, Anja i
                        Anke to sa cztery zupelnie rozne imiona (podobne, ale rozne), zakladam, ze u
                        Anglosasow moze byc podobnie. Mysle, wiec ze mogli widziec jakies podobienstwo,
                        a bardziej zorientowane filologicznie osoby znac wspolny zrodloslow, ale
                        sytuacja jest mniej wiecej taka jak dla nas z kobieta o imionach Olga Helga.
        • majself Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 15.09.09, 10:25
          Ten fragment w moim tłumaczeniu dotyczył... Rosji.
          Pamiętam, że się trochę dziwiłam, jakim cudem w całej wielkiej Rosji umarły
          wszystkie dzieci do lat ośmiu.

          "— Ja tam, Zofio Crawford, czuję, że każdego bym namówiła po przeczytaniu
          wczorajszych wiadomości o tym, że w Rosji powymierały wszystkie dzieci do lat
          ośmiu. Pomyśl tylko, Zofio Crawford — Zuzanna podniosła w górę wskazujący palec
          prawej ręki — wszystkie — dzieci — do — lat — ośmiu!"
          Tłum. Krasuckiej.
    • spinelli Dog Monday czyli Wtorek:) [czyli Piatek:)] 22.06.09, 21:51
      Wtorek to w oryginale Dog Monday (nie mowiono o nim Monday tylko wlasnie Dog
      Monday tak jak Pietaszek nie byl zwany Friday tylko Man Friday).

      Tlumacz tlumaczac poniedzialek na wtorek winien jest zmiany faktu historycznego
      jakim byl dzien znalezienia psa:)
      • soova Re: Dog Monday czyli Wtorek:) [czyli Piatek:)] 29.06.09, 18:57
        spinelli napisała:

        > Tlumacz tlumaczac poniedzialek na wtorek winien jest zmiany faktu historycznego
        > jakim byl dzien znalezienia psa:)

        To jedna z tych rzeczy, którą tłumaczowi literackiemu wolno uczynić. Imię dla psa w każdym języku powinno być krótkie (a podobno także i mieć "r" w środku), mamy więc do wyboru albo wierność oryginałowi, zupełnie tutaj moim zdaniem niepotrzebną, i pozostawienie przetłumaczonego na polski i absolutnie w polskich warunkach nieprawdopodobnego imienia dla psa "Poniedziałek" albo zastapienie go innym imieniem, w miarę możliwości najbliższym kontekstowo. Wybór "Wtorka" jest tu moim zdaniem ze wszech miar słuszny i trafny.
        • spinelli Re: Dog Monday czyli Wtorek:) [czyli Piatek:)] 29.06.09, 19:50
          soova napisała:


          > To jedna z tych rzeczy, którą tłumaczowi literackiemu wolno uczynić.
          --


          zgadzam sie z Toba calkowicie, zamiescilam to bardziej jako humorystyczna
          ciekawostke:)
          • sowca Re: Dog Monday czyli Wtorek:) [czyli Piatek:)] 05.06.10, 23:31
            Ostatnio czytam "Emilkę" i do szału doprowadza mnie pewna maniera
            tłumaczki. Chodzi mianowicie o sytuację, kiedy chce się wyrazić, że
            coś ma zrobić człowiek. Na przykład: "Jak człowiek dużo ćwiczy, to
            się nauczy" (zdanie nie z książki, tylko wymyślone na potrzeby
            chwili :P). Otóż w podobnych zdaniach w "Emilce" słowo "człowiek"
            jest w takim zdaniu w cudzysłowie.
            Nie wiem, czy ktoś zrozumiał, o co mi chodzi :P
            Jak nie, to wrzucę tutaj dosłowny cytat.
            • sowca Re: Dog Monday czyli Wtorek:) [czyli Piatek:)] 05.06.10, 23:32
              Oczywiście miało być:
              Otóż w podobnych zdaniach w "Emilce" słowo "człowiek" jest w
              cudzysłowie.
            • supervixen Re: Dog Monday czyli Wtorek:) [czyli Piatek:)] 06.06.10, 08:28
              Wrzuć, to będzie łatwiej zlokalizować ;) A jakie to tłumaczenie?
    • yo-a-ko Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 17.06.10, 20:25
      Właśnie czytam w oryginale "Emilki" - i porównuję z tłumaczeniem Marii
      Rafałowicz-Radwanowej... I nie pojmuję, czemu MRR, jakoś tak bez sensu zupełnie,
      zmieniała treść niektórych zdań i wątków... O komplecie książek, który zamieniła
      na serwis - już ktoś tu pisał. Ja dodam, że zapach gotowanej kapusty (mimo
      którego Emilka nie mogła otworzyć okna w pokoju u ciotki Ruth) zamieniła na
      ...jesienne wonie, list "Ode mnie czternastoletniej do mnie
      dwudziestoczteroletniej" - na "czterdziestoletniej" (może to pierwsze za długie
      było?)... i jeszcze parę takich kwiatków by się znalazło, łącznie ze
      wspomnianymi już na forum pączkami zamienianymi na orzechy...
      I jeszcze jedna rzecz... W oryginale ciotka Ruth zwraca się do Emilki per
      "Em'ly"... Jak byście to przetłumaczyły na polski? Emila? Milu?
      • marysia_am Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 17.06.10, 22:50
        Ja jestem za Emilą :). Skoro Ruth Dutton "zjada" samogłoskę, to na
        dobrą sprawę, po naszemu też tak można, a przy tym sens imienia
        zachowuje się.

        Przypomniał mi się jeszcze jeden tłumaczeniowy kwiatek (ale z innej
        powieści) - "Szczurołap". Nie wiem, czy już kiedyś na forum ktoś
        pisał o tym, więc na razie nie dodam nic więcej :D...
      • supervixen Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 21.06.10, 00:09
        Część, jak pączki/orzechy to chyba z niewiedzy po prostu.
        Ale z tymi książki to nie wiem, już pisałam kiedyś, że można się było domyślać z
        kontekstu, że były to JAKIEŚ książki, nawet jeśli tłumaczka nie miała jak
        dowiedzieć się, jakie konkretnie. W każdym razie nijak z tekstu nie dało się
        wykoncypować, że miałaby to być porcelana.


        Ale jak dla mnie i tak najgorsza jest przeróbka niedoszłego pocałunku Emilki i
        Tadzia po uratowaniu Emilki od tamtego szaleńca - bo tu już ani pomyłka, ani
        niedostępność źródeł, a zwykłe cenzorskie zapędy.
        • yo-a-ko Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 21.06.10, 09:53
          Cenzorskie zapędy - oj, taaaak!
          Raz po raz wyłapuję takie zapędy MRR i licho mnie bierze!
          Poza wiadomym pocałunkiem z Tadziem (uhhh!) - choćby dwie inne rzeczy: raz, w
          trzeciej części Ilza mówi Emilce, że + - "Teddy did not kiss me for goodnight"
          (no, ten sens), co MRR tłumaczy jako "pożegnanie bez pocałunku W CZOŁO", dwa -
          Dean, patrząc na + - czternastoletnią Emilkę myśli "how kissable is the sweet
          red curve of her mouth", a MRR pisze o "słodkich puruprowych usteczkach"...
    • yo-a-ko Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 17.06.10, 22:06
      I jeszcze jedna rzecz, kt-a mnie w przekładzie MRR dziwi: otóż w ogóle nie
      pojawia się u niej nazwa domu, w którym mieszka Tadzio z matką (Tansy Patch) ani
      osady, z której pochodzi Perry - Stovepipe Town. Szczególnie brak mi tego ST,
      przez innego tłumacza pięknie, moim zdaniem, przełożone jako Piecykowa Rura :-)
      Toż ta nazwa wszystko mówi o wykwincie mieszkańców tego sioła! :-)))

      A pan Carpenter mówi do Emilki per "Jade".
      Czemu tak, czy ktoś wie?
      • marysia_am Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 17.06.10, 23:59
        "Tansy Patch" - Wrotyczowy (i słusznie, bo "tansy" to wrotycz") Łan
        u Grzybowskiej, Zakątek Złocieni (okropne!) u Kaniewskiej,
        Wrotyczowa Polana u Ciepłowskiej. Tylko ta "path" jakaś
        niezdecydowana ;) Rafałowicz wymyśla za to las...

        Taaak...Rurkowo, Rurowiec to nic w porównaniu z Piecykową Rurą!

        Co do "jade" - wyszukałam w starym słowniku, że w dawnym użyciu w
        sensie pejoratywnym lub żartobliwym znaczyło "kobieta". Może więc,
        pan Carpenter mówi: "Kobieto, dla dziesięciu sprawiedliwych Sodoma
        została oszczędzona"... Sama nie wiem...
        • sentslaue Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 18.06.10, 17:03
          Date: 14th century
          1 : a broken-down, vicious, or worthless horse
          2 a : a disreputable woman b : a flirtatious girl
          • marysia_am Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 18.06.10, 22:42
            Znaczenie nr 1 i 2 raczej odpada :D.
            Oto czego doszukałam się na www:

            "Jade is old contemptous slang for an old woman."

            " "worn-out horse," late 14c., possibly from O.N. jalda "mare," from
            Finno-Ugric (cf. Mordvin al'd'a "mare"). As a term of abuse for a
            woman, it dates from 1560."

            "3.A young woman: used in irony or playfully."


            Jestem jednak za tym, że pan Carpenter używał tego w
            znaczeniu "Kobieto!", używając go trochę ze zniecierpliwieniem,
            trochę z lekceważeniem doświadczonego, a trochę z rozbawieniem.
            Zwłaszcza że używa go w takich zdaniach, jak: "Jade, get a spoon and
            learn to cook!" albo "Jade, it will be time ten years from now for
            you to be writing books.", "Jade, for ten righteous men Sodom had
            been spared."
            • sentslaue Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 19.06.10, 09:12
              znalazłam gdzieś :jade" - "szelmutka"
              • yo-a-ko Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 20.06.10, 12:06
                Ciekawe rzeczy piszecie na temat "jade" :-)
                Ja bym obstawiała wersję: young woman: used in irony or playfully, i chyba
                najbliższe temu wydawałoby mi się polskie "kobieto"...

                A co do Em'ly - mnie też pasuje najbardziej "Emila", bo - w moim odczuciu
                "Emilka, Emilia" mają w sobie wdzięk i finezję, której brakuje "Emili", i
                używanie takiej właśnie "niefinezyjnej" wersji bardzo mi posuje do ciotki
                Ruth... Tyle - że jak to w wołaczu ująć? "Emilo" czy "Emilu" brzmiałoby, wydaje
                mi się, sztucznie (a to drugie to w ogóle - jak do faceta, Emila ;-), a "Emila"
                (np "Emila, nie bądź impertynentką") jakoś - zbyt wspólcześnie?

                @Marysia-am, pisałaś o "Szczurołapie", ale w innej powieści... Czyli - jak
                rozumiem, to nie Saucy Sal została Szczurołapem? :-) W ogóle, gdy czytałam teraz
                oryginał, dłuższą chwilę mi zajęło ogarnięcie faktu, że MRR zmieniła Saucy Sal
                płeć ;-) Ale - wybaczam jej to ;-))) bo jakoś ogromnie lubię imię Nieznośnik :-)
                dla - no, własnie, takiego "pazurzastego" kota...
                • marysia_am Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 21.06.10, 12:54
                  Jeśli by odnieść się do polskiej deklinacji, to w wołaczu "Emila"
                  powinno brzmieć: "Emilo!".

                  A "Szczurołap" to "The Piper" z ostatnich dwóch części cyklu o Ani -
                  w innych tłumaczeniach "Grajek" i (moje ulubione i
                  właściwe) "Kobziarz".
                  Słowo "piper" odnosi się do

                  - "bagpipe player",
                  - "1. One who plays the bagpipe.
                  2. One who plays on a pipe".

                  Ten Szczutołap wziął się prawdopodobnie stąd, że istniały niegdyś
                  osoby, które zajmowały się deratyzacją za pomocą jakichś fujarek -
                  melodia miała wywabiać z kryjówek gryzonie. Na własne uszy słyszałam
                  opowieść z ust starszej osoby o takich ludziach; od razu wtedy
                  zrozumiałam tego szczuraołapa :).
                  • yo-a-ko Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 21.06.10, 16:39
                    Kobziarz, ten tytułowy, z ostatniego rozdziału "Doliny Tęczy" - SZCZUROŁAPEM??!!
                    O, matko! mogą się przy tym schować te różne orzechy/pączki, pęciny, mrożone
                    kremy i zmieniona płeć Saucy Sal ;-)

                    Też słyszałam o takiej profesji "wywabiacza szczurów", i w sumie widzę analogię
                    pomiędzy takowym, a kobziarzem, z którym ruszają gromadą na wojnę młodzi
                    mężczyźni... Ale to ich - tychże mężczyzn - jakoś do szczurów przyrównuje, i to
                    już mi zgrzyta!
                    • marysia_am Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 21.06.10, 17:51
                      Dokładnie ten sam. Tego "Szczurołapa" wymyśla Kaniewska
                      w "Dolinie...", a potem powtarza Dorożalska w "Rilli...". Całkiem
                      możliwe, że w angielskim te samo słowo służyło jako określenie
                      profesji deratyzatora, ale takie tłumaczenie, kiedy mamy piękny
                      polski odpowiednik, to już skrajna ignorancja. A może raczej wielki
                      brak wyobraźni. A jak to w tekście razi po oczach!
                      Taki piękny wzruszający wątek, a tak okropnie sprofanowany.
                      • klymenystra Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 21.06.10, 18:06
                        O.o Zaszokowalyscie mnie. Najwczesniejsza wersja basni o postaci, ktora ratuje miasto od szczurow, a gdy nie doczekuje sie wdziecznosci od wladz - za pomoca swego grania wyprowadza z miasta wszystkie dzieci - miala tytul "Szczurolap". Potem trafilam na "Srokaty flecista z Hamelin", a dopiero w Dolinie Teczy na Kobziarza. Wiec Kaniewska nic nie wymyslila, tylko prawodpodobnie sugerowala sie jedna z wersji basni. Do ktorej i ja jestem najbardziej przywiazana i Kobziarz mnie draznil i nadal drazni.
                        • marysia_am Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 21.06.10, 19:04
                          "[...] he loved the stories of the Pied Piper and the San Greal."

                          Owszem, LMM odwołuje się do legendy "Pied Piper of Hamelin". Moim
                          zdaniem tłumaczka powtarza niefortunne tłumaczenie angielskiego
                          określenia bohatera/tytułu tej legendy. "Piper" to ktoś, kto gra na
                          instrumencie (kobzie, dudach, fujarce). LMM pisze: "Pied Piper" -
                          pstrokaty/srokaty kobziarz/dudziarz/grajek. Polskie "szczurołap"
                          bierze początek z dosłownego tłumaczenia niemieckiego tytułu: "Der
                          Rattenfänger von Hameln", a w angielskim języku określenie tej
                          profesji to "rat-catcher".

                          Ot, językowa plątanina...
                          • klymenystra Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 21.06.10, 19:26
                            Platanina, ale skoro basn jest niemiecka, to szczurolap jest najbardziej logiczny :) Poza tym nie ma sie co dziwic szczurolapowi, jesli tlumaczce najbardziej znana byla wlasnie ta wersja. Ja tez, tlumaczac, przywoluje najbardziej dla mnie znajome klisze i odwolania do kultury - dla innych niekoniecznie oczywiste.
                    • supervixen Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 21.06.10, 20:08
                      > Też słyszałam o takiej profesji "wywabiacza szczurów", i w sumie widzę analogię
                      > pomiędzy takowym, a kobziarzem, z którym ruszają gromadą na wojnę młodzi
                      > mężczyźni... Ale to ich - tychże mężczyzn - jakoś do szczurów przyrównuje, i to
                      > już mi zgrzyta!

                      Nie, nie, to nie jest porównanie ludzi do szczurów :) W Baśni, o której pisze
                      Klymenystra, szczurołap, któremu mieszkańcy miasta nie zapłacili za wykonaną
                      usługę, wyprowadza z tego miasta dzieci.
                      • yo-a-ko Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 25.06.10, 19:45
                        > Nie, nie, to nie jest porównanie ludzi do szczurów :) W Baśni, o której pisze
                        > Klymenystra, szczurołap, któremu mieszkańcy miasta nie zapłacili za wykonaną
                        > usługę, wyprowadza z tego miasta dzieci.

                        Ha, faktycznie - na tle tej baśni szczurołap zaczyna być jak najbardziej na
                        miejscu... A i przestaje mieć rację bytu moje "szczurowe" skojarzenie :-) (co
                        nie zmienia faktu, że jestem przywiązana do Kobziarza, i Szczurołap mi zgrzyta ;-)
                  • ananke666 Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 21.07.11, 12:23
                    > A "Szczurołap" to "The Piper" z ostatnich dwóch części cyklu o Ani -
                    > w innych tłumaczeniach "Grajek" i (moje ulubione i
                    > właściwe) "Kobziarz".

                    No, właściwe to na pewno nie. Kobza to instrument strunowy.
                    • jottka Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 21.07.11, 13:46
                      a oto pouczająca linka:

                      www.dudziarz.art.pl/dudy.html
                      on dudziarz jest, ale szczurołap z niemieckiego podania o szczurołapie z hammeln gra na flecie, o ile mnie pamięć nie myli:)
                      • jottka Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 21.07.11, 13:58
                        pl.wikipedia.org/wiki/Flecista_z_Hameln
                        tak na wszelki wypadek, bo chyba nie jest to znana baśń, jak wynika z wątku - wiki tłumaczy to jako "flecistę z hammeln", ale jako żywo całe życie w literaturze spotykałam określenie "szczurołap" i przeróżne odniesienia do niej, bo to jednak szalenie znany tekst jest. a ostatnio w "dziewczynce w baśniowym lesie" peju czytałam ponurą analizę zasadzającą się na trafności porównania dzieci do przebrzydłych szczurów-szkodników:)
                        • nessie-jp Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 21.07.11, 16:26
                          A wszystkich tych problemów mogli tłumacze uniknąć, gdyby po ludzku napisali, że "młodzi chłopcy pobiegli za dźwiękiem zaczarowanego fletu".

                          Metafora doskonale zrozumiała, szczurów niet :)
                          • jottka Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 21.07.11, 17:14
                            znaczy tłumacze montgomery? bo sie troche pogubiłam:) ale jeśli tak, to nie do końca jest dobrze - zaczarowany flet jako taki się może z mozartem kojarzyć, poza tym nie ma chyba jakiegoś specyficznego baśniowego znaczenia? zrozumiałabym tyle, że jakaś tajemnicza magiczna siła ich ogłupiła, a przecież nie o to chodzi.

                            flet szczurołapa oznacza porwanie dzieci rodzicom i uprowadzenie ich - urzeczonych tajemniczą melodią - w nieznane, skąd nigdy nie wrócą, a to jest całkiem niezła metafora wojny. tyle że germańska baśń najwyraźniej nie jest u nas przesadnie znana:)
                            • nessie-jp Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 21.07.11, 17:45
                              jottka napisała:

                              > znaczy tłumacze montgomery? bo sie troche pogubiłam:) ale jeśli tak, to nie do
                              > końca jest dobrze - zaczarowany flet jako taki się może z mozartem kojarzyć,

                              Nie, nie, nie ten mozartowski Zauberflote :) Ja znałam bajkę o Hameln właśnie pod tytułem "Zaczarowany flet".
    • pontecorvo Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 29.06.12, 09:46
      no nie mogłam narazić na wieczny niebyt tego wątku - jest zbyt wartościowy:)
    • trufla666 Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 31.03.15, 09:35
      Może ktoś mi pomoże - zastanawiam się jak przetłumaczyć zdanie, które Faith powiedziała do Normana Douglasa "You are an old vampire and I hope you'll have the Scotch fiddle!" - old vampire - wiadomo. Ale męczy mnie to Scotch fiddle. W moim tłumaczeniu NK było to jakoś kompletnie zignorowane i zastąpione bezsensownym wyrażeniem nijak mającym się do oryginału.
      • slotna Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 31.03.15, 20:21
        Ja bym powiedziala "bedziesz mial wszy" ;)
      • platynowa_kostka_rubika Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 04.08.15, 14:01
        ""The staple diet (in the Bothy) was brose - oatmeal and boiling water - which many servants had to make do with, three times a day.
        (The lucky ones might have porridge and milk, or saps - bread and milk - as their evening meal, and maybe pease-meal brose or turnip brose on a Sunday).
        No wonder the farm servants not infrequently came out in a rash, from excess of oatmeal intake; this rash, known as "Scotch fiddle", was a kind of scurvy.""

        Biorąc podwyższe pod uwagę - "....mam nadzieję, że dostanie pan egzemy!"? Egzema, wysypka, ew. "że ciężko pan zachoruje".
      • mamuka_z_boru Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 22.11.15, 22:39
        Nie pomnę, gdzie to znalazłam, bo też mnie ten fragment zafrapował parę lat temu, ale te szkockie skrzypki to było określenie świądu wywołanego przez wszy łonowe (stąd pewnie charakterystyczne podskoki a wykroki osób cierpiących na tę paskudną przypadłość ;) ). I dlatego ND mógł osłupieć na takie słowa wypowiedziane przez małą dziewczynkę.
    • marutax Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 05.12.15, 22:35
      Witam i dodaję kilka uwag z ostatnich dni.

      Przypadkiem kupiłam „Błękitny Zamek” w tłumaczeniu Agnieszki Kuc. Przypadkiem, bowiem „celowałam” w tradycyjne wydane z Joanną, które miało zastąpić moją rozlatującą się wersję, a opis na stronie księgarni wprowadził mnie w błąd. Przejrzałam i… nie jest dobrze. Tłumaczenie jest chyba kompletne i dość dokładne, imiona oryginalne (co akurat niezbyt mi pasuje – Barney Brrr), ale brak mu polotu i wyobraźni. Niektóre zwroty „przełożono” na język współczesny w sposób, który mnie osobiście razi. Przykładowo, podczas rozmowy z rodziną Joanna wspomina o propozycji Edwarda Becka. W oryginale bohaterka mówi:
      „Cousin Georgiana here wanted to help me to Edward Beck”
      W starej, niekompletnej wersji mamy: „Kuzynka Georginia na przykład chciała mnie dopiero co wyswatać Rudolfowi Schulzowi.” Pomijając Rudolfa, (który zastąpił Edwarda, który zastąpił Barneya ;-), zdanie brzmi ładnie i pasuje do kontekstu. U Joanny Kazimierczyk: „Kuzynka Georgiana chciała mi pomóc złapać Edwarda Becka.” – prościej i bardziej potocznie, ale też w porządku. A u pani Kuc: „Już mi tu kuzynka Georgiana chciała naraić niejakiego Edwarda Becka, ale niedoczekanie.” Osłupiałam. Całe to zdanie zabrzmiało nagle niemal wulgarnie, nie prosto, ale wręcz prostacko.

      Kolejny przykład – w liście Oliwii znajduje się zwrot „Evidently the Purple Pills bring in the bacon.” Taki idiom w języku polskim nie występuje, dlatego wcześniejsi tłumacze używali zwrotów: „Widocznie te Czerwone Pigułki są prawdziwą kopalnią złota.” oraz „Najwidoczniej Czerwone Pigułki to dobry interes.” U pani Kuc Oliwia pisze: „(…) można zarobić kokosy na tych pigułkach.” Kokosy? W tamtych czasach? Serio?

      Zdenerwowało mnie poprawianie autorki, gdy tego nie potrzeba i dosłowność we fragmentach, które na tym tracą. Mówiąc o Becku Joanna „snapped her fingers”. Dotychczas przekładano to po prostu na „strzeliła palcami”, co bardzo mi pasowało do tej sceny i tej bohaterki. A w nowej wersji „snapped” zamieniło się w „ wykonała gest, jakby strzepywała z dłoni jakiś marny pyłek”. Czyżby tłumaczka obawiała się, ze współcześni czytelnicy nie zrozumieją lekceważącego pstryknięcia?

      I na koniec mój najmniej ulubiony „kwiatek” – scena pierwszego spotkania między doktorem Stallingiem a Ryczącym Ablem. W oryginale wygląda ona tak:
      “Dr. Stalling had contrived to ask his question in about the most idiotic manner possible. He said, "Can you tell me where I'm going?"
      "How the devil should I know where you're going, gosling?" retorted Abel contemptuously.”

      W wersji z Joanną przetłumaczono ten fragment następująco:

      „Doktor Stalling sformułował pytanie w możliwie jak najidiotyczniejszy sposób:
      - Czy możecie mi powiedzieć, człowieku, dokąd ja idę?
      -A skąd, do jasnej Anielki, ja mam wiedzieć, dokąd ty idziesz, frajerze? – odparł Abel z pogardą.”

      Pani Kazimierczuk nie odeszła daleko:

      „Pastorowi udało się sformułować pytanie w sposób najbardziej idiotyczny z możliwych.
      Spytał mianowicie: „Może mi pan powiedzieć, dokąd idę?”
      — A skąd u licha, gapo, miałbym niby to wiedzieć? — odpalił pogardliwie Abel.”

      Niestety w wersji pani Kuc scena ta wygląda następująco:
      „Doktor Stalling zadał mu najgłupsze z możliwych pytań:
      - Czy mógłby mi pan powiedzieć, dokąd ja właściwie zmierzam?
      - Skąd u diabła miałbym to wiedzieć, cielęca głowo? – z politowaniem odparł Abel.”

      Przede wszystkim, źle przetłumaczone zdanie „Doktor Stalling zadał mu najgłupsze z możliwych pytań” dosłownie „rozwaliło” cały dowcip. Poprzedni tłumacze zachowali sens oryginału, w którym autorka jasno określiła, że Stalling nie tyle zadał głupie pytanie, co zrobił to w idiotyczny sposób, dając Ablowi okazję do pogardliwej odpowiedzi. W wersji pani Kuc czytelnik odnosi wrażenie, że Abel jest po prostu bezczelny, bo co jest głupiego w samym pytaniu o drogę? A całość wieńczy „cielęca głowa”. Ja w tym momencie złapałam się za swoją, ludzką ;-) Co to za zwrot? Rozumiem, że „gosling” („gąsiątko” w znaczeniu podobnym do "żółtodzióba") w języku polskim nie pojawia się jako obelga, ale „cielęca głowa” też nie. Jeśli tłumaczka tak bardzo chciała pozostać wśród zwierząt, miała pod ręką „barani łeb” czy w ostateczności „dupę wołową”.
      Najlepiej wypada tutaj tłumaczenie najwcześniejsze, ponieważ jako jedyne trafnie wykorzystuje w obu zdaniach zaimki osobowe i w ten sposób oddaje wymowę angielskiego oryginału. Tym samym utwierdzam się w przekonaniu, że w przypadku „Błękitnego zamku” warto sięgnąć po wersję z Valancy i Barneyem, ale tylko raz, w celu „doczytania” brakujących scen i zdań. Na półce jednak lepiej zatrzymać stary i staroświecki przekład z Joanną i Edwardem. No, chyba że ktoś pójdzie po rozum do głowy i zamiast tłumaczyć "Błękitny Zamek" po raz kolejny wyda po prostu to dawne tłumaczenie, uzupełniając tylko wycięte fragmenty…
    • odczepcie_sie Re: Lost in translation - o tłumaczeniach raz jes 03.06.16, 13:50
      W moim wydaniu "Ani z Zielonego Wzgórza" jest mapa tej części świata, w której toczy się akcja, ale zamiast "Nowa Szkocja" widnieje podpis "Nowa Zelandia". Nie wiem, czy to podpada pod błędy tłumaczenia - bo raczej z rozpędu komuś się po prostu pomyliło, ale fakt faktem, że poszli ostro po bandzie.

      W którymś z późniejszych tomów zamiast "indiańskiego pióropusza" pisze o "indyjskim". A kontekst jasno daje do zrozumienia, że chodzi tu o Indian a nie Indusów!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka