sithicus
23.06.08, 19:22
Ze specjalną dedykacją dla Arona i szlachcica :)
"Nie tylko polscy lekarze wyjeżdżają do pracy za granicę. Robią tak również
lekarze z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Australii, Szwecji i innych krajów.
Należą do najczęściej emigrujących grup zawodowych na świecie. Szukają
lepszych zarobków, odmiany, albo... bardziej słonecznej pogody.
Z badań OECD (Organisation for Economic Cooperation and Development) wynika,
że w krajach rozwiniętych migracja lekarzy jest stałym elementem rynków pracy.
W Wielkiej Brytanii, Australii i USA obcokrajowcy stanowią 20 procent czynnych
zawodowo lekarzy. Najczęstsze przyczyny emigracji absolwentów szkół medycznych
to wyższe wynagrodzenia w kraju docelowym, ale również stabilniejsza praca
oraz możliwość rozwoju zawodowego i dalszego kształcenia się. Zdarzają się też
powody, które nam Polakom mogą wydawać się abstrakcyjne. Wielu Brytyjczyków
wyjeżdża do Australii ze względu na słoneczną pogodę, której na Wyspach im
brakuje. Przed otwarciem rynków pracy Unii Europejskiej dla lekarzy z Europy
Środkowej liczba imigrantów o określonej narodowości w krajach rozwiniętych
wskazywała na uwarunkowania historyczne. Na przykład w Wielkiej Brytanii
większość stanowili mieszkańcy byłych kolonii brytyjskich. Po maju 2004 roku
ta struktura została zaburzona. Pałeczkę pierwszeństwa przejęli lekarze z
krajów Europy Środkowej.
A to Polska właśnie
Rok temu polskie Ministerstwo Zdrowia podjęło próbę policzenia lekarzy, którzy
wyjechali z kraju po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Z raportu
"Migracje polskich lekarzy, pielęgniarek i położnych po przystąpieniu Polski
do Unii Europejskiej" wynika, że mogło wyemigrować ponad pięć tysięcy lekarzy.
Mniej więcej tyle wolnych etatów czeka dziś na lekarzy specjalistów. Mamy
średnio dwóch lekarzy na 1000 pacjentów. Dla porównania - w Niemczech na tę
samą liczbę mieszkańców przypada 3,4 statystycznego lekarza. Etaty są, recepta
na zatrzymanie polskich lekarzy w kraju wydaje się prosta - wystarczy dać im
porządne podwyżki. Czy tylko?
Rafał Kowalski* jeszcze nie wyjechał. Codziennie bije się z myślami i
przegląda razem z żoną - też lekarką - ogłoszenia o pracy na zagranicznych
portalach. Zawsze chciał być lekarzem. Najpierw była klasa o profilu
biologiczno-chemicznym w liceum. Już wtedy znajoma rodziców - lekarka (dziś
mieszka w USA) - próbowała go zniechęcić do studiowania medycyny. Mówiła, że w
tym zawodzie dopiero po 40 do czegoś się dochodzi. Że nie warto poświęcać
młodości dla idei. Ale Rafał chciał pomagać ludziom i wierzył, że jak jest się
w czymś dobrym, to sukces sam człowieka odnajdzie. Skończył studia trzy lata
temu. Na studiach wszyscy planowali emigrację, potem wyjechali tylko najlepsi.
Kacper, który rozwiązywał testy na cztery godziny w pół. Alicja, która zdobyła
wszystkie możliwe stypendia naukowe. Inni zostali - bo rodzina, bo korzenie,
bo przyjaźnie. Potem Rafał zaczął staż. Otrzeźwienie przychodziło powoli.
Pracował w szpitalu na Pradze, w stuletnim, rozwalającym się budynku. Zarabiał
marnie, żona jeszcze studiowała. Kiedy chcieli iść do kina, rezygnowali z
kolacji. Ale największym problemem była atmosfera w pracy. - Nie mogłem znieść
tego, że starsi lekarze budowali swój autorytet na podważaniu kompetencji
młodszych przy pacjentach - mówi - mieszanie asystentów z błotem podczas
obchodu było na porządku dziennym. Przełomowy moment przyszedł, kiedy Rafał
wybrał się na spotkanie z kolegami z liceum. Wszyscy przyjechali samochodami,
tylko nie on. - Opowiadali o egzotycznych wakacjach, a ja z moim tysiącem
złotych wciąż zastanawiałem się: bułka czy kino? - mówi. Powiedział sobie
dość. Znalazł pracę w zupełnie innym zawodzie. Zarabia, może normalnie żyć.
Ale cena jest wysoka - nie pracuje już w swoim wymarzonym zawodzie. Za parę
lat straci prawo do jego wykonywania. Dlatego wieczorem znów przejrzy
ogłoszenia o pracy za granicą.
Wiatr od morza
Zaledwie połowa brytyjskich lekarzy uważa, że medycynie trzeba się poświęcić
na całe życie. Nie traktują leczenia jak powołania, to praca, jak każda inna.
Powinna być dobrze płatna (w Wielkiej Brytanii lekarz specjalista zarabia ok.
100 tys. funtów rocznie), mało stresująca i dostępna. Chociaż w kontekście
"masowej" emigracji polskich lekarzy do Wielkiej Brytanii brzmi to jak
kuriozum, Brytyjczycy mają problemy ze znalezieniem pracy w zawodzie. Problem
ma podobne podłoże do polskiego. Pracy dla wykwalifikowanych specjalistów jest
dużo. Pracy dla młodych lekarzy jest mało, a po wprowadzeniu nowych zasad
odbywania stażu i zdobywania kolejnych stopni medycznego wtajemniczenia -
jeszcze mniej (w 2007 roku na 21.000 młodych lekarzy czekało 9.500 miejsc dla
stażystów w szpitalach). Brytyjskie szpitale chętniej zatrudniają lekarzy
emigrantów (z drugim stopniem specjalizacji, świetnie wykształconych i z
doświadczeniem) niż własnych rodaków - absolwentów medycyny, których dopiero
trzeba przyuczyć do zawodu. To jeden z powodów, dla których brytyjscy lekarze
emigrują. Najczęściej do Australii i Nowej Zelandii, gdzie mogą łatwiej zrobić
specjalizację, zarabiają równie dobrze jak w kraju, a koszty życia są dużo
niższe nie mówiąc o zaletach plażowania zaraz po pracy.
Anna Janowicz postanowiła iść pod prąd. Że wyjedzie, wiedziała już pod koniec
studiów. W 2005 roku skończyła nauke, odbyła staż w Warszawie (przetrwała
dorabiając lekcjami angielskiego) i ruszyła do Londynu. Zaczęła od
wolontariatu. Przez trzy miesiące pracowała za darmo, ale było warto -
wypracowała sobie etat. Mimo, że zdaje sobie sprawę, że dostać się na
specjalizację w Wielkiej Brytanii nie będzie łatwo, to tutaj, nie w Polsce,
chce zostać anestezjologiem. Głównym motywem, który skłonił ją do wyjazdu były
finanse, chociaż chciała też spróbować w życiu czegoś nowego. - Nie jest aż
tak różowo, jak się spodziewałam - mówi - na Wyspach, podobnie jak w kraju,
najlepiej powodzi się lekarzom po 40 (z doświadczeniem i po specjalizacji).
Ale to, co zarabiam wystarcza mi na spokojne, normalne życie oraz na podróże,
które są moją pasją. Ważne jest też dla mnie, że lekarz w Wielkiej Brytanii
cieszy się dużym szacunkiem. Wyjeżdżając, Anna oczekiwała nie tylko wyższej
pensji. Miała nadzieję, że lekarze w Wielkiej Brytanii są mniej ograniczeni
przez system, mają lepsze warunki pracy. Tu przyszło rozczarowanie. - W Polsce
brakowało mi jasnych wytycznych, tu jest ich aż za dużo - wylicza - i nie
podoba mi się też, że znaczna cześć z nich oparta jest na względach
finansowych. Jednak na pytanie, czy wróciłaby, gdyby dostała propozycję pracy
za londyńską pensję w Warszawie, odpowiada przecząco. - Zakochałam się w
Londynie - mówi i dodaje - podjęłam decyzję i będę się jej trzymać. Są wady i
zalety życia tu i tam, ale na razie jest mi dobrze na Wyspach."
C.d.n.