Dodaj do ulubionych

Kopacz - kiepski menadżer

05.12.07, 16:50
"Unikała płacenia przez ZOZ podatków..."

Nowa minister zdrowia w rządzie Donalda Tuska ma w Polsce nadzwyczaj
dobrą prasę: jest "świetną organizatorką", "zdolną
menedżerką", "wszechstronnym lekarzem" oraz kobietą "stawianą pod
względem elegancji na równi z Condoleezzą Rice". Niestety - pod
obfitą warstwą tego medialnego lukru kryją się faktyczne dokonania
Ewy Kopacz, świadczące o jej całkowitym braku kompetencji do
kierowania jakimkolwiek państwowym urzędem - czytamy na
łamach "Gazety Polskiej".

Niewielkie w gruncie rzeczy doświadczenia minister Kopacz w
sprawowaniu ważnych funkcji - a więc pięć lat pracy na posadzie
dyrektora Zakładu Opieki Zdrowotnej (ZOZ) w 12-tysięcznym Szydłowcu
oraz dwa lata przewodniczenia sejmowej Komisji Zdrowia - zwykły być
dotąd usprawiedliwiane jej ogromnymi sukcesami na tym pierwszym
stanowisku. Jako szefowa szydłowieckiego ZOZ Kopacz doprowadzić
miała bowiem do rozkwitu tej niewielkiej jednostki - a styl, w jakim
tego dokonała, stawiany jest przez czołowych polityków PO za wzór
nowoczesnego zarządzania placówką publiczną.

W licznych peanach na cześć menedżerskich zdolności nowej minister
uparcie pomija się jednak pewien drobny fakt: Ewa Kopacz zadłużyła
gminę oraz kierowany przez siebie ZOZ na ok. 3,5 mln zł.

Popularność na kredyt

Na pierwszy rzut oka okres kilkuletnich rządów Kopacz w
szydłowieckim ZOZ to rzeczywiście pasmo sukcesów: dyrektor
sprowadzała do zakładu nowy sprzęt, dbała o kadrę, była energiczna i
przebojowa. Umiała przypodobać się lokalnej społeczności,
zatrudniając w ośrodku wielu wdzięcznych jej później ludzi (jeszcze
do niedawna w Szydłowcu poziom bezrobocia wynosił 25 proc.) -
publicznie snuła też ambitne, lecz zupełnie nierealne plany
otworzenia w mieścinie szpitala. Ewa Kopacz: - ZOZ w Szydłowcu był
pod moim kierownictwem najlepszą placówką w byłym województwie
radomskim. Jako pierwsi mieliśmy mammograf, dysponowałam taborem
samochodów sanitarnych, jako pierwsza otwierałam oddział paliatywno-
opiekuńczy, a moi pracownicy mieli najwyższe wynagrodzenia.

Problemy zaczęły się w roku 2002, czyli niedługo po zdobyciu przez
obecną minister mandatu posła i jej rezygnacji z kierowania
ZOZ. "Wzorcowo" zarządzany zakład przejął Marian Kosno - i z miejsca
zmuszony był przystąpić do jego ratowania... Okazało się bowiem, że
Kopacz od wielu lat dbała o swój wizerunek kosztem gminy, podatników
i pracowników. W jaki sposób? Jako zdolna menedżerka unikała
płacenia przez ZOZ podatków, np. podatku od nieruchomości, który
został spłacony (czyli umorzony) przez gminę dopiero w roku 2007 -
czyli sześć lat po odejściu Kopacz z funkcji dyrektora! Całkowita
kwota należności wyniosła aż 581 tys. zł... Tylko za rok 1999 - z
tytułu samego podatku od nieruchomości - zaległość ZOZ pod dyrekcją
Ewy Kopacz oszacowana została wraz z odsetkami na 220 tys. zł.

To jednak nie wszystko. 1 stycznia 2001 r. weszła w życie
słynna "ustawa 203", nakazująca podniesienie pensji pracownikom ZOZ
o przynajmniej 203 zł miesięcznie. Ewa Kopacz postanowiła nie
realizować zapisów ustawy - mając świadomość, że ewentualne
konsekwencje niedopełnienia tego obowiązku ponosić będą jej
zastępcy. Tak się też stało: w 2002 r. Sąd Najwyższy orzekł, że
ustawa może być podstawą do indywidualnych roszczeń każdej osoby
zatrudnionej w ZOZ.

Po "złotych" rządach Ewy Kopacz nad szydłowieckim Zakładem Opieki
Zdrowotnej momentalnie zawisło zatem widmo bankructwa, bo
zdesperowani pracownicy zgodnie z prawem wystąpili o wypłatę
nieuregulowanych przez dawną dyrektor zobowiązań. Z szacunków
dokonanych w 2004 r. - już po ostatecznej uchwale w tej sprawie Sądu
Najwyższego - wynika, że zaległości szydłowieckiego ZOZ wobec kadry
wyniosły ok. 2,7 mln zł! Aby choć częściowo spłacić tę olbrzymią
sumę, nowe kierownictwo zakładu musiało wziąć pożyczkę z banku.
Zwolniono kilku ludzi, zrezygnowano też z wynajmu karetek dla
pogotowia ratunkowego... Dziś Ewa Kopacz tłumaczy: - Trzeba sobie
uświadomić, że zadłużenie mojego ZOZ w Szydłowcu w niczym nie
różniło się od zadłużeń prawie wszystkich placówek w Polsce. Na
ówczesną sytuację nie wolno zatem patrzeć z dzisiejszej perspektywy,
ale należy mieć na względzie okoliczności miejsca i czasu.

Jako mąż i nie mąż

W czasie, gdy ZOZ w Szydłowcu pogrążał się w długach, a pracownicy
nie dostawali należnych wynagrodzeń, jego dyrektor pobierała
niezgodnie z prawem kwartalne prowizje od pieniędzy pozyskanych z
zewnątrz. Istnienie prowizji znosiła z 2000 r. "ustawa kominowa",
mimo to starosta szydłowiecki przez dwa następne lata przyznawał je
Ewie Kopacz w pełnej wysokości. Gdy nieuzasadnione wypłaty wyszły na
jaw, a sprawą zainteresowała się Prokuratura Rejonowa w pobliskiej
Przysusze, Kopacz - byle tylko uciszyć aferę - oddała pobrane
nielegalnie pieniądze. Dawna dyrektor ZOZ w Szydłowcu była już wtedy
posłanką i chciała uniknąć negatywnego rozgłosu, ale nawet wtedy
trudno jej było ukryć swoje zamiłowanie do szastania pieniędzmi. Jak
donosiła lokalna prasa, wśród parlamentarzystów z Radomskiego to
właśnie Ewa Kopacz spożytkowała najwięcej państwowych środków na
przejazdy samochodem (w ciągu roku prawie 40 tys. zł) czy wydatki
telefoniczne (23 tys. zł). Po uzyskaniu mandatu poselskiego Ewa
Kopacz postanowiła zdecydowanie odciąć się od długów szydłowieckiego
ZOZ, choć całkiem o swoim dawnym miejscu pracy nie zapomniała.
Posłanka skupiła się wszelako na sprawach przyjemniejszych, takich
jak pomoc w medialnym sprowadzeniu kilku karetek dla ośrodka czy
załatwieniu w 2003 r. posady wicedyrektora ZOZ swojemu ówczesnemu
mężowi, który wcześniej był... prokuratorem.

Ta ostatnia decyzja była o tyle zrozumiała, że Marek Kopacz na gwałt
potrzebował pracy, bo w roku 2002 został zawieszony w wykonywaniu
swoich obowiązków prokuratorskich z powodu ucieczki z miejsca
wypadku samochodowego (przedtem uderzył swym autem w nadjeżdżającego
fiata punto). Choć nie postawiono mu wtedy zarzutu spowodowania
kolizji, zarzucając jedynie niegodne prokuratora postępowanie
(ucieczkę) - jego rozprawa dyscyplinarna nigdy się nie odbyła, gdyż
za każdym razem przedstawiał on w prokuratorze zwolnienia
lekarskie... Ostatecznie w 2003 r. chorowity prokurator zmienił
taktykę obrony, rezygnując z pracy w zawodzie i stając się zastępcą
dyrektora ZOZ w Szydłowcu, Andrzeja Piotrowskiego. Ponieważ
Piotrowski był wcześniej wiceszefem zakładu "pod" Ewą Kopacz,
zatrudnienie jej męża wzbudziło zasadne podejrzenia o nepotyzm - ale
posłanka PO uparcie twierdziła, że ze zdumiewającym
przekwalifikowaniem męża nie ma nic wspólnego.

Marek Kopacz, były prokurator, prędko zadomowił się na nowej
posadzie i pracuje jako wicedyrektor ZOZ w Szydłowcu po dziś dzień;
co więcej - w 2004 r. zarząd powiatu szydłowieckiego wnioskował o
przyznanie mu nagrody za "naprawę sytuacji ekonomicznej w
zakładzie"!

Biedne zadłużone szpitale

Charakterystyczne, że Ewa Kopacz nie wydawała się przejawiać troski
o stan finansów szpitali i ZOZ-ów nawet wtedy, gdy władze PO
szykowały ją powoli na rzecznika ds. zdrowia w przyszłym "gabinecie
cieni". W 2005 r. posłanka zgodziła się na udział (jako prelegent) w
lobbystycznej imprezie farmaceutycznej, organizowanej w Warszawie
przez znaną firmę z branży PR. Oficjalnym celem
kilkudniowej "konferencji" było przeszkolenie dyrektorów szpitali
oraz ZOZ-ów w zakresie refundacji leków - chociaż zapowiadana
obecność przedstawicieli koncernów farmaceutycznych, luksusowy hotel
oraz bogate menu kulinarne nie wskazywały na naukowy charakter
spotkania. Najbardziej bulwersujący był jednak fakt, że opłatę za
udział każdego dyrektora (5 tys. zł od osoby) uiścić miała
delegująca go jednostka budżetowa, a więc szpital lub ZOZ. Sami
prelegenci - według zapowiedzi organizatora - wystąpić mieli za
darmo, ale koszty ich parudniowego po
Obserwuj wątek
    • jachuw Re: Kopacz - kiepski menadżer 05.12.07, 17:36
      źródło kolego...
      • loraphenus Re: Kopacz - kiepski menadżer 05.12.07, 20:05
        to doktorze z Gazety Polskiej, jakże zasłużonej w sprawach kardiochirurgii
        białostockiej i innych spraw...
    • mindflayer ciąg dalszy 05.12.07, 21:09
      Biedne zadłużone szpitale

      Charakterystyczne, że Ewa Kopacz nie wydawała się przejawiać troski
      o stan finansów szpitali i ZOZ-ów nawet wtedy, gdy władze PO
      szykowały ją powoli na rzecznika ds. zdrowia w przyszłym "gabinecie
      cieni". W 2005 r. posłanka zgodziła się na udział (jako prelegent) w
      lobbystycznej imprezie farmaceutycznej, organizowanej w Warszawie
      przez znaną firmę z branży PR. Oficjalnym celem
      kilkudniowej "konferencji" było przeszkolenie dyrektorów szpitali
      oraz ZOZ-ów w zakresie refundacji leków - chociaż zapowiadana
      obecność przedstawicieli koncernów farmaceutycznych, luksusowy hotel
      oraz bogate menu kulinarne nie wskazywały na naukowy charakter
      spotkania. Najbardziej bulwersujący był jednak fakt, że opłatę za
      udział każdego dyrektora (5 tys. zł od osoby) uiścić miała
      delegująca go jednostka budżetowa, a więc szpital lub ZOZ. Sami
      prelegenci - według zapowiedzi organizatora - wystąpić mieli za
      darmo, ale koszty ich parudniowego pobytu w hotelu InterContinental
      wraz z wyżywieniem planowano pokryć właśnie z wpłat uczestników
      konferencji, czyli de facto ze środków ZOZ-ów i szpitali.

      Mimo ogólnie znanych zasad finansowania imprezy (szczegółowe
      informacje o konferencji zostały rozesłane do izb lekarskich) i
      oburzenia niektórych lekarzy Ewa Kopacz wycofała się z udziału w
      imprezie dopiero po interwencji dziennikarzy "Gazety Wyborczej".
      Przyszła minister zdrowia tłumaczyła prasie, iż nie wiedziała, że za
      jej kilkudniowy pobyt w luksusowym InterContinentalu mają
      płacić "biedne zadłużone szpitale". (Grzegorz
      Wierzchołowski, "Gazeta Polska")
      ------

      Sorry, nie zauważyłem, że portal obciął tekst.
      • nico72 Re: ciąg dalszy 05.12.07, 22:18
        Chciałem tylko powiedzieć, że nie rozumiem jednego w tym całym oburzeniu. Nie
        słyszałem żeby gdziekolwiek prelegent płacił za swoje zakwaterowanie.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka